Rozdział siódmy
Do szpiku kości
Zaprzecza temu aż do dzisiaj. W ciągu kolejnych lat próbowałam wyciągnąć z niego wyznanie, że sam rzucił na siebie klątwę, aby nie odpowiadać za prezentację. Właśnie takie zachowanie jest jego życiowym mottem. Zawsze zatrzymuje się na ułamek sekundy przed chwilą, w której będzie musiał ponieść odpowiedzialność za cokolwiek, unikając wszelkich konsekwencji, dyskusji i kontrowersji. Poruszy niebo i ziemię, po czym zajmie miejsce w bezpiecznej odległości, patrząc, jak kolidują ze sobą światy, a następnie, po całej katastrofie, z powrotem wpełznie na upatrzoną pozycję, ciesząc się swoją zdobyczą.
Niczym szakal.
XXX
— Wiesz, że zapalenie oskrzeli było skutkiem zaklęcia, które na siebie rzuciłeś…
— Jakiego zaklęcia?
XXX
— O, to wygląda całkiem jak zaklęcie, które rzuciłeś, gdy kończyliśmy sprawę Jenkinsa.
— O czym ty mówisz, Hermiono? Nie dostrzegam żadnego podobieństwa między tym uporczywym kaszlem u Doma a tamtym gigantycznym guzem, który zasłużenie umieściłem w samym centrum spoconego czoła Carstairsa.
XXX
— Czy nie możesz się po prostu przyznać? Doprowadzasz mnie do szaleństwa.
— Doskonale. Jesteśmy wobec tego kwita, bo wystarczy, że zjawisz się w pobliżu, a ja zupełnie tracę głowę. Sprawiasz, że zaczynam się jąkać niczym jakaś niezguła i nie jestem w stanie zbudować prostego zdania. Twój urok jest tak oczywisty… Au, to boli!
XXX
— Mam tego naprawdę dość. Powiedz mi, jakie to było zaklęcie.
Czułam jego oddech, łaskoczący moje ucho.
— Nie było żadnego zaklęcia. Tylko inkantacja wywołująca…
— Tak?
— Ty wstręciucho.
XXX
Nie widziałam go przez resztę tygodnia. Normalnie wpadaliśmy na siebie w ciągu dnia w windzie albo przynajmniej spotykaliśmy się na tych samych naradach. Ale nie tym razem. Merlinowi niech będą dzięki!
Wczesnym rankiem w czwartek, gdy przekroczyłam próg biura, przywitała mnie notka szybująca nad moim biurkiem. Jej treść przypominała mi o naszym jutrzejszym, ostatnim spotkaniu „w tej sprawie", nie podając wprawdzie konkretów dotyczących miejsca finałowych ustaleń, ale pozwalająca się domyślić, że jak zwykle chodziło o spotkanie w mieszkaniu Malfoya w porze obiadu. Miałam chęć odwołać to ostatnie i zaproponować omówienie otwartych kwestii tu, w ministerstwie, w którymś z gabinetów. Za nic w świecie nie potrafiłam wyjaśnić, co zaszło między nami w poniedziałek w jego biurze i wcale nie byłam pewna, czy chcę to w ogóle wiedzieć. Na samo wspomnienie ciepła jego ręki i długości palców żołądek skręcał się we mnie w alarmujący sposób. Gdybym nie miała lepszego określenia, nazwałabym to uczucie strachem.
Słowa takie jak irytacja, złość, obrzydzenie, odraza i szok wystarczały do opisu mojej standardowej reakcji na jego osobę w ciągu ostatnich trzydziestu lat, ale niebezpieczeństwo? Jeśli ktoś zapytałby mnie kiedyś, czy uważam Dracona Malfoya za osobę, przed którą można odczuć lęk, w odpowiedzi zabiłabym go śmiechem. Bać się tego zepsutego, narcystycznego dyletanta?
A teraz?
Teraz było mi zupełnie nie do śmiechu. O tak, ten człowiek stanowił zagrożenie. W życiu nie doświadczyłam najmniejszych wyrzutów sumienia za to, że nigdy nie przeprosiłam go za (zupełnie usprawiedliwione zresztą) pogardliwe traktowanie całymi latami, a teraz, zaledwie po kilku krótkich tygodniach pracy nad wspólnym projektem, błagałam go listownie o wybaczenie. I, co gorsza, odczuwałam przymus wręczenia mu przeprosin osobiście.
Co się, do diabła, ze mną działo?
Nieczęsto zdarzały mi się sytuacje, gdy nie mam pojęcia, jak się zachować, na całe szczęście moje raczej zdrowe i całkiem spore ego schowało się na chwilę za instynktami. W poniedziałek, zaraz po tym, jak kichnął, zapiszczałam tylko „Na zdrowie. Miłego dnia." i w popłochu opuściłam biuro, miętosząc w dłoni pergamin z jego przeprosinami. Niemal biegiem dotarłam do własnego pokoju i bezsilnie opadłam na krzesło przy biurku, spocona jak mysz.
W miarę upływu tygodnia udało mi się skupić na bieżących zajęciach do tego stopnia, że nawet nie myślałam o Draconie Malfoyu ani jego rękach. Poza normalnym ładunkiem spraw do załatwienia wykonałam również robotę Carstairsa. Większość wtorku, całą środę i lwią część czwartkowego wieczoru straciłam na kompletną przeróbkę białej księgi*, której sporządzeniem miał się zająć w związku z niedawnymi wyborami przewodniczącego, co z kolei miało wywrzeć znaczący wpływ na nasze przyszłe stosunki z równoległym departamentem amerykańskim. Carstairs oczekiwał ode mnie, że zatwierdzę swoim podpisem jego żałosne wypociny, które nie były niczym więcej niż marnotrawstwem pergaminu, do tego okraszonym sugestiami wręcz bezpośrednio zadającymi gwałt naszej strategii politycznej. Mimo piastowanego stanowiska wykazywał się zaledwie pobieżną znajomością aktualnych trendów w polityce rządu. Nawet gdyby ktoś, nucąc pod nosem hymn Wielkiej Brytanii, podsunął mu je pod nos na srebrnej tacy, nadal nie miałby o nich żadnego pojęcia. A żeby było jeszcze gorzej, sporą ilość imion i nazwisk wymienionych w raporcie napisał z błędem, łącznie z moim („j" w nim wystąpić nie powinno).
I choć nie miało to większego związku z moim zadaniem, to po raz kolejny stawiałam sobie pytanie, czy skoro jakiś mężczyzna bezczelnie gapi się na cycki kobiety za każdym razem, gdy pojawia się ona w polu jego widzenia, to chyba ta nie zażąda od niego zbyt wiele, wymagając, żeby wreszcie nauczył się porządnie pisać jej imię?
W piątek o trzeciej po południu skutecznie wmówiłam sobie, że cały ten epizod z przeprosinami, dłońmi i śniadaniem w niezręcznej atmosferze był zaledwie pozostałością po nieprzyjemnych wydarzeniach poprzedzającego je tygodnia. Uzbrojona w zwoje pergaminów, zredukowanych zaklęciem do rozmiarów zapałek, udałam się siecią Fiuu do mieszkania Malfoya, zdecydowana ograniczyć swój występ do spraw ściśle służbowych, zjedzenia obiadu (i kategorycznego odmówienia wina) oraz uporania się raz na zawsze z kwestią Jenkinsa. Wraz z tą chwilą będzie nam dane powrócić do normalnego stanu rzeczy, czyli niewymagającej żadnego wysiłku pogardy z mojej oraz zaawansowanego sarkazmu z jego strony.
Żelazna obietnica zachowania się wyłącznie w chłodny, formalny sposób z miejsca wzięła w łeb, gdy tylko dotknęłam stopą dna kominka w mieszkaniu Malfoya. Ujrzałam go, leżącego na kanapie i zwiniętego w ciasny i ewidentnie bardzo niewygodny kłębek. Złożone dłonie, przylegające do siebie palcami jak w modlitwie, wcisnął sobie pod ucho. Wygląd jego stroju, starannego i wypieszczonego jak zwykle — tym razem był to garnitur, kosztujący zapewne tyle co mały samochód — zakłócał nieco poluzowany krawat, rozpięty pod szyją kołnierzyk i porzucona marynarka. W dodatku, co przyprawiło mnie o opadnięcie szczęki, podkasał sobie rękawy koszuli. Nie zaszokowałby mnie bardziej, gdyby przywitał mnie nago.
Moją pierwszą reakcją była nieopisana złość. Jak on śmiał się tu wylegiwać, roztkliwiając się nad potwornym kacem, który go dopadł, podczas gdy w planach mieliśmy pracę? Nie miałam wątpliwości, że całą ostatnią noc poświęcił na wlewanie wódki i szampana w jakąś lafiryndę. Wnioskując z udręczonego wyrazu jego twarzy, musiał poświęcić pięć flaszek Chopina i pełną skrzynkę Tattingersa, żeby dotrzeć do celu, czyli dobrania się jej do majtek. Miałam właśnie podbiec do niego i zacząć obdzierać go ze skóry, gdy uniósł głowę, spojrzał na mnie i wyjęczał „Granger?", po czym zaniósł się kaszlem tak chrapliwym, że wcale bym się nie zdziwiła, widząc pod koniec ataku wyplute na podłogę płuco.
— Malfoy, ty idioto! Czemu nie przysłałeś mi sowy? Czemu nie jesteś w domu? Co się dzieje z tą Pansy, że pozwala ci używać magii w takim stanie? Czy ta kobieta kompletnie oszalała? Dlaczego…
Przerwał mi uniesieniem ręki.
— Żaden idiota. Trzeba skończyć sprawę Jenkinsa. Skrzaty domowe są irytujące. Pansy jest z matką w Paryżu. Nie oszalała — wycharczał, próbując usiąść.
— Nie zachowuj się jak półgłówek. Kładź się natychmiast. — Nacisnęłam na jego ramię, kierując go w dół. Opadł na kanapę ze stęknięciem i zamknął oczy. — Czy masz tu… — urwałam, gdy tylko moja ręka dotknęła jego czoła.
Był rozpalony jak hutniczy piec.
Na szczęście podstawowe umiejętności udzielania pierwszej pomocy były czymś, co opanowaliśmy wszyscy już w ciągu pierwszych trzech miesięcy wojny. Przysiadłam na tej koszmarnej ławie ze szklanym blatem i słoniowymi nogami, nie odrywając jednej ręki od jego czoła, drugą zaś nakreśliłam wzór zaklęcia przeciwgorączkowego.
— Boli mnie w piersi — wymamrotał, przyciskając bladą dłoń do mostka w bezsensownej próbie powstrzymania kolejnej fali rzężącego kaszlu.
— Gdy tylko zaklęcie zadziała, dam ci szklankę ciepłej wody. To powinno trochę rozluźnić skurcz w oskrzelach.
Skinął głową, nie byłam jednak pewna, czy naprawdę docierało do niego to, co mówiłam. Na jego bladych z natury policzkach widniały bliźniacze, jaskrawomalinowe placki, ostro kontrastujące z trupią barwą reszty twarzy. Skulił się w sobie jeszcze ciaśniej, a jego ciałem zaczęły wstrząsać gorączkowe dreszcze. Co dwie sekundy wyczarowywałam Tempusa, czekając niecierpliwie, aż… Temperatura nie spadała. Przeciwnie, rosła jeszcze bardziej. Jego czoło niemal płonęło. Ponowiłam zaklęcie. Bez efektu. A potem wszystko stało się jasne. Dobrze znam własne umiejętności, jestem cholernie zdolną czarownicą, a jedynym wytłumaczeniem bezskuteczności moich czarów było to, że Malfoy musiał własnoręcznie rzucić na siebie urok sprowadzający zapalenie oskrzeli albo płuc czy też inną zbliżoną, idiotyczną chorobę i wszystko wyłącznie po to, żebym to ja poniosła całą odpowiedzialność za zwolnienie Jenkinsa z pracy w ministerstwie. A ponieważ spartaczył zaklęcie, rozchorował się do tego stopnia, że jego magia nie potrafiła już temu podołać i nawet rzucone przeciwzaklęcie, gdyby je znał, nie byłoby w stanie niczego naprawić.
— Ty kompletny, niewyobrażalny głupku! — krzyknęłam. Próbował otworzyć oczy, ale nawet to kosztowało go zbyt wiele wysiłku. Schwyciłam go za barki i zaczęłam nim potrząsać. — Co to za urok? Jakie paskudne, czarnomagiczne zaklęcie rzuciłeś na siebie? — Nie odpowiedział, zamiast tego znów zwinął się w napadzie kaszlu. Przytrzymałam go, czekając, aż atak minie. Na Boga, ależ był chudy. Musiał chorować już przez cały tydzień. Wiedziałam, że jeśli wkrótce nie damy rady stłumić gorączki, zacznie majaczyć. Bijący od niego żar sprawił, że sama zalałam się potem.
— Malfoy — wyszeptałam mu do ucha. — Musisz mi powiedzieć. Na Merlina, błagam, co to było za zaklęcie?
— Spać — wymruczał półprzytomnie w mój policzek.
Ja ci zaraz dam spać, pomyślałam. Delikatnie ułożyłam go w wygodniejszą pozycję i głęboko zaczerpnęłam powietrza, nadal trzymając rękę na jego czole. Dobra. Miałam do czynienia z magią odporną na każdy rzucony przeze mnie czar. Musiałam więc poradzić sobie mugolskim sposobem. Jeśli Malfoy nie zareaguje pozytywnie w przeciągu kwadransa, aportuję się z nim do Świętego Munga.
Podbiegłam do najbliższego okna, otworzyłam je i skierowałam różdżkę w stronę szeregu mieszkań w budynku naprzeciwko.
— Accio paracetamol!
Usłyszałam brzęk tłuczonego szkła, poprzedzający podobny dzikim gęsiom klucz opakowań z przywołanym środkiem przeciwgorączkowym, wlatujący z impetem do pokoju i lądujący na przeciwległej ścianie. Doskonale. Wykonałam szeroki gest różdżką, kilkakrotnie wołając „Reparo!" ze szczerą nadzieją, że udało mi się naprawić wszystkie uszkodzone szyby. Nie miałam czasu na nic innego. Popędziłam do kuchni, łapiąc pierwsze z brzegu naczynie — kieliszek do brandy z waterfordzkiego kryształu — i napełniając je wodą. Następnie pognałam z powrotem do salonu, chwyciłam najbliższe pudełko z tabletkami i wycisnęłam z listka cztery sztuki naraz, co nie było z mojej strony szczytem rozsądku, a już na pewno mogło zaszkodzić żołądkowi Malfoya, w tamtej chwili stanowiło jednak moje najmniejsze zmartwienie.
— Malfoy, możesz usiąść? — zapytałam donośnym, ostrym i zdecydowanym głosem.
— Nie i nie tak głośno — poskarżył się jękliwie. Do cholery z nim! Doprowadziłam górną część jego ciała do pionu zaklęciem lewitacyjnym. Zamrugał, patrząc na mnie z wyrzutem. — Nie czuję się za dobrze. Nie rób tego więcej.
— Otwieraj gębę i łykaj te pastylki. W tej chwili! — Wykrzywił się. — No już! — warknęłam. Ponownie zamknął oczy, ale przynajmniej otworzył usta.
Wrzuciłam mu tabletki głęboko do gardła i przystawiłam kieliszek do warg. Ochlapałam go sowicie, próbując wlać w niego wystarczającą ilość wody, by mógł gładko przełknąć paracetamol. Musiał być naprawdę chory, bo nawet nie marudził, że przemoczyłam mu koszulę. Połknąwszy wszystko, przymierzył się do przybrania na powrót pozycji leżącej.
— O nie, mowy nawet nie ma. Jazda do łazienki. W tej chwili. Obejmij mnie ramieniem i chodź.
Musiałam nakłonić go do wzięcia chłodnej kąpieli. Z pewnością trzeba będzie odczekać jakiś czas, zanim paracetamol zacznie działać. O ile w ogóle zacznie działać. Malfoy jęknął, ale zdołał z niewielką pomocą stanąć na własnych nogach. Przez całą drogę do łazienki, leżącej na drugim końcu mieszkania, dosłownie niosłam go na plecach. Próbowałam nie wpaść w panikę, co było niełatwe, bo buchał od niego taki żar, że dotyk jego ciała, opartego o moje, parzył mi skórę nawet przez warstwę ubrań. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, oparłam go o ścianę, odkręciłam kran i zaczęłam rozbierać.
— Jesteś najbardziej niemożliwym facetem na świecie. Gdybyś nie był akurat w tak beznadziejnym stanie, zabiłabym cię własnoręcznie. Dobra, a teraz ściągaj to… Tak, teraz koszulę… Spodnie poproszę, podnieś trochę w górę swój… Buty. Rany boskie, co za cholerne sznurowadła… Czyś ty coś jadł w tym tygodniu? Mogłabym przysiąc, że straciłeś co najmniej sześć kilo. Jesteś o wiele za… Podnieś rękę… Jesteś… W porządku, dobrze, a teraz siadaj… Wiem, że woda jest zimna, ale pomoże obniżyć gorączkę. Proszę!
Mruknął coś pod nosem, zajęczał i na koniec wydał z siebie coś na kształt warknięcia, ale posłusznie zanurzył się powoli w chłodnej wodzie. Złapałam szklankę do płukania zębów i zaczęłam polewać mu barki, co kilka chwil sprawdzając dłonią temperaturę czoła. Policzyłam do dwudziestu, potem do trzydziestu, czterdziestu. Jeśli jego organizm nie zareaguje na lek w chwili, gdy doliczę do dwustu, koniec zabawy. Gołego czy nie, złapię go pod pachy i…
Podziałało. Nie wiadomo, co pierwsze: zimna woda czy tabletki, ale przy stu czterdziestu trzech gorąco bijące od jego czoła wyczuwalnie zmalało. Nadal miał wysoką temperaturę, ale nie musiałam myśleć już o natychmiastowym aportowaniu się z nim do Świętego Munga.
— Zi-zi-zi-zimno — zaszczękał zębami, wstrząsany nieopanowanym dreszczem. — Moje ja-ja-ja-jaja skurczyły się doszczę-czę-czę-tnie.
— Nic im nie jest, zapewniam cię. Jeszcze minuta i wrócisz do łóżka.
Leżał, wypełniając ciałem całą długość wanny, z ugiętymi kolanami i głową spoczywającą na zwiniętym w rulon ręczniku, który podłożyłam mu w charakterze poduszki. Choć nadal nie otwierał oczu, udało mu się unieść jedną brew i zaraz potem zajęczeć, jakby coś sprawiło mu ból.
— Popatrzyłaś sobie, co? — odezwał się z cieniem swojego zwykłego sarkazmu w głosie.
— Nie — odparłam nieco sztucznym tonem. — Posiadam wystarczającą wiedzę na temat męskiej anatomii, aby mieć pewność, że zanurzenie pewnych organów w zimnej wodzie nie zrobi im żadnej krzywdy. To nic innego niż kąpiel w chłodnych morskich falach.
Odpowiedział mi bladym uśmiechem.
— Musimy po-po-pojechać razem nad mo-mo-morze i prz-prze-przeprowadzić eksperyment z te-te-temperaturą. Pr-pr-proponuję Torquay**. Ale tylko wte-wtedy, gdy ty też się ro-ro-rozbierzesz. Tylko tak będzie f-f-f-fair.
Prychnęłam.
— Widać, że czujesz się lepiej. Brzmisz niemal zupełnie normalnie. Czyli sprośnie. Wstawaj, pomogę ci się wytrzeć i zaprowadzę cię do łóżka.
Nie odezwał się ani słowem, gdy go wycierałam. Trzymał się tylko kurczowo moich ramion, żeby nie stracić równowagi, trzęsąc się nadal jak w febrze. Nie patrzyłam na niego. Kiedy przyszła kolej na osuszenie jego genitaliów, a on nie zareagował najmniejszym niesmacznym komentarzem, zaczęłam się martwić na nowo. Wstałam, żeby sprawdzić temperaturę jego czoła.
— Takie rzeczy powinna robić Pansy — mruknęłam, wzdychając z ulgą. Ciągle był gorący, ale już nie tak niebezpiecznie.
— Zdecydowanie brak jej w tych sprawach talentu — przyznał. — Coś związanego z medycyną? Nie ma mowy, żeby się wykazała. Dom złamał sobie rękę, gdy miał trzy lata. Przez kilka godzin nie mogła wyjść z histerii. Dziękuję. Teraz czuję się już tylko w połowie nieżywy. — Zatrząsł się jeszcze raz, a potem lekko przechylił głowę i obdarzył mnie słabym uśmiechem.
To był ten moment. Moment, w którym maska, jaką nosił, zniknęła. Pomimo siwizny zawsze roztaczał aurę stosunkowej młodości, wyglądając na kogoś, kto ma wiecznie trzydzieści lat. Jako młody człowiek zdawał się być starszy niż w istocie, zaś teraz, po latach, sprawiał wrażenie młodszego. Znajdował się we wnętrzu swoistej pętli czasu, obdarzającej młodością, ale bez jej nieodłącznego elementu niedoświadczenia. W tej chwili jednak zdecydowanie wyglądał na swój prawdziwy wiek. Poczułam głębokie zdumienie, że pozwolił mi się ujrzeć w takim stanie. Żadnej błyskotliwej maksymy, żadnych uszczypliwych tekstów, którymi mógłby się osłonić. Ani śladu aroganckiego uśmieszku czy złośliwego grymasu.
Opuściłam rękę.
— Nie sądzę, żebym ze stoickim spokojem przyjęła do wiadomości fakt, iż jakaś obca kobieta szoruje mojego męża gąbką w wannie, niezależnie od przypadłości natury medycznej.
Jego usta znów rozciągnęły się w przelotnym, zmęczonym uśmiechu.
— Tak, no cóż, wiesz przecież, jacy jesteśmy my, zepsuci arystokraci. Orgie, kąpiele z użyciem gąbek w towarzystwie koleżanek z pracy. Dla nas to normalne. Boże, czuję się naprawdę fatalnie.
Sięgnął po płaszcz kąpielowy wiszący na drzwiach od łazienki. Obrzuciłam go wzrokiem i prychnęłam zdegustowana. Oczywiście było to coś śmiesznie drogiego, uszytego z czarnego jedwabiu, co w innych okolicznościach mogłoby wyglądać na Malfoyu całkiem pociągająco i uwodzicielsko. Kontrast pomiędzy jasnym blaskiem jego włosów i lśniącą, głęboką czernią materiału był jedyny w swoim rodzaju.
— Nie masz nic lepszego? — zapytałam. Okrycie ze zwykłej flaneli wystarczyłoby w zupełności. Uniosłam różdżkę i transmutowałam płaszcz w coś znacznie bardziej odpowiedniego. Spojrzał na mnie z wyrzutem, unosząc rękę.
— Zwariowałaś? To kimono kosztowało mnie trzysta funtów.
— Zakładam, że nie ma większego sensu pytać, czy trzymasz coś przypominającego piżamę w tym gnieździe rozpusty? — odgryzłam się.
Zawinął ciasno poły szlafroka wokół siebie i zawiązał pasek na supeł. Merlinie, ależ był chudy.
— Niby po co? — odparł równie opryskliwie. — Chce mi się spać. Czuję się, jakby pięćset słoni jednocześnie usiadło mi na piersi.
— Powiesz mi wreszcie, jak brzmi przeciwzaklęcie dla tej klątwy?
W odpowiedzi odwrócił się plecami, poczłapał w stronę łóżka i położył się, zakopując po uszy w pościeli. Zasnął w przeciągu pół minuty.
Transmutowałam jeden z ręczników w bardzo gruby, wełniany koc i wcisnęłam jego rogi pod barki i stopy Malfoya. Następnie wróciłam do salonu, zamykając za sobą drzwi. Możliwe, że za chwilę będę musiała płaszczyć się przed kimś dla dobra Malfoya, ale nie miałam zamiaru pozwolić, żeby dobiegło to do jego uszu. Z westchnieniem tak głębokim, że słyszalnym zapewne w stolicy Walii, wyciągnęłam z kieszeni telefon komórkowy.
XXX
W każdej rodzinie znajdzie się gałąź, będąca obiektem drwin i szyderstwa krewniaków. W klanie Grangerów ta szczególna rola przypadła w udziale mojej ciotce Janet. Ojciec zawsze twierdził, że musiała być podrzutkiem, znalezionym na kościelnej ławce, który wzbudził litość swych przybranych rodziców i został przez nich adoptowany. Fakt, że ona i mój ojciec byli bliźniętami, zdawał mu się w ogóle nie przeszkadzać w snuciu podobnych teorii. Ciotka wyszła za mężczyznę pasującego do niej jak ulał. Rzadko kiedy zdarzało się spotkać dwie osoby o tak samo złośliwym usposobieniu. Odnajdując się nawzajem, dokonali prawdziwego wyczynu. O starym przysłowiu na temat przyciągających się przeciwieństw w ich przypadku mowy nie było. Byli raczej identyczni jak dwie krople wody. Nie wiadomo, czy wynikało to z natury, czy też z wychowania, ale ich potomstwa, równie aroganckiego co rodzice, nie mógł ścierpieć absolutnie nikt.
Co w ogóle nie miałoby znaczenia, gdybym nie była czarownicą. Nikt z całej rodziny mojej ciotki, no, może z wyjątkiem kuzynki Caroline, nie wykazywał się szczególną inteligencją. Jako ktoś należący do magicznego świata nie mogłam raczej rozgłaszać dokoła, jaką pozycję zajmuję w Ministerstwie Magii (czyli jednego z najmłodszych szefów departamentu w historii). Stanęło na tym, że oficjalnie zatrudniało mnie któreś z mugolskich ministerstw w charakterze drobnego pracownika, przerzucającego biurowe akta z kąta w kąt. Oczywiście kłamstwo to natychmiast pociągnęło za sobą następne: Ron również pracował w ministerstwie — jako dozorca. Gdybym zasugerowała coś na kształt prawdziwej kariery, moja ciotka poczułaby się w obowiązku zarzucić mnie krzyżowym ogniem pytań dotyczących naszych stanowisk. W obliczu tego, na czym stanęło, mogła górować nad moją matką i pysznić się, że jej dzieci gorliwie wspinały się po drabinie finansowych awansów, podczas gdy jedyna córka jej bliźniaczego brata jest zwykłym gryzipiórkiem i żoną dozorcy. Na całe szczęście na rzadkich zjazdach rodzinnych ledwo zwracała uwagę na naszą obecność, poprzestając na sporadycznym i pełnym samozadowolenia upewnieniu się, że nadal oddajemy się z Ronem naszym żałosnym zajęciom zawodowym. Ron, wtajemniczony w to drobne oszustwo, skarżył się głośno za każdym razem, kiedy ciotka pojawiała się w pobliżu, na dokuczliwe pęcherze na dłoniach od machania miotłą przez cały dzień.
Kuzynka Caroline, moja rówieśnica, była oczywiście znienawidzoną przeze mnie rywalką aż do chwili, w której wyjechałam do Hogwartu. Moim rodzicom udało się w jakiś sposób skutecznie zaspokoić ciekawość rodziny dotyczącą dokładnego miejsca mojej edukacji. Ciotka i wuj skwapliwie uznali, że musiał to być rodzaj internatu skrzyżowanego z poprawczakiem dla młodocianych wykolejeńców. Uczęszczając do szkoły dla czarodziejów, nie miałam większych szans na wyprowadzenie ich z błędu. Z powyższych powodów na uciążliwych przyjęciach rodzinnych ciotka Janet serwowała dania na papierowych talerzach z nieodłącznymi plastykowymi sztućcami z obawy, że Ron i ja moglibyśmy zwędzić jej ze stołu porcelanę i srebro.
Ron nie cierpiał kuzynki Caroline z zasady, jako że była latoroślą znienawidzonej ciotki Janet — zupełnie niepotrzebnie, ponieważ Caroline doskonale radziła sobie ze wzbudzaniem podobnych uczuć na swój własny rachunek. Doskonale wiedząc, że nie możemy mieć dzieci (wytłumaczenie tego wymagało od nas kolejnego gigantycznego kłamstwa) i cierpimy z tego powodu, nigdy nie przegapiła okazji do zamęczania mnie ciągle nowymi historyjkami o własnym potomstwie, które zawsze kończyła słowami „A nie myśleliście już czasem o adopcji?".
Teraz, przy telefonie, na moje grzeczne powitanie i zapytanie o samopoczucie rodziny Caroline zareagowała szczegółowym, półgodzinnym wykładem na temat zadziwiających osiągnięć akademickich Beowulfa i Gladys. Nie spodziewałam się niczego innego. Wreszcie, gdy zrobiła przerwę na zaczerpnięcie tchu, skorzystałam z okazji.
— Caroline, czy mogę prosić cię o krótką poradę? — Nie zwlekając ani chwili, żeby nie wpadła mi w słowo, ciągnęłam dalej: — Ta cała Państwowa Kasa Chorych. Drogi Boże, ten kraj schodzi na psy. — Jej ojciec wygłaszał podobnie brzmiące tyrady na każdej rodzinnej biesiadzie, byłam więc stosunkowo pewna, że złapię ją na ten wyświechtany slogan domorosłych konserwatystów. — Zdiagnozowali u Rona zapalenie płuc i wysłali go do domu z opakowaniem paracetamolu. — Wobec każdej innej osoby użyłabym zamiast Rona „starego przyjaciela", ale naprawdę potrzebowałam odpowiednich leków od razu. Możliwe, że odmówiłaby wypisania recepty mojemu rzekomemu przyjacielowi, zwłaszcza dawno niewidzianemu, ale miałam nadzieję, że dla Rona zrobi to bez zadawania zbyt wielu niewygodnych pytań.
— Typowe — prychnęła. Nie, pod względem poglądów politycznych to jabłko nie padło daleko od jabłoni.
— Tak, można mieć tylko nadzieję, że toryści wygrają kolejne wybory i rozprawią się z tym nonsensem z Państwową Kasą Chorych. — Odpokutuję za tę obłudę napisaniem przed następnymi wyborami długiej listy argumentów za głosowaniem na laburzystów i liberałów. Nie dopuszczając Caroline do słowa na jeden z jej ulubionych tematów, forsowałam dalej swoją prośbę. — Czy mogłabyś przepisać Ronowi jakiś antybiotyk? Jest w opłakanym stanie, ma potworną gorączkę.
Caroline nie należy być może do najprzyjemniejszych osób, jest jednak świetnym lekarzem. W dodatku dobrze mnie znała i wiedziała, że nie wpadam w popłoch z powodu byle kataru. Jeśli twierdziłam, że Ron jest chory, to znaczyło, że naprawdę było z nim źle. Pięć minut później, po opisaniu najdrobniejszych szczegółów każdego symptomu Malfoya, Caroline obiecała mi, że zadzwoni do najbliższej apteki z prośbą o wydanie odpowiednich antybiotyków. Kazała mi też kupić syrop od kaszlu z kodeiną.
Następne dziesięć minut upłynęło jej na oczernianiu aktualnego rządu złożonego z laburzystów, po czym wreszcie dane mi było zakończyć rozmowę.
Przed wyjściem do apteki sprawdziłam jeszcze stan Malfoya. Nie zmienił pozycji. Nadal oddychał chrapliwie i z trudem, ale gorączka nie wzrosła. Przysiadłam na moment na brzegu łóżka, patrząc, jak śpi. Powinien niebawem coś zjeść, może trochę bulionu z kurczaka. Wątpiłam, żeby to, co dostarczyli Chevalierowie, było w stanie wzbudzić teraz jego apetyt. Kupię po drodze kilka puszek z zupą i parę butelek piwa imbirowego. Gdy tylko uda mi się wlać w niego trochę zupy, odgrzeję obiad przysłany przez Chevalierów. Nie jadłam nic od szóstej rano i powoli zaczynało mi się kręcić w głowie. Nie byłam w stanie nawet zrobić sobie herbaty, bo w tym upiornym mieszkaniu próżno było szukać choć jednego jej listka, nie wspominając już o czymś takim jak czajnik. Czy mogłam zaryzykować krótki wypad do domu po piżamę, herbatę i imbryk? Jasne, aportując się tam i z powrotem zajmie to najwyżej dziesięć minut…
— Malfoy, wychodzę na trochę do sklepu i do domu. — Żadnej reakcji. Delikatnie położyłam mu rękę na ramieniu i potrząsnęłam lekko. — Malfoy. — Nic. — Draco. — Otworzył oczy. — Muszę wyjść na moment. Przyniosę ci kilka mugolskich lekarstw. Dasz sobie radę sam?
Spodziewałam się oporu, jakiejś słabej, ale wyraźnej odmowy przyjęcia mugolskich specyfików, przygotowałam się więc na nieuniknioną kłótnię. Ale on obrócił tylko głowę ku mojej dłoni, spoczywającej na jego barku, ucałował jej knykieć i na powrót zapadł w sen.
Trzęsłam się przez całą drogę do apteki, uspokajając się dopiero na miejscu.
XXX
Chociaż gnałam jak szalona, wyprawa po leki i przypominający tornado nalot na własny dom zabrały mi ponad godzinę. Gdy wróciłam, Malfoy na szczęście nadal spał, choć temperatura jego czoła znów zaczęła mnie niepokoić. Odrobina zupy, kubek gorącej, słodkiej herbaty i dawka antybiotyku powinny jednak utrzymać gorączkę na znośnym poziomie do chwili, kiedy uda mi się dodatkowo wcisnąć mu do gardła trochę paracetamolu. Powinnam zacząć od zupy, potem przejść do lekarstw. Koktajl złożony z antybiotyków, kodeiny i środków przeciwgorączkowych mógłby okazać się mieszanką zbyt wybuchową na pusty żołądek.
Architekt, któremu mieszkanie zawdzięczało swój wystrój, przezornie pomyślał o wyposażeniu kuchni w imponujący zestaw garnków i patelni, które nigdy jeszcze nie ujrzały z bliska ani palnika, ani piekarnika. Nie miałam pojęcia, dlaczego mnie to najpierw zaskoczyło, a zaraz potem rozzłościło. W tym mieszkaniu nie miało miejsca nic poza konsumowaniem kolejnych seksualnych zdobyczy i nic nie świadczyło o tym tak wyraźnie jak nietknięte utensylia do gotowania oraz brak czajnika. Niebiosa jedyne wiedziały, dlaczego mnie to tak zdenerwowało. Nie byłam przecież chodzącą pruderią. I skoro Pansy zdawało się nie przeszkadzać godne pogardy zachowanie jej męża, to kim byłam ja, żeby go osądzać?
A jednak mnie to drażniło. Nawet bardzo. Głównie dlatego, bo nie ukazywało Malfoya takiego, jakim poznałam go niedawno. Owszem, odzwierciedlało idealnie tryb życia mężczyzny, którego znałam przed całą aferą z Jenkinsem, ale nie teraz. Obrazy zdobiące ściany wzbudzały niemiłe uczucie. Skórzane obicia i chromowane meble, wszystko nowoczesne, bez najmniejszego śladu czegoś z tradycją, irytowały. Na miłość Boską, Malfoy nie miał tu nawet piżamy. Zalewająca mnie kombinacja złości i potwornego głodu (wgryzłabym się nawet w dywan, tak bardzo chciało mi się jeść) sprawiła, że w okamgnieniu uporałam się z przygotowaniem tacy, na której znalazła się zupa, towarzysząca imbrykowi herbaty oraz podgrzanej porcji kurczęcia po kijowsku od Chevalierów.
Nie obyło się bez marudzenia i imponującej ilości niechętnych pomruków, ale wreszcie podniósł się z łóżka. Dyskretnym gestem wskazałam mu toaletę, oblewając się przy tym rumieńcem (co za głupota, przecież widziałam go już dziś nago), po czym przeszłam do jadalni.
Nalewałam właśnie herbaty, kiedy stanął w progu. Zatrzymał się tam, obserwując mnie uważnie.
— Tak?
— Wyglądasz tu tak nie na miejscu jak pająk na weselnym torcie. Nic, tylko domowe ciepło, rozsądek i efektywność, zupełne przeciwieństwo chromu i szkła. Zaraz, jak ty nazwałaś to mieszkanie? Gniazdo rozpusty?
Obrzuciłam go krótkim spojrzeniem, ściągając usta.
— Jest odrażające. Nie mam pojęcia, jak możesz tu wytrzymać. Nie jest nawet… — urwałam, gryząc się w język. — Chwiejnym krokiem zbliżył się do stołu i powoli opadł na krzesło. — Jak się czujesz? — zapytałam. — Chcesz herbaty?
— Jakby mnie coś rozjechało, ale przeżyję. Herbata może być. Ale ta zupa wygląda… bardzo podejrzanie.
— Jest gorąca i pożywna — odparłam pospiesznie.
— Nie dałbym sobie uciąć ręki za jej pożywność, ale gorąca jest bez wątpienia. Strasznie łatwo dajesz się zbić z tropu. Nie jest nawet jakie? O mieszkanie mi chodzi, oczywiście. Nie skończyłaś zdania.
— No cóż… Nie ma w nim ciebie. Ono nie jest nawet twoim odbiciem. Mam na myśli… to. — Wskazałam na komputerową reprodukcję Piccasa, wiszącą nad komodą.
— Serio? Pochlebiasz mi uważając, że nie jestem aż tak płytki i jednocześnie obrażasz mnie myśląc, że brak mi gustu. — Westchnął i odłożył łyżkę. — Nie dam rady zjeść więcej. Ta zupa to jakieś paskudztwo. Smakuje jak z puszki.
— Ponieważ jest z puszki. Uwierz, miałam najszczerszy zamiar rzucić się w pogoń za kurczakiem z ekologicznej hodowli, dopaść go, własnoręcznie złamać mu kark i wypatroszyć, następnie ugotować na nim bulion, a w czasie, gdy będzie dochodził na wolnym ogniu, planowałam skoczyć na jednej nodze do Covent Garden po świeży makaronik i na koniec ekspresowo wynająć samochód i pojechać nim do Sussex po słodziutkie, młode marchewki. Pomyślałam jednak, że uratowanie cię przed niechybnie śmiertelnymi skutkami twojego spartaczonego zaklęcia jest ważniejsze. Jak mogło mi to przyjść do głowy? — Uniosłam widelec z nabitym na niego kawałkiem mięsa. — Chcesz trochę kurczęcia po kijowsku?
Wykrzywił się.
— Broń Boże. A ja myślałem, że jesteś chodzącą perfekcją. Oczekiwałem, że podołasz obu tym zadaniom. Ale za herbatę należy ci się maksymalna ilość punktów. — Zasalutował mi kubkiem. — To naczynie wygląda, jakby pochodziło z twojej kuchni. Praktyczne i paskudne.
— Następnym razem przyniosę serwis od Spode'a.
— Mam nadzieję. Tabletki na stole są dla mnie?
Połknął leki bez zbędnego marudzenia i zaczął wstawać, gdy nagle jego wzrok padł na piżamę, którą rzuciłam na kanapę, ciągle opakowaną w fabryczną folię (Ron dostał ją w prezencie od ciotecznej babki Hortensji).
— Proszę, powiedz mi, że mam halucynacje — odezwał się Malfoy, wskazując na piżamę. — Spiorunowałam go wzrokiem. — Czy ktoś ci już powiedział, że surowe spojrzenia są jedną z twoich licznych mocnych stron? To najohydniejsza szkocka krata, jaką widziałem w życiu, a mam pod tym względem niejakie doświadczenie. Przypomnij sobie, że byłem sędzią w konkursie dzikich szkockich pląsów, urządzonym przez aurorów na świątecznej popijawie w moim domu. A nawet jeśli ta kratka wyglądałaby znośnie, to i tak nie założyłbym tej piżamy z zasady. Niewątpliwie przeznaczona jest na nocne akcje twojego męża, ale i on wykazał tyle gustu, żeby jej nie nosić. Nawet w Oxfamie*** by jej nie przyjęli. Chcesz mojej rady? Spal ją. Skoro Weasley nie chce jej założyć, bo jest aż tak brzydka… Cóż, uważam, że to mówi już samo za siebie.
— Ron nie znosi piżam. Sypia… no, hmm. Sypia… — Zamieszałam herbatę, by odwrócić uwagę Malfoya od mojego rumieńca. — Sypia w czymś innym niż to.
— Co za bezsens. Uch. Nawet myślenie sprawia mi ból. Podejrzewam, że chodzi ci o to, że sypia bez piżamy. Oczywiście, jeśli miałbym taką żonę jak ty, to za każdym razem pozbywałbym się ubrań z chwilą wejścia do domu.
— Jest ciepła…
— …i odrażająco brzydka. Może to z mojej strony nietolerancyjne i raczej niemądre, ale zdecydowanie nie zgodzę się dopuścić w moje pobliże tego odcienia fuksji. Przecież to czysty materiał szantażowy. Wystarczy jedna mała fotka zrobiona mi w tym czymś i nigdy więcej w życiu nie będę mógł pokazać się w Mediolanie. A teraz muszę przestać mówić, bo płuca pękną mi zaraz z bólu.
Przypomniało mi to o podaniu mu syropu oraz następnej dawki paracetamolu. Potem nalałam gorącej wody do umywalki w łazience i kazałam mu się nad nią pochylić z ręcznikiem narzuconym na głowę, tak aby unosząca się para pomogła rozluźnić śluz zalegający w jego oskrzelach. Podczas gdy Malfoy inhalował, wytrzepałam poduszki w jego łóżku i zaklęciem odświeżyłam prześcieradło. Nafaszerowany lekami, z odrobiną zupy i solidną porcją herbaty w żołądku, powinien poradzić sobie jakiś czas beze mnie. Mogłam wyjść bez zbytniego poczucia winy.
— Muszę wracać — powiedziałam, gdy już leżał w łóżku, wtykając mu rogi kołdry za ramiona. Położył dłoń na moim nadgarstku.
— Przepraszam, że obraziłem twoją zupę z puszki. Zostań. Wiesz, jakim potrafię być roztrzepańcem. Zapomnę wziąć lek i umrę i będzie to twoją winą. — Wysunął dolną wargę w grymasie udawanego dąsu.
— Oboje dobrze wiemy, że daleko ci do roztrzepania. — Cofnęłam rękę, nie mogąc się jednak przedtem powstrzymać od odgarnięcia mu z czoła zbłąkanego kosmyka. — Muszę iść do domu. Ron odezwie się ze Stanów przez kominek o dziewiątej. Zajrzę tu potem, żeby zobaczyć, co z tobą.
Stałam już w drzwiach, gdy dotarł do mnie jego śpiący głos:
— Zmienię sobie mieszkanie.
XXX
Zachwyt Rona Stanami Zjednoczonymi nie miał granic. Wydobywszy od niego informację, że przybędzie do domu świstoklikiem w niedzielę po południu, pozwoliłam mu się rozgadać. Napomknął nawet o tym, że w przyszłym roku moglibyśmy zrezygnować z nieśmiertelnej Grecji na rzecz kempingu w parku Yellowstone, pełnego cudownych krajobrazów oraz niedźwiedzi potrafiących wyrwać drzwi samochodowe, żeby dobrać się do bagaży zawierających coś do jedzenia. Po doświadczeniach wojennych sam dźwięk słowa „namiot" potrafił wzbudzić we mnie atak paniki. I choć zareagowałam na pomysł Rona sztucznym entuzjazmem, nie miałam nawet zamiaru myśleć na poważnie o jakimkolwiek kempingu. Zew greckich plaż i wizja spędzenia czasu z rodziną na pewno zrobią swoje i zadecydują o naszych sierpniowych planach wakacyjnych za rok.
Właśnie mijała dziesiąta, gdy wyszłam z kominka w mieszkaniu Malfoya. Był w łóżku, śpiąc na siedząco, z głową przechyloną na jedno ramię. Gorączkowe rumieńce nie pokrywały mu już wprawdzie policzków, jednak jego czoło było cieplejsze, niż się spodziewałam. Drgnął pod wpływem mojego dotyku i wyszeptał śpiącym głosem:
— Nie myślałem, że jeszcze dziś przyjdziesz. Późno jest?
— Dopiero dziesiąta. Zażyjesz teraz leki, dobrze?
Gdy tylko przełknął wszystko, co mu podałam, przesunął się na lewą połowę łóżka, zakopując się głębiej pod kołdrą i odwracając do mnie plecami.
— Czuję się samotny — powiedział. — Proszę, posiedź tu przy mnie, dopóki nie zasnę. Zgoda? Światło nie będzie mi przeszkadzać. — Machnął ręką w stronę komody, zarzuconej zwojami pergaminu. — To moja końcowa analiza dotycząca Jenkinsa.
XXX
Ocknęłam się o brzasku, z przerażeniem stwierdzając, że zasnęłam nad notatkami Malfoya. Rozwinięte pergaminy pokrywały większą część łóżka. Nie miałam pojęcia, jak tego dokonał, ale leżałam obok niego pod kołdrą. Czułam jego ciało, przytulone do moich pleców i nasze splecione ze sobą palce. Dokładnie w tej samej pozycji zasypiałam z Ronem co wieczór.
Całe swoje życie dzieliłam łóżko i sen zaledwie z jednym mężczyzną, przez dłuższą chwilę chłonęłam więc zaistniałą sytuację z rozkoszą podszytą poczuciem winy. W ciągu lat Ron zmężniał, nabrał ciała i mięśni. Obecnie wyglądał tak samo jak jak jego ojciec, gdy był czterdziestolatkiem: solidny, postawny, niewiele przypominający dryblasa, za którego wyszłam za mąż. Nie uznawałam tego za wadę. Krzepkość pasowała do niego, wygładzała jego dawną ostrą kościstość. Leżenie z nim w łóżku było kwintesencją ciepła i przytulności. Malfoy nie był tak wysoki jak Ron, jego kolana lepiej wpasowywały się w zgięcie moich nóg, a długość tułowia do długości moich pleców. Nie, w niczym nie przypominało to przytulania się do Rona. To tutaj było intensywniejsze, bardziej zaborcze. Pierś Malfoya, otulona pomiętym materiałem szlafroka, przywierała ciasno do górnej połowy mojego ciała. Mimo grubej kołdry skórę miał chłodniejszą niż ja. Kryzys z gorączką musiał minąć w nocy.
Skłamałabym twierdząc, że czułam coś niewłaściwego lub obcego. Szczerze mówiąc, wrażenie było cudowne. Pośladkami wyczuwałam delikatny napór słabej, nieświadomej erekcji, na karku regularne łaskotanie wdychanego i wydychanego we śnie powietrza. Gdyby się teraz obudził i przylgnął do mnie ustami, byłabym gotowa. Moje sutki stwardniały na samą myśl.
I nagle dotarło do mnie, co tak okropnie szarpnęło mnie za żołądek tamtego poniedziałkowego ranka w jego biurze.
Pożądanie.
Wyślizgnęłam się z pościeli i przy pomocy różdżki doprowadziłam się w ciszy do porządku, zebrałam rolki pergaminu i zredukowałam je do rozmiarów pasujących do wnętrza kieszeni szaty. Właśnie wrzucałam do kominka garść proszku Fiuu, gdy usłyszałam wypowiedziane słabym głosem „Hermiono?", na co jednak zrobiłam zdecydowany krok do przodu, lądując po chwili we własnym salonie, z policzkami pokrytymi sadzą i łzami.
Koniec rozdziału siódmego
* Biała księga to oficjalny raport składany przez instytucję, rząd lub firmę dotyczący danej dziedziny, produktu, ustawy itp.
** Torquay to nadmorski kurort na południu Anglii.
*** Oxfam to niezależna organizacja pomocy humanitarnej (w typie Czerownego Krzyża), między innymi przyjmująca używaną odzież, rozdawaną osobom potrzebującym lub sprzedawaną w sklepach będących własnością Oxfamu. Zyski płynące z takich sprzedaży są przeznaczane na cele organizacji.
