Rozdział szósty
Zadra
Po niefortunnym obiedzie w zeszłym tygodniu — podczas którego omal nie odreagowałam na Malfoyu wściekłości na samą siebie — przed kolejnym spotkaniem w jego mieszkaniu poprzysięgłam sobie w duchu, że odtąd będę zachowywać się, jak potrafię najlepiej. Przyjmę chłodną, spokojną, profesjonalną postawę i nie pozwolę mu się rozdrażnić ani sprowokować. Będziemy ze sobą współdziałać, jak powinni to robić doświadczeni pracownicy ministerstwa, którzy nie mieszają osobistych animozji lub prywatnych problemów ze sprawami służbowymi. Oczywiście obiad od początku aż do końca stanowił jedną wielką kłótnię. Zaczęło się od tego, że jeszcze w drodze do stacji Fiuu wpadłam na Carstairsa. Unikając patrzenia mi w oczy, wybąkał pozdrowienie i powlókł się dalej. I choć za wszelką cenę usiłował ukryć twarz, nie sposób było przegapić ogromnego guza, mniej więcej wielkości piłki golfowej, widniejącego na samym środku jego czoła. Kark musiał mu już z pewnością kompletnie zesztywnieć od ciągłego schylania głowy.
Chevalierowie jak zwykle dokonali kulinarnego cudu. Pogoda tydzień temu uległa zmianie, za oknem przesuwały się opary wilgotnej mgły i chmury niosące mżawkę. Zupa była idealna i żałowałam, że nie mogę rozkoszować się nią tak, jak na to zasługiwała. Jak zwykle obrzucaliśmy się z Malfoyem obelgami nad każdą łyżką, kończąc werbalne pojedynki łykiem ciężkiego burgunda, podanego do posiłku. Wino smakowało doskonale, co jednak tylko pogarszało sytuację.
— Czemu nie poprzestałeś na zwykłym „L" jak lubieżnik wygrawerowanym na czole Carstairsa? — zapytałam, atakując marchewkę.
— A co każe ci zakładać, że mam coś wspólnego z jego drobnym oszpeceniem? — odparł spokojnym i obojętnym tonem, jak przystało na tak wytrawnego kłamcę.
— Swoje własne bitwy potrafię stoczyć sama. — Wycelowałam w niego widelcem. — Nie potrzebuję niczyjej pomocy, dziękuję. Możliwe, że takie podchody działają na innych, ale nie na mnie. Rzuciłeś czy nie rzuciłeś na Carstairsa klątwę za jego wstrętne zachowanie w stosunku do mnie w zeszłym tygodniu?
— Uważam, że bardzo mu w tym do twarzy. Odciąga to uwagę obserwatora od faktu, że ten człowiek urodził się bez podbródka. Z pewnością rozważałem możliwość poczęstowania go jakimś zaklęciem, ale czy rzeczywiście to zrobiłem, jest sprawą dyskusyjną.
— Przecież właśnie o tym dyskutujemy — warknęłam. — Ale teraz dyskusję uważam za zakończoną. — Odsunęłam talerz i upiłam spory łyk wina.
— Już skończyłaś? — Zauważywszy, że skupiłam się na kieliszku, uniósł własny i dodał: — Całkiem przyzwoite wino. Muszę załatwić sobie parę baryłek.
— Malfoy!
— Mówiłem ci już ostatnio, jak niemożliwa jesteś? Dobrze. Niech będzie, że postawiłaś na swoim. Szukałem rodzinnej pamiątki, którą mógłbym podarować Lily i Domowi, gdy urodzi się najmłodszy Malfoy i tak się złożyło, że wpadła mi w ręce pewna urocza księga zaklęć, ofiarowana mi przez rodziców na dziesiąte urodziny. Przechadzając się w tym tygodniu korytarzami ministerstwa, natknąłem się na Carstairsa. Zobaczyłem, że jego podbródek aż błaga o… a raczej próbowałem dostrzec jego podbródek, co zakończyło się kompletnym fiaskiem. Ale co mówi nam stare mugolskie przysłowie? Kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno. Zamiast podbródka nawinęło mi się czoło i voilà. — Błyskawicznym ruchem wyjął różdżkę, zakreślając nią mały, skomplikowany wzór. — Przejdzie mu — powiedział, a po chwili dodał: — Kiedyś.
Miałam ochotę wyszarpnąć mu różdżkę z dłoni, połamać ją na drobne kawałeczki i zmusić go do ich zjedzenia w nadziei, że jakaś drzazga utknie przy okazji w tym jego cholernym, fretkowatym gardle.
— Są na to odpowiednie przepisy, Malfoy. Gdybyśmy wszyscy ot tak po prostu zaczęli miotać zaklęciami w każdego, kogo nie lubimy… — urwałam, wdychając powietrze przez rozszerzone nozdrza — to ściany ministerstwa trzęsłyby się od śmigających dokoła klątw. Złożyłam już skargę na Carstairsa w adekwatnym miejscu i…
Spojrzał na mnie z nisko opadłą szczęką i jęknął, jakby nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał.
— Chyba pracujesz już w ministerstwie wystarczająco długo, prawda? Na serio uważasz, że te przepisy cokolwiek rozwiążą? Jeśli są już coś warte, to zaledwie pergaminu, na którym je spisano i istnieją tylko po to, żeby bezmyślni biurokraci mogli poklepywać się po plecach i wzajemnie zapewniać, że robią coś w kierunku aktywnego zwalczania molestowania seksualnego w miejscu pracy — zacytował ironicznym falsetem. — Co za nonsens. Totalne gówno. Kadry zlecają analizę takich skarg jak twoja zespołowi, w którym pracuje cioteczna babka Carstairsa. On od lat bezkarnie obmacuje kobiety…
— W przeciwieństwie do ciebie?
Tym razem to Malfoy odsunął talerz z niedojedzoną w połowie porcją.
— No cóż, fakt, że jesteś kobietą, a wnioskując z naszych wcześniejszych rozmów, kobietą o wyraźnej orientacji, sprawia, że akurat kwestia obmacywania innych kobiet zdaje się być jedynym tematem, o którym masz bardzo słabe pojęcie. Na całe szczęście ja takowe posiadam. Dobieranie się do kobiet to prawdziwa sztuka, którą stosuje się tylko wtedy, jeśli się wie, że trafi na podatny grunt. To, co robi Carstairs, jest niewybaczalne. On szkaluje dobre imię innych lubieżników.
— Jesteś niemożliwy.
Uśmiechnął się.
— Komplementami osiągniesz o wiele więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Wiesz, co zrobi z Carstairsem jego ciotunia? Upomni go, żeby trzymał ręce przy sobie, po czym zapyta, czy chciałby jeszcze jedną kostkę cukru do herbaty, wspominając przy okazji, że wujaszek Alfred głuchnie coraz bardziej. I na tym wszystko się zakończy. Nic nie jest w stanie powiedzieć tak wyraźnie „Trzymaj swoje paskudne łapy przy sobie, ty obrzydliwa świnio" jak guz o średnicy galeona. Wiesz, Granger, nigdy nie przestanie mnie zastanawiać, jak ty, pracownica ministerstwa z wieloletnią praktyką, możesz zachowywać się niczym ktoś, kto dopiero co przekroczył jego próg. Ty po prostu do tej pory nie pojęłaś, jak działa ministerialna maszyneria.
— O mój Boże — wyrzuciłam ze złością. — I to mówi ktoś, kto niezbyt często poświęca się pracy. A raczej prawie nigdy!
To musiało mu dopiec, bo przybrał minę typową dla siebie w czasach Hogwartu.
— Doprawdy? „Nigdy" brzmi dość zdecydowanie. Tym bardziej mi przykro, że będę musiał wyprowadzić cię z błędu. Accio pergamin.
W jego otwartej dłoni wylądowała pękata rolka. Założywszy, że zawierała ona kolejną szczegółową dokumentację nieodpowiedniego zachowania Jenkinsa, podejrzewałam, że Malfoy spędził ostatni tydzień nad setkami kufli piwa oraz pudełek cygar.
— Ile kolejek musiałeś wypić i ile cygar wypalić, żeby zdobyć ten materiał?
— Może ciasteczko? — odparł wymijająco. — Nie kręć głową, są przepyszne. Nie dojadasz, odkąd twój nic niewarty mąż wyjechał na tę idiotyczną wycieczkę, a przydałby ci się dodatkowy kilogram albo dwa. Twój tyłek zanika w oczach. Moim skromnym zdaniem to katastrofa rangi narodowej. No cóż, nie mogę powiedzieć, że w zeszłym tygodniu najbardziej dopiekł mi ubytek na koncie bankowym. Już raczej zamknięcie w pomieszczeniu pełnym mężczyzn palących cygara i niemożność złapania oddechu bez ponownego popadnięcia w nałóg… — urwał, rzucając różdżkę na stół.
I od czego tu zacząć?
— Po pierwsze, to nieprawda, że Ron jest nic niewart. Po drugie, sam kopcisz jak parowóz, więc czemu…
I nagle to do mnie dotarło. Tydzień temu, w piątek, nie palił. Dzisiaj również nie.
— Chyba wspominałem już o tym, jak niemożliwa jesteś? Czy aż tak bardzo nie zwracasz na mnie uwagi? Nie zauważyłaś, że rzuciłem palenie? Ani jednego papierosa od ponad dwudziestu dni. Przyznaję, że powoli czuję się lepiej. Pierwsze dwa tygodnie były makabryczne. Prawdziwa mordęga. Pansy wygrażała, że mnie utopi, matka zaś, że przełoży mnie przez kolano i zbije na kwaśne jabłko, jeśli nie zacznę zachowywać się jak człowiek. Interesujące wyrażenie. Zbić kogoś na kwaśne jabłko. Jakbyśmy pod wpływem uderzeń zaczęli przypominać owoce. Ale naprawdę czuję się lepiej. Obecnie chce mi się palić co siedem minut. To już duży postęp w stosunku do początku, kiedy miałem chęć na papierosa co dwie.
— Wyjdzie ci to na dobre — stwierdziłam sztywno. — To obrzydliwy nałóg. Czy wreszcie dotarło do ciebie, że palenie tych śmierdzących petów to szczyt głupoty?
— Prawdę mówiąc, nie. — Podsunął mi talerzyk z ciastkami. — Jedz, proszę. Nie należysz do kobiet, które wyglądają najlepiej, gdy chudną. Jeśli mam być szczery, to wszystkie kobiety prezentują się lepiej, gdy mają odrobinę ciała. Dlaczego, na wszystkie świętości, kobiety są przekonane, że mężczyźni wolą posuwać chuderlawe szczapy? Sądzę, że będę dość reprezentatywnym wyrazicielem opinii ogółu, twierdząc, że osobiście wolę uszczęśliwiać własne ręce dotykiem czegoś bardziej konkretnego, a nie obciągniętych skórą kości. Trudno o większe rozczarowanie. Doświadczenie nauczyło mnie, że pieszczenie żeber niewiele ma wspólnego z satysfakcją. Wracając do tematu, przyjemność płynąca z palenia zawsze zbijała jakiekolwiek kontrargumenty. Podczas wojny myślałem, czemu nie zapalić jeszcze jednego, skoro i tak niebawem zginę. Po wojnie zaś czemu nie zapalić jeszcze jednego, skoro przeżyłem.
— Przecież to kompletnie nielogiczne — powiedziałam opryskliwie.
— Przyjemność niekoniecznie łączy się z logiką. Jest po prostu przyjemnością. — Wzniósł niemy toast w moim kierunku, a potem dopił wino i nalał sobie kolejną sporą porcję.
— Więc skoro palenie tego rakotwórczego świństwa i zaciąganie się toksynami jest dla ciebie aż takim źródłem rozkoszy, czemu z tego zrezygnowałeś?
— Brzydziło cię to. Rzuciłem palenie, bo chciałem, żebyś była zadowolona.
Jego twarz złagodniała, zatraciła ostrość, ale słowa wypowiedział swoim zwykłym, obłudnym tonem.
Moje ciche postanowienie dotyczące profesjonalnego zachowania zaczęło chwiać się w posadach.
— Przestałeś palić, ponieważ się tym brzydziłam? — zapytałam, na co skinął głową. — Ponieważ chciałeś, żebym była zadowolona?
Przytaknął ponownie.
Uniosłam bezradnie ręce. Ten człowiek był chodzącym złem. Jego absolutnym ucieleśnieniem. Po latach pałania do mnie nienawiścią i obrażania mnie przy każdej nadarzającej się okazji udało mu się znaleźć jeszcze bardziej wyrafinowaną metodę, jak mi dokuczyć. Wszystkie te brednie o mojej urodzie, inteligencji i o tym, jak bardzo mu się podobam i że pragnie sprawić mi przyjemność! Jeden wielki stek bzdur.
— Czy możemy coś sobie wyjaśnić? Nie jestem w żadnym stopniu zainteresowana tym, jaki typ kobiet mężczyzna równie zepsuty co ty ceni sobie w łóżku i nic mnie nie obchodzi, dlaczego rzuciłeś palenie. Wiem tylko, że z pewnością nie ma to nic wspólnego ze mną. Znając twoją próżność, przypuszczalnie pewnego ranka odkryłeś w lustrze zmarszczkę i popadłeś w histerię. Już nigdy więcej nie chcę usłyszeć z twoich ust ani słowa o tym, jaka to jestem piękna, inteligentna, zachwycająca, porywająca i cudowna. Dość tego. Wszystko to kłamstwa, bo dobrze wiem, co myślisz naprawdę. Całymi latami dawałeś mi to aż nazbyt wyraźnie do zrozumienia. Te nieszczere umizgi nie są niczym innym niż gigantycznym szyderstwem, ukrytym za maską miłych słówek.
Zapadła cisza. Siedzieliśmy w niej przez minutę. Wbiłam wzrok w talerzyk z francuskimi ciasteczkami, który mi podsunął.
— Nadal nie traktujesz mnie poważnie, prawda? — odezwał się wreszcie przyciszonym głosem. — Nie dowierzasz mi. — Nie czekał na moją odpowiedź. — Dla wyjaśnienia, ostatni raz wpadłem w histerię, gdy twój drogi Potter zabił mi ojca. To zdarzenie z pewnością usprawiedliwia taką reakcję, czego nie da się powiedzieć o insynuowanym przez ciebie odkryciu, że moja czterdziestojednoletnia twarz objawia pierwsze oznaki zużycia. Zauważyłem twoją niechęć w stosunku do wszystkiego, co nawet w niewielkim stopniu przypomina komplement. Założyłem, że skoro twój mąż z czystym sumieniem pozwala ci na urlopie zagrzebywać się po uszy w pracy, to nie ma na co liczyć, żebyś często słyszała od niego komplementy, prawdziwe komplementy. Wychodzi na to, że byłem w błędzie. On najwidoczniej cię nimi zasypuje, wobec czego wyrazy mojego uznania wydają się bezwartościowe. A teraz, gdy już całkowicie wyjaśniliśmy sobie sytuację, porównajmy notatki, żeby wyjść stąd jak najprędzej. Myśl pozytywnie, Granger. Pomęczysz się ze mną jeszcze ten ostatni tydzień, wszystkiego może jakieś cztery godziny. Tyle powinno nam wystarczyć do zakończenia sprawy.
Uniosłam wzrok, spodziewając się na jego twarzy typowego wyrazu pogardy, ale ujrzałam jedynie bolesną urazę, gniew i coś jeszcze, czego nie potrafiłam określić. Poczułam wstyd, sama nie wiedząc, dlaczego. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę.
— Masz. — Włożył mi do ręki swój pergamin. — Co ustaliłaś w tym tygodniu?
Przez następną godzinę porównywaliśmy zapiski i pracowaliśmy nad argumentami, których użyjemy podczas prezentacji przed ministrem. Moje koncentrowały się na wyliczeniu etycznych skutków, które pociągnie za sobą pozostawienie Jenkinsa na stanowisku. Argumenty Malfoya nie były niczym więcej niż długą listą rzeczy, które negatywnie wpłyną na ministerstwo (czyli na ministra) w najbliższej kadencji, jeśli ktoś publicznie wytknie Jenkinsowi jego rasizm. Etyka i opinia publiczna. Nie miałam żadnych wątpliwości, która z obu tych spraw liczyła się dla ministra bardziej, ale na tym etapie nawet sama przyznawałam, że należy korzystać z każdej przewagi, jaką mamy. Na szczęście w tym przypadku etyka szła ramię w ramię z kształtowaniem opinii publicznej. Bardzo niecodzienne zjawisko.
Neutralnym tonem wymienialiśmy krótkie, rzeczowe uwagi i nikt, kto by nam się przysłuchiwał, nie mógłby podejrzewać, że znamy się od trzydziestu lat. Po kolejnej półgodzinie Malfoy wykrzyknął „Accio papierosy!", na co z kuchennej szuflady wyskoczyła paczka Playersów, szybując prosto do jego oczekująco rozpostartej dłoni. Szybkie Incendio i czubek jego różdżki rozżarzył się, przypalając to śmierdzące paskudztwo.
Zaciągnąwszy się głęboko, wydmuchał kłąb dymu i przybrał rezolutną minę, wysuwając podbródek i prowokując mnie do komentarza. Zignorowałam go. Naprawdę nie mogłam się doczekać chwili, w której będę mogła opuścić to mieszkanie. Gdyby nie leżała mi na sercu sprawa żony i dzieci Jenkinsa, pewnie udałoby się nam na dzisiaj już skończyć.
— To powinno wystarczyć. Zobaczymy się za tydzień — powiedział i wstał, chcąc odsunąć moje krzesło.
— Jeszcze minutkę.
Usiadł, zapalając jeszcze jednego papierosa. Czy to możliwe, że trzęsły mu się ręce?
— Koniecznie trzeba ci przypominać, że sezon operowy trwa? Muszę iść do domu, wziąć prysznic, przebrać się w wyjściowe szaty, zjeść coś i zdążyć do opery na ósmą. — Wyczarował Tempusa. — Masz trzy i pół minuty.
To był dawny Malfoy: opryskliwy, arogancki, stawiający warunki. Uświadomienie sobie, że w ogóle zaistniało dla mnie coś takiego jak określenie „dawny Malfoy", przyprawiło mnie o coś na kształt szoku.
— Przeczytałeś kopię mojej rozmowy z panią Jenkins?
— Z Konstancją? Tak, oczywiście. Rozbrajająca osoba. Tępa jak mało kto. Nie dostała się nawet do Hogwartu. O ile wiem, uczęszczała do jakiejś trzeciorzędnej szkoły w Stanach. Milicenta Bulstrode to przy niej geniusz.
Ukryta pod pożyczoną od Harry'ego peleryną-niewidką towarzyszyłam w zeszłym tygodniu pracownikowi ministerstwa, oddelegowanemu do przesłuchania żony Jenkinsa pod pozorem rzekomego rutynowego spisu ludności. Kobieta była tak pełna ufności oraz, no cóż, mało rozsądna, że bez wahania odpowiedziała na każde zadane pytanie. Niczym echo powtórzyła niesmaczne uwagi swojego męża, dodając od siebie „Przepraszam, nie wiem zbyt wiele o quidditchu. Dzieci zajmują mi tyle czasu". Jak gdyby rasizm i quidditch były ze sobą nierozłącznie powiązane! Następnie musieliśmy wysłuchać przechwałek dotyczących jej potomstwa: najstarszego, które niedawno skończyło Hogwart i najmłodszego, zaczynającego właśnie mówić, wprawdzie z niewielkim opóźnieniem w stosunku do równolatków, za to dziecina ma tak pogodny, anielski wręcz charakter! I czy pan Walker nie miałby ochoty na filiżankę herbaty?
Chyba na całym świecie nie było drugiej równie miłej i pozbawionej rozumu kobiety. Podczas gdy Walker zadawał jej więcej bezsensownych pytań, na czubkach palców obeszłam pokój, a następnie cały dom, drżąc od wyczuwalnej, intensywnie używanej magii. Kilka niemych zaklęć diagnostycznych pozwoliło mi ustalić, że ktoś w tym domu miał skłonności do używania przemocy fizycznej. Rzucanie lampami. Krzesłami. Tłuczenie luster.
Możliwe, że Jenkinsowie byli czarodziejami czystej krwi, ale z pewnością nie arystokratami jak Malfoyowie — raczej przedstawicielami średniej klasy jak rodzina Rona, choć z nieco bardziej wypchanym skarbcem u Gringotta. Ich dom był duży, wybudowany na sporej działce, ale jego umeblowanie lata świetności miało już za sobą. Sądząc po stanie krzeseł w jadalni, noszących ślady licznych napraw z udziałem czarów, podejrzewałam, że pomysłu zakupu nowych nie brano tu w ogóle pod uwagę.
— Jeśli Jenkins straci pracę, to najcięższe konsekwencje poniesie jego żona. Malfoy, nie jestem w stanie z całą pewnością powiedzieć, że on ją bije, ale ich dom aż wibruje od Reparo. Niemal każdy mebel został w dalszej lub bliższej przeszłości magicznie naprawiony. Nie mogę znieść myśli, że on się na niej wyżywa. Albo odreagowuje na dzieciach — zakończyłam szeptem.
Malfoy nie wyglądał na zaskoczonego. Nie trzeba było być geniuszem, żeby się domyśleć, że pijackie wywody Jenkinsa nie kręciły się jedynie wokół tematu szlam. Przypuszczalnie okraszał je równie paskudnymi komentarzami o „wbijaniu babie rozumu do głowy".
— Już chyba trochę za późno, żeby rezygnować z całej sprawy — stwierdził, gasząc papierosa.
— Nie chodzi mi o to, żebyśmy zrezygnowali — zaprotestowałam. — Jenkinsa na pewno trzeba usadzić. Jesteś właścicielem „Proroka". Nie możesz go tam zatrudnić? Na jakimś stanowisku, na którym nie będzie zarażał ludzi swoim rasizmem? Mam na myśli posadę bez podwładnych.
— Nie jestem właścicielem „Proroka", Granger. Powoli zaczyna mnie męczyć przypominanie ci o tym fakcie. — Zredukował paczkę papierosów do rozmiarów znaczka pocztowego i wsunął ją do kieszeni. Dawał mi znać, że na dziś już skończyliśmy.
W jednej chwili zupełnie straciłam nad sobą panowanie. Ta pogodna, delikatna, naiwna kobieta dostanie największe lanie w życiu, jeśli jej rasistowski, palący się do przemocy domowej mężulek nie ujrzy przed sobą żadnej perspektywy. A ich dzieci…
— Jasna cholera, idź do diabła, Malfoy! — Wściekła na całego, ze wszystkich sił powstrzymywałam się przed złapaniem pustej butelki po winie i przyłożeniem mu nią w łeb. — Dobrze wiem, że ktoś noszący nazwisko Malfoy jest właścicielem gazety. Możliwe, że to nie ty, tylko twoja żona albo matka lub jakaś fikcyjna spółka, którą zarządzasz i z której ciągniesz zyski. Pytam, czy istnieje możliwość dania pracy temu beznadziejnemu łotrowi, aby jego żona nie chodziła z posiniaczoną twarzą i złamanym nosem, a dzieci nie były rzucane o ściany. Czy to zbyt wygórowana prośba? Jaki sens ma posiadanie władzy, jeżeli nie używa się jej w dobrym celu?
Wstał i podszedł do kominka, zaciskając pięści tak mocno, że rozluźnienie palców i zaczerpnięcie z pojemnika proszku Fiuu zdawało się sprawiać mu ból.
— A czy przyszło ci do głowy, że Jenkins wychowuje bandę bachorów o tych samych ograniczonych, odstręczających przekonaniach co jego własne? Że jego pozbawiona mózgu żona przypuszczalnie powtarza bezmyślnie wieczorne tyrady męża o tym, jak dopuszczenie szlam do gry rujnuje profesjonalnego quidditcha? Uwierz mi, sam słyszałem. Znam ten repertuar niemalże na pamięć. Jego dzieci również potrafią wyrecytować to z pamięci, a ich dzieci któregoś dnia podejmą kontynuację zaszczytnej tradycji. I tak dalej, i tak dalej. Dziwię ci się, Granger.
— Czyżby? Na pewno nie tak bardzo, jak ja tobie. Myślałam, że akurat ty okażesz się ostatnią osobą, która obwinia dzieci za grzechy ich ojców.
Pobladł jak trup.
— Dwór Malfoyów — powiedział ostro, znikając w zielonych płomieniach.
XXX
Rozmyślałam przez cały weekend. Po raz pierwszy od lat nie zabrałam ze sobą pracy do domu. Mimo paskudnej pogody wzięłam się za robotę w ogródku i wysprzątałam kuchnię do połysku. Przez dobrą godzinę wysłuchiwałam przez kominek paplaniny Rona, zachwycającego się Nowym Orleanem i nalegającego, żebyśmy spędzili tam kiedyś urlop. Wybrałam się z Ginny na przechadzkę po sklepach i nie kupiłam niczego. W niedzielę odwiedziłam rodziców i zjadłam z nimi kolację. Żadne z tych zajęć nie zdołało rozprawić się z ciasnym, bolesnym węzłem na moim karku, który sprawiał, że jęczałam z bólu za każdym razem, gdy chciałam odwrócić głowę.
Kiedy, do diabła, zaczęłam rozróżniać dwa oblicza Malfoya, „dawne" i „obecne"? Co za przerażająca myśl. Teraz, gdy znaleźliśmy się na nowym, niezbadanym terenie, nie mogłam temu zaprzeczyć. Gdzieś między pogawędkami o miłosnych aferach jego ciotecznej babki, historiami o trucicielach, opowieściami o zwiedzonych muzeach w Wenecji a podarowaniem mi Moneta, obiadem z wzajemnym oblewaniem się szampanem u Chevalierów i dzieleniu się posiłkiem w mieszkaniu, którego wystrój zaprojektowano jedynie w celu uwodzenia kobiet, gdzieś, w którymś miejscu przekroczyliśmy pewną granicę. Ale jaką?
Gdyby ktoś trzy miesiące temu wymienił w mojej obecności nazwisko „Malfoy", odpowiedziałabym zwięźle „bezwartościowa świnia", nie zaprzątając sobie głowy dalszymi myślami na jego temat. A teraz? Teraz nadal mogłam powiedzieć to samo, ale o braku myśli mowy nie było.
Cholera.
Cały weekend nękało mnie pytanie, dlaczego w ogóle przejmuję się tym, że mogłam zranić jego uczucia. I choć Malfoy nie przejawiał raczej skłonności do zdradzania, co go dręczy, to doskonale zdawałam sobie sprawę, że zadałam mu głęboką i bolesną ranę. I zamiast cieszyć się z powodu takiego osiągnięcia, odczuwałam olbrzymi wstyd. Nie powinnam była rzucać uwagą o jego ojcu, nawet jeżeli zawierała ona samą prawdę, ani komentarzami o statusie własności „Proroka", bo nie miałam prawa się do tego wtrącać. Ale wspomnienie widoku lalki bez jednej nogi, łypiącej na mnie smutno spod grzywki i swędzenie nosa od specyficznej woni zaklęć reperujących robiło swoje.
Cholera, cholera.
W poniedziałek, zaraz po przybyciu do ministerstwa, udałam się windą do biura Malfoya. Było jeszcze wcześnie, parę minut po siódmej i pokój jego zespołu asystenckiego ział pustką. Na pewno nie spodziewałam się, że zastanę go o tej porze. Istniała niepisana umowa, żeby nie wyznaczać żadnych spotkań szefów działów wcześniej niż na dziesiątą rano, inaczej Malfoy się na nich nie pojawi. Zamierzałam zostawić mu krótką notkę w drzwiach i przeprosić za swoje słowa.
Lokalizacja biura Malfoya, położonego o dwa piętra bliżej ministra, wyraźnie dawała do zrozumienia, które z nas dwojga ma większe szanse na stanowisko jego następnego asystenta. Z pewnością tym kimś nie byłam ja. Niemniej nadal tliła się we mnie słaba wiara, że w którymś momencie ktoś mający coś do powiedzenia zauważy, jak ciężko i z poświęceniem pracuję, a Malfoy jest tylko żądnym władzy dyletantem.
Musiałam trącić bariery ochronne, gdy zaklęciem przymocowywałam kartkę do drzwi, ponieważ usłyszałam wypowiedziane ponuro:
— Wejść. — Zawahałam się, czując, jak wilgotnieje mi wnętrze dłoni ześlizgującej się z klamki przy próbie jej naciśnięcia. — Kimkolwiek jesteś, nie mam o tak wczesnej porze czasu na żadne wygłupy! — dobiegł mnie jego krzyk. — Mam za to raczej kiepski humor, a bariera nie przestanie dzwonić, jeśli nie ruszysz się z miejsca. Więc lepiej to zrób. Otwórz te pieprzone drzwi albo odejdź.
Weszłam do środka. Jego biuro było nie tylko lepiej położone pod względem strategicznym, ale i cztery razy większe od mojego i znacznie bardziej okazałe. Dzieła sztuki współczesnej pokrywały każdy dostępny fragment ścian, zaś umeblowanie zdecydowanie nie odpowiadało ministerialnym standardom i z pewnością pochodziło z niewykorzystywanych pomieszczeń dworu Malfoyów. Francuskie antyki powinny teoretycznie gryźć się z abstrakcją obrazów i na odwrót, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Ekstrawagancja malowideł uwalniała meble od ich ciężkiej, przytłaczającej sztywności. I vice versa: antyki dodawały powagi obrazom, które, jak na mój gust, były odrobinę przesadzone, ale pasowały do Malfoya. Nie mogłam powstrzymać przelotnego wspomnienia jego komentarza o ascetycznym wystroju mojego własnego biura.
Pomieszczenie tonęło w obłokach dymu. Musiał siedzieć tu już jakiś czas, paląc jednego za drugim. Gdy tylko mnie rozpoznał, natychmiast pozbył się dymu zaklęciem i zgasił trzymanego w ręce papierosa.
— Wyglądasz, jakbyś spał przez ostatni weekend tyle co ja — powiedziałam, podchodząc bliżej. Skinął lekko głową na znak, że usłyszał i zrozumiał. Worki pod naszymi oczami wyraźnie zdradzały, co mogłam mieć na myśli. — Przepraszam — podałam mu kartkę z prośbą o wybaczenie.
Roześmiał się cicho, po czym wręczył mi własne przeprosiny.
— Właśnie miałem wysłać ci to prosto na biurko.
Rozwinęłam pergamin.
Hermiono,
przepraszam za swoje straszne zachowanie w piątek. Temat mojego ojca jest w najlepszym wypadku sprawą delikatną. Uważam, że samo jego wspomnienie wywołuje we mnie reakcję, najczęściej negatywną. Fakt, że od ponad dwudziestu lat nie żyje, zdaje się nie grać przy tym większej roli. Dżentelmen powinien przynajmniej odprowadzić swojego gościa do drzwi.
Zachowałem się absolutnie grubiańsko. Jeszcze raz przepraszam.
DM
Spojrzeliśmy na siebie jednocześnie. Poziom przesadnej grzeczności obu naszych notek był bardzo zbliżony.
— Przeprosiny przyjęte — powiedziałam z uśmiechem.
— Przeprosiny przyjęte. — Odwzajemnił uśmiech. — Jadłaś już śniadanie?
— Nie, nie miałam czasu. Chciałam zjawić się tu…
— … przed moim przyjściem — skończył za mnie.
Strzelił palcami, na co pojawił się imbryk od Sevresa wraz z resztą zastawy oraz talerzem, na którym piętrzyły się francuskie rogaliki i bułeczki z czekoladą.
— Nalejesz? — poprosił takim tonem, jakbyśmy byli starą, angielską parą na wakacjach we Francji, poczuwającą się do obowiązku zachowania nadwątlonej tradycji brytyjskiego imperium przez picie herbaty towarzyszącej croissantom, skrycie jednak śpiewającej w duchu z radości nad brakiem nieśmiertelnej owsianki.
Mimo wzajemnych przeprosin atmosfera pozostała nieznośnie sztywna. Postukiwaliśmy nożami o talerzyki ze zbyt dużym rozmachem. Ciurkanie herbaty, lejącej się z imbryka do filiżanek, brzmiało zbyt głośno.
— Hermiono?
— Hmm?
— Nie mówię ci komplementów po to, żeby cię upokorzyć. Każde jedno słowo było prawdą.
Zdobyłam się tylko na krótkie „och" i po raz kolejny energicznie zamieszałam herbatę.
Przez jakiś czas na powrót pogrążyliśmy się w tym straszliwym, krępującym milczeniu.
— Malfoy? — odezwałam się wreszcie.
— Hmm?
— Słuchaj, wiem, że przypuszczalnie postępowałeś w podobny sposób całe swoje życie, ale nie cierpię podchodów tego typu. Powiedz, co ci szkodziło przyznać otwarcie, że w napadzie rycerskich uczuć, niestety zupełnie bezsensownym, rzuciłeś klątwę na Carstairsa? I zanim zaczniesz swoją tradycyjną śpiewkę o tym, jaka to ze mnie niepoprawna Gryfonka: dostaję szału, gdy zaczynasz mącić i krążyć wokół odpowiedzi na najprostsze pytania. Nie mogę — drogi Boże, naprawdę zamierzałam powiedzieć to bez mrugnięcia okiem — zaufać ci, jeśli ciągle będziesz… — wydałam głębokie westchnienie i z brzękiem odstawiłam filiżankę na spodek — … takim politykiem. We wszystkim, co robisz.
Przechylił głowę na bok i wydął usta. Nie miałam pewności, czy było to wyrazem irytacji, czy też rozbawienia.
— Ja jestem politykiem, Hermiono — zauważył.
— Ale nie ze mną. Nie musisz być nim przy mnie, do diabła! — Wyprostował się, a jego ręka powędrowała ku kieszeni, by wyłowić z niej papierosa. Znałam go na tyle dobrze, że wiedziałam, iż chodziło mu tylko o zyskanie na czasie. — Nie. Proszę. — Wyciągnęłam dłoń, zatrzymując go w pół ruchu.
Zaszokowało mnie, jak gorąca była jego skóra. Spodziewałam się, że jej dotyk, fizyczna manifestacja twardego, pełnego ambicji serca, musi być lodowaty.
Wojna ma swoje sposoby, żeby złamać lub zahartować ludzi. Wystarczy spojrzeć na Neville'a. Malfoy nie był pod tym względem inny. Wojna pozbawiła go szczenięcych odruchów rozpieszczonego paniczyka, stanowiących jego znak rozpoznawczy w Hogwarcie, zastępując je naprawdę godnym pozazdroszczenia rdzeniem ze stali. Poza rozpaczą po śmierci ojca nic nie było w stanie nim wstrząsnąć. Może przyczyniło się to do jego zagadkowo wczesnej siwizny.
Bezwiednie zacisnęłam rękę wokół jego palców, przypominając sobie ten dzień w moim biurze, kiedy razem badaliśmy dotykiem ślady pędzla Moneta. Niczym zahipnotyzowana patrzyłam, jak unosi moją dłoń do ust i składa na niej krótki pocałunek, a następnie opuszcza nasze złączone ręce na biurko i przerywa kontakt.
Gorączkowo cofnęłam ramię i chwyciłam za uszko pustej filiżanki.
— Przepraszam — wymamrotaliśmy jednocześnie. Wbiłam wzrok we własne dłonie.
Po kolejnej skrajnie niezręcznej minucie odkaszlnął lekko i powiedział:
— Możliwe, że znalazłem coś dla Jenkinsa.
To spowodowało, że uniosłam głowę i spojrzałam na niego.
— Dziękuję.
— Twoja wzmianka o moim ojcu i mnie była trafna. Pansy jest właścicielką „Proroka". Za własne pieniądze i na własną odpowiedzialność, powinienem dodać. Więc nie kłamałem do końca.
Prychnęłam.
— Czy o to właśnie chodzi? O niezupełne kłamstwa?
Wyszczerzył się do mnie radośnie, po czym rzucił swym zwykłym, drwiącym tonem:
— Raz Ślizgon, zawsze Ślizgon.
A potem kichnął.
Koniec rozdziału szóstego
