Rozdział jedenasty
Domek z kart
Wszystko rozsypało się w pewien przepiękny, letni dzień na początku lipca.
XXX
Czerwiec był nieprzerwanym pasmem dni, rozpoczynających się parnymi porankami i zwieńczonych ulewnymi popołudniami, przechodzącymi w równie deszczowe wieczory. Nasze parasole nie miały szans porządnie wyschnąć. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki naprawdę ładnej pogody, nie potrafiłam oprzeć się chęci skorzystania z każdego cennego promienia słońca. Odebrawszy posiłek od Chevalierów, udaliśmy się z Draconem do pobliskiego mugolskiego parku na krótki piknik, w czasie którego rozpakowaliśmy nasze bagietki obłożone grubymi plasterkami pasztetu posmarowanego musztardą z Dijon. Jedząc, wystawialiśmy twarze ku słońcu niczym spragnione jego blasku kwiaty.
Jak każdy szanujący się Brytyjczyk, czarodziej czy nie, mam obsesję na punkcie pogody. Narzekałam właśnie, iż mam po dziurki w nosie nieustannego deszczu i wyraziłam nadzieję, że dzisiejszy dzień jest wytęsknioną zapowiedzią prawdziwego lata, gdy nagle do moich uszu dobiegło niewyraźne „Oj!", wypowiedziane doskonale znanym mi głosem. Drogi Merlinie. Niedaleko nas, na trawie, Ron i Harry podawali sobie piłkę do rugby (ostatnia, inspirowana pobytem w Stanach pasja mojego męża). Zanim zdążyłam sięgnąć po różdżkę, Draco rzucił zaklęcie kameleona, zamieniając nas wraz z piknikowym wyposażeniem w rozmytą prawie-niewidzialność.
— Powinniśmy lepiej… — zaczął Draco, ale reszta jego słów nie zdołała do mnie dotrzeć, zagłuszona śmiechem i przyjacielską kłótnią Rona i Harry'ego, przekazujących sobie piłkę wśród radosnych okrzyków. Ich treść, pozornie obraźliwa, była zamaskowaną sympatią, charakterystyczną dla mężczyzn, którzy bardzo się lubią. W miarę trwania gry stawało się jasne, że umiejętności Harry'ego jako szukającego dawały mu znaczną przewagę. Piłka śmigała w powietrzu, gdy rzucał ją Harry i obracała się nieregularnie, gdy przychodziła kolej na rzut Rona. Jak zwykle, zgodnie z trzydziestoletnią tradycją łączącej ich przyjaźni, Ron marudził głośno, że gra jest nie fair, na co Harry reagował, też jak zwykle, jakimś komplementem pod adresem ostatniej akcji Rona. Z biegiem czasu mój mąż nauczył się przynajmniej śmiać i żartować z samego siebie, pokrzykując coś o tym, że NFL* — co by to nie było — na pewno skorzysta z szansy podpisania z nim umowy na pozycję początkującego quarterbacka** i że otrzymawszy ją, wstawi się za Harrym dobrym słowem. Mimo wrodzonej wyjątkowo wesołej natury Rona z przerażeniem uświadomiłam sobie w tym momencie, że od wieków nie słyszałam jego głośnego śmiechu. Oczywiście od razu wytłumaczyłam to sobie stresem związanym z jego nowym stanowiskiem. Ale już pięć sekund później zrozumiałam, że wszystkie te wyczerpujące nadgodziny najwyraźniej nie przeszkadzały mu śmiać się razem z Harrym. Uściślając, od wieków nie słyszałam jego głośnego śmiechu skierowanego do mnie. Przez jedną straszliwą chwilę na poważnie naszła mnie myśl, czy Ron wybrałby mnie, gdyby kazano mu zdecydować: ja czy Harry?
Ciepła ręka pochwyciła mnie za nadgarstek, pociągając za sobą w wir aportacji.
Wylądowaliśmy w jego mieszkaniu. Nadal było pozbawione mebli, więc Draco transmutował jedną ze swoich nieśmiertelnych chusteczek do nosa w kanapę i stolik.
— Usiądź — nakazał. — Nie posiadam prawdziwej sofy, za to mam porządny alkohol, a Chevalierowie przezornie wyposażyli nas w termos pełen ich wyśmienitej kawy. Uszlachetnimy ją procentami, to powinno wystarczyć.
Nie czekając nawet na odpowiedź, Draco przeszedł do kuchni, skąd po chwili dobiegł pocieszająco obiecujący stukot filiżanek stawianych na spodeczkach.
Mogłam sobie żartować w myślach, że ostatnio żyliśmy z Ronem obok siebie niczym dwoje neutralnych współmieszkańców, niestety wychodziło na to, że był to nie tyle żart, ile bolesna rzeczywistość. W piękny, letni dzień on wolał spędzić przerwę obiadową ze swoim najlepszym przyjacielem, a nie z żoną. Podobnie jak ja wolałam spędzić ją w towarzystwie Dracona Malfoya, a nie własnego męża.
Termos, filiżanki, spodki, dzbanuszek ze śmietanką i butelka koniaku przeszybowały obok mnie w powietrzu i opadły na stolik. Draco nalał mi pokaźny łyk alkoholu, wypełniając resztę filiżanki kawą, dorzucając kostkę cukru i uzupełniając całość idealną ilością śmietanki.
— Wypij to — zarządził, podając mi mieszankę. Sam postanowił odpuścić sobie kawę i od razu napełnił filiżankę koniakiem po sam brzeg. Uśmiechając się krzywo, powiedział: — Mam przeczucie, że będę tego potrzebował. — Pociągnął spory łyk. — Hej, a skąd ta smutna mina? Jestem pewien, że żaden z nich nas nie zauważył. A nawet jeśli, to przecież tylko jedliśmy razem, siedząc obok siebie na ławce. Nie ma potrzeby…
Uciszyłam go, wymachując obiema rękami.
— On się tak nie śmieje ze mną — wydusiłam z trudem, walcząc z cisnącym się do gardła szlochem.
Draco odpowiedział zdziwionym uniesieniem brwi.
— Ciekawe. Spodziewałem się, że zaczniesz się topić w przemożnym poczuciu winy. Tak, wyobrażam sobie, że on się z tobą tak nie śmieje. Z drugiej strony jednak, i nie odbieraj tego jako obrazy, a jedynie jako wynik trwającej ponad trzydzieści lat obserwacji, twój mąż to raczej prosta dusza.
— Do jasnej cholery! — wybuchłam. — Czy choć raz w swoim pieprzonym życiu możesz się od niego odczepić?
— Przestań krzyczeć. Widzę, że zapowiada się na jedną z tych rozmów, w których niezależnie od tego, co powiem, zawsze wyjdę na totalnego drania. Merlinie, ile bym dał za papierosa. Hermiono, twój mąż to facet, który lubi piwo i grę w darta, a doprawia to sporą dawką quidditcha. Spróbuj zaprzeczyć. Z pewnością nie jest głupi, ale używa swojej inteligencji wyłącznie wtedy, gdy jest do tego zmuszony. — Przerwał, dając mi szansę, bym zaoponowała, czego nie byłam jednak w stanie uczynić, bo przecież to, co powiedział, wiernie portretowało Rona. — Jest z gruntu leniwy. — To też było prawdą, niemniej solidarność małżeńska wymagała, żebym wzięła Rona w obronę. Otworzyłam usta do protestu, na co Malfoy uniósł rękę. — To cechuje również mnóstwo innych ludzi. Są dni, kiedy też chciałbym taki być, z pewnością moje życie wyglądałoby wtedy dużo prościej. Hermiono, on nie jest zbyt skomplikowaną osobą, ty zaś jesteś uosobieniem złożoności. To krótkie i proste. W pewnym momencie… — Jego głos ucichł, zamieniając się w lekkie westchnienie.
Czy Ron i ja dotarliśmy do tego „pewnego momentu", w którym każdy wyraźnie dostrzegał, że nasze małżeństwo opierało się już jedynie na powinnościach i zobowiązaniach?
— Dlaczego ożeniłeś się z Pansy?
Moje słowa naruszyły jego spokój. Odstawił spodek z filiżanką i zaczął klepać się po kieszeniach marynarki w poszukiwaniu papierosów.
— Do diabła — mruknął. — Co to ma wspólnego z…
— Ma. — Przechylił głowę w niemym, pytającym geście. — Odpowiedz, proszę.
Musiałam wiedzieć, dlaczego kochający sztukę intelektualista poślubił kobietę, której jedynym skojarzeniem na dźwięk słowa „malarz" był ktoś, kto raz na kilka lat odnawia ściany w jej posiadłości, ponieważ być może wyjaśniłoby mi to po części, czemu mężczyzna o nieskomplikowanej osobowości, nudzący się nad każdą książką i traktujący ją jako zło konieczne, ożenił się z takim molem książkowym jak ja.
— Na przyrodzenie Merlina, potrzebuję papierosa. Musi być z tobą naprawdę źle, skoro nie patrzysz na mnie ze zwykłym obrzydzeniem, należnym żałosnej ofierze silnego uzależnienia od nikotyny. — Zmarszczył czoło, gdy nie zareagowałam na te słowa. — Liczyłem na trochę więcej czasu, bo… Do jasnej, pieprzonej cholery! — wrzasnął. Jego słowa odbiły się echem od pustych ścian. — Słuchaj — powiedział podniesionym głosem, przechodzącym niemal w krzyk, zaraz się jednak opanował i ciągnął już normalnym tonem: — Posłuchaj. Twoja niechęć do mojej żony jest legendarna, więc mówię ci z góry: nie chcę słyszeć ani jednego złego słowa na jej temat. — Uniósł ostrzegawczo palec. — Ani słowa albo będę musiał cię uciszyć. Przez lata znosiła wszelkie moje wyskoki, a było ich niemało. Jeśli ci powiem, że jest święta, będzie to całkowita prawda. Wam, Gryfonom, wydaje się, że macie monopol na lojalność… — Ostatnie słowa, zanim spróbowałam mu przerwać, wypowiedział z wyraźnym śladem dawnej zgryźliwości.
— Wcale nam się nie …
Znów obmacał kieszeń marynarki.
— Kurwa. Dałbym sobie teraz oko wykłuć za papierosa. Owszem, wydaje się wam. Może cię to zaszokuje, ale lojalność to również cecha ślizgońska. Moja matka, Blaise Zabini i Pansy jako jedyni dali mi wsparcie, gdy zmieniłem strony. Nie masz pojęcia, jak wielkie ma to dla mnie znaczenie. Reszta z was ledwo mnie tolerowała. Bez przerwy wysyłaliście mnie na samobójcze misje, jakbyście tylko czekali, żebym objawił swoje prawdziwe oblicze i nawet nie staraliście się ukrywać zaskoczenia, gdy wracałem cały i zdrowy. — Mówił czystą prawdę. Nie ufaliśmy mu ani przez chwilę od momentu, w którym pojawił się w domu przy Grimmauld Place, ciągnąc za sobą Pansy, aż po dzień śmierci Voldemorta. — Nie mogłem powiedzieć tego wtedy, ale powiem to teraz. Pieprz się, Hermiono. Pieprz się razem z Weasleyem i Potterem.
Miałam na tyle przyzwoitości, żeby poczuć zażenowanie i oblać się rumieńcem wstydu. Zasługiwaliśmy na to, co doskonale udowodniły fakty. Możliwe, że pokonanie Voldemorta było przede wszystkim zasługą Harry'ego, ale pomoc Dracona też odegrała niemałą rolę. Jednak jeszcze po wojnie przypuszczaliśmy, że Malfoy miał w tym wszystkim swój sekretny plan. Oczywiście sedno tego planu nie było żadną tajemnicą: zawzięcie dążył do zostania ministrem magii.
— O tak, powinnaś się zaczerwienić — ciągnął Draco. — Dzięki Merlinowi istniał ktoś, kto przejmował się, czy wrócę z akcji żywy. Tym kimś była Pansy. Kochała mnie z pasją i namiętnością, na którą nie zasługiwałem. Odwzajemniałem to uczucie na swój sposób. Matka wydała zgodę na nasz związek. Chciałem mieć dzieci. Pansy chciała mieć dzieci ze mną. To zdawało się wystarczać. Skąd miałem wiedzieć, że poślubienie swojej najlepszej przyjaciółki, z którą chętnie chodzi się do łóżka, to szczyt głupoty? Najwyraźniej oboje popełniliśmy ten sam błąd. — Upił spory łyk koniaku prosto z butelki i wyciągnął ją w moją stronę. Popatrzyłam na niego surowo. Odpowiedział mi przeszywającym spojrzeniem, jakby dokonując emocjonalnego obrachunku, po czym dodał cichym głosem: — I zobacz, jak się to wszystko skończyło.
— Wcale nie popełniłam tego samego błędu! — krzyknęłam.
— O, jak najbardziej — mruknął pod nosem, biorąc kolejny łyk.
— Z całą pewnością nie — zaoponowałam. — Ron i ja…
— No jasne. W takim razie wytłumacz mi, o co ci, do diabła, chodzi i czemu jesteś bliska łez na widok ich obu, grających ze sobą w piłkę? Wiesz co? Wątpię, czy spałaś z nim od tygodni. — Zerknął na mnie pospiesznie. — A raczej od miesięcy. Wytłumacz mi więc. O czym rozmawiasz ze swoim mężem? Hmm? Podczas tych paru minut między padnięciem na łóżko i zaśnięciem? O pracy, o tym, co słychać w klanie Weasleyów, o Potterze i jego latoroślach, w kółko i na okrągło, aż do znudzenia? Myślę, że na tym kończą się wam tematy. Rzadko widuję was oboje razem bez nieodłącznego członka rodziny twojego męża, Pottera, jego żony lub któregoś z ich dzieci. I nawet wtedy traktuje cię tak, jakbyś była jego drugą siostrą. — Wściekła do tego stopnia, że kilka sekund zajęło mi sformułowanie w myślach sensownej riposty, otworzyłam usta do protestu. Ta krótka przerwa dała mu okazję do powiedzenia czegoś tak potwornego i zarazem prawdziwego, że później, wspominając tę chwilę, dokładnie wiedziałam, że właśnie ten moment oznaczał koniec mojego małżeństwa. — Dzisiaj zobaczyłaś ich razem. I spróbuj zaprzeczyć, że chodzi ci o twojego męża i jego nieustający, platoniczny romans z Harrym Potterem. Hermiono, gdyby Potter i twój mąż nie byliby tak beznadziejnie zaściankowi, zaczęliby się rżnąć, mając szesnaście lat i ustatkowali we dwóch niczym para pedałów, będących przyjaciółmi na całe życie. — Przerwał na kolejny łyk koniaku. — Do kurwy nędzy, nawet alkohol mi nie pomaga. Wyobrażam ich sobie w jakimś niesamowicie zapuszczonym mieszkaniu, ze stosami brudnej bielizny piętrzącymi się w kątach każdego pokoju. Hmm, jeśli się głębiej zastanowić, to może nie skończyłoby się na zapuszczonym mieszkaniu, ale na kilku razach w szkolnej szatni. Gdyby pieprzyli się ze sobą w Hogwarcie, to przynajmniej raz na zawsze uporaliby się z tym, co im w głębi duszy piszczy. Potter wydaje się być bardzo przywiązany do swojej żony. Prawdę mówiąc wygląda tak, jakby miał chęć przelecieć ją przy każdej nadarzającej się okazji.
— On… My… Na początku… — wyjąkałam, połykając łzy.
O co w tym wszystkim chodziło? Przecież kiedyś, tuż po ślubie, wcale tak nie było. A może jednak było, tylko tego nie dostrzegaliśmy? Gdy teraz nad tym myślę, podwójne wesele stanowiło rodzaj swoistego zwiastuna problemu,. Sięgnęłam po filiżankę, ale ręka trzęsła mi się tak, że rozlałam sobie kawę na ubranie.
— Hermiono? — Kilkoma machnięciami różdżki usunął mokre plamy. — Co się dzieje, na Merlina…?
Odwróciłam się od niego, by zapłakać tym rodzajem bezgłośnych łez, które brały swój początek z najgłębszej otchłani smutku. Chusteczka zafurkotała w powietrzu, lądując na moich kolanach. Wreszcie, po jakimś czasie, odwróciłam się do niego z powrotem. Siedział daleko ode mnie, na drugim końcu kanapy.
— Nie mogę cię pocieszyć. Gdybym zaczął, tylko bym cię zranił. Nie mam pojęcia, dlaczego nadal chcesz być żoną człowieka, który cię nie rozumie i najwyraźniej się tobą nie przejmuje, ty zaś nim najwidoczniej jak najbardziej.
Jeszcze pół roku temu na podobne stwierdzenie zareagowałabym furią. Nie byłam w stanie spojrzeć mu w twarz. Zamknęłam oczy i powiedziałam słabym głosem:
— Nie mogę, Draco. Ty i ja. Nie jestem stworzona do takich rzeczy.
— Wiem. I doprowadza mnie to dzień w dzień do rozpaczy. — Gwałtownie otworzyłam oczy, gotowa do zadania mu ciosu, bo jakim prawem śmiał stroić sobie z tego żarty? A potem znów oblałam się rumieńcem wstydu, ponieważ po masce, którą zwykle przybierał, nie pozostał teraz nawet ślad, ukazując jego twarz nagą, bladą, poznaczoną życiem, które z każdym mijającym rokiem pogłębiało mu bruzdy wokół ust. — Mam bardzo niemiłe wrażenie, że to jeden z powodów, dlaczego jestem w tobie zakochany do szaleństwa. Wychodzi na to, że do tej pory nie odkryłem w sobie tej ukrytej masochistycznej cechy. A przy tym ludzie odruchowo zwykli uważać mnie za sadystę. Nie mają pojęcia, jak bardzo się mylą. Na kutasa Circe… Merlinie, chyba zaczynam bredzić, bo odkąd Circe ma kutasa? Dobrze, mów. Czy mamy kontynuować tę namiastkę pieprzenia, której oddajemy się od miesięcy? Równie dobrze moglibyśmy zrobić to naprawdę, bo, wiesz, robimy wszystko oprócz tego.
Próbował uniknąć rozgoryczonego tonu, nadając ostatniemu zdaniu lekkie, żartobliwie śpiewne brzmienie, ale nie brałam mu tego za złe. Jeśli Ron był już winny zaniedbywania swojej znudzonej żony, to przynajmniej jej nie zdradzał. Bo właśnie o tym była mowa. Teraz, gdy nazwaliśmy to po imieniu, poczułam szok, jak daleko sprawy zaszły.
— Masz rację. Robimy wszystko poza tym. Przepraszam. Musimy… — Przy tych słowach coś we mnie umarło. W samym środku mojej duszy. — Musimy z tym skończyć.
Objął dłońmi głowę i zamarł tak na kilka minut, po czym wyprostował się powoli.
— Cóż, to powinno nieco uprościć kolejną rzecz. Albo i nie — dodał cicho. — Przede wszystkim muszę to powiedzieć teraz, ponieważ później nie będę już miał okazji. Myślisz, że chcę iść z tobą do łóżka dlatego, by uczynić cię najważniejszym trofeum tego odrażającego uwodziciela, Dracona Malfoya. Och, ile bym dał, żeby nie widzieć właśnie potwierdzenia w twoich oczach. Pewnego dnia dowiesz się, jak bardzo mnie to boli. Pewnego dnia, mam nadzieję, nie zobaczę w twoim wzroku obrzydzenia, które zawsze, nawet jeśli tylko na ułamek sekundy, pojawia się w nich, gdy na mnie patrzysz. Ale jesteś w błędzie. Pragnę cię, ponieważ cię kocham.
— Przestań! — krzyknęłam. Przysunął się do mnie i ujął mnie za podbródek, zmuszając do spojrzenia mu w twarz. Czy on kompletnie stracił rozsądek? Czego to dowodziło? Co da nam wymówienie tego na głos? Położyłam mu rękę na ustach, żeby go uciszyć, żeby powstrzymać te wszystkie niebezpieczne słowa, których nie byłam w stanie słuchać. Których słuchać nie powinnam. — Draco, nie. My…
Pocałował wnętrze mojej dłoni. Z gwałtownym wdechem oderwałam ją natychmiast od jego warg i wybuchłam płaczem.
— Nie, nie przestanę. Wiem, że to dość okrutne z mojej strony, ale jestem w okrutnym nastroju. Chcę, żebyś powtarzała sobie w myślach tę rozmowę raz po raz w samym środku nocy, przewracając się bezsennie w pościeli. Chcę prześladować cię w twoich snach, ty zachwycająca, nieskończenie oszałamiająca kobieto. — Łagodnym ruchem palca powiódł w górę i w dół od zagłębienia pod moją dolną wargą po czubek podbródka. — Masz najpiękniejsze usta na świecie. Gdyby należały do mnie… A jeśli wydaje ci się, że zauroczyły mnie tylko twoje walory fizyczne, to pomyśl jeszcze raz. Jesteś jedyną kobietą z wyjątkiem mojej matki, która nie tylko nie daje mi sobą manipulować ani zmusić do ugięcia karku, ale jest też w stanie dorównać mi intelektem. Trzy miesiące po ślubie stwierdziłem, że Pansy jest być może moją najlepszą przyjaciółką i kochanką, ale żadna próba zracjonalizowania tego faktu nie uczyni jej mym równorzędnym partnerem. Zaliczałem jedną kobietę po drugiej z czystej nudy i poczucia osamotnienia. Pamiętasz tamto spotkanie szefów działów sprzed roku? To, na którym omawialiśmy nałożenie embargo na import towarów ze Stanów, dopóki Amerykanie nie przejrzą na oczy i nie zrewidują swojej polityki emigracyjnej?
Tak, tamto spotkanie. Carstairs nazwał wtedy amerykańskiego ministra magii irlandzkim kociołkorobem, który wkręcił się na stanowisko, a poza tym głośno wyraził przekonanie, że cały ich komitet wykonawczy jest obsadzony Irlandczykami lub osobami o irlandzkich korzeniach. Zadziwiające, że tak słabo mu się za to oberwało.
— Trudno je zapomnieć. Jak Carstairsowi udało się po tym wszystkim utrzymać na stanowisku? — wymamrotałam kącikiem ust. Siedzieliśmy zdecydowanie zbyt blisko siebie.
Draco zmrużył oczy, patrząc na mnie z lekką naganą, ale po chwili jego zaciśnięte wargi rozluźniły się i ułożyły w przelotny uśmiech.
— Udało mu się, bo niestety istnieją na tym świecie takie zbłąkane, dobre dusze jak ty, które piszą za niego raporty i sprawozdania. Tylko nie próbuj mi wmawiać, że nie poprawiłaś mu tego ostatniego. Twoje imię pojawiło się w nim bez błędu. Przynajmniej raz. Ale wracając do spotkania, tamtego dnia wyglądałaś jak zwykle, czyli jak straszliwie zaniedbane czupiradło. Przez większość narady obgryzałaś sobie skórki wokół paznokci lewej dłoni, podczas gdy prawa aż śmigała, sporządzając notatki. Wetknęłaś sobie różdżkę w bezładnie zwinięty kok na czubku głowy. Powiedziałem ci coś, co wzięłaś mi za złe, choć nie było to nic szczególnie uszczypliwego. Nie spodziewałem się zresztą innej reakcji. Otworzyłaś usta, żeby mi się odciąć i przyznaję, że nie oczekiwałem niczego poza typowo gryfońskimi, wyświechtanymi frazesami. Zamiast tego wypłynął z nich sens, błyskotliwość i inteligencja. — Delikatnie ścisnął mnie za podbródek. — A potem spojrzałem na ciebie drugi raz i stwierdziłem, że oprócz fenomenalnego mózgu masz też oczy barwy dobrego koniaku. Gdy spojrzałem trzeci raz, pomyślałem, o Merlinie, co za prześliczne usta. Przy czwartym spojrzeniu zauważyłem, że twój biust przyprawiłby o erekcję nawet eunucha. A potem zrozumiałem, że nie mogę przestać patrzeć.
— Proszę, zamilcz — szepnęłam. Uścisk palców na moim podbródku przybrał na sile.
— Hermiono, posłuchaj. Latami rozpaczliwie szukałem kogoś równego sobie. Poddałem się wreszcie w obliczu niekończącego się szeregu przeraźliwie nudnych obiadów z kobietami o ilorazie inteligencji na poziomie swoich torebek, tak że zostawała mi jedynie atrakcja przespania się z kimś, kogo jeszcze do tej pory nie zaliczyłem. Wkrótce i to stało się niewyobrażalnie nużące. Wiesz, co to znaczy stać w pokoju pełnym ludzi i wiedzieć, że jest się najinteligentniejszą osobą spośród nich? Oczywiście, że wiesz. To potrafi uczynić bardzo samotnym, prawda?
— Tak — wyszeptałam.
Pocałował mnie w czoło, a potem, wbrew swojemu poprzedniemu wyznaniu, wziął w objęcia, owiewając mi ucho gorącym oddechem.
— Kocham cię. Wiem, że mi nie wierzysz, ale to prawda. I pomijając fakt, że jesteś piękna, mądra, elokwentna i seksowna, jesteś też, co najważniejsze, jedyną znaną mi osobą, która ma tyle siły i determinacji, żeby powstrzymać mnie przed staniem się takim jak mój ojciec. — Wypowiedziawszy te wstrząsające słowa, oderwał się ode mnie i wstał. Jego twarz stężała w wymuszonym uśmiechu. — Za chwilę zniweczę wszelkie możliwe szanse zdobycia twojej wzajemności. Powtarzam, wiem, że mi nie uwierzysz, ale jeśli ci nie powiem, zamęczy mnie to do reszty. Asystent ministra magii złożył rezygnację, a ja zajmę jego stanowisko. Chciałem, żebyś dowiedziała się tego ode mnie. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepszy moment na podobne nowości, ale wątpię, czy później miałbym jeszcze szansę ci to powiedzieć. Podkreślam, chciałem, żebyś usłyszała to z moich ust.
Poczułam mrowienie w policzkach, jakby ktoś przyłożył mi w twarz.
— Downs odchodzi?
— Tak, stracił zaufanie ministra. Myślę, że jako oficjalną przyczynę poda się jego chorobę, choć jedyną, na którą rzeczywiście cierpi, jest niekompetencja.
— A ty zajmiesz jego miejsce?
— Do kolejnych wyborów. W których kandydować będziemy obaj, minister i ja. O ile oczywiście stan zdrowia jego żony nie ulegnie pogorszeniu. Jeśli tak, wycofa swoją kandydaturę, a ja stanę do wyborów na własną rękę.
— Moja kandydatura nigdy nie była nawet brana pod uwagę, prawda?
Pochylił się, chcąc pogłaskać mnie po policzku, ale błyskawicznie cofnęłam głowę.
— Cholera — mruknął, prostując się jak struna. — Niech tylko ktoś powie, że Malfoyom brak odwagi. Nie, nie brano cię pod uwagę. Jesteś genialna, genialna i jeszcze raz genialna, ale też zdrowo niepodatna na korupcję. To nie twoja gra, Hermiono. Możliwe, że jesteś moralnym kompasem ministerstwa, ale, co ze smutkiem przychodzi mi stwierdzić, moralne kompasy nie są dobrym materiałem na ministra magii. Doskonale sprawdzają się jednak jako to, czym są: moralnymi kompasami.
Wstałam, podeszłam do kominka, nabrałam garść proszku Fiuu i bez słowa przeniosłam się do domu. Był sam środek dnia, pokoje ziały pustką. „Samotność" to za słabe słowo na wyrażenie tego, co czułam.
XXX
— Ron, powtarzam po raz ostatni, nie jadę z wami do Grecji. Nie w tym roku. Koniec i kropka. A teraz idę się wykąpać i położyć spać. — Powiesiłam płaszcz i skierowałam się ku schodom prowadzącym na piętro. Właśnie wróciliśmy z kolacji u Harry'ego i Ginny. Ron deptał mi po piętach aż do samej sypialni.
— Nadal się wściekasz, że nie dostaniesz tej roboty, prawda?
Obróciłam się gwałtownie.
— Nie, nie wściekam się. Jestem gorzko rozczarowana, załamana i na wskroś przygnębiona. A poza tym żałośnie przepracowana, jako że wzięłam na siebie część obowiązków Malfoya, na którego byłe stanowisko nie znaleziono jeszcze odpowiedniego następcy. Gdybyś wysłuchał choć połowę tego, co mówiłam ci przez ostatnie trzy tygodnie, wiedziałbyś, co się ze mną dzieje. I właśnie dlatego nie wybieram się z tobą do żadnej pieprzonej Grecji. A teraz słuchaj uważnie. Życzę ci miłej zabawy, Ronaldzie.
Dumnym krokiem wyszłam z sypialni i zatrzasnęłam za sobą drzwi do łazienki, ogradzając się nimi od jego zdziwionego „Hermio…".
I choć faktycznie umierałam z przepracowania, prawda wyglądała tak, że nie miałam zamiaru znosić dwóch tygodni w towarzystwie ludzi drepczących wokół mnie na palcach i szepczących za moimi plecami „Doszła już do siebie?", jakby chodziło o jakieś śmieszne przeziębienie, przy którym wystarczy kubek mocnej herbaty i twardy sen, by znów stanąć na nogi. Wszyscy, nawet Harry, wydawali się nie mieć pojęcia, co to dla mnie znaczyło. Owszem, już wcześniej wszelkie znaki wskazywały na to, że nie da się uniknąć kandydatury Malfoya. Zdawałam sobie z tego sprawę. Tak, to bolało. Ale tym, co bolało jeszcze bardziej, był fakt, że absolutnie nikt z wyjątkiem Dracona Malfoya (drogi Merlinie, co za ironia!) nie rozumiał, iż dla mnie równa się to porażce absolutnej. Przez dobry tydzień okazywali mi specjalną troskę, ale później ich nastawienie zaczęło raczej przypominać postawę „z czego ona robi taki problem?". Miałam przecież doskonałą pozycję w ministerstwie. Byłam ogólnie szanowana i respektowana. Dlaczego więc nie dawałam się pocieszyć? Z łatwością sobie wyobrażam, jakiej odpowiedzi udzielał Ron ludziom zaniepokojonym moim nastrojem: „O tak, ciągle się tym przejmuje. Cała Hermiona. Pamiętacie WESZ?".
W ciemnościach nocy, niemal przyjaźnie witając moją najnowszą towarzyszkę, bezsenność, nieustannie analizowałam w myślach strategiczne układy panujące wewnątrz ministerstwa, istniejące kliki, podziały w obrębie różnych frakcji, poprowadzone wzdłuż granic naszych dawnych szkolnych domów. Rozważania te doprowadzały mnie do niezbyt optymistycznego wniosku: struktura władzy w ministerstwie była wyłącznie odzwierciedleniem Hogwartu trzydzieści lat później. Doprawdy, równie dobrze mogliśmy co piątek zapisywać długie na dwa metry zwoje pergaminu wypracowaniami o wojnach goblinów w XIV wieku, tyle tylko, że dostawaliśmy za to pensję. Poza tym większej różnicy nie dostrzegałam.
Na domiar złego nie mogłam powiedzieć, że Draco nie wywiązywał się dobrze ze swoich obowiązków. Jasne, że na jego miejscu działałabym inaczej, ale współpraca z ministrem układała mu się tak wspaniale, iż pozostawało mi tylko pozazdrościć. Powinowactwo z Harrym Potterem przez małżeństwo dzieci stanowiło doskonały bonus, a oprócz tego cieszył się poważaniem kilku kluczowych osób. U całej reszty wzbudzał zaś onieśmielenie. Czy była to jego gra? Latami manipulował sytuacją, w której był nie tylko pojedynczym zawodnikiem, ale szukającym, ścigającym, pałkarzem i obrońcą jednocześnie.
Tamtego dnia Ron wrócił wcześnie do domu. Jak zwykle zapomniał nałożyć na siebie zaklęcie przeciwsłoneczne i chociaż nie grał z Harrym w futbol dłużej niż pół godziny, jego twarz miała kolor pomidora. Pierwsze słowa, które do mnie skierował, brzmiały:
— Cholera, Hermiono, tak mi przykro.
Próbował mnie pocieszać, ale ja nie byłam w stanie doznać pocieszenia, Ron zaś jest osobą, która natychmiast musi widzieć skutki swojego działania. Gdy lampka mojego ulubionego wina, masaż stóp i zabawna historyjka o włoskiej drużynie quidditcha wystrojonej w spódniczki baletowe zawiodły, nie wywołując na mojej twarzy ani cienia uśmiechu, natychmiast połączył się przez kominek z Harrym i Ginny. Przez kilka następnych godzin wspólnymi siłami rzucali gromy na Dracona, rozmawiając o mnie, jakbym była nieobecna. Siedziałam w milczeniu, popijając wino. Zapewne wydawało im się, że od ich słów poczuję się lepiej, ale długa i szczegółowa lista przewinień Malfoya oraz jego przeszłość jako śmierciożercy sprawiła, że zrobiło mi się jeszcze gorzej na duszy. A to dlatego, bo zrozumiałam, że były śmierciożerca, który wiedział, jak grać w tę grę, mógł zostać ministrem magii, podczas gdy ktoś taki jak ja, dysponujący jedynie kompetencją i lojalnością, znaczy tyle co nic.
Zadręczałam się tym przez cały weekend, a gdy w poniedziałek wróciłam do pracy, nikt nie był w stanie spojrzeć mi w oczy. Monet zniknął ze ściany, co oszczędziło mi upokorzenia zażądania od Malfoya, by go usunął. Życie wróciło do zwykłego trybu, w którym przerwy obiadowe wypełniała praca, a resztę dnia nadgodziny. Zaproszenia na ekskluzywne spotkania nieoficjalnych klubów przestały przychodzić, a mój status ponownie nabrał cech ministerialnego chłopca od wszystkiego, osoby, na którą zwala się robotę nielubianą przez nikogo, ale konieczną do wykonania.
Po tygodniu Ron przestał obchodzić się ze mną jak z jajkiem. Wprawdzie kupił dla mnie mnóstwo bombonierek i więcej kwiatów, niż mogłabym pomieścić w wazonach, ale nie miał pojęcia, co ma mi powiedzieć. Zostawiał mnie więc, otoczoną słodyczami i snopami róż, a sam spędzał tę odrobinę wolnego czasu, jaką miał do dyspozycji, z Harrym i Ginny lub zabierał swoich siostrzeńców i siostrzenice wraz z dziećmi Romildy na letnie rozgrywki ligi quidditcha. Codziennie po kolacji aportowałam się do Tunbridge Wells, gdzie wyładowywałam swoją złość i rozczarowanie w trakcie meczów tenisa z ojcem. Niestety, na tym poziomie nie był już dla mnie wyzwaniem. Zachowywał się niemal jak nastolatek, przez godzinę z radością odbijając piłkę tam i z powrotem w spokojnym, łagodnym rytmie, podczas gdy ja desperacko potrzebowałam ostrej, agresywnej gry, w której mogłabym z furią posyłać piłki wysoko ponad siatkę z nadzieją nie tylko na zaspokojenie chęci wygranej, ale i swoistej żądzy zemsty. Na czym ta zemsta miałaby polegać, nie wiedziałam, ale często wracałam do domu po takim meczu jeszcze bardziej sfrustrowana niż przed nim.
Gdy okazałam się głucha na prośby Rona, oddelegował Harry'ego, Ginny, Molly i Artura, by przemówili mi do rozsądku. Harry i Ginny pojęli w lot, że sprawa jest beznadziejna. Zapytali tylko raz, po czym zmienili temat. Ale Molly wraz z Arturem nie przestawali mnie gnębić, powtarzając w kółko: „Bez ciebie wakacje nie będą takie same", „Jesteś tak przepracowana i zmęczona. To może choć na tydzień?", „Dzieci będą tak strasznie zawiedzione" i „Martwimy się o ciebie". Aż do samego wyjazdu bombardowali mnie błagalnymi prośbami i podszytymi poczuciem winy żądaniami, bym do nich dołączyła. Wreszcie, w sobotę rano, nadszedł czas ruszenia w drogę. Nie mogłam się tej chwili doczekać. Żegnając ich w ogrodzie przed Norą, unikałam patrzenia im w oczy. Uścisnęłam Harry'ego i Ginny przy akompaniamencie ponaglających nawoływań Rona i patrzyłam, jak wir świstoklika porywa ich wszystkich ze sobą. A kiedy zniknęli, krzyknęłam ile sił w płucach:
— Bogu niech będą dzięki!
Leżąc w łóżku tego wieczoru, zmęczona po sześciu godzinach pracy w ogródku i rzucania zaklęcia za zaklęciem w celu zaprowadzenia jako takiego porządku po półrocznej anarchii, uświadomiłam sobie, że Ron nie powiedział mi nawet do widzenia.
A niech go diabli wezmą.
Koniec rozdziału jedenastego
* NFT to skrót od National Football League, amerykańskiej narodowej ligi futbolowej.
** Quarterback to pozycja zawodnika w futbolu amerykańskim.
