Rozdział ósmy
Obosieczny miecz
Mimo fatalnej nocy, podczas której udało mi się zasnąć najwyżej na kilka minut, blask porannego słońca, sparowany z kubkiem mocnej herbaty, skutecznie przywrócił mi zdolność rozsądnego myślenia.
Owszem, moja długoletnia opinia o Draconie Malfoyu jako o uganiającym się za spódniczkami trollu (którego życie zawodowe zdawało się ograniczać do uwodzenia kobiet i stawiania piwa) uległa zmianie. Niechętnie przyznałam, że akceptuję go jako pełnowartościowego współpracownika ministerstwa — ale na tym koniec. Gdy tylko pozbędziemy się wreszcie Jenkinsa (jeśli był ktoś, kto zasłużył sobie na wylanie z pracy, to właśnie ta rasistowska świnia), Malfoy i ja powrócimy do naszego dawnego status quo, czyli sporadycznych spotkań na służbowych zebraniach czy też wspólnego korzystania z windy w te rzadkie dni, w które on zjawi się w pracy punktualnie. Takie z pewnością będzie można policzyć na palcach jednej ręki. A że małżeństwo i obowiązki rodzicielskie z pewnością pomogą dojrzeć jego nieznośnemu synowi, przynajmniej miałam taką nadzieję, Malfoy nie znajdzie powodu, by prosić mnie o pomoc w gromadzeniu zastępu czarodziejów, czyszczących pamięć tych biednych mugoli, którzy stali się obiektem wesołych eskapad Doma i jego beztroskiego szastania zaklęciami.
Koniec z dwugodzinnymi obiadami w tym obrzydliwym mieszkaniu. Koniec udawania żony Malfoya. Koniec z perłami. Koniec z przebierankami. Koniec z obrączkami! I koniec z Monetem. Oddam mu obraz w poniedziałek.
Koniec z tym wszystkim i kropka.
W moim małżeństwie już od jakiegoś czasu zapowiadało się na kłopoty, wymagające niezwłocznego zaangażowania z mojej strony. Nie mogłam sobie teraz pozwolić na słabość do mężczyzny, który co prawda zyskał nieco w moich oczach, ale szczerze mówiąc, miałam o nim wcześniej tak niskie mniemanie, że mogło ono jedynie wzrosnąć! Drogi Merlinie, jak Ron i ja mogliśmy skończyć w ten sposób? Owszem, zmiana sposobu patrzenia na Dra… nie, Malfoya, ustawiła go w bardzo korzystnym świetle, niestety ukazała też bezlitośnie bolesną prawdę o moim małżeństwie.
Czy w nim jeszcze cokolwiek funkcjonowało?
Przyznaję, że zawsze miałam skłonności do bycia pracoholiczką, Ron za to spędzał nieproporcjonalną większość wolnego czasu z Harrym. Ale wcześniej nigdy nie zakłócało to naszego pożycia intymnego. Przez pierwsze pięć lat po prostu szaleliśmy za sobą, dlaczego więc teraz uważam, że pokrywanie całych metrów pergaminu rozważaniami o wpływie obecnego amerykańskiego prezydenta na politykę w czarodziejskiej części Wielkiej Brytanii (bez wyciągnięcia żadnego wniosku pod koniec dziesiątego metra) działało na mnie bardziej stymulująco niż perspektywa spędzenia wieczoru z mężem? Ale przecież nie tylko z mojej winy nasz związek powoli, ale nieustannie popadał w stagnację. Jeśli mam być całkowicie szczera, Ron wolał niekończące się rundki w Eksplodującego Snape'a ze swoimi siostrzenicami i siostrzeńcami od kolacji ze mną.
Seks (a raczej jego brak) był symptomem, którego nie mogłam zignorować. Dlaczego jednak dzwonki alarmowe w mojej głowie nie zadzwoniły już wcześniej? No tak, nie interesowałam się ostatnio tym tematem, dopóki nie poczułam nagłego pożądania, skierowanego ku zupełnie nieodpowiedniemu mężczyźnie. Nic nie było w stanie wprawić mnie w panikę bardziej niż stwierdzenie, że czuję pociąg do tego degenerata, Dracona Malfoya. Nie mogłam wytłumaczyć tego zwykłą tęsknotą za czyjąś bliskością, za czyimkolwiek dotykiem. Ron jest kimś, kto uwielbia trzymać cię za rękę, przytulać. To typ mężczyzny, który ochrania cię swoim ramieniem, gdy przedzierasz się przez tłum. Z drugiej strony spędziliśmy oboje cały urlop bez ani jednej myśli o seksie — a przynajmniej ja o nim nie pomyślałam — ale, na Merlina, wcale nie byliśmy zgrzybiałymi staruszkami! Przypuszczalnie nawet Artur i Molly kochali się ze sobą częściej niż ja z Ronem. Co za wstrząsające odkrycie!
Dobrze. Nie wyglądało na to, żebym usychała z tęsknoty za samym kontaktem fizycznym, ale bez wątpienia za fizyczną intymnością.
Wyjaśniało to moją podszytą strachem reakcję na pocałunek, który ten idiota Malfoy złożył na knykciach mojej dłoni. Dosyć tego. Przerwa w aktywności seksualnej, którą sama sobie zaaplikowałam, musiała dobiec końca, im szybciej, tym lepiej. W przeciwieństwie do moich innych poczynań, w łóżku nie jestem sztywną perfekcjonistką — prawdę mówiąc, lubię tam sobie nieco pofolgować — i nigdy nie czułam się zażenowana przejęciem inicjatywy. Więc do roboty. W niedzielę wieczorem, kiedy Ron wróci do domu. A potem dwa razy w tygodniu, nawet jeśli miałoby mnie to zabić. Poza tym będę nalegać na jeden wieczór tygodniowo, który poświęcimy wyłącznie sobie. Tylko Ron i ja. Sami. Zrobimy coś razem. We dwoje. Merlin jeden wie, co, ale znajdę coś, co zainteresuje nas oboje. Bez Harry'ego i Ginny w charakterze buforów.
Może piątki? Hmm, piątek wieczorem jesteśmy zwykle wykończeni po całym tygodniu pracy. Soboty były dniem naszych tradycyjnych „filmowych spotkań" z Harrym i Ginny. Niedziele odpadają, bo wtedy zawsze wybieramy się na wczesną kolację do Nory. Poniedziałki? Nie, poniedziałkowe wieczory są przeznaczone do wypełniania grafika zajęć służbowych na nadchodzący tydzień. Wtorki? Niemożliwe. Tygodniowe raporty muszą być zawsze gotowe na środę, zawsze zostaję przez to dłużej w pracy. Więc czemu nie środy? Te też odpadały. Kolacja u moich rodziców. Czwartki? No tak, wieczór z dartem. Żądanie od Rona, żeby zrezygnował z czwartkowych rozgrywek w darta w pubie byłoby równoznaczne z żądaniem rozwodu. No to piątki?
Cholera.
W takim razie może wspólny obiad w soboty? Moglibyśmy chodzić na zakupy rano, ale Ron z kolei uwielbia poleżeć dłużej w wolny dzień i…
Przez całą ostatnią noc walczyłam ze łzami, cisnącymi się do oczu i nie znalazłam teraz siły, aby dalej je powstrzymywać, mimo blasku słońca i mocnej herbaty. Wyczarowałam magiczną klepsydrę i pozwoliłam sobie na pięć minut rozpaczliwego, niepohamowanego ryku, przestając płakać, gdy piasek w widmowej klepsydrze przesypał się do końca. Przypuszczałam, że stan moich nerwów wynikał głównie z napięcia przed poniedziałkową prezentacją w ministerstwie. Nigdy nie przepadałam za starą maksymą „nie ma spokoju dla niegodziwców". Dom stanowczo domagał się gruntowanych porządków przed powrotem Rona, poza tym musiałam wybrać się po coś do jedzenia, o ile nie zamierzałam przez następny tydzień podawać na kolację trawy z ogródka. Resztę dnia należało zaś poświęcić poddaniu raportu o Jenkinsie ostatniemu szlifowi.
XXX
Skoro już z przesadną dokładnością wzięłam pod lupę nasze małżeńskie relacje, zaczęłam stawiać pod znakiem zapytania dosłownie wszystko.
Niedzielne popołudnie zastało mnie przy kuchennym stole w Norze, pijącą herbatę, pogryzającą ciasteczka i gawędzącą z Ginny i Molly. Pomieszczenie aż wibrowało magią z powodu pełnego werwy stukotu drutów, dziergających w szalonym tempie kolejne wdzianko dla pierwszego prawnuka Weasleyów i czarów obierających tony ziemniaków oraz brukselki. Kochałam Molly i Artura. Odwzajemniali moją miłość, traktując mnie jak własną córkę. Nikt na całym świecie nie mógł mieć bardziej wspierających, uważnych teściów czy też lepszych przyjaciół.
A jednak istniało jakieś „ale". Bez mrugnięcia okiem przystaliśmy na to, że Ron i Harry przybędą ze Stanów prosto do Nory świstoklikiem, lądując w ogrodzie przed domem. Było to jak najbardziej rozsądne, jako że bezpośrednio po ich przybyciu zaplanowano wielką ucztę z rostbefem i puddingiem Yorkshire, ulubionymi daniami Rona i Harry'ego, ale mimo wszystko! Pod wieloma względami nadal byliśmy niczym hogwarckie nastolatki. Podejrzewam, że podobne stosunki panowały w innych mocno związanych ze sobą rodzinach (u Weasleyów występowało dodatkowe utrudnienie w postaci czającego się po kątach ducha Freda, skazującego na niepowodzenie wszelkie próby uzyskania autonomii, jak na dorosłe małżeństwo przystało). Niemniej ciągle wracała mi na myśl uwaga Dra… Malfoya o tym, że wojna zmieniła nas tak diametralnie, że w zasadzie powinniśmy na nowo ustalić swój własny porządek świata.
Przypominało to jednak próbę zaplanowania tygodnia tak, żeby znaleźć czas dla Rona. Nie widziałam sposobu, aby przełamać schemat ścisłych więzów rodzinnych bez emocjonalnego wstrząsu o sile katastrofy żywiołowej. Uważałam wprawdzie, że powinno być rzeczą zrozumiałą samą przez się, jeśli Ron przybędzie w pierwszej kolejności do domu, weźmie prysznic i może nawet czule przywita się z żoną, zanim uda się na wielką kolację do rodziców. Jednak w odróżnieniu od chwili obecnej, przedtem refleksje tego typu nigdy nie przychodziły mi do głowy. To był zaledwie drobny przykład o mało znaczącej skali, niemniej ta cecha weasleyowskiego podejścia do spraw rodzinnych zdążyła odcisnąć się piętnem na każdym aspekcie naszego życia. Fakt, że Harry i Ginny oraz Ron i ja zamieszkamy drzwi w drzwi, był rzeczą niepodlegającą dyskusji. Że ich dzieci przejmą po części rolę dzieci, których my mieć nie mogliśmy. Że Ron podąży za Harrym wszędzie i, bez dwóch zdań, zajmie się tym, co tamten wybierze dla siebie. Od dnia, w którym Quirrell wpuścił trolla do Hogwartu, nasze losy były ze sobą nierozerwalnie związane.
Czy Ron i ja wydostaliśmy się kiedykolwiek z kręgu historii i poświęcenia? Wiem, że kochaliśmy się nawzajem, ale kiedy tak chętnie poddaliśmy się naszej powszedniości, że nie potrafiliśmy zdobyć się nawet na jedną namiętną chwilę podczas urlopu? Na początku naszego małżeństwa wydawało mi się, że cały świat obraca się wokół nas, a my jaśniejemy pośrodku niczym słońce. Teraz wcale nie czułam, żeby coś takiego jak środek w ogóle istniało. W pewnym momencie zdryfowaliśmy na orbitę, choć pojęcia bladego nie miałam, kto przejął rolę gwiazdy centralnej, ale z pewnością my już nią nie byliśmy. Jeszcze dziesięć lat temu poczułabym się obrażona, gdyby ktoś powiedział mi, że pomyślę kiedyś o naszym związku w podobnych kategoriach. W tej chwili jednak świadomość prawdy wywoływała nerwowe skurcze mojego żołądka.
Niebezpieczne myśli dręczyły mnie całe popołudnie i nie opuściły nawet wtedy, gdy wspólnymi siłami pomagaliśmy Molly przygotować kolację. Stłukłam dwa talerze, skaleczyłam się w palec nożykiem do obierania warzyw i oblałam sobie stosunkowo nową bluzkę sosem z pieczeni.
— Cholera jasna — mruknęłam pod nosem. Pospiesznie użyłam zaklęcia czyszczącego w nadziei, że uda mi się usunąć najgorsze plamy i wyglądać w miarę przyzwoicie, gdy zjawi się Ron. Na szczęście on rzadko zwracał uwagę na tego typu rzeczy, ale bluzkę mogłam spisać już na straty. Nadawała się wyłącznie do wyrzucenia.
— Dobrze się czujesz, Hermiono? — zapytała Ginny przyciszonym głosem. — Sprawiasz wrażenie nieobecnej. — Potrząsając głową, powiodła wzrokiem po zrujnowanej bluzce. — Chyba nawet magia nie zaradzi tym plamom. Jest nowa?
— Tak. Masz rację. Już się do niczego nie nadaje. I nie, nic mi nie jest — skłamałam. — To tylko zmęczenie. Ostatnie dwa tygodnie były prawdziwym piekłem. Musiałam uporać się w pracy z pewną paskudną sprawą — dodałam tonem, który miał jej zasugerować, że gdyby było mi wolno, wyjawiłabym więcej.
Zaletą pracy Harry'ego i Rona jako aurorów było to, że większość ich spraw zawodowych uchodziła za tajne. Jeśli nigdy nie zdradzało się żadnych szczegółów otoczeniu, ludzie wokół wychodzili z założenia, że jest się pod wpływem jakiegoś zaklęcia poufności. I całe szczęście, ponieważ nasze poczynania prowadzące do wyrzucenia Jenkinsa z ministerstwa należało aż do końca trzymać w sekrecie. Jeśli chodzi o mnie, to śniadania, obiady i pozostałe spotkania z Draconem Malfoyem również powinny pozostać tajemnicą.
Ron i Harry zmaterializowali się w ogródku wraz z gasnącym czarem świstoklika. Skórę Harry'ego pokrywała olśniewająca opalenizna, podczas gdy Ron, najwyraźniej również ulegając chęci jej uzyskania, dorobił się jedynie wielokrotnych oparzeń słonecznych i przypominał jedno wielkie łuszczące się nieszczęście.
— To niesprawiedliwe — poskarżył się. — Spójrz tylko na niego! Strzaskany na mahoń, a ja wyglądam jak gigantyczny pieg.
— Gigantyczny, obłażący ze skóry pieg — wtrąciła Ginny.
— Wystarczy, Ginny — upomniała ją Molly. — Harry, kochaneczku, opowiedz nam o Nowym Jorku. Czy tamtejsza magiczna część miasta jest tak duża jak Aleja Pokątna?
— Ron — szepnął mu na boku ojciec do ucha. — Miałeś okazję przejechać się nowojorskim metrem?
Jak w każdą niedzielę Molly zapełniła nam talerze stosami jedzenia. Podczas posiłku Ron bez przerwy rzucał dowcipnymi uwagami, Ginny nie przestawała się z nim droczyć, Harry trzymał fason, a Artur stery konwersacji, sprowadzając raz po raz Rona i Ginny do pionu. A ja? Nie miałam pojęcia, jaką rolę powinnam odgrywać w tym przedstawieniu. Patrzyłam na dobrze znany mi obraz rodzinnej kolacji zupełnie nowymi oczami, zastanawiając się, jaki konkretny udział w nim brałam.
Dotarliśmy kominkiem do domu w okolicach ósmej, nie naruszając odwiecznej rutyny naszych niedzielnych wieczorów. Przygotowałam Ronowi kąpiel. Mimo swojego okazałego wzrostu uwielbiał kulić się w wannie pełnej gorącej, parującej wody — im cieplejsza, tym lepsza. Podczas gdy się moczył, wyjęłam dla nas ubrania na następny dzień, zrobiłam kanapki do pracy i nakryłam stół na jutrzejsze śniadanie. Gdy weszłam wreszcie do sypialni na piętrze, Ron leżał już w łóżku. Zanim się położył, napuścił mi do wanny świeżej wody.
— Co za genialna wycieczka. Chryste, jestem skonany. Wygląda na to, że od jutra powrót do kieratu, co? — Poprawił sobie poduszkę, ziewnął i zamknął oczy.
— Chętnie zobaczę kiedyś Nowy Jork — rzuciłam. Nie mówiłam tego szczerze, ale podczas kolacji co najmniej godzinę zajęły mu pieśni pochwalne na cześć tej metropolii. Musiałam bez przerwy gryźć się w język. — Może wybierzemy się tam na Boże Narodzenie?
Ron gwałtownie uniósł powieki.
— Czyś ty oszalała? Twoi rodzice byliby załamani, gdybyś wyjechała na święta, a mama wściekłaby się, gdyby zabrakło kogoś z rodziny przy wigilijnym stole. Wiesz, jaka potrafi być. Hermiono? — Przyjrzał mi się naprawdę pierwszy raz od chwili powrotu. — O, cholera jasna. Coś ty robiła przez cały ten czas? Wyglądasz na tak wyczerpaną, jak ja się czuję. Och. No tak, prawda — westchnął. — Jutro ta cała twoja sprawa z Jenkinsem, co nie? Wiem, że pójdzie ci wspaniale. Ten facet nie ma szans — dodał, ziewając szeroko i pozwalając na powrót opaść powiekom.
— Tak. Poczekaj minutkę, zaraz wrócę — obiecałam i niemal pędem udałam się do łazienki. Wzięłam najszybszą kąpiel w życiu, szorując ciało błyskawicznymi, ostrymi ruchami gąbki, zdecydowana dotrzymać swego postanowienia. Seks. Za chwilę będę uprawiać z Ronem fantastyczny, głośny seks, który pomoże pozbyć się ostatniego śladu tamtego śmiesznego, żałosnego pożądania, które poczułam do Malfoya w jego mieszkaniu.
Jednak nawet najlepszy plan potrafi wziąć w łeb. Gdy myłam zęby, do moich uszu dobiegło gromkie chrapanie Rona.
Wśliznęłam się do łóżka i przytuliłam do niego, szepcząc swoją tradycyjną litanię przeprosin. Jak każdej nocy.
XXX
Wewnętrzny zegar Rona nadal chodził według czasu amerykańskiego, a ja po nieprzespanej piątkowej i niewiele lepszej sobotniej nocy zasnęłam jak kamień, tak więc stukot sowiego dzioba o szybę okna wyrwał nas nie tyle z drzemki, ile z prawdziwej otchłani snu. Był blady świt, sypialnia tonęła w świetle typowym o tej porze roku dla godziny wpół do siódmej rano. Wyczarowałam Tempusa. Dokładnie trzydzieści dwie minuty po szóstej. Uporczywe stuk-stuk-stuk przybrało na intensywności, aż rozdrażniony Ron, potrzebujący zwykle do przebudzenia porządnego potrząśnięcia za ramię, krzyknął zirytowanym głosem:
— Niech no się tylko dowiem, kto wysłał tę sowę, to zabiję go bez mrugnięcia okiem!
Podbiegłam do okna i pospiesznie rozchyliłam okiennice. Olbrzymia czarna sowa o skrzydłach prawie półtorametrowej rozpiętości i piórach tak gładkich, że sprawiających wrażenie jedwabnych, wleciała do środka i wydawszy pełen nagany skrzek, upuściła na dywan dwa ruloniki pergaminu oraz małą paczuszkę, po czym wyfrunęła z powrotem, nie omieszkując rzucić mi na pożegnanie obrażonego spojrzenia. Tak imponujący ptak mógł należeć tylko do jednej osoby.
Jeśli miałabym jeszcze jakąkolwiek wątpliwość co do nadawcy, to ostatecznie rozwiałaby ją wstążka przytrzymująca zwinięty pergamin, opatrzona inicjałami Malfoya. W pierwszej kolejności sięgnęłam po mniejszy zwój.
Nadal jestem chory. Zaprezentuj ministrowi zebrane materiały również w moim imieniu. Wiem, że jak zwykle wypadniesz fenomenalnie.
DM
W paczce znalazłam dyktafon. Drugi, ciasno zrolowany pergamin zawierał najprawdopodobniej zapiski Malfoya. Nie były mi niezbędne, argumenty, które chciał wyłożyć, zdążyłam już poznać na pamięć. Możliwe, że podczas większości naszych spotkań wypiłam niejeden kieliszek wyśmienitego bordeaux, nie upośledziło to jednak moich zdolności.
Czy poczułam się zaskoczona takim obrotem spraw? Ani odrobinę. Cel Malfoya stanowiło wszakże pozbycie się konkurencji. Podczas gdy bez żenady wykorzystywał moje mocne strony — choć sam bez wątpienia określał je słabościami — cały czas wiedział, że będę w stanie zaprezentować zarówno skutki postępowania Jenkinsa o wymiarze politycznym (na czym pierwotnie miał się skoncentrować Malfoy), jak i moralnym (zdecydowanie moje pole do popisu). Wiedział, że w efekcie to ja wykonam całą tę brudną robotę, dzięki czemu sam nie skala sobie nią rąk. Ostatecznie pozbędzie się największego rywala, a oprócz tego nie narazi na szwank swojej czystokrwistej otoczki. Niewątpliwie doszedł do wniosku, że ludzie z zapałem oddający się temu rodzajowi rasizmu nie będą w stanie znienawidzić mnie jeszcze bardziej. Co było prawdą.
Już słyszałam usprawiedliwienie, które Malfoy wkłada Jenkinsowi do uszu: jedna wielka tyrada w jego typowym żargonie z wyższych klas. Nie omieszka zawrzeć w niej stosownej dozy irytacji pod moim adresem oraz wyrazów ubolewania skierowanych do Jenkinsa. „Wybacz, Jenkins. Planowałem stawić się na miejscu, by zbić jej argumenty przeciwko tobie, niestety rozłożyło mnie to przeklęte zapalenie oskrzeli. Proszę, przyjmij moje przeprosiny. A tak swoją drogą, słyszałeś, że „Prorok" szuka nowego kierownika dystrybucji. Jak uważasz, spodobałoby ci się takie stanowisko? No i możliwość większych zarobków… Wyobrażam sobie, że Konstancja byłaby zachwycona." A między wybuchami radości i wylewnymi podziękowaniami Malfoy nie zapomni poklepać Jenkinsa po plecach i dodać przyciszonym głosem: „Musimy trzymać się przecież dawnych tradycji. Może tak piwo po pracy na przypieczętowanie umowy?".
Oczywiście ani razu oficjalnie nie padnie choć słówko o utrzymaniu więzów między czarodziejami czystej krwi, o nie. Pojawią się same aluzje. Jenkins zaś, o ile ma krztynę rozumu, zrozumie, że akcja na taką skalę nie miałaby szans na powodzenie bez pełnej kooperacji Malfoya. Po co jednak się w to zagłębiać, skoro można pogrążyć się w słodkim, alkoholowym Obliviate za jego galeony? Ron wspominał, że Jenkins nie stronił od stawiania ludziom kilku kolejek, a Malfoy jednym klasycznym, genialnym pociągnięciem wykorzysta tę strategię do osłabienia przeciwnika. I ostatecznego nad nim zwycięstwa.
— Wystawił cię do wiatru, prawda? — zapytał Ron rozespanym głosem. Wspierając się na łokciu, podniósł leżącą na podłodze rolkę i wyjął mi list z dłoni.
Skinęłam głową i odeszłam, by zamknąć okno.
XXX
Moja prezentacja wypadła znakomicie, o ile wolno mi powiedzieć w ten sposób o sobie samej. Pierwsze pół godziny poświęciłam na przedstawienie dowodów. Mimo usilnych starań minister nie był w stanie ukryć swojej fascynacji dyktafonem. Nalegał nawet, żeby ponownie odtworzyć niektóre fragmenty nagranych rozmów i, jak zakładałam, wcale nie dlatego, by upewnić się co do wymowy obraźliwych komentarzy Jenkinsa. Po prostu palił się, żeby własnoręcznie nacisnąć guziki urządzenia. Pamiętając, że Malfoy był mistrzem manipulacji, podejrzewałam, że dobrze wiedział o małej, potajemnej słabości ministra do mugolskiej technologii. Mogłabym założyć się o własną różdżkę, że właśnie to było głównym powodem, dla którego Malfoy utrwalił dowody akurat za pomocą dyktafonu. Tym samym już od początku miał przychylność ministra w kieszeni.
Następnie, pilnując się, by nie popaść nieświadomie w pogardliwy ton, wyłożyłam szczegółową i długą listę argumentów Malfoya. Jej ogólna wymowa sprowadzała się do prostego faktu, że jeśli oponenci ministra odkryją, jakie rewelacje wyrzuca z siebie po głębszym zajrzeniu do kieliszka jeden z jego szefów departamentu, to może zakończyć się to bolesną porażką podczas kolejnych wyborów.
Ostatnie pół godziny przypadło na moją domenę: wygłosiłam prawdziwie inspirującą i żarliwą przemowę na temat tego, jak kryptorasista pokroju Jenkinsa może podkopać moralny kręgosłup ministerstwa oraz jego reputację poza granicami kraju. Lekko szklisty połysk w oczach ministra, wyraźnie zauważalny podczas ostatniej części prezentacji, wolałam przypisać jego zmęczeniu, nie znudzeniu.
Jenkins wyleciał w południe następnego dnia (choć według oficjalnie rozpowszechnionej wersji zdecydował się na zmianę kariery zawodowej i przeniesienie jej do sektora prywatnego), a z biura wyniósł się ostatecznie w porze herbaty. W środę po południu ministerstwo obiegły pierwsze plotki o jego nowym, doskonale płatnym stanowisku w wydawnictwie „Proroka". W piątek, pod koniec dnia pracy, tylko nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymywałam się od rzucenia Niewybaczalnego na wysoce zasłużony łeb Malfoya.
XXX
Z powodu popołudniowego ataku ziewania zdecydowałam się wyjść z biura po filiżankę kawy. Właśnie podnosiłam się z krzesła, gdy do środka jak burza wpadł Ron, złapał mnie w ramiona i pociągnął za sobą w dzikie, radosne pląsy, wykrzykując co chwilę: „A niech mnie!", „O cholera, cholera!", „Ty niesamowita, genialna kobieto!" i całując pomiędzy tymi rewelacjami. Minęło parę minut, zanim zdołałam ustalić, dlaczego zachowywał się tak żywiołowo i niewątpliwie po wariacku.
— Merlinie, spełniło się moje marzenie. Nigdy nie myślałem, że…
— Ron, co się…
— Nie, żebym nie lubił pracy aurora, ale Harry dał mi swoje błogosławieństwo, a poza tym może to tylko przejściowe rozwiązanie. Jak oni to określili? Prowizorycznie? Nie. Jak to szło, do diabła… A, zastępczo. Ale ja im już udowodnię, że jestem idealny do tej roboty. Że nikt inny…
— Ron, powoli. Co…
— A niech to! Nigdy bym nie pomyślał, że wezmą mnie pod uwagę. Pewnie, że spisywałem się pierwszorzędnie z ministerialną ligą. No i oczywiście znam się na rzeczy, ale uwierzyć nie mogę, że wpadło mi coś takiego…
— Ron! — wrzasnęłam na całe gardło.
Pocałował mnie mocno, złapał oburącz za pośladki i przycisnął do siebie.
— Och, Hermiono — powiedział ochrypłym szeptem, owiewając mi ucho gorącym oddechem. — Nigdy bym nie pomyślał, że zrobisz coś podobnego. Dla mnie. Muszę zaraz powiedzieć o tym tacie. Będzie taki dumny. Człowieku, szef Departamentu Magicznych Gier i Sportów! Dziś wieczorem robimy imprezę w Norze. Wyślij wszystkim sowy!
Pocałował mnie ponownie i wyleciał z biura jak z procy.
XXX
Zastanawiałam się nad wysłaniem wyjca, z drugiej strony jednak, gdyby ten wpadł w niewłaściwe ręce… Gdyby się rozniosło, że sabotuję pracowników ministerstwa w celu zapewnienia awansu własnemu mężowi, moja opinia ległaby w gruzach. Nie musiałam dolewać oliwy do ognia, dając powody do plotek o domniemanej aferze z Draconem Malfoyem.
XXX
— Wytrzymaj, kochana. Spokój wyjdzie ci na dobre — powiedziała sprzątaczka, towarzysząca mi w windzie, patrząc, jak niecierpliwie przyciskam guziki w bezsensownej próbie przyspieszenia jazdy.
Potrzebowałam chwili, by wziąć się w garść. Nie miałam zamiaru urządzać przedstawienia w obecności jego sekretarki, ziejąc przysłowiowym ogniem. Spekulacje na temat, dlaczego pałałam chęcią obdarcia Malfoy żywcem ze skóry, nadałyby ewentualnym plotkom jeszcze większej mocy rażenia. Ukrywając furię za fasadą spokoju, podeszłam do sekretarki, dwudziestoparolatki o fioletowych włosach i w najbardziej nieodpowiedniej szacie, jaką można było sobie tylko wyobrazić, żądając natychmiastowej rozmowy z jej przełożonym. Gdyby ubrała się w coś wyciętego jeszcze bardziej, to posiadanie na sobie jakiegokolwiek odzienia straciłoby zupełnie rację bytu. Odpowiedziała mi znudzonym spojrzeniem i nagryzmoliła notatkę, wysyłając ją chwilę potem do biura Malfoya przez otwarte okienko nad drzwiami.
— Proszę ją wpuścić — rozległ się uszczęśliwiony, choć nadal lekko zachrypnięty głos.
Już ja cię zaraz uszczęśliwię, pomyślałam.
Wstał na mój widok, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
— Wypada ci pogratulo…
— Do twojego mieszkania. Natychmiast! — wysyczałam jadowitym szeptem i odwróciłam się na pięcie.
Nie miałam pojęcia, jak mógł zjawić się na miejscu przede mną — musiał mieć jakieś tajne przejście łączące jego biuro ze stacją sieci Fiuu — ale czekał już w mieszkaniu, gdy wyszłam z kominka. Opierał się plecami o ścianę i palił papierosa. Meble, łącznie z reprodukcjami, zniknęły, pozostała jedynie puszka z proszkiem Fiuu na półce nad paleniskiem.
W każdej innej sytuacji nie powstrzymałabym się przed uszczypliwą uwagą typu „Czas na zmiany? Czy zeszłoroczny wystrój przestał sprawdzać się jako pomoc w uwodzeniu?", ale nie dzisiaj.
Czy kiedykolwiek wcześniej zdarzyło mi się czuć równą furię? Zbliżyłam się do niego zamaszystym krokiem, wyciągnęłam mu papierosa spomiędzy warg i zdusiłam go we wnętrzu dłoni. Ignorując dotkliwy ból spalonej skóry, podeszłam do zlewu i spłukałam resztki z ręki. Byłam tak wściekła, że nie poczułam nawet cienia satysfakcji patrząc, jak pozostałości papierosa znikają w głębi odpływu.
— Chyba zupełnie oszalałaś — powiedział cicho, łapiąc mnie za nadgarstek. Zaczęłam się wyrywać, więc podniósł głos: — Przestań! Unieruchomię cię Drętwotą, jeśli nadal będziesz się tak szarpać. Wiesz, że nie żartuję. A teraz stój spokojnie, ty wariatko, wyleczę ci rękę. — Gdy tylko zaklęcie uzdrowiło moją skórę, natychmiast wyrwałam dłoń z jego uścisku. — Sądząc po morderczym wzroku, którym na mnie łypiesz, powinienem chyba… — Zamachnęłam się, chcąc przyłożyć mu w twarz, ale okazał się szybszy. Złapał mnie w pół ruchu za ramię i wcisnął w kąt między ścianą a blatem kuchennym, unieruchamiając w ten sposób drugą rękę. Pomyślałam, że mogę go jeszcze kopnąć. Jak gdyby był jasnowidzem, przysunął się bliżej i zakleszczył moje kolana między swoimi. — Twoje ataki złości nie są dla mnie żadną nowością, droga pani. Uderz mnie albo kopnij, a zapewniam cię, że zrewanżuję się tym samym. — Zanim zdołałam odpowiedzieć, wyciągnął mnie z kąta i ostro skierował w stronę pustego salonu, odpychając od siebie tak gwałtownie, że zderzyłam się ze ścianą naprzeciwko. Nie przestając na mnie patrzyć, przypalił następnego papierosa, zaciągnął się głęboko i dmuchnął dymem w moją stronę. — No to może powiesz wreszcie, co w ciebie wstąpiło? — Pokazałam mu wyprostowany środkowy palec, co było w moim przypadku absolutną skrajnością, po czym zaczęłam krążyć po pokoju. Jeśli zaraz czegoś nie zrobię, chyba oszaleję. — Co, do jasnej cholery, się z tobą dzieje?
— Jakbyś nie wiedział — wysyczałam, przerywając niespokojną dreptaninę tam i z powrotem. — Ach, widzę, że znów rzuciłeś palenie — dodałam ironicznie. — Mam nadzieję, że tym razem zakopcisz się na amen i niebawem opuścisz ten świat, dusząc się w smrodzie własnego dymu.
W odpowiedzi cisnął niedopałek w kierunku kuchni. Był tak pewny siebie, że nawet nie sprawdził, czy ten wylądował prosto w zlewie. Albo się tym nie przejmował. Nie byłam pewna.
— Dziękuję za twoją czarującą troskę — powiedział zimno. — Doprawdy nie widzę powodu, dla którego ciągle jesteś na mnie aż tak wściekła za to, że zostawiłem ci na głowie całą prezentację. Mamy już piątek, na Merlina! Wykonałaś wspaniałą robotę. Jenkins wyleciał z pracy, tak jak chcieliśmy…
— To nie ma nic wspólnego z Jenkinsem! — Zamrugał kilkakrotnie, jakby nie dotarło do niego, co powiedziałam. — Proszę, nie udawaj niewiniątka, to do ciebie nie pasuje.
— Wybacz, ale naprawdę nie mam pojęcia. — Prychnęłam pogardliwie. — Uwierz mi. Mam w biurze schłodzoną butelkę francuskiego szampana. Pomyślałem, że zamiast się kłócić, powinniśmy uczcić awans twojego mę…
— On myśli, że to ja! — ryknęłam. — Ja! Że stanęłam przed ministrem i zalałam go potokiem słów, świergocząc na koniec „Ach, szanowny panie ministrze, mam cały worek argumentów przemawiających za zwolnieniem Jenkinsa, a skoro już uratowałam pańską skórę przed polityczną kompromitacją, to czy nie mógłby pan w zamian zaproponować mojemu mężowi tego absolutnie nieodpowiedniego dla niego stanowiska?". To wszystko twoja sprawka, mam rację?
Malfoy uniósł brew.
— Ależ oczywiście. Nasze loże w operze, ministra i moja, sąsiadują ze sobą. Parę tygodni temu napomknąłem mu przy kieliszku koniaku, że twój mąż marnuje się w biurze aurorów i byłby idealnym kandydatem na następcę Jenkinsa. Nie sposób podważyć jego czystokrwistego pochodzenia, zaś bliskie układy z Potterem uciszą tych, którzy szukaliby zemsty za rasistowskie wyskoki poprzedniego szefa departamentu. Ponadto, co przyznaję z wielką niechęcią, Weasley świetnie prowadzi ministerialną ligę quidditcha. Zgadzam się, że to stanowisko to dla niego olbrzymie wyzwanie i wielki krok do przodu, ale najwyraźniej pokładam dużo więcej wiary w jego umiejętności niż ty. Ciekawe. A jesteś wściekła, ponieważ…?
Właśnie tak wygląda i brzmi korupcja: okrąglutkie samogłoski, nienagannie wyartykułowane przez Malfoya, obleczonego w garnitur od słynnego projektanta. Nigdy nie zgadnę, jak mogło mi się wydawać, że różni się od podstępnego śmierciożercy, którym od zawsze był. Moralne bankructwo to coś, co zostaje na całe życie.
— Ponieważ…? Ponieważ? Naprawdę jesteś tak egocentryczny i krótkowzroczny, że nie dostrzegasz, że być może trwale zniszczy to moją reputację w ministerstwie? Że ludzie pomyślą…
— Do kurwy nędzy! Powiem ci, co dokładnie pomyślą ludzie. — Trzema energicznymi krokami przemierzył długość pokoju i stanął przede mną, łapiąc mnie za barki. — Przestaną myśleć o tobie jako o nadętej, choć genialnej sekretarce każdego, komu zechce się wcisnąć ci swoją brudną robotę. Przestaną widzieć w tobie kogoś, kto tworzy dla nich wszystkie te nieskończone strategiczne analizy, warte tyle co gówno… — Spróbowałam strząsnąć jego ręce, ale osiągnęłam tylko tyle, że ścisnął mnie mocniej. — Gówno! — powtórzył, szarpiąc lekko moimi ramionami. — Ludzie przekonają się teraz, że liczysz się również jako gracz. Że jesteś kimś, kogo muszą brać pod uwagę. Że znasz zasady gry i nie boisz się do niej przystąpić. A Carstairs, niezależnie od walorów twego siedzenia czy biustu, już nigdy, przenigdy nie potraktuje cię jako obiektu swych szytych grubymi nićmi aluzji seksualnych, bo może się to dla niego skończyć degradacją do roli woźnego, przecierającego mopem parkiet w atrium.
— Puść mnie — zażądałam.
Posłuchał i cofnął ręce, jakbym go nagle sparzyła. Uniósł dłoń do ust, tłumiąc atak kaszlu i robiąc trzy kroki w tył.
Zmierzyliśmy się wzrokiem.
— Wróciło — powiedział bez cienia emocji w głosie. — To paskudne spojrzenie, którym mnie zawsze obrzucałaś. — Nie miałam mu już nic więcej do powiedzenia. — Wyjdę stąd pierwszy. — Wskazał na ornamentowaną złotem puszkę z proszkiem Fiuu. — Jemy dziś kolację z ministrem i jego żoną przed koncertem w operze, muszę się jeszcze przebrać. — Stało się aż nazbyt jasne, że moje marzenie o posadzie następnego asystenta ministra magii było spisane na straty. — Dam ci radę: zachowaj dla siebie tchnące jadem zdanie o tym, jaki to ze mnie niewyobrażalny i moralnie zdegenerowany kretyn. Dzięki moim absolutnie egocentrycznym i krótkowzrocznym działaniom minister uważa, że właśnie tobie zawdzięcza ocalenie swego tyłka, czyż nie? To dość nieoczekiwany bonus. Nie myślałem, że pójdzie to tak gładko. W dodatku twój mąż pierwszy raz od trzydziestu lat ma szansę rzeczywiście stanąć na własnych nogach. Jeśli ci się zdaje, że bycie przybocznym Pottera i mężem Hermiony Granger jest łatwym zadaniem, to grubo się mylisz. Zdarzało mi się pomyśleć kiedyś raz czy dwa, że poradziłby sobie doskonale na podobnym stanowisku. Zastępcze kierownictwo Departamentu Magicznych Gier i Sportów to tylko zadanie na krótką metę. Spodziewam się, że w przeciągu dwóch miesięcy zmieni się ono w coś dużo bardziej trwałego. Możesz mu oczywiście powiedzieć, że dostał tę posadę dzięki mojej interwencji, jeśli koniecznie chcesz, żeby ją odrzucił, co może być zresztą dość kłopotliwe, jako że już się zgodził. Jeśli koniecznie chcesz, żeby nigdy ci tego nie wybaczył. — Niech piekło pochłonie Malfoya. — Dobrze wiesz, że mam rację, widzę to wypisane na twojej twarzy. Jestem pozbawionym skrupułów draniem — skwitowałam to wyznanie ściągnięciem ust — a wiedząc, co czuję do ciebie, z pewnością myślisz, że za wszelką cenę próbuję zniszczyć twoje małżeństwo. Pozostawienie Weasleya w przekonaniu, że to właśnie twoim poczynaniom zawdzięcza tę pozycję, jakby stworzoną dla jego umiejętności, nie da mi tego, czego chcę. Niestety, sytuacja odwrotna również jest prawdą. Wiem, że mi nie uwierzysz, ale myślałem, że uczynienie go szczęśliwym uszczęśliwi ciebie.
— Odejdź, proszę — wyszeptałam, zwalczając cisnące mi się do oczu łzy.
— Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem — powiedział ze słabym cieniem swojej zwykłej ironii. Przesłał mi w powietrzu pocałunek, po czym zniknął.
Koniec rozdziału ósmego
