Rozdział dziewiąty

Jak ze stali

— Za moją wspaniałą, genialną żonę! — zawołał Ron, chwiejną dłonią wznosząc kieliszek i rozlewając po drodze połowę jego zawartości. — Za kobietę, która od trzydziestu lat pilnuje mi tyłka!
— W końcu ktoś musi to robić, Roniaczku. Bo sam nie byłbyś w stanie go znaleźć nawet wtedy, gdybyś miał narysowaną mapę! — wykrzyknął George, na co wszystkie dzieci zawtórowały głośnym chórem „Wuj Roniaczek! Wuj Roniaczek!" i klaszcząc w dłonie, zaczęły maszerować dookoła stołu pod jego przywództwem. Nie po raz pierwszy musiałam zadać sobie pytanie, czy George kiedykolwiek dorośnie. Odpowiedź niezmiennie brzmiała „W żadnym wypadku". Zazwyczaj podobny komentarz ze strony starszego brata doprowadziłby Rona do białej gorączki, jednak dziś wieczorem nic nie było w stanie stłumić jego entuzjazmu. Dołączył nawet do radosnego pochodu, raźno wymachując solniczką niczym batutą.
Idealny moment do uprzątnięcia naczyń. Przy odrobinie szczęścia nikt ze zgromadzonych, pogrążonych we wspólnej zabawie, nie zauważy mojego odejścia od stołu. Zdążyłam zmęczyć się udawaniem żywiołowej radości z niewiarygodnego awansu Rona i odczuwałam dotkliwą potrzebę odpoczynku. Potworny ból głowy, skupiony dokładnie za moim prawym okiem, pulsował bezlitośnie, zamieniając już samo mruganie w czystą torturę. Wycofałam się w głąb kuchni, by zająć się brudnymi talerzami. Nawet gdybym skoncentrowała się jak mogłam najlepiej, zapewne nie zdołałabym przywołać zaklęciem płynu do mycia naczyń, ale dłuższe przebywanie przy stole było ponad moje siły.
Nie spodziewałam się, że Ron — którego szczęście z nowego stanowiska było jeszcze większe niż wtedy, gdy otrzymał Order Merlina Pierwszej Klasy — zastanowi się choć przez chwilę, w jaki sposób udało mi się przekonać ministerialną komisję o konieczności wyrzucenia jednego z szefów departamentu i zastąpienia go właśnie moim mężem. Liczyłam się jednak z tym, że każda inna osoba powie coś, co postawi moją rolę w tej sprawie pod moralnym znakiem zapytania.
Czekałam, siedząc jak na szpilkach. Nie padło ani jedno słowo na ten temat.
Nigdy nie pomyślałabym, że człowiek może płakać z radości przez kilka godzin pod rząd, ale Molly udowodniła, że jest to jak najbardziej wykonalne. Przemoczyła już cztery chusteczki do nosa i pilnie potrzebowała piątej. Artur uśmiechał się do mnie promiennie i przytulał mocno, powtarzając mi do ucha szeptem „Moja droga, kochana Hermiono". Reszta rodziny zachowywała się podobnie entuzjastycznie, nie zdradzając najmniejszych oznak wątpliwości skierowanych pod moim adresem.
— Potrzebujesz pomocy? — zapytał Harry, lewitując stos naczyń w stronę zlewu, napełnionego spienioną wodą.
Nie wyglądało na to, żebym mogła zaprzeczyć.
— Tak, dziękuję — odpowiedziałam słabo, nie mając siły na nic więcej.
— Hermiono, dobrze się czujesz?
— Głowa mnie boli. Głośno tu. — Gestem wskazałam rozradowany tłumek wokół stołu.
— Rzeczywiście — przytaknął i rzucił zaklęcie wyciszające. — George totalnie dziś wariuje, co nie? Czasem myślę, że czuje obowiązek wygłupiania się za dwóch, żeby uzupełnić normę Freda. — Przytknął mi różdżkę do czoła. — Teraz lepiej?
— O wiele — skłamałam. — Angelina zdaje się nie brać mu tego za złe. Harry?
— Tak?
Naprawdę kocham Harry'ego Pottera. Nigdy nie zrozumiałam do końca, dlaczego nie zakochałam się właśnie w nim zamiast w Ronie, od którego był o niebo przyjemniejszą osobą. Jedna z niewyjaśnionych życiowych zagadek. Najwidoczniej nieokrzesany charakter i poczucie humoru Rona przemówiło do mnie w jakimś momencie intensywniej. I całe szczęście, ponieważ Harry nigdy nie widział we mnie więcej niż siostry, której nigdy nie miał, a ja zaś w nim brata, którego również los mi poskąpił.
— Czy uważasz… — zaczęłam i spuściłam wzrok na szorowany energicznie garnek. — Czy uważasz, że ludzie pomyślą, iż postarałam się o zwolnienie Jenkinsa po to, żeby Ron mógł awansować?
Harry opuścił talerze, które właśnie miał odstawić na bok.
— Takie miałaś motywy?
— Nie! — odkrzyknęłam, podrywając głowę.
— W takim razie — odparł powoli — nie przejmuj się tym. Wszyscy wiedzieli, że Jenkins to śmierdzący rasista. Złapanie go za kark było tylko kwestią czasu. Poza tym myślę, że Ron wykaże się doskonale na nowym stanowisku. I nareszcie dostanie szansę na wyjście z mojego cienia, co nie?
Ron z chęcią podążył za Harrym, decydując się tak jak on na karierę aurora. Razem z nim przeszedł przez naukę i treningi, nadludzkim wysiłkiem zdając egzaminy i z wielkim mozołem wspinając się po szczebelkach drobnych awansów zawodowych. I choć wolałam wyobrażać sobie, że większość ludzi traktuje go jako kogoś, kto podąża własną drogą, nie mogłam zaprzeczyć, że przewaga tych mniej pochlebnych cech charakteru Rona miała swoje źródło w jego kompleksie niższości. Wiedziałam, że Harry nie myślał o Ronie jako o swoim „przybocznym", a ja wcale nie postrzegałam go jako „pana Granger", ale czy Ron sam nie widział się przypadkiem w taki właśnie sposób?
— Czy ty nie… — zaczęłam. — Czy ty wolałbyś, żeby nie przyjął tego stanowiska?
— Chyba żartujesz? — wykrzyknął Harry z niedowierzaniem. — To oznacza miejsca w lożach na wszystkich meczach quidditcha, nie wspominając już o najlepszych z możliwych w czasie mistrzostw świata. Nie domyłaś tego talerza. Tutaj ciągle jest smuga. Spójrz.
— Cholera — mruknęłam, poddając talerz ponownym zabiegom pod strumieniem wody. Oczywiście wystarczyło, żeby ktoś taki jak Harry Potter tylko skinął ręką, a zawsze dostałby bilety na wybrane przez siebie miejsca. Chodziło jednak o to, że on nigdy nie chciał wykonać owego skinienia. — Masz. Już czysty. Po prostu nie chcę, żeby ludzie…
— Hermiono — przerwał mi tym swoim sprawdzonym tonem, zatytułowanym „znów zaczynasz sobie łamać głowę bez powodu". — Jenkins zasłużył na wylanie. Na serio uważasz, że minister powierzył Ronowi to stanowisko z czystej dobroci serca? Swoją drogą wątpię, czy ten gość w ogóle je posiada — dodał scenicznym szeptem. Spojrzałam na niego ostro, na co uśmiechnął się szeroko. — Żartowałem. Słuchaj, ktoś przecież musiał zająć miejsce Jenkinsa, a kto nadawałaby się do tego lepiej niż osoba, która od lat opiekuje się ministerialną ligą quidditcha? To spory skok naprzód, ale Ron już dawno, przewodząc komisją ligi, zdobył poszanowanie wśród zarządu drużyn. Jest lubiany przez menedżerów i zawodników. Jeśli oni dadzą mu poparcie, a z pewnością to zrobią, to odpowiedzialni za inne sporty pójdą w ich ślady. Jego awans ma więc solidne podstawy. — Położył mi rękę na ramieniu. — Nie wiem, co dokładnie powiedziałaś ministrowi, ale Ron otrzymał to stanowisko jako dowód uznania za własne zasługi. Nikt sobie nie pomyśli, że z pomocą jakiejś klątwy skłoniłaś ministra do powierzenia mu tego stanowiska. Chociaż, swoją drogą, jestem cholernie ciekawy, jak wykiwałaś Malfoya? Znając go, na pewno miał na to miejsce swojego upatrzonego kandydata.
Och, Harry. Nawet nie masz pojęcia.
Kolejne olśnienie. Podszepnął odpowiednie słówko ministrowi, żeby mnie uszczęśliwić! Co za stek bzdur! Malfoy chciał, żeby Ron dostał to stanowisko, ponieważ w żaden sposób nie mógł stanowić dla niego konkurencji. Ron nie był materiałem na ministra magii. Nie w tym życiu.
— Na ten temat będę milczeć jak grób. — Ból głowy zelżał, rzuciłam więc kilka zaklęć i pięć sekund później kuchnia lśniła. — Idziemy? Molly chyba zabiera się za krojenie ulubionego ciasta Rona. Nic, tylko czekolada, czekolada i jeszcze raz czekolada. Jesteś pewien, że nie masz nic przeciwko temu awansowi?
— Jasne. A poza tym — Harry wymierzył mi łagodnego kuksańca — Ron niedługo musiałby dostać podwyżkę, co rozłożyłoby na łopatki mój tegoroczny wydziałowy budżet.

XXX

— Wyobraź sobie, że twój drogi mąż ma pod sobą dwudziestoosobowy zespół i własną sekretarkę!
Stłumiłam ziewnięcie. Było już po północy, ale Ron nie przestawał nadawać o tym, że zmieni to, zarządzi tamtym, zreorganizuje owamto i zlikwiduje siamto. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam u niego do czynienia z takim zapałem i entuzjazmem. Czy on naprawdę czuł się aż tak niespełniony w roli aurora? Zawsze, niezależnie od starań, był zaledwie drugi w kolejności. Nigdy nie działo się inaczej.
— Romilda Vane. Pamiętasz ją chyba, prawda? Uczyła się razem z nami w Hogwarcie. Gryfonka, kilka klas niżej od nas.
Słowa te sprawiły, że ocknęłam się na dobre.
— Trudno ją zapomnieć, szczerze mówiąc — prychnęłam. — I jej głupią zagrywkę z czekoladkami dla Harry'ego. Miałeś szczęście, że cię nimi nie zabiła.
— No tak, racja, ale to nie była wina czekoladek, tylko tej cholernej świni Malfoya. Zresztą nieważne. Wyszła za Terry'ego Boota, a gdy była w ciąży z drugim dzieckiem, on ją rzucił i wyprowadził się do Teodora Notta.
— Naprawdę? Jest gejem? Skąd wiesz o tym wszystkim?
— Mam długie dni w pracy, a ona dużo mówi. Powiedz, że żartujesz. Przecież cały świat wie, że Boot to zapalony homo. Nie żeby mi to przeszkadzało, skoro, no wiesz, Charlie, ale…
— Mówiąc „cały świat", miałeś na myśli siebie i Harry'ego?
— No, możliwe. Ale mieliśmy rację. W każdym razie Romilda przeniosła się znów do matki, która pomaga jej przy dzieciach. Była sekretarką Jenkinsa od paru lat. Próbował podszczypywać ją w tyłek za każdym razem, gdy znalazł się blisko niej. Tak więc jeśli będę trzymał łapy przy sobie, powinniśmy nieźle ze sobą współpracować.
Dwa razy przełknęłam ślinę, a potem przeczesałam mu włosy dłonią.
— Bardzo się cieszę, że ci się tam podoba, Ron.

XXX

Ron zaczął wyrabiać nadgodziny, które mogłyby śmiało konkurować z moimi, z tą różnicą, że on rozkoszował się każdą ich minutą. Mój wielki plan spędzenia jednego wieczoru w tygodniu we dwoje spełzł w efekcie na niczym. Uparłam się więc, żebyśmy przynajmniej co sobotę wybierali się na filiżankę czegoś gorącego do nowej, nieprzyzwoicie drogiej herbaciarni na Pokątnej. Ron sprzedałby własną matkę za kawałek podawanego tam ciasta cytrynowego. Chrupiąc swoje dwa ciastka (po galeonie za sztukę), przyglądałam się, jak wchłania najdrobniejszy okruszek własnej porcji (innymi słowy, sześciu galeonów). Wydawaliśmy tam zwariowane ilości pieniędzy, gawędząc beztrosko o pracy, bałaganie pozostawionym przez Jenkinsa i nieustającej, niezmordowanej batalii, którą Ron toczył w celu naprawienia nadszarpniętych stosunków z Amerykanami.
Najwyraźniej Jenkins zapuścił się ze swoimi uprzedzeniami o wiele dalej, niż sądziło ministerstwo. Im więcej słyszałam na ten temat, tym bardziej ogarniała mnie pewność, iż Malfoy doskonale wiedział, że Jenkins był chodzącą bombą zegarową, a jedyne pytanie zaprzątające jego arystokratyczną głowę brzmiało, jak wywołać jej eksplozję, nie zaś, czy i dlaczego Jenkins powinien zostać wylany. Wykorzystanie mnie do tego celu było ukartowanym posunięciem, to jasne, niemniej Malfoy musiał spędzić parę bezsennych nocy na dokładnym planowaniu manipulacji prowadzących do zwolnienia Jenkinsa. Nie wiedziałam, czy zdecydował się postawić na obecnego ministra, czy też wolał opowiedzieć się po stronie McLaggena, wschodzącego lidera opozycji, o koneksjach rodzinnych, które pozwalały mu górować nawet nad nim samym. W odróżnieniu o niego McLaggen dość wcześnie dołączył do Zakonu Feniksa, a jego ojciec nie był notorycznym śmierciożercą. Oczywiście ani mi przez głowę nie przeszło, że Malfoy zamierzał pogodzić się z zajęciem miejsca w cieniu takiego aroganckiego palanta jak McLaggen. Po pomyślnym zorganizowaniu akcji usunięcia Jenkinsa zapewne poświęci każdą chwilę na szukanie okazji, by rzucić McLaggena wilkom na pożarcie, dzięki czemu droga na sam szczyt stanie przed nim otworem. Bez wątpienia na razie zdecyduje się dalej wspierać obecnego ministra, ponieważ oznaczało to, że nie będzie musiał znosić nieskończonego cyklu obiadów złożonych z trzech dań plus kawy w towarzystwie tego nadętego zarozumialca Cormaca.
Nieszczęśliwym dla McLaggena zbiegiem okoliczności minister był starszym człowiekiem, a jego żona cierpiała na jedną z tych chorób, które nigdy nie kończą się dobrze. Przewidywałam, że pozostanie na stanowisku jeszcze najwyżej przez jedną kadencję. Podobnym założeniem musiał też kierować się Malfoy. Gdyby żona ministra cieszyła się doskonałym zdrowiem, nie dawałabym mu najmniejszych szans, że Malfoy nadal będzie go popierał.
Moje drugie postanowienie zakończyło się podobnie miernym sukcesem. Ron wyjeżdżał teraz często w sprawach służbowych, tak więc plan uprawiania seksu dwa razy tygodniowo stał się nie tylko trudny do zrealizowania, ale wręcz niewykonalny. Szczytem możliwości był raz w tygodniu. W soboty, opici herbatą i spoceni, wracaliśmy siecią Fiuu do domu na przyjemną rundkę w pościeli i małą drzemkę, po czym wstawaliśmy i przygotowaliśmy się do filmowego wieczoru z Harrym i Ginny. Gdy zaproponowałam to Ronowi po raz pierwszy, oczy o mało nie wyskoczyły mu z orbit, co wzbudziło we mnie potworne poczucie winy. Mój mąż zdążył już nabrać przekonania, że przestałam interesować się seksem, a on nie nakłaniał mnie do niczego, ponieważ postanowił pogodzić się z tym faktem. Założenie to było na tyle bliskie prawdy, że coś się skręciło we mnie boleśnie.
Nie czułam żadnych wstrząsających sensacji, gdy ręce Rona błądziły po moim ciele, tropiąc łuk pośladków lub gdy jego wargi obejmowały brodawkę piersi. Seks z nim był przyjemny, słodki i prosty. Znaliśmy się na wylot. Ron ma takie miejsce zaraz za jądrami, które wystarczy nacisnąć i masować kciukiem, żeby pozbawić go zmysłów. Jedną z piersi mam wrażliwszą na dotyk od drugiej, a gdy jego usta wsysają się w punkt na styku mojej szyi i ramienia, jestem w siódmym niebie. Nie istniała żadna ukryta rzecz, którą moglibyśmy jeszcze wzajemnie u siebie odnaleźć. Zamiast odkrywać nową wiedzę o sobie, pełnymi garściami czerpaliśmy z tej już zdobytej. Tak, to było proste i wygodne.
I gdyby jakiś cichy głosik podszepnął mi złośliwie, że to typowe dla ludzi w średnim wieku, zignorowałabym go całkowicie. Byliśmyw średnim wieku. Każdego sobotniego popołudnia leżałam na łóżku, zarumieniona i nasycona, wsłuchana w spokojny oddech drzemiącego Rona i myślałam, że udało nam się wrócić na wspólną ścieżkę.

XXX

Malfoy i ja nie powróciliśmy do dawnych układów. Ignorował mnie. Żadnych uszczypliwości podczas spotkań w windzie, żadnych złośliwych uwag odnośnie stanu moich paznokci, żadnych porad pielęgnacyjnych, nawet żadnego bukietu róż z przeprosinami. Nic. Spróbowałam zdjąć obraz Moneta ze ściany, ale natrafiłam na zaklęcie, przed którym musiałam skapitulować. Niewątpliwie jakaś odmiana czarnej magii. Po pięciu godzinach bezcelowej walki poddałam się, postanawiając zmienić ustawienie mebli w biurze tak, by siedzieć do malowidła plecami.
Mogłam bez problemu pogodzić się z tym, że traktował mnie jak powietrze. Mimo tego ciche udawanie obojętności sprawiało mi niejaką trudność.
W przeciągu krótkiego czasu okazało się, że Malfoy miał rację.
O tak, od wielu lat okazywano mi respekt aż nadto — w końcu moja inteligencja zawsze stawała na wysokości zadania — ale teraz było to zupełnie inne. Ludzie zwracali się do mnie ze zwykłym szacunkiem, zabarwionym jednak czymś w rodzaju „nie wiedziałem, że stać cię na coś takiego". Nagle zaczęto zapraszać mnie na spotkania. Nie te oficjalne, służbowe, ale na małe towarzyskie zebrania: obiady, herbatki w kawiarni na rogu, lampki wina w barze Figglesnouta na Pokątnej. Miniimprezy, na których ludzie kombinują, wymieniają drobne przysługi, handlują i targują się ze sobą, wszystko to za kulisami oficjalnych wydarzeń. Wyjaśniało to, dlaczego skrzynka ze służbową pocztą Malfoya zawsze ziała pustką. On po prostu pracował właśnie tutaj, w tym specyficznym środowisku. Już prędzej zgodziłby się zostać jednym z Puchonów niż zostawić ślad po jakiejś szemranej transakcji na piśmie. I chociaż bywał na tych zaimprowizowanych, prywatnych spotkaniach całkiem często, nigdy nie rozmawiał tam ze mną bezpośrednio. Wątpię, czy komukolwiek rzuciło się w oczy, że mnie ignorował, ponieważ nigdy nie zapomniał przytrzymać mi drzwi lub odsunąć krzesła, jeśli impreza odbywała się w restauracji, ale robił to bez dawnych drwin i przekomarzanek. I nigdy nie patrzył mi w oczy. Nie zrobił tego ani razu.
Kiedy Ron udowodnił, że rzeczywiście jest idealną osobą na stanowisko szefa Departamentu Magicznych Gier i Sportów, moja złość na Malfoya jedynie wzrosła. I gdy mój mąż pewnego dnia po pracy ogłosił w domu, że został mianowany na stałe, zalałam się łzami czystej irytacji. Na szczęście Ron odebrał mój wybuch jako oznakę radości i faktycznie, gdyby nie został oficjalną głową resortu, z pewnością poczułabym się strasznie.
Niech wieczny ogień piekielny pochłonie Dracona Malfoya.
Wiedziałam, że powinnam pogodzić się z sytuacją, bo czyż nie była zadowalająca? Pełna uprzedzeń, szowinistyczna świnia traci pozycję i wylatuje z ministerstwa. Mąż brawurowo wywiązuje się z zadań na nowym stanowisku. Minister szaleje z zachwytu nad wynikami pracy męża. Mnie samą traktuje się z szacunkiem o nowym ciężarze gatunkowym.
Z jakiego więc powodu coś dręczyło mnie bez przerwy do tego stopnia, że do Bożego Narodzenia zdążyłam schudnąć pięć kilo — tego nie byłam w stanie powiedzieć.
A potem Lily urodziła dziecko.

XXX

Dwa dni przed świętami ponownie zjawiła się u nas sowa Malfoya. Notka, którą przyniosła, nie zawierała nic więcej poza informacją, że u Lily zaczęły się skurcze i jest w Świętym Mungu. Ron dopinał właśnie spodnie, a ja wskakiwałam w buty, gdy Harry odezwał się przez kominek. Powiedział, że dostał przed chwilą wiadomość od Lily i…
— Malfoy już cię uprzedził — przerwał mu Ron między jednym ziewnięciem a drugim. Gdy Harry przerwał połączenie, zwrócił się do mnie: — Myślałem, że chciała rodzić w Norze.
— To twoja matka myślała, że Lily ma zamiar rodzić w Norze tak jak Ginny. Pansy i Narcyza były zaś przekonane, że dziecko przyjdzie na świat w dworze Malfoyów. Mogę sobie z łatwością wyobrazić, że po tym, co działo się na próbie generalnej przed weselem — tu rzuciłam Ronowi znaczące spojrzenie, jako że sam zachował się wówczas fatalnie, miotając klątwami w każdego, kto był kiedyś Ślizgonem — Lily i Dom woleli wybrać miejsce raczej neutralne. Oboje mają więcej zdrowego rozsądku niż ich rodzice. Merlinowi niech będą dzięki. — Dotknęłam szyby okiennej. Uch. Ależ mróz. — Przynieś nasze płaszcze, dobrze?

XXX

Rodrigo Potter Malfoy urodził się w Wigilię. Ważył cztery kilo i sto gramów, był łysy, błękitnooki i wyposażony w głos, od którego drżały ściany. W przeciągu trzech minut jego imię zostało zgodnie skrócone do formy „Rod" przez wszystkich stłoczonych w szpitalnej izolatce członków bliższej lub dalszej rodziny, a on sam przechodził z rąk do rąk niczym pudełko czekoladek. Gdy przyszła kolej na Rona, mały Rod zaczął zdradzać oznaki psującego się humoru. Nie mogłam go za to winić. Malutkie pomieszczenie pękało w szwach od Weasleyów, Potterów i Malfoyów. Było nas tam co najmniej dziesięcioro.
Jednak Ron, obdarzony naprawdę magicznym podejściem do dzieci, a zwłaszcza niemowląt, zalał noworodka potokiem pieszczotliwych, bezsensownych słów, opowiadając mu o tym, jak wielkim czarodziejem zostanie, gdy już dorośnie, jaki będzie z niego kiedyś genialny szukający, wnioskując z genów odziedziczonych po dziadk…ach (w ostatniej sekundzie udało mu się zmienić końcówkę na liczbę mnogą, miałam nadzieję, że nikt poza mną tego nie zauważył), jakie przepyszne ciasta będzie piec dla niego prababcia ze strony matki, jakie cudowne kwiaty wyhoduje dla niego prababcia ze strony ojca i jak wspaniałe będzie jego życie wśród wszystkich tych ludzi, darzących go miłością.
Właśnie za to kocham Rona. Że zachowywał się z głupiutką naiwnością, doskonale zdając sobie z tego sprawę, przy czym to, co mówił, było dokładnie tym, co należało powiedzieć akurat temu maleńkiemu dziecku. Dziecku, które zjednoczyło czarodziejskie wersje Montekich i Kapuletów, rodzin nie mających ze sobą wcześniej nic wspólnego poza burzliwą przeszłością, a teraz połączonych dziećmi i wnukiem.
Stałam w rogu izolatki, słuchając achów i ochów, czekając na swoją kolej wzięcia Roda w ramiona. Gdy Ron chciał przekazać mi niemowlę, szepnęłam mu do ucha, że chcę zadzwonić do matki z radosną nowiną i nie dając mu czasu na odpowiedź, uciekłam.

XXX

Niemal fizycznie skręcona z żalu, popędziłam przed siebie najpierw jednym, a potem drugim korytarzem, gorączkowo szukając pustego pokoju. Reakcja ta nie była mi obca, podobnie przeżyłam narodziny dzieci Harry'ego i Ginny. Wiedziałam, że wystarczy, jeśli się porządnie wypłaczę, a wszystko wróci do normy.
Znalazłszy wreszcie ukrycie w schowku na miotły, poddałam się fali smutku, płacząc cicho, tak pogrążona w żałości, że nawet nie usłyszałam otwieranych drzwi. Nagle znalazłam się w czyichś objęciach. Przez ułamek sekundy myślałam, że to Ron, ale potem poczułam ostry, cytrynowy zapach wody toaletowej Malfoya. Odtwarzając identyczną scenę z weselnej nocy w altanie hogwarckiego ogrodu, pozwolił mi szlochać do woli i moczyć mu garnitur łzami.
— Już dobrze, przeszło mi — wydusiłam kilka minut później, odsuwając się od niego. Na tyle, na ile było to wykonalne w ciasnocie schowka bez nadziania się na trzonek jakiejś miotły.
Lumos. Masz. — Podał mi chusteczkę i odczekał cierpliwie, aż wytrę sobie oczy i wydmucham nos.
Spojrzałam na jego marynarkę.
— Twoje skrzaty domowe mnie znienawidzą.
— Niekoniecznie. One uwielbiają wielkie wyzwania. Wszystko w porządku?
Przytaknęłam skinieniem głowy.
— Dziękuję. Zawsze mi ciężko, kiedy… — urwałam, wykonując nieokreślony gest dłonią.
— Tak podejrzewałem — odparł łagodnie i uniósł rękę, odgarniając mi z czoła kosmyk włosów. Przytuliłam się do niej, zanim zdołałam się powstrzymać, wydając roztrzęsione westchnienie. Pogłaskał mnie po głowie, zatrzymał rękę na wgłębieniu w karku i kilka razy powiódł po nim kciukiem w górę i dół w powolnej, leniwej pieszczocie, po czym cofnął ramię. — Tęskniłem za tobą — szepnął. — Nadal jesteś na mnie wściekła?
Potrząsnęłam głową.
— Miałeś rację — przyznałam. — Ron jest zachwycony. Minister jest zachwycony. Wszyscy są zachwyceni. Oprócz mnie.
— I mnie. Też nie jestem zachwycony. Czuję się raczej fatalnie, mówiąc szczerze. Przykro mi. Naprawdę zrobiłem to, by cię uszczęśliwić.
Spojrzałam na niego surowo.
— Oraz po to, by mieć gwarancję, że głową Departamentu Magicznych Gier i Sportów zostanie ktoś, kto nie zagraża twoim politycznym ambicjom. W przeciwieństwie do Jenkinsa. Ron już prędzej rzuciłby się ze szczytu gryfońskiej wieży niż zaczął rozważać kandydowanie na kolejnego ministra magii.
Wybuchnął krótkim, głębokim, gardłowym śmiechem.
— Zwycięstwo! — ogłosił triumfalnie. — Zepsułem ciebie, osobę odporną na wszelką demoralizację. Myślisz jak autentyczna Ślizgonka.
— Absolutnie nie — zaprotestowałam. — To tylko logika i zdrowy rozsądek.
— Dlaczego to samo, gdy wychodzi z twoich ust, nazywasz zdrowym rozsądkiem, z moich zaś czystym złem? Powinienem poczuć się obrażony — zadrwił.
— Drogi Merlinie — parsknęłam. — Powiedziałeś, że zrobiłeś to dla mnie, podczas gdy w istocie…
— Nie, nie — zaprzeczył, a jego ręka powróciła na mój kark, ściskając go lekko. — Naprawdę zrobiłem to dla ciebie.
— Ale również i dla siebie — wypomniałam mu.
— No dobrze, niech ci będzie. Uwielbiam piec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
— Jesteś niepoprawny! — oburzyłam się.
Spodziewałam się, że się ze mną zgodzi — zawsze to robił, gdy rugałam go w podobny sposób — co jednak nie nastąpiło.
— Źle to rozegrałem. Jest bardzo niewielu ludzi na tym świecie, którymi nie mogę manipulować jak marionetkami. Nigdy nie zacząłbym robić tych podszeptów ministrowi, gdybym wiedział, że to cię tak… Strasznie schudłaś. Nie jestem w stanie patrzeć, jak wyglądasz… Naprawdę bardzo cię przepraszam.
Ten jeden raz zabrakło mu słów. Podejrzewałam, że podobne przepraszanie i okazywanie własnej wrażliwości przez Malfoya było zjawiskiem równie rzadkim co zmieniacze czasu. Kolejna maska opadła. Odpierając dziwny impuls, nakazujący mi dotknąć jego szczęki, powiedziałam lekko:
— Powinniśmy wracać. Zaczną się dziwić, gdzie się podziewamy. — Mocno w to wątpiłam, prawdę mówiąc, ponieważ zachwyty nad najmłodszym członkiem klanu Weasleyów bez wątpienia potrwają tak długo, jak długo pielęgniarka będzie tolerować obecność rozczulonej rodzinki w izolatce. Czułam jednak wewnętrzny nakaz natychmiastowego opuszczenia schowka. — Zatrzymam twoją chusteczkę, jeśli nie masz nic przeciwko temu. Przypuszczalnie to nie mój ostatni atak płaczu dziś wieczorem. Uwierz, naprawdę nie należę do osób użalających się nad sobą. Mogę policzyć na palcach jednej ręki, ile razy rozkleiłam się w ciągu ostatnich pięciu lat i możliwe, że większość tych razów zdarzyła mi się w twojej obecności.
— Ludzie tak na mnie reagują. Hmm, chyba wolę, gdy płaczesz, bo tylko wtedy nie wyglądasz, jakbyś chciała dać mi w twarz — wytknął mi.
Pociągnęłam nosem.
— Ludzie tak na ciebie reagują.
— Rezolutna bestia. Ludzie reagują tak na mnie sami z siebie — podkreślił. — Gdybyś mnie uważnie słuchała, co, jak podejrzewam, nie miało miejsca, to pamiętałabyś, co mówiłem o uwodzeniu. Jestem w tym mistrzem. Większość kobiet uważa mnie za niezwykle czarującego.
— Nie jestem większością kobiet — skontrowałam. — Stąd twoje jak najbardziej poprawne wrażenie co do chęci przyłożenia ci w twarz.
— Dobrze, przyznaję, że w twoim przypadku los zrobił wyjątek. I właśnie dlatego jestem w tobie zakochany do nieprzytomności. Tracę dla ciebie głowę. Wariuję z pragnienia. Szaleję…
— Przymknij się, ty półgłówku. — Dałam mu lekkiego klapsa w ramię. Stał oparty o półki schowka, uśmiechając się do mnie w sposób, który wyrażał szczere uwielbienie. Idealny krój garnituru podkreślał fizyczną swobodę jego ciała i nagle, zupełnie znienacka, wyobraziłam go sobie w białym stroju do tenisa. Przybierającego pozę do zagrywki. Merlinie, ależ tu było gorąco. — Czy ty grasz w tenisa?
— Trzy razy w tygodniu. Nie potrafię wyjaśnić, skąd mi się to wzięło. Ale wracając do twojej gotowości użycia przemocy wobec mojej osoby, to oprócz Pansy jesteś chyba jedyną kobietą, która kiedykolwiek podniosła na mnie rękę.
— Twoja żona powinna zostać świętą — oznajmiłam z powagą.
— Czyżbym twierdził coś innego? A teraz pozwól mi doprowadzić cię trochę do porządku. Twoje oczy i nos są czerwone jak gwiazda betlejemska. Kolor odpowiedni na świąteczną dekorację holu, ale znacznie gorzej prezentujący się na czyjejś twarzy. — Machnął różdżką. Poczułam się tak, jakby moje policzki spłynęły lodowatą wodą. — Już lepiej. Dalej, zmykaj z powrotem do naszej wesołej gromadki. Ja pójdę jeszcze szybciutko zapalić. Jeśli ktoś zapyta, odpowiem, że wyszedłem na papierosa. Zabrzmi to bardziej wiarygodnie, gdy wrócę do pokoju śmierdząc… Jak ty to ujęłaś? Rakotwórczym, nasyconym substancjami smolistymi petem?
— Myślałam, że zerwałeś z tym odrażającym nałogiem.
Skwitował moje słowa wzruszeniem ramion i zaciśnięciem warg.
— Miałem kilka trudnych miesięcy. Jestem tylko człowiekiem. Czy już ci mówiłem, że uwielbiam, gdy zwracasz się do mnie z taką powagą? Twoje usta przybierają wtedy taki cudownie formalny wyraz. Jakbyś właśnie jadła słodką cytrynę. Wiem, że to dziwne porównanie, ale pasuje jak ulał. — Wysunął lekko wargi. Ależ gorąco. Koniecznie potrzebowałam świeżego powietrza. — Rzucę to jutro — ciągnął. — Obiecuję. A w zamian… czy… Czy zjadłabyś ze mną obiad w następny piątek? Pani Chevalier jest przekonana, że cię zamordowałem, pokroiłem na drobne kawałeczki i zakopałem w ogrodzie. Naprawdę, jeśli się tam wkrótce nie pokażesz, ona złoży na mnie donos na policję. Co tydzień powtarza mi to samo: „A gdzie pańska czarująca żona? Czyżby zachował się pan na tyle niemądrze, by zacząć ją zdradzać?". A potem zaczyna krzyczeć po francusku, że wszyscy mężczyźni to świnie i jak śmiem robić mojej pięknej żonie taki afront. Na co z kuchni wyłania się jej mąż i patrzy na mnie tak, jakby chciał mnie zabić wzrokiem, bo najwyraźniej moja rzekoma niewierność otwiera u jego żony jakieś dawno zapomniane rany. — Przyspieszył potok swojej wymowy, tak że za grosz nie mogłam zrozumieć, o co mu właściwie chodzi. — Na co mogę w zasadzie odpowiedzieć jedynie, że tak, postąpiłem głupio, ale nie w sposób, który pani Chevalier ma na myśli, bo oto doszedłem do wniosku, że marnując sporą część swego życia na ubarwianie go nic nieznaczącymi przygodami, doskonale potrafię rozpoznać, kiedy stanie mi na drodze ta znacząca wszystko. Że zdobywanie kolejnych kobiet to naprawdę tylko przejaw nudy, ale nie mogłem tego porzucić, bo wydawało mi się, że to wszystko, co ma jeszcze znaczenie, a kiedy odkryłem, że wcale nie, poczułem jednocześnie ulgę i lęk.
Patrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami.
— Draco, bredzisz. Czy ty myślisz, że dotarło do mnie choć trochę z tego, co powiedziałeś?
Zaśmiał się krótko i zrobił dłuższą przerwę.
— Nie, absolutnie nie. Wiem, że gadam bzdury. Chyba doznałem czegoś na kształt udaru mózgu. Zapewne to psychoza, wywołana brakiem nikotyny. A wracając do rzeczy, obawiam się, że pani Chevalier niedługo zjawi się w moim mieszkaniu i w ramach kary za zdradzanie cię odetnie mi palec jakimś gigantycznym nożem do porcjowania mięsa. Więc może lepiej wybierz się ze mną na ten obiad. — Uniósł obie ręce, rozcapierzając palce. — Nie sądzę, żebym dobrze wyglądał po takiej amputacji.
— Wątpię, żeby pani Chevalier miała zamiar cię ścigać i okaleczyć tylko dlatego, że mnie zdradzasz. Dobrze, zgoda, pójdę, ale nie będziemy jeść w tym pokoju na piętrze. I żadnych pierścieni ani obrączek.
Wydął usta w nieszczerym dąsie.
— Tylko na czas trwania obiadu. Proszę. Ten pierścionek tak pięknie wygląda na twoim palcu. Masz prześliczne dłonie.
Puściłam komplement mimo uszu.
— A teraz imię dziecka. To twój pomysł, prawda? Czy ktokolwiek poza mną zdaje sobie sprawę, że wnuk Harry'ego Pottera został nazwany na cześć najbardziej rozwiązłego papieża wszechczasów?
— Mocno wątpię. — Wyszczerzył zęby.
— Jesteś chodzącym złem, ty podstępny łotrze!
— Dziś zdobywam jeden punkt za drugim, czyż nie? — Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy.
Schowek był zdecydowanie za ciasny, my za blisko siebie, a minione miesiące za bardzo męczące.
— W-w-w-wstrętny draniu — wyjąkałam, znów czując napływające do oczu łzy. — Też za tobą tęskniłam.
— Cieszę się — odpowiedział szorstko. — No, może niezupełnie cieszę, bo tęsknota za kimś nie należy do najprzyjemniejszym doznań. Prawdę mówiąc, jest cholernie trudna do zniesienia. Omal nie przekląłem Carstairsa bez przyczyny, gdyż od tygodni byłem w totalnej rozsypce, bo ty, nieznośna kobieto, doprowadzasz mnie do szaleństwa. Gdy ostatnio widziałem tego palanta, jeszcze oddychał. Jak on śmie dalej nękać nas wszystkich swoją obecnością, pojęcia nie mam. Powinno się go wsadzić na tratwę i wysłać na biegun, niedźwiedziom polarnym na pożarcie. Wiesz, chyba na serio zażądam, żeby omówić ten pomysł na następnym zebraniu pracowników. Z pewnością dostanę kolejny Order Merlina za tę sugestię. Sam nie mogę rzucić żadnej klątwy na tego nudnego jak flaki z olejem bałwana, bo jeśli bym to zrobił, co w istocie byłoby jedynie aktem litości, to ty, wzburzona, natychmiast wzięłabyś go w obronę. A przy tym ten cymbał wcale nie zasłużył sobie na twoje współczucie. Zaraz, czy ja powiedziałem, że jesteś nieznośna? O, nie. Jesteś najnieznośniejsza na świecie. Bo kto tak naprawdę powinien zasłużyć na twoje współczucie? Ja, oczywiście, ponieważ od lat jestem zmuszony do ciągłej konfrontacji z bezdenną głupotą tego człowieka i niewątpliwie skończę z atakiem apopleksji.
— Znów bredzisz. Apopleksja. Rzeczywiście?
— Jak najbardziej. Jeśli mam być szczery, to czuję już jej pierwsze oznaki. — Uniósł rękę do czoła w dramatycznym geście. Sarah Bernhardt* na pewno nie dorastała Draconowi Malfoyowi do pięt.
Wróciliśmy do naszych dawnych układów, jednocześnie wychodząc daleko poza nie. Było to głupie, szalone i w najwyższej mierze niewłaściwe, ale wyciągnęłam obie ręce, biorąc jego dłoń między swoje i ściskając ją mocno.
— Obawiam się, że sam będziesz musiał uporać się ze swoją medyczną niedyspozycją. Dziękuję, że przysłałeś nam sowę z wieścią o Lily. Zobaczymy się w jej pokoju.
Skinął głową.
Wypuściłam jego rękę, pchnęłam drzwi i pobiegłam korytarzem.

Koniec rozdziału dziewiątego

* Sarah Bernhardt to słynna francuska aktorka dramatyczna z przełomu XIX i XX wieku.