Rozdział dwunasty

Rozpad

Ze względu na to, że moje biuro przejęło tymczasowo część obowiązków Malfoya do chwili znalezienia odpowiedniego kandydata na jego miejsce, musieliśmy podtrzymywać nasze kontakty służbowe. Robiliśmy to wyłącznie na piśmie. Listy przychodzące od niego podpisywała sekretarka. Zgodnie z niewypowiedzianą, ale ściśle przestrzeganą umową nigdy nie patrzyłam na niego podczas narad lub gdy nasze ścieżki krzyżowały się przypadkowo w kafeterii lub windzie. On odwzajemniał mi się identycznym postępowaniem. Mówiliśmy do siebie, nie rozmawiając ze sobą. Zauważyłam, że schudł. A gdy wsiadał do windy, którą i ja jechałam, często czułam od niego woń papierosów.

XXX

Z Grecji przyszły dwie sowy, informujące mnie o szczęśliwym dotarciu na miejsce Rona i reszty rodziny. Jedna od Harry'ego, a druga od Molly.

XXX

Większość pracowników ministerstwa bierze urlop w sierpniu. Na korytarzach zapanowała niemal całkowita pustka. Skrzynka z moją pocztą przybrała wygląd masywnej, pergaminowej góry. Napływ notatek wlatujących do pokoju przez otwarte okienko nad drzwiami nie urywał się ani na chwilę, gdy ludzie zrzucali na mnie przed wyjazdem swoje niedokończone projekty. W czwartek stos papierów sięgał mi już ramienia. Dzień w dzień siedziałam przykuta do biurka do dziesiątej wieczorem. Trwało to aż do powrotu Rona i reszty kompanii z wakacji. Z determinacją zamierzałam przebić sobie tunel przez nieustający natłok zadań, pracując ponad dwanaście godzin dziennie i odrywając wzrok od dokumentów tylko wtedy, gdy wszystko zaczynało rozmazywać mi się ze zmęczenia przed oczami. Robiłam to z całkowitą i zupełną premedytacją.
Moje ambicje były, jak się okazało, tajemnicą publiczną. Już sam awans Dracona stanowił temat godny plotek, a smakowity kąsek w postaci faktu, że ta przemądrzała Hermiona Granger dostała zasłużoną nauczkę, znacznie go wzbogacał. Czy sprawy w ogóle mogły stać lepiej? Wyobrażałam sobie, ilu ludzi z zachwytem zaciera ręce nad moją porażką. Wybicie się ponad ministerialną przeciętność miało w moim przypadku charakter szybko postępującej kariery, przysporzyło mi więc naturalnych wrogów. Pierwszy tydzień po ogłoszeniu rezygnacji Downsa — a co za tym idzie po rozejściu się wiadomości o mianowaniu Dracona tymczasowym asystentem ministra magii — był jedną wielką torturą. Wchodziłam do jakiegoś pomieszczenia i natychmiast odgłosy rozmów zamierały. Teraz, po pewnym czasie, ukradkowe szepty i rzucane na mój widok zaklęcia wyciszające mniej lub bardziej zanikły. Mogłam już pojawić się w kafeterii i stanąć w kolejce po kanapkę bez obawy, że ludzie będą się na mnie gapić.
Stałam w niej właśnie, zastanawiając się, czy kupić sandwicza z indykiem czy też z wędzoną szynką i usiłując nie myśleć o gęstej zupie Chevalierów z ziemniakami i porem, która szybko stała się moim faworytem. Albo o ich pot au feu*. Albo o tarcie cytrynowej. Albo o kawie. Albo o Draconie. Zdecydowawszy, że tak naprawdę wcale nie jestem głodna, zwróciłam się ku wyjściu i dotarłam już do połowy sali, gdy nagle dostrzegłam stojącą nieco dalej w kolejce Romildę Vane, gawędzącą z jakąś inną sekretarką z wydziału mojego męża.
Ron opowiadał o niej bez przerwy. Jak cudowne ma poczucie humoru. Jak ciężko musiało jej być wychowując samotnie dwójkę małych dzieci. Jakim odciążeniem okazał się dla niej ich wyjazd do Hogwartu. Jak w ciągu wakacji trzeba było siłą nakłonić Boota, by wziął do siebie dzieci choć na jeden weekend. Romilda pracowała dla Rona, zmuszałam się więc w stosunku do niej do grzecznego zachowania, ale pomijając rzadkie spotkania na terenie ministerstwa, obie wolałyśmy raczej trzymać się od siebie z daleka. Z całą pewnością nie miałam chęci zbliżenia się do niej na polu towarzyskim, a gdy Ron zapytał, czy mam coś przeciwko, by zaprosił ją wraz z dziećmi na cykl letnich rozgrywek ligi quidditcha, dałam mu swoje błogosławieństwo i kazałam przekazać pozdrowienia. Czekało na mnie zdecydowanie zbyt wiele pracy, by tracić czas na podobne rozrywki. Kiedyś, za szkolnych czasów, towarzyszyłam Ronowi i Harry'emu na wszystkich meczach tylko dlatego, że martwiłam się, iż mogą doznać jakiejś kontuzji. Sam quidditch jako sport wydawał mi się pozbawiony strategii i, co za tym idzie, nudny. Chodziło w nim jedynie o to, kto szybciej i sprawniej porusza się na miotle. Co dobrego można powiedzieć o grze, w której wygrana zależna jest pierwszym miejscu od bystrości wzroku szukającego? Uważałam reputację Harry'ego jako szukającego o światowej klasie za dosyć zabawną, bo bez okularów dosłownie ledwo zauważał kontury zamku.
Mimo współczucia, które odczuwałam dla prywatnej sytuacji Romildy i jej układów z tym irytującym bydlakiem Bootem, miałam wrażenia, że z biegiem czasu ta kobieta niewiele się nauczyła. Kiedyś była ciemnowłosym odpowiednikiem flirtującej na prawo i lewo Lavender Brown: szalała za chłopakami i z determinacją zabiegała o ich uwagę. Trzydzieści lat później nadal zachowywała się głośno i z wyzywającą swobodą, wykazując upodobanie do bluzek z dekoltami zbyt przepastnymi, by mogły świadczyć o profesjonalnym podejściu do pracy oraz makijażu w ilości, którym spokojnie można by obdarzyć trzy kobiety. Jej przypuszczalnie jedyną słabość — nie mogę sobie zresztą wyobrazić, żeby pensja sekretarki zniosła jakieś inne obciążenie — stanowiło magiczne manicure. Musiała wydawać na nie małą fortunę. Za każdym razem, gdy ją spotykałam, jej paznokcie dekorowała inna scenka, zwykle nawiązująca do pory roku. Opadające płatki śniegu zimą, falujące na wietrze kwiaty wiosną. Podejrzewam, że nie przepadała za mną w Hogwarcie i teraz też niewiele się pod tym względem zmieniło.
Stojąca obok niej kobieta trąciła ją w ramię i wskazała w moim kierunku. Romilda zaczerwieniła się i zamiast pomachać mi jak zwykle w geście pozdrowienia, uśmiechnęła się wyzywająco i zawadiacko wysunęła podbródek. Nie jestem osobą skłonną do wyciągania pochopnych wniosków. Ale nie jestem również idiotką.
Na szczęście już jakiś czas temu zobojętniałam. W innym przypadku rzuciłabym pierwsze i ostatnie Niewybaczalne w moim życiu.

XXX

Bezzwłocznie wysłałam Harry'emu sowę o treści: „Czy Ron ma romans z Romildą?". Wiedziałam, że było to wobec niego nie fair, ale nie przejęłam się tym w ogóle. Mimo dojrzałego wieku i strasznych rzeczy, których doświadczył w życiu, Harry pozostał w gruncie swojej istoty niewinny. Odpisał: „Nie każ mi stawać między Wami, Hermiono. Pozdrawiam, Harry."
Co, rzecz jasna, dało mi aż nazbyt wyraźną odpowiedź na moje pytanie.

XXX

Spakowałam połowę garnków i patelni, moje książki, ubrania, chińską porcelanę oraz kryształy, które dostałam w prezencie ślubnym (srebra zostawiłam, ponieważ były pamiątkami rodzinnymi Weasleyów), po czym usiadłam pośród tych wszystkich kartonów, zadając sobie pytanie, co dalej. Z wyjątkiem paru antyków, odziedziczonych po mojej babci, meble stanowiły naszą wspólną własność, ale nawet jeśli zdecydowałabym się wybrać któreś z nich, nie mogłabym już na nie patrzeć. Sporządziłam listę rzeczy, które denerwowały mnie w tym domu, a które jednak znosiłam ze względu na bliskie sąsiedztwo Harry'ego i Ginny: kopcący komin, brak miejsca na szafki w kuchni, ciemne schody i sposób, w jaki wiatr gwizdał na poddaszu — cienko i jękliwie, wdzierając się przez szpary w niedbale uszczelnionych oknach. Oknach, których mimo dwudziestu lat życia tutaj Ron nigdy nie zdołał solidnie zabezpieczyć przed wiatrem i chłodem. Wiedziałam, że taka lista nie miała sensu, ale sam akt pokrywania pergaminu pismem zawsze działał na mnie uspokajająco. W miarę, jak spis się wydłużał, szybko zrozumiałam, ilu rzeczy tu nienawidziłam, nie dopuszczając tego uczucia do świadomości. Wszystko dlatego, że mieszkaliśmy tak blisko domu Harry'ego i Ginny. Po to, żeby Ron mógł bawić się z ich dziećmi, gdy tylko naszła go ochota. Z dziećmi będącymi substytutem tych, których nie mógł mieć ze mną.
Przybył siecią Fiuu, gdy kończyłam pisać. Nie umknęło mojej uwadze, że ktoś inny nałożył na niego zaklęcie przeciwsłoneczne na tyle poprawnie, że nie wyglądał już jak spalone na czerwono nieszczęście. Nawet w tej kwestii moją rolę przejął ktoś inny. Pospiesznie rzuciłam Incendio na listę.
Ron ogarnął szybkim spojrzeniem spakowane kartony i już wiedział.
— Czyli odchodzisz?
— Genialne spostrzeżenie, Ron. — Wiedziałam, że przybieram zbyt szyderczy ton. Przełknęłam ślinę i dodałam spokojniejszym głosem: — Zabieram porcelanę, kryształy, książki, swoje ubrania i część garnków. Zostawiłam ci połowę. Wrócę jeszcze po meble po babci. Resztę możesz zatrzymać. Dom również.
Zredukowałam zaklęciem paczki i zaczęłam układać je w pustym koszu na bieliznę. Im dłużej będę zmuszona pozostać w tym pokoju, tym bardziej narośnie mój gniew. Musiałam wynieść się stąd jak najszybciej.
— Nigdy nie lubiłem tej porcelany.
— Wiem.
— Dokąd pójdziesz?
Boże, zaczynał stroić nadąsane miny. Powinnam wyjść natychmiast, zanim powiem coś, czego pożałuję.
— Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym jeszcze. Pewnie na trochę do rodziców. A jaką to w ogóle gra jeszcze rolę?
— Gra! Jesteśmy małżeństwem od ponad dwudziestu lat. Ostatnio nie było różowo, ale dla mnie to ciągle się liczy, Hermiono.
Wyznanie, uczynione z typową dla Rona wrażliwą otwartością, zostało nagle przyciemnione wspomnieniem triumfalnego, pełnego wyższości uśmieszku na twarzy Romildy.
— Wiesz, co się liczy, Ron? Fakt, że dowiedziałam się o twoim romansie od kobiety, z którą mnie zdradzasz! — krzyknęłam. Tyle na temat trzymania emocji na wodzy.
Przez jego twarz przemknął wyraz wrogości, winy i żalu. A potem Ron zaczął płakać.
— Przepraszam — wydukał.
Przez wszystkie te lata ja go przepraszałam, szepcząc to niczym mantrę co wieczór, gdy kładłam się u jego boku. Robiłam to z całą szczerością, teraz jednak dotarło do mnie, że nie miało to w ogóle żadnego znaczenia. A może i miało, niemniej nie zmieniało niczego. Nie musiałam być geniuszem, żeby wiedzieć, że w przeciągu miesiąca po moim odejściu ona zajdzie w ciążę. Zresztą możliwe, że już była w ciąży. Powinnam wziąć Rona w objęcia. Powinnam go też przeprosić. Odebrał moje milczenie jako naganę i krytykę.
— Przecież wiesz, że to nie tylko moja wina — zaprotestował. Otworzyłam usta, żeby przyznać mu rację, ale zanim zdążyłam się z nim zgodzić, ogarnął mnie szał. Jak mogłam nie zauważyć, jak bardzo on był wściekły na mnie? — Pieprz się, Hermiono. — Otarł ślady łez z policzków. — Ona nie traktuje mnie tak, jakbym był pozbawiony mózgu. Nie zwraca się do mnie z lekceważącym „Ronaldzie", bo nie interesują mnie muzea ani książki. A gdy spędza ze mną wieczory w pubie, patrząc, jak gram w darta, nie krzywi się przez bite dwie godziny ani nie ma takiej miny, jakby wisiał nad nią Cruciatus. Nie obchodzi się ze mną jak z jakimś trochę bardziej uprzywilejowanym skrzatem domowym. Jakbym nie rozumiał połowy tego, co dzieje się w ministerstwie. A ja dobrze rozumiem, ty arogancka suko. Ona…
Uniosłam rękę, bo naprawdę nie miałam ochoty słuchać tego dłużej.
— Przestań, Ron. Natychmiast. Nie chcę wiedzieć ze szczegółami, jaka ona jest cudowna w porównaniu ze mną. Mam zamiar zakończyć to małżeństwo w cywilizowany sposób, więc jeśli nadal będziesz…
— Do jasnej cholery — jęknął i kopnął nogę kanapy z tak wielką złością, że aż się zatrzęsłam. — Wiesz, myślałem o tej części naszego problemu. Chrzanię cywilizowane sposoby. Może lepiej powinniśmy naprawdę wziąć się za łby i urządzić karczemną awanturę w miejsce tych pasywno-agresywnych przepychanek, które uprawiamy. Nic, tylko fiu-bździu, jakby to, że od miesięcy nie spaliśmy ze sobą, było w zupełnym porządku…
— To niesprawiedliwe. To cholernie niesprawiedliwe. Przecież próbowałam! — krzyknęłam. — Próbowałam, ale zawsze była albo kolacja u twoich rodziców, albo filmy u Harry'ego, albo…
— I ty to nazywasz próbami? — zapytał, śmiejąc się ironicznie. — Seks z gumochłonem byłby bardziej ekscytujący. Jeszcze tylko…
Wystarczy, Ron. Zamknij tę pieprzoną gębę. — Wstałam, złapałam kosz na bieliznę i ruszyłam w stronę kominka.
— Teraz się z nim prześpisz, prawda?
Odwróciłam się gwałtownie, boleśnie zaciskając dłoń na uchwycie kosza.
— O czym ty mówisz?
— O Malfoyu.
Przypuszczam, że postąpiłam paskudnie, nie mogąc dać mu czegoś w rodzaju moralnej nauczki. Być może to ja sprawiłam, że jego postępowanie nie było aż tak godne potępienia. Być może mogłam nawet powiedzieć, że tak, skrzywdziliśmy się wzajemnie w tym samym stopniu. Być może mogliśmy wybrnąć z sytuacji, zachowując resztę naszej godności osobistej. Jeszcze chwilę temu wszystko to wydawało się możliwe. Ale nie teraz.
— Rzuciłeś na mnie zaklęcie wierności?
Zaczerwienił się, po czym zaprzeczył swojemu zawstydzeniu, rzucając zaczepnym tonem:
— Tak.
— Jak śmiałeś! — Gdybym nie trzymała kurczowo rączki tego przeklętego kosza na bieliznę, zrobiłabym coś naprawdę nierozsądnego.
— Gdy widzisz, że za każdym razem na widok tego pierdolonego śmierciożercy twoja żona wygląda tak, jakby swędziało ją między nogami, wtedy śmiesz. Gdy dwa razy w tygodniu umawia się z nim na tenisową randkę w dokładnie tym samym klubie, do którego z tobą wejść nawet nie chciała, wtedy, do kurwy nędzy, śmiesz. Gdy…
Upuściłam kosz na podłogę, wyciągnęłam różdżkę i rzuciłam na Rona zaklęcie milczenia.
— Powiedziałam, żebyś zamknął tę pieprzoną mordę. Miałam ochotę pójść z nim do łóżka, ale tego nie zrobiłam. — Chciałam wytłumaczyć mu to dokładniej, powiedzieć, że postąpiłam odrobinę bardziej moralnie niż on, ale nie byłam w stanie. Zawiedliśmy się wzajemnie. Oboje mieliśmy równie brudne ręce. Jednej rzeczy nie mogłam jednak pozostawić bez komentarza. — Posunąłeś się za daleko, nakładając na mnie to zaklęcie. Całą resztę mogłabym ci wybaczyć. Ale tego nie.
Podniosłam kosz i aportowałam się z miejsca, które przez dwadzieścia lat było moim domem.

XXX

Dom moich rodziców był ciemny. Słyszałam dobiegający z ich sypialni cichy pomruk włączonego telewizora. Oglądali zapewne późne wiadomości przed udaniem się na spoczynek: robili to, odkąd sięgam pamięcią. Odstawiłam kosz i zawołałam w kierunku schodów prowadzących na piętro:
— Mamo? Tato? To ja.

XXX

Nawet najprostsza magia opiera się na serii skomplikowanych rytuałów, tak więc rzeczą oczywistą jest, że zawarcie małżeństwa w czarodziejskim świecie wymaga całego szeregu powiązanych ze sobą, złożonych formuł. Uważałam, że nasz ślub był wspaniały z wielu względów, jednak to właśnie piękno zaklęcia małżeńskiego pozbawiło mnie niemal mowy. Każdy czar ma swój niepowtarzalny charakter. Część mojej fascynacji magią opiera się na zachwycie jej materialnością. Zaklęcie małżeńskie to żywe ucieleśnienie nadziei, miłości i chwały. Z tej samej przyczyny rzucanie Niewybaczalnych pociąga za sobą tak wielkie niebezpieczeństwo. Jako klątwy bazujące na destrukcji, niszczą duszę tego, kto po nie sięga. Możliwe, że czarodzieje nie mają żadnego wpływu na swoje fizyczne DNA, jednak jak najbardziej potrafią kształtować DNA magiczne. Gdy Ron i ja ponad dwadzieścia lat temu składaliśmy wymagane przysięgi, zdawało się, że anioły magii śpiewają hymny na naszą cześć.
Niestety, również zaklęcie kończące związek sięga podobnie głęboko. Rozwód to proces identycznie zrytualizowany, z tym że na miejscu rozśpiewanych anielskich chórów pojawia się przytłaczające wrażenie ich skargi nad smutną świadomością, że niegdysiejsze nadzieje i marzenia nigdy nie dojrzeją ani nie zostaną urzeczywistnione.
Te same osoby, które świadkowały ślubowi, muszą stawić się także w roli świadków rozwodu. Pod koniec obrzędu Harry, Ginny, Artur i Molly płakali, nawet przeprowadzająca rytuał czarownica miała łzy w oczach. Jedynymi osobami w pomieszczeniu, które nie uległy wyraźnemu wzruszeniu, byliśmy Ron i ja. Moja niewrażliwość na smutek bijący od zaklęć wyraźnie udowodniła, że nasze małżeństwo rzeczywiście dobiegło końca na płaszczyźnie zarówno magicznej, jak i emocjonalnej. Obrączka zniknęła wraz z finałową inkantacją. Gdybym w tym roku wybrała się z nimi do Grecji, dłonie pokryłaby mi opalenizna i pewnie na palcu pozostałby blady pasek skóry. Teraz po obrączce nie pozostał żaden ślad wskazujący na naszą wspólną przeszłość.
Musieli to zaplanować, ponieważ zaraz po zakończeniu ceremonii Ginny złapała Rona za ramię i aportowała się z nim Merlin wie dokąd. A potem Harry sięgnął po mój nadgarstek i wir aportacji szarpnął mnie za żołądek.

XXX

Wylądowaliśmy niedaleko bramy do Hogwartu. Harry nie odezwał się ani słowem, skinieniem głowy wskazując na szkołę. Przeszliśmy przez otwarte wrota.
Dlaczego uznał, że akurat to miejsce przyniesie mi pocieszenie, stanowiło dla mnie zagadkę. Zaprowadził mnie nad jezioro. Było przedpołudnie i lekcje trwały, więc błonia świeciły pustkami. Monumentalny grobowiec Dumbledore'a i znacznie mniej okazały nagrobek Snape'a leżały na prawo od nas, a na wprost miejsca, w którym usiedliśmy, widać było trybuny wokół boiska do quidditcha. Róże właśnie przekwitały, od trawy bił chłód zapowiadający nadejście jesieni. Nie miałam nic do powiedzenia. Nie zamierzałam za nic przepraszać ani się usprawiedliwiać. Prawda wyglądała tak, że nasze pozamałżeńskie flirty były jedynie symptomem, a samo małżeństwo skończyło się na dużo wcześniej, nim to zauważyliśmy. Gdybyśmy byli ze sobą bardziej szczerzy, być może udałoby się nam rozstać we wzajemnym szacunku. Teraz czułam do Rona niemal nienawiść. Miałam nadzieję, że z czasem mi przejdzie.
— Nie będę wybierał żadnego z was, Hermiono.
Kochany, najdroższy Harry. Oczywiście, że musiał dokonać wyboru. Nie miałam żadnych wątpliwości, na kogo z nas się zdecyduje. A tak swoją drogą to Draco się mylił. Nie wierzyłam w jakikolwiek ukryty seksualny podtekst ich przyjaźni. Harry naprawdę kochał Rona. Niechętny swej sławie bohater czarodziejskiego świata wybrał na przyjaciela akurat tego jedenastoletniego chłopca, którego w tej roli nikt by się nie spodziewał. Chłopca, który niezależnie od swoich wysiłków zawsze pozostawał na drugim planie w rodzinie pełnej ludzi o osobowościach jaśniejących niczym gwiazdy. Ron był tylko tłem blasku innych. Harry'emu to nie przeszkadzało. Dla niego to Ron błyszczał. Był mu bratem, którego możliwości posiadania pozbawił go Voldemort. Przypuszczam, że ja byłam dla niego kimś w rodzaju takiej siostry, ale co w gruncie rzeczy liczyło się bardziej? Rona kochał mocniej, co do tego nie miałam wątpliwości. A Ron? Znać Harry'ego znaczy kochać Harry'ego, ale pomijając to podejrzewałam, że Ron obawiał się iść przez życie bez bycia czyimś najlepszym przyjacielem. A był przecież przyjacielem samego Harry'ego Pottera. Harry kochał Rona bezwarunkowo, Ron zaś tego właśnie potrzebował.
Może sama nie kochałam Rona wystarczająco. Nie myślałam, że Romilda Vane będzie w stanie dać mu to, czego potrzebował, ale jeśli urodzi mu jedno albo dwoje dzieci, to możliwe, że wszystko inne straci jakiekolwiek znaczenie.
— Ludzie dokonują takich wyborów, Harry.
— Nie ja — powiedział z typową nutą uporu w głosie. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Ten aspekt osobowości Harry'ego nie zmienił się ani o jotę: potrafił upierać się do upadłego, kiedy był przekonany o swojej racji. Cecha charakteru, która mogła śmiało ujść za naszą wspólną. — Raz w tygodniu umawiamy się na obiad. A od czasu do czasu urządzamy sobie nasz filmowy wieczór. Nie mam zamiaru bawić się w żadne gierki i kłamać Ronowi albo tobie, co się naprawdę dzieje. Oboje jesteście moimi przyjaciółmi i nadal nimi pozostaniecie. — Wyciągnęłam rękę i nakryłam nią jego dłoń. — Dlaczego Malfoy?
Nie myślałam, że moja złość na Rona może być jeszcze większa od tej, którą już odczuwałam. Jak on śmiał! Ale zaraz przypomniałam sobie, jak wciągnęłam Harry'ego w to całe bagno, wysyłając mu sowę z żądaniem, żeby wyznał mi prawdę o Ronie i Romildzie i musiałam stwierdzić, że moje sumienie wcale nie było dużo czystsze.
— Ron ci to powiedział?
— Tak, w naprawdę żałosnej próbie wzbudzenia mojego współczucia. Wytknąłem mu wtedy, że przecież, no wiesz, sam jest tak jakby z Romildą i wtedy się przymknął. Ale nawet jeśli niczego by mi nie powiedział, to co z tego? Sam widziałem, że coś się dzieje. Wy dwoje… patrzyliście tak jakoś na siebie. Dobra, mów, dlaczego akurat on?
Właśnie, dlaczego.
— Nie ma żadnego Malfoya, ale być może był. W pewnym sensie. Nie wiem. A dlaczego nie pytasz „czemu nie dłużej Ron?" Moim zdaniem to jest zasadnicza kwestia. Po co mnie tutaj zabrałeś? — zapytałam.
Słynna zieleń jego oczu z biegiem lat straciła na intensywności. Przy pewnym oświetleniu tęczówki wydawały się nawet niebieskie. Dziś, na tle porośniętych trawą błoni, znów przybrały tę niesamowitą barwę, lśniąc tak jasno, jakby Harry nadal miał piętnaście lat.
— Z jednego powodu. Bo chciałem, żebyś sobie przypomniała, że był czas, kiedy między wami układało się dobrze.
Zaczęłam płakać.
— To było tak dawno temu.

XXX

Robiłam to, co robią miliony rozwiedzionych kobiet. Wypełniałam sobie czas, jak potrafiłam najlepiej. Godziny spędzane w ministerstwie stały się torturą, więc w możliwie grzeczny i kulturalny sposób odpowiadałam wszystkim, żeby się odpieprzyli i że nie zamierzam odwalać za nich roboty. Po raz pierwszy w życiu pracowałam swoje przepisowe czterdzieści godzin tygodniowo. Wstąpiłam do dwóch klubów książki w księgarni Foylesa i w każdy poniedziałek oraz piątek w porze obiadu brałam tam udział w spotkaniach. W ten sposób rozwiązywałam problem dwóch przerw w tygodniu. Na krótko po rozwodzie do mojego biura wpadła Ginny, oznajmiając mi, że planuje zapisać się na kurs jogi. Dawne kontuzje, których doznała grając intensywnie w quidditcha, znów dawały o sobie znać i koniecznie potrzebowała odprężającej gimnastyki. Udałam, że wierzę w to kłamstwo, bo najwyraźniej tak jak Harry postanowiła nie wybierać między Ronem a mną, co naprawdę zasługiwało na uznanie, zważywszy na fakt, że chodziło o jej brata. Podsunęła mi pod nos broszurkę reklamującą studio niedaleko wejścia na Pokątną. Czy jutro by mi pasowało? Zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu. Przytaknęłam skinieniem głowy, powstrzymując łzy, dopóki nie wyszła z pokoju. I tym sposobem z niezagospodarowanych przerw pozostawała jedna, w środy. Zajął się nią Harry, zabierając mnie na cotygodniowy obiad. I już było po sprawie. Członkowie klubu książki twierdzili, że mam całe stosy lektur do nadrobienia, więc po uporaniu się ze zmywaniem naczyń po kolacji resztę wieczoru spędzałam na czytaniu, odgradzając się zaklęciem wyciszającym od odgłosów emitowanych przez telewizor rodziców.
Weekendy były znacznie trudniejsze do wypełnienia. Zaczęłam brać lekcje tenisa na miejscowych kortach. W ten sposób mijała mi większa część sobotniego przedpołudnia. Popołudniami wybierałam się do Hogwartu, pomagając Neville'owi przy pielęgnacji tego, co rosło w szkolnych szklarniach. On również nie opowiedział się za żadną ze stron i utrzymywał kontakt zarówno z Ronem, jak i ze mną. Zielarstwo nigdy mnie nie interesowało, ale czynność pielenia i przycinania roślin oraz samo przebywanie w zamku działały niczym terapia. Neville nigdy nie pytał, co poszło między nami nie tak, ja zaś nie zdradzałam mu żadnych szczegółów. Wydawało mi się zresztą, że i tak o wszystkim wie. Przeważnie rozmawialiśmy o szkole. Ostatnie z powojennych zniszczeń zostały wreszcie naprawione. Nieco zapomnienia przynosiły także szkolne plotki. Najbardziej palącą kwestią było zdaniem wszystkich to, czy McGonagall odejdzie w tym roku na emeryturę. Poza Hagridem oraz panią Hooch z oryginalnej kadry z naszych czasów nie pozostał już nikt: Poppy Pomfrey przeszła na emeryturę rok temu i wydawało mi się, że Minerwa mogła czuć się osamotniona. Wyglądała na trochę znużoną wiekiem, gdy piłam z nią ostatnio herbatę.
Mimo wypełnionych przerw obiadowych w tygodniu i sobót dręczyła mnie nieznośna samotność. Miałam wrażenie, jakbym przebywała na wygnaniu z czarodziejskiego świata. Przez ostatnie trzydzieści lat moje życie nieustannie kręciło się wokół Harry'ego i Rona. Kochałam swoich rodziców głęboką miłością, ale nawet po tak długim czasie świat czarów nadal stanowił dla nich niezbadaną tajemnicę (bo i jakże mogło być inaczej?). Moimi „rodzicami w magii" byli Artur i Molly, a ich utrata złamała mi serce prawie tak samo jak małżeńska porażka.
Artur utrzymywał ze mną kontakt, w swoisty męski sposób, ma się rozumieć. Przysyłał mi przez sowy wycinki z gazet dotyczące mugolskich wynalazków lub polityki, które mogłyby mnie jego zdaniem zaciekawić. Zawsze podpisywał swoje listy zdecydowanym „kochający Cię Artur". Odpisywałam na każdy z nich i z czasem staliśmy się czymś w rodzaju kumpli.
Harry próbował rozweselić mnie opisem przerażającej sceny, która rozegrała się w Norze, gdy swego czasu Ron oznajmił wszem i wobec, że zamierzamy się rozwieść. Opowiadał, jak Molly wpadła w szał i przez dwie godziny dosłownie darła z Rona pasy. Prawda jednak wyglądała tak, że zawiniliśmy oboje i po części nawet chciałam być przy tym obecna, by załagodzić wybuch negatywnych emocji. Oficjalne przedstawienie Romildy rodzinie miało nastąpić niebawem. Było jasne, że Molly nigdy nie obierze strony swojej byłej synowej, choćby nawet najbardziej ukochanej, twardo stając za synem. Oprócz jednej sowy, która przyniosła łzawy, długi na metr list z masą zapewnień, jak bardzo mnie kocha i jak wielką tragedią jest dla niej zaistniała sytuacja, nie pisała do mnie nic z wyjątkiem kartek na urodziny lub świątecznych pozdrowień. Stało się dla mnie zupełnie jasne, dlaczego ludzie po rozwodzie często obnoszą zszokowany wyraz twarzy. Dzieje się tak, ponieważ czują się fizycznie wyrwani z dobrze znanego im świata i przeniesieni do innego, pełnego obcych kolorów, gdzie ktoś znajomy to rzadkość. Kiedyś tacy ludzie mówili mi: „Straciłem wszystko". Teraz doskonale rozumiałam, co czuli.
Zagubiona jak rozbitek na morzu, zapomniałam o własnych urodzinach i wybuchłam płaczem, gdy po kolacji matka postawiła na stole maleńki, smutny torcik z równie malutką, samotną świeczką, kupiony w miejscowym Sainsbury**.

XXX

Czy za nim tęskniłam?
Tak.
Czy jego słowa uderzały mnie niczym obuchem w tych najbardziej samotnych chwilach nocy, gdy nie istnieje nic poza poduszką i ciemnością?
Tak.
Tęskniłam za naszym koleżeństwem, za dzielonym uwielbieniem do książek, sztuki, dobrego jedzenia, wyśmienitego wina i tenisa dwa razy w tygodniu. Tęskniłam za naszymi rozmowami. Tęskniłam za jego fizyczną bliskością. Za zapachem jego wody po goleniu, gdy pochylał się ku mnie. Za przesiąkniętą piżmem wonią świeżego potu po intensywnym meczu tenisa.
Czy mu wierzyłam?
Czasem tak, a czasem nie. Był jak niedokończona układanka z puzzli: po części wypełniona, ale jako obraz całości wymykająca się mojej percepcji. Jej wymieszane ze sobą, niewykorzystane elementy piętrzyły się przede mną, a ja nie potrafiłam ich dopasować do reszty. Niekompletna mozaika była wszystkim, co miałam. Udało mi się zgromadzić jej poszczególne kawałki i ułożyć kontury, ale środek pozostawał jednym wielkim chaosem. Tkwiły w nim niewyraźne pozostałości rozpieszczonego arystokraty, którym był nastoletni Draco w Hogwarcie. Rysowały się ślady nieco dekadenckiego dwudziestoparolatka, który wraz z żoną aktywnie tworzył powojenną czarodziejską śmietankę towarzyską. Sporymi rozmiarami przypominały o sobie elementy trzydziestoparolatka, który, wyposażony w makiawelski plan, jednocześnie zaczął budować swoją karierę polityczną i niszczyć rywali. Wszędzie porozrzucane były też kawałki przedstawiające mężczyznę postrzegającego moją inteligencję jako skarb, konkurującego ze mną w miłości do książek i uważającego mnie za piękną i mądrą. Wszystkie te fragmenty nie chciały utworzyć spójnego obrazu.
Czy go kochałam?
Chwilami myślałam, że tak, a czasem, że moje uczucie do niego było jedynie odwetem za nudę, przez tak długi czas ziejącą z mojego małżeństwa. Ale nocami, w tych najbardziej samotnych chwilach, gdy nie istnieje nic poza poduszką i ciemnością, kochałam go do szaleństwa. Śniłam o nim prawie codziennie. W snach przebywaliśmy przeważnie w jego mieszkaniu, ciągle pełnym obrzydliwego chromu i skórzanych mebli, co wcale mi nie przeszkadzało. Nigdy nie pamiętałam, co do niego mówiłam, ale wiem, że mnie słuchał, nalewając mi herbaty lub czesząc moje włosy. To nie były koszmary, a coś znacznie gorszego. To były sny o codzienności.
Miałam również i inne sny. Te straszne. Sny, z których budziłam się, dotykając własnego ciała i trzęsąc się w rozkosznym skurczu spełnienia.
Seks za młodu to marnotrawstwo. Co prawda nigdy później nie doświadczysz tak nieskrępowanej, gwałtownej pasji, która przypomina jedną wielką kolizję, bo jeśli nie pozbędziesz się napięcia natychmiast, zwariujesz. Seks w wieku dojrzałym jest wyszukiwaniem niuansów i stopniowym budowaniem namiętności, dotyk po dotyku, pocałunek po pocałunku. Jest obróceniem w czyn wiedzy, co należy zrobić z rękami, w które miejsca je poprowadzić, tutaj, tak, a potem tam, proszę, o Boże, dokładnie tam. Jest powolną wędrówką w górę, zakończoną wdrapaniem się na najsłodszy ze szczytów. Młodego mężczyznę podnieca dosłownie wszystko. Mogłabym zażartować, że Ron potrafiłby kiedyś z pełną satysfakcją zerżnąć chusteczkę do nosa, o ile ta byłaby dobrze nawilżona. Z kobietami jest inaczej, odrobinę trudniej, jednak idea sycącego, gorączkowego seksu-kolizji pozostaje bez zmian. Nigdy jednak nie zamieniłabym go na tę palącą potrzebę intymności, jaką odczuwałam teraz. Z tym, że teraz dysponowałam doświadczeniem i wiedzą, co czyniło całość o wiele bardziej zadowalającą. Bo przecież, jeśli chodzi o wiedzę, na Hermionie Granger zawsze można polegać.
Wystarczyło kilka takich snów, bym zaczęła się zaspokajać co noc. Zakrywałam twarz poduszką, żeby odegnać od siebie świadomość leżenia w tym samym łóżku, które służyło mi, kiedy dorastałam, okrytym potwornie jaskrawym prześcieradłem i pościelą, moim prezentem na trzynaste urodziny. Nie mogłam nasycić się własnym dotykiem. Leżałam, pozwalając bezsenności zawładnąć mną aż do momentu, kiedy myślałam, że zaraz umrę z wyczerpania. A potem przypominałam sobie, jak wyglądał w swoim czarnym szlafroku i jak jego przytulone do mnie ciało idealnie wpasowywało się w moje. Myślałam o jego pełnych wargach i o tym, co czułabym, gdyby zamknęły się wokół mojego sutka. W końcu sięgałam ręką w dół, głaszcząc się i puszczając wodze wyobraźni. Wmawiałam sobie, że robię to tylko po to, by po wszystkim móc wreszcie zasnąć.
Co działało niczym samospełniająca się przepowiednia.

XXX

Patrząc wstecz, mam wrażenie, że moje małżeństwo było wynikiem kombinacji kilku czynników: ulgi z faktu, że przeżyliśmy wojnę, koleżeństwa zamaskowanego jako wzajemna troska o siebie oraz solidnej porcji seksu, cementującej to wszystko. Lata te wydają mi się z dzisiejszej perspektywy nieostre, zamazane, takie, jakimi pragnęłam je widzieć, a nie takie, jakimi były w rzeczywistości. Możliwe, że kiedyś odczuwałam je jako prawdziwe. Na początku. Możliwe, że udałoby nam się zatrzymać je w tej postaci, gdybyśmy wzajemnie słuchali, co do siebie mówimy. Gdybym nie zachowywała się wobec Rona niczym trochę lepsza niańka, a on nie traktował mnie niczym kumpla, z którym od czasu do czasu sypiał. Możliwe, że byłoby inaczej, gdybyśmy mieli dzieci. Spełniłyby rolę emocjonalnego superkleju, łączącego nas w trwałą jedność, co pozwoliłoby nam skutecznie zignorować fakt, że nie mamy sobie nic do powiedzenia poza tym, co dotyczy naszego potomstwa lub wnuków.
Może właśnie tak ludzie sobie z tym radzą?

Koniec rozdziału dwunastego

* Pot au feu to tradycyjne danie francuskie, rodzaj gęstej zupy z wołowiną i warzywami.
** Sainsbury to sieć brytyjskich marketów.