Rozdział 3: Zrobię to sam.

Kurt przekręcił klucz w zamku i uroczyście otworzył frontowe drzwi. Uderzyła w niego fala zapach płynu do polerowania mebli; radośnie nabrał powietrza i objął ramię ojca.

- Jesteśmy. Dom!

Ojciec skinął głową. – Upłynęło trochę czasu. – Powiedział cicho i rozejrzał się. – Dobrze być z powrotem.

Ogród przed domem był pełen chwastów. Kurt wzdrygnął się. Ignorował je tygodniami; nienawidził zajmowania się ogrodem, a poza tym było tak wiele ważniejszych rzeczy do zrobienia…

Pociągnął ramię ojca.

- Wejdźmy. Tu jest zimno, nie chcę, żebyś się rozchorował.

Po chwili ojciec ostrożnie przekroczył próg, opierając się na lasce, którą mu dali w szpitalu. Kurt z troską zmierzył go wzrokiem i wziął go pod ramię, kiedy powoli przechodzili przez holl do pokoju dziennego.

Ojciec zatrzymał się w drzwiach rzucając wrogie spojrzenie stojakowi do kroplówek za kanapą. Kurt ścisnął jego dłonie, dodając otuchy.

- Nie martw się, Nancy pokazała mi jak to poskładać i jak połączyć kroplówkę z twoim wenflonem, i w ogóle wszystko. Ćwiczyłem cały ostatni weekend, jestem w tym naprawdę dobry, nie zrobię ci krzywdy ani nic nie pokręcę, obiecuję! I widzisz? – Podszedł do stojaka i przesunął go ostrożnie wzdłuż kanapy. – Jest na kółkach, więc możemy go wziąć do sypialni, jeśli chciałbyś się położyć albo… - ale ojciec wciąż nieszczęśliwie mierzył stojak wzrokiem. Kurt odstawił go i obszedł kanapę.

- Powinieneś usiąść. – Powiedział stanowczo. – Masz odpoczywać.

Ojciec prychnął.

- Robiłem nic innego tylko odpoczywałem już od jak dawna? – Ale po chwili obszedł stolik do kawy i opadł ostrożnie na kanapę, wpychając dłonie w kieszenie szlafroka.

Kurt z ulgą zamknął na chwilę oczy.

- Zaraz wrócę. – Powiedział i zniknął w kuchni.

Wszystko przygotował wczoraj wieczorem; wszystko, co miał do zrobienia to nalać filtrowanej wody do dwóch wysokich szklanek, przekroić cytrynę z miski z owocami i wycisnąć trochę soku do każdej szklanki. Zaniósł ostrożnie tacę do pokoju.

- Proszę – powiedział i postawił szklanki na podkładkach.

Ojciec spojrzał z powątpiewaniem na szklankę. – Co to jest?

- Woda z sokiem z cytryny. – Zawołał Kurt przez ramię odnosząc tacę. – Lekarze powiedzieli, że musisz się nawadniać.

- Och. – Ojciec skinął głową. – Dzięki.

Ale nie sięgnął po szklankę.

Kurt wrócił na kanapę, nerwowo upił ze swojej szklanki, znowu ją odstawił i zacisnął dłonie na kolanach.

- Okej. Co teraz... Przeczytałem wszystko, co nam dali lekarze i propozycje diet, i poszukałem trochę w Internecie. – Powiedział z ożywieniem. – Wyrzuciłem całe niezdrowe jedzenie ze spiżarni i lodówka jest pełna jedzenia rekomendowanego przez lekarzy. Mam też mnóstwo przepisów na zdrowe dla serca posiłki. Będę ci robił codziennie śniadanie nim pójdę do szkoły i zostawiał lunch i trochę przekąsek dla ciebie, i upewnię się, że będę każdego wieczoru w domu na czas, żeby zrobić nam obu obiad.

Ojciec potarł dłonią usta i wskazał brodą na stolik do kawy.

- Co to jest?

Kurt podniósł plastikową teczkę i przechylił tak, żeby tata mógł widzieć.

- To jest twój plan ćwiczeń.

Ojciec kwaśno zmierzył wzrokiem teczkę. – Nie mam od tego fizjoterapii?

Kurt potrząsnął głową i otworzył teczkę. – Fizjoterapia to nie ćwiczenia. Nie martw się, one są bardzo lekkie – na razie tylko spacery, jak powiedział doktor Lau – ale pomogą ci odzyskać siły. I wziąłem pod uwagę mnóstwo czasu na odpoczynek każdego dnia. – Zamknął teczkę. – Wczoraj wykupiłem wszystkie twoje recepty i podzieliłem twoje leki w pudełku na tydzień, mogę to robić dla ciebie albo sam możesz zacząć od przyszłego tygodnia. I codziennie przygotuję ci kroplówkę. Jak widzisz, nie masz się o co martwić. – Odłożył teczkę z powrotem na stolik, wyrównał ją z brzegiem usiadł z powrotem i mocno zacisnął swoje dłonie. – Wszystko, co musisz robić, to odpoczywać i zdrowieć.

Brwi ojca opadły. Ciężko skinął głową. Kurt rozłożył ręce na stoliku. – Kupiłem ci wszystkie dzisiejsze gazety, jeśli chcesz poczytać. I wczoraj przyszedł też jeden z twoich magazynów.

Po chwili ojciec potarł dłonią żuchwę i powiedział – Taa, to będzie dobre.

Kurt rozerwał plastikowe opakowanie magazynu i podał go ojcu. Ten powoli przewrócił okładkę.

- Dzięki – powiedział. Po chwili spojrzał znów w górę. – Masz lekcje do odrobienia?

Kurt machnął ręką. – Pomyślałem, że to może poczekać do wieczora – tylko dzisiaj. Chcesz, żebym włączył telewizor?

- Nie – ojciec potrząsnął głową. – Jeśli chcesz, no wiesz, odrobić lekcje, poćwiczyć czy coś, nie mam nic przeciwko.

Kurt zagryzł usta. – Musisz odpoczywać, tato.

- Mogę równie dobrze odpoczywać z tym, jak z włączonym telewizorem. – Ojciec spojrzał znad magazynu i lekko zakaszlał. – Przyzwyczaiłem się w szpitalu, mam na myśli.

Och. Wzrok Kurta na chwilę się zamazał. Zamrugał mocno, uśmiechnął się, wstał i pochylił się, by pocałować czubek głowy ojca.

- W porządku. – Powiedział i przeszedł do jadalni zostawiając za sobą otwarte drzwi. Podniósł wieko pianina.

Praktycznie nie ćwiczył od kiedy tata się rozchorował i jego dłonie były jakby stwardniałe i niezgrabne na klawiszach, więc zaczął powoli, tylko gamy, jedną ręką, potem dwoma, oktawa wyżej, dwie oktawy, trzy, cały czas ze stopą na pedale pianina. Teraz arpeggia, trochę szybciej. Właśnie ćwiczył skalę dwunastodźwiękową, próbując zmusić lewą dłoń do równie płynnej pracy jak prawa, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi.

- Otworzę! – Zerwał się i pobiegł przez przedpokój, otworzył drzwi…

- Och. – Powiedział i cofnął się pół kroku, kiedy Carole wpadła do środka, z Finnem górującym tuż za nią.

- Cześć…

- Cześć, kochanie! Carole otarła swój policzek o jego i wepchnęła ciężki półmisek w jego ręce. – Jak się masz? Jak tam twój tata? Pomyśleliśmy, że się zatrzymamy i powitamy go w domu… och, posprzątałeś! – Powiedziała zaskoczona, kiedy Finn przepychał się między nimi do pokoju. Kurt słyszał przyciszone głosy; kanapa zaskrzypiała, gdy ojciec się poruszył.

- Ależ musiałeś bić zajęty! – Carole poklepała pokrywkę na półmisku. – Zrobiłam wam zapiekankę, pomyślałam, że ostatnią rzeczą, o której chciałbyś myśleć dziś wieczór byłoby gotowanie.

Kurt spojrzał tępo w dół. – Co tam jest?

- Och – machnęła dłonią. – Kurczak, rosół, makaron, marchewka, cebula, groszek…

- Wybacz - Kurt zrobił przepraszającą minę i oddał jej półmisek. – Lekarze dali tacie ścisłą dietę. Zupa z puszki absolutnie odpada w tej chwili – za dużo soli. Ale dziękuję, że pomyślałaś.

Uśmiech Carole odrobinę zamarł.

- Zatrzymaj i tak, słoneczko. Jesteś rosnącym chłopcem, potrzebujesz porządnych posiłków.

Kurt pokręcił głową. – Tylko się zmarnuje. Powinnaś zabrać to do domu, wiem, że Finn uwielbia twoje zapiekanki. - Położył półmisek na stoliku w przedpokoju. – Zostawię ją tutaj, żebyście nie zapomnieli…

- Hej, Kurt, gdzie oranżada?

Rzucił Carole żałosny uśmiech i przeszedł do kuchni, gdzie Finn stał przed lodówką, wytrwale przeszukując półki.

Kurt wciągnął gwałtownie powietrze.

- Albo mógłbyś poczekać, aż ktoś ci coś zaproponuje, zamiast nabijać rachunek za prąd. – Powiedział cierpko i zamknął drzwi lodówki.

Finn zmarszczył brwi. – Twój tata powiedział, że mogę sobie wziąć coś do picia, szukałem…

- Nie ma.

Finn wyglądał na zdezorientowanego. – Wy zawsze macie oranżadę. Twój tata ją lubi.

Kurt wypuścił powietrze nosem i powiedział wolno,

- Finn. Mój tata leczy poważny zawał. Musi teraz trzymać się zdrowej diety. Oranżada nie jest zdrowa.

Finn rzucił mu cierpliwe spojrzenie. – Są jakieś dietetyczne rodzaje.

- Które nadal są pełne sodu i niezdrowych chemikaliów. Więc nie mamy oranżady. – Kurt założył ręce na ramiona. – Mogę dać ci wodę, czystą albo z sokiem cytrynowym, odtłuszczone mleko albo herbatkę ziołową.

Uniósł brodę i czekał, z brwiami niecierpliwie uniesionymi w górę, aż Finn wzruszył ramionami.

- Myślę, że mleko – powiedział

- W porządku. Idź, usiądź. – Odsunął się od drzwi, kiedy Finn usadawiał się w fotelu.

- Carole, chcesz herbaty? Mam trawę cytrynową, rumianek, cytrynę z imbirem i miętę. – Zapytał

- Mm… - Carole oparła się o kanapę z uniesionymi brwiami. – Może miętę?

- Nie ma sprawy. Tato?

Ojciec uniósł szklankę z wodą.

- Nie trzeba. Mam na razie.

Kurt nastawił czajnik, nalał Finnowi mleka i poszedł do spiżarni. Nie pomyślał o gościach, kiedy robił zakupy, tylko o ojcu i samym sobie. Cóż, po prostu będziesz musiał kupić więcej, powiedział sobie ostro i wypełnił dwie miseczki suszonymi owocami i orzechami. Czajnik zagwizdał. Zrobił Carole herbatę, postawił ją na tacy z resztą rzeczy i zaniósł ją do pokoju.

- Przepraszam, nie pomyślałem żeby kupić jakieś przekąski kiedy byłem w sklepie. Ale mamy mnóstwo owoców. I obawiam się, że nie mamy cukru. – Dodał, podając Carole jej filiżankę. – Ale mogę przynieść trochę miodu, jeśli chcesz.

- Ach… - Carole spojrzała na filiżankę i pokręciła głową. – Nie, kochanie, tak jest dobrze. Dziękuję.

- Nie ma za co. – Odstawił tacę i spojrzał na nich: Carole, na kanapie, trzymająca dłoń ojca i Finn rozparty w fotelu. – Powinienem wracać do ćwiczeń. Ale dajcie znać, gdybyście czegoś potrzebowali.

Gdy usiadł z powrotem za pianinem, usłyszał Mruczenie telewizora za plecami, jakiś teleturniej. Trudniej było mu przez to skupić się na gamach. Zamiast tego zagrał "Take Five" i "The Syncopated Clock"… jego telefon zadzwonił. Spojrzał zaskoczony, wyłowił go z kieszeni i zamrugał, patrząc na godzinę. Opuścił wieko pianina i wstał.

- Tato? –Zatrzymał się w drzwiach. Po kilku sekundach ojciec oderwał wzrok z telewizora. – Jest wpół do szóstej, czas na twoją kroplówkę. – Zatrzymał wzrok na cieniach pod oczami ojca. – Dobrze się czujesz? Wyglądasz na zmęczonego.

Policzki Carole lekko się zaróżowiły; rzuciła Kurtowi zmieszane spojrzenie, zebrała się i wstała.
- Chodź, Finn. Przecież nie chcemy zamęczyć Burta pierwszego dnia po powrocie.

Kurt przywołał uprzejmy uśmiech, poczekał, aż Carole ucałuje ojca na pożegnanie i odprowadził ją i Finna do drzwi.

- Dziękuję, że przyszliście. – Powiedział i twardo włożył Carole w dłonie półmisek z zapiekanką. – Miło, że pomyślałaś.

Carole przyjęła półmisek z westchnięciem i poklepała jego dłoń.

- Wiesz, kochanie, że jeśli tylko potrzebujesz pomocy, po prostu powiedz.

Tak. Bo ostatnio tak dobrze się to skończyło. Kurt z trudem utrzymał uśmiech.

- Dzięki, ale mamy wszystko pod kontrolą. Cześć!

Zamknął stanowczo za nimi drzwi i wrócił do pokoju. Ojciec uniósł brew, kiedy chłopak wszedł, ale Kurt zignorował jego spojrzenie i rozwinął przewód kroplówki. – Podwiń rękaw, proszę.

Ojciec podciągnął rękaw nad łokieć. – Miło było ich widzieć. – Powiedział po chwili. – Mam na myśli poza szpitalem.

Kurt odkręcił wenflon w zgięciu łokcia ojca. – Tak myślę. Ale telefon przed wizytą jest zawsze dobrze widziany. Proszę! – Wepchnął poduszkę pod ramię ojca i gładko podłączył kroplówkę. Ojciec się skrzywił i znowu otworzył magazyn.

- Teraz tylko odpoczywaj. Zacznę przygotowywać obiad. Mamy zupę jarzynową domowej roboty… - gotowała się powoli od samego rana i teraz potrzebowała już tylko dodania pełnoziarnistego makaronu – …a potem gotowaną rybę z warzywami na parze i brązowym ryżem.

- Okej. – Tata przewrócił stronę. – Brzmi świetnie.

Nie brzmiało to, jakby naprawdę tak myślał. Po chwili, Kurt cicho westchnął, wstał i wrócił do kuchni.

Samolubny.

Twoja decyzja, stary.

Ja tylko chcę z nim zaśpiewać.

Paliły go kąciki oczu. Obrócił się, zawinięty w prześcieradła i wtulił twarz w poduszkę.

Może chcesz wykorzystać tego Sama…

- Nie chcę – powiedział gorąco w poduszkę. – Nie chcę. Zapytać o coś to nie jest wykorzystywanie. Jak miałem się w ogóle czegoś dowiedzieć, kiedy nie wolno mi nawet z nikim rozmawiać?

Niespokojnie obrócił się z powrotem na plecy. Zegar jego iPoda świecił czerwienią przez pokój: 2:47. Świetnie. Przycisnął dłonie do oczu.

Nie możesz zaśpiewać z Mercedes tak jak zawsze?

To konkurs, tato. Nie możemy śpiewać dwa razy, to byłoby niesprawiedliwe, Poza tym, Mercedes dała mi jasno do zrozumienia że nie chce ze mną śpiewać.

Och. Cóż, może mógłbyś po prostu… nie wziąć udziału. Tylko ten jeden raz.

-Głupek – wymamrotał jadowicie w ciemność i objął żebra. – Głupi, paranoidalny palant. Niszczy wszystko.

Sam też wysłał mu kilka nagrań – okropne piosenki, ale dość, by pokazać, że ma całkiem niezły, lekki baryton.

- Brzmielibyśmy razem świetnie w odpowiednim numerze. Dlaczego powinienem udawać, że nie istnieję tylko po to, żeby Finn był szczęśliwy? To nie fer. Nie fer. Rozmawiać w ten sposób o mnie za moimi plecami.

Ale czy kiedykolwiek miało sen mówienie o niesprawiedliwości? Niesprawiedliwość to sposób, w jaki działa ten świat.

- W porządku.- Powiedział ponuro. – Spędzę całe swoje życie sam, czy to sprawi ci radość? – Nagle oczy Kurta rozszerzyły się w ciemności. Sam? Usiadł i zdjął nogi z łóżka, włączył nocną lampkę. – W porządku – powtórzył i usłyszał swój własny głos, lekki i zdyszany w nocnej ciszy. - Pokażę wam nie fer. Jeśli nie wolno mi pracować z kimś innym, zrobię to głupie zadanie sam i zgarnę za nie nagrodę tuż sprzed twojego nosa.

Odrzucił koc i podszedł do biurka, niecierpliwie stukając palcami, kiedy laptop się włączał. ITunes. Playlisty. Hity Broadwayu. Przesunął listę w dół…

Och. Wpatrywał się z ekran z dłonią zaciśniętą na obojczyku. O tak. Kobieta grająca mężczyznę grającego kobietę – głowa Finna wybuchnie na sam widok takiej ilości gejostwa przed jego drogim Samem. To będzie idealne, gdyby tylko mógł to zorganizować…

- Nie – powiedział twardo i wyprostował się. – To jest idealne. To będzie idealne nawet gdybym miał umrzeć próbując. – I tak w ogóle, już to śpiewał, nawet jeśli tylko pod prysznicem. Ale to nie jest typ piosenki, którą można zaśpiewać samemu w klasie, tylko z akompaniamentem Brada. Potrzebuje…

Wyjął szkicownik i długopis, narysował kontury sceny w auli. Potrzebował świateł. Zespołu. Kostiumów i makijażu. Tancerzy.

Tancerze! Wyjął telefon z ładowarki i wybrał numer Tiny. Spotkasz się ze mną w pokoju chóru przed szkołą? Mam pomysł, potrzebuję twojej pomocy. Przyprowadź Mike'a, wysłał smsa. Wszedł na YouTube. To musi gdzieś tam być…

Oparł się o krzesło czekając, aż wideo się załaduje, wyobrażając sobie scenę pełną męskich postaci w cylindrach, białych krawatach i smokingach.

- Zobaczymy, czy ty i twoja snobistyczna, ohydna dziewczyna o kreatywności czarnej dziury potraficie zorganizować coś chociaż w przybliżeniu tak bajecznego – powiedział wyzywająco, kiedy klip zaczął się odtwarzać, i zaczął robić notatki.

Gdy Kurt otworzył drzwi Sali gimnastycznej każdy z członków "Cheerios" przestał się rozciągać i zaczął się na niego gapić. Santana założyła ramiona i spojrzała gniewnie.

– Co tu robisz?

Kurt zignorował ją i podszedł prosto do kąta, gdzie rozgrzewali się pomocnicy i stanął przed Lucasem Cosgrove.

-Cześć, Lucas.

Po chwili Lucas spojrzał znad swojego wypadu. Uniósł lekko brew.

- Hej – powiedział po chwili. – Wróciłeś do zespołu?

Kurt potrząsnął głową. – Nie, wciąż bajer z zeszłego roku.

To nie jest tak, że trener Sylvester była chociaż raz niemiła z tego powodu. Chciałabym móc cię zatrzymać, Panienko, byłeś cennym nabytkiem. Ale o tej porze za rok każda drużyna na Krajowych będzie miała wokalistę, albo dwudziestu, a Sue Sylvester nie podąża za modą. Ona ją ustala. Wylatujesz. Ale to nadal kłuło.

Lucas nie musiał jednak o tym wiedzieć, więc Kurt tylko pomachał lekceważąco ręką na kaprysy trenerki i kontynuował.

- Ale to nie ma nic do rzeczy. Mam dla ciebie propozycję. – Złożył dłonie razem. – Co byś powiedział na to, żeby być istotną częścią najbardziej bajecznego występu muzycznego, jaki ta szkoła kiedykolwiek widziała?

Lucas podniósł się z wypadu i uniósł brwi. Kurt zaczął tłumaczyć.

- Przygotowuję solo dla Glee. Victor/Victoria Julie Andrews – to będzie wspaniałe. Nawet lepsze niż wideo z Vogue.

Lucas pokręcił głową. – Nigdy o tym nie słyszałem – powiedział i zaczął wyciągać prawą nogę nad głową. Kurt wyjął wydruk z torby i podał mu. – Tutaj jest link do YouTube. – Wskazał na górę kartki. – A to jest twoja choreografia.

Lucas ostrożnie opuścił nogę. – Nie śpiewam.

Kurt fuknął. – To solówka – powtórzył – nie potrzebuję śpiewaków, potrzebuję tancerzy. Naprawdę świetnych tancerzy, którzy będą wyglądać oszałamiająco w cylindrach i białych krawatach.

Lucas rzucił mu suche spojrzenie i zacisnął usta. – Czy będzie tam ktoś, kogo znam?

Kurt wziął oddech. – Brittany. Mike Chang i Tina z Glee. – Brwi Lucasa podniosły się w zamyśleniu i Kurt szybko kontynuował – I Naomi, i Ashleigh. The Jazz Band będzie grać i Sandra z koła teatralnego zajmuje się sceną i oświetleniem – dodał, ponieważ Lucas należał też do koła teatralnego.

Lucas uniósł brew. – Okej, nie jest źle. Ale tu pisze dziesięciu tancerzy.

- Naomi na zamiar przyprowadzić Tamarę. I mam nadzieję, że jeśli ty weźmiesz udział, Mark, Jason i Ben też przyjdą. – Lucas wymijająco wzruszył ramionami i Kurt mocniej ścisnął dłonie razem, otworzył szeroko oczy i użył ostatniego argumentu. – To konkurs. Nagroda to kolacja dla dwojga w Bagietach. Jeśli wygramy, dam ci kupony i będziesz mógł wziąć Mallory na randkę.

Lucas wypuścił powietrze nosem i przez chwilę wpatrywał się w Kurta, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Okej, sprzedane. Mam dać te rzeczy chłopakom?

Kurt rozpromienił się i podskoczył na palcach.

– Pewnie. Dzięki! Masz. – Podał mu ostatnie trzy kartki z choreografią. – Próba w auli, dzisiaj, dokładnie o wpół do czwartej. Musisz się przyjrzeć choreografii nim przyjdziesz, bo nie mamy zbyt dużo czasu.

- Pewnie, może być. Teraz spadaj nim trenerka przyjdzie. – Lucas przegonił go. Kurt uśmiechnął się szeroko, pomachał radośnie wciąż patrzącej z ukosa Santanie i umknął korytarzem do pokoju chóru.

Chociaż raz nikogo tu nie było. Zamknął za sobą drzwi, usiadł przy pianinie i rozłożył nuty, po czym spojrzał na zegarek.

Czterdzieści minut do końca lunchu. Czterdzieści minut żeby to opanować. Nabrał powietrza.

- Okej. F3 do F5, zaczynamy – powiedział stanowczo do siebie i zaczął grać.

Wideo się skończyło. Kurt uniósł brodę z dłoni i wyprostował się.

- Panie i panowie, - powiedział uroczyście – myślę, że udało się nam! – Za nim rozległo się parę wiwatów. Ktoś dał komuś piątkę. Kurt uśmiechnął się szeroko, wstał i zamknął laptopa z kliknięciem. – Teraz potrzebujemy tylko kostiumów. Chodźcie proszę za mną.

Magazyn na kostiumy był pod aulą. Powietrze było czuć stęchlizną. Gdy Kurt włączył światło, Mike zagwizdał pod nosem.

- Nic dziwnego, że nigdy nie mamy żadnych pieniędzy. Skrzywiony Ryerson musiał zużyć budżet chóru do przodu o jakieś dwadzieścia lat, żeby to wszystko kupić!

- Na szczęście dla nas – powiedział Kurt gładko i poprowadził ich do tylnej ściany, gdzie był cały stos strojów z białymi krawatami dla chłopców i dziewcząt. Było dość łatwo znaleźć stroje dla wszystkich i wysłać ich po cylindry z przegródek po drodze z powrotem, ale kiedy Mike wyjął strój w rozmiarze Kurta, ten pokręcił głową i zaczął grzebać między wieszakami.

- Nie, to nie jest t, czego chcę. Wiem, że gdzieś to tutaj widziałem, wieczorowy krój, ale pół na pół biały i czarny… - co było dokładnie istotą całkowitego kontrastu, jakiego potrzebował dla dwuznaczności swojego makijażu i głosu, i jeśli nie znajdzie go, całe przedstawienie będzie bez sensu…

Usłyszał szelest tkaniny i plastiku, spomiędzy wieszaków wyszła Tina z włosami na oczach i garniturem przewieszonym przez ramię. – Czy to jest to?

Kurt delikatnie strzepnął strój i podniósł rękaw ze sztucznej tkaniny. Był to prosty, wieczorowy krój – spodnie będą trochę luźne – ale zarówno marynarka, jak i spodnie były w połowie białe naszywane cekinami i w połowie matowo czarne. Była nawet dopasowana pół-na-pół muszka i biała, błyszcząca marynarka. Potrzebował jeszcze tylko frędzli jako nawiązania do kostiumu Julie Andrews z filmu i miał już gotowy kostium.

- Tak, to jest to – powiedział i poskładał plastikowy pokrowiec. – Dzięki.

Tina rozpromieniła się. – I zobacz, co jeszcze znalazłam. – Podniosła kłąb tkaniny i pozwoliła mu się rozwinąć w…

Szczęka Kurta opadła. Była to ciężka, satynowa peleryna, której nigdy wcześniej nie widział, koloru kości słoniowej, długa do ziemi, z wysokim, futrzanym kołnierzem. Delikatnie przejechał dłonią po tkaninie.

- Nie byłoby to idealne na początku, na szczycie schodów?

Przyłożył ją do ramion. Ledwo co dotykała ziemi. – Och! Tak, to jest idealne. Tina, jesteś boginią.

Tina wykonała skomplikowany ukłon, jej koronkowe rękawiczki błyszczały srebrem w słabym świetle. Kurt bardzo ostrożnie poskładał pelerynę i przewiesił ją przez ramię.

- W porządku. Każdy ma cylinder? Dobra, wynośmy się stąd szybko, raczej nie zapytałem pana Schue o zgodę na użycie magazynu.

- Kurt! – Tina otworzyła szeroko oczy w udawanym szoku. – Ty buntowniku!

Uniósł lekko brew w odpowiedzi. – Wybacz mi – powiedział wyniośle – Ja się nie buntuję. Ja tylko okazuję inicjatywę i niezależność ducha, to wszystko. – Oboje zaczęli chichotać. Wrócili szybko do auli z Mike'm tuż za nimi, z rozbawieniem kręcącym nad nimi głową.

Tego wieczoru po kolacji Kurt przejął stół w jadalni i usiadł ze swoimi przyborami do szycia, podręcznikiem do francuskiego otworzonym przed sobą i garniturem na kolanach, mamrocząc pod nosem tego tygodniową listę słówek w trakcie pracy. Założył ostatnie szwy na mankiet koszuli, zawiązał supeł na nici i odciął ją; gdy sięgnął po sznur białych, migoczących frędzli, które kupił po drodze ze szkoły, usłyszał skrzypienie kanapy w pokoju dziennym i lekkie stukanie laski ojca o dywan.

- To do tego twojego duetu? – Ojciec zapytał po chwili.

Kurt wygładził rękaw na stole, wstał i zaczął przypinać frędzle wzdłuż szwu.

- Tak. – Powiedział, po czym dodał po chwili – nie martw się, nie robię tego z Samem.

Ojciec potarł dłonią kark. – Więc z kim? Z Mercedes?

Kurt wbił szpilkę w uparty fałd tkaniny. – Z samym sobą, dziesięcioma świetnymi tancerzami i inspirującym dziedzictwem Julie Andrews – pisnął i wyssał z palca kroplę krwi, znów spojrzał w górę i skrzywił się. – Przepraszam. To był ciężki dzień.

Ale ojciec tylko lekko skinął głową. Kurt przełknął gulę niepokoju która nagle pojawiła się w jego gardle i wyprostował się.

- Tato, jest późno. I wyglądasz na zmęczonego. Nie powinieneś być w łóżku?

Ojciec wbił laskę w dywan. – Po co? Siedzę tu nic nie robiąc przez większość dnia, idę wcześnie do łóżka i pół nocy wpatruję się w sufit. Nie do końca krzepiące. – Znów dźgnął dywan laską.

Kurt znów z troską wessał się w opuszek palca. – Tato, proszę. Musisz spać. – Ale ojciec wyglądał po prostu uparcie. – Zrobię ci gorącego mleka, pomoże ci się rozluźnić, z miodem i cynamonem, pomogłoby? I zabiorę to wszystko do mojego pokoju, żeby światło ci nie przeszkadzało. – Pomachał ręką w stronę francuskiego i szycia.

Ramiona ojca opadły jeszcze bardziej. Westchnął.

- Taa, okej – wymamrotał po minucie i odszedł powłócząc nogami. Kurt przez chwilę dmuchał na opuszek i poczekał, by sprawdzić, czy nie zacznie znowu krwawić. Nie zaczął, więc Kurt ostrożnie położył marynarkę na oparciu krzesła i spakował przybory do szycia, po czym z westchnięciem udał się do kuchni.

Światła rozbłysły. Kurt odwrócił się z gracją, długa satynowa peleryna opadła ciężko wokół niego zatrzymując się nad palcami u stop. Zaczął śpiewać.

'Bout twenty years ago, way down in New Orleans

A group of fellows found a new kind of music

And they decided to call it – jazz.

Peleryna opadła gładką masą. No other sound has what this music has...

Ostrożnie zaczął schodzić po schodkach. Krok. Poza. Krok. Poza. Oparcie. Pamiętaj o oddychaniu przeponą…

Muzyka się zmieniła i zaczęło się klaskanie. Wysokie, biało-czarne kształty wokół niego ożyły i już nie było więcej czasu, by myśleć o kształtach czy oddychaniu, czy o czymkolwiek do cholery Finn mógł pomyśleć, gdy zobaczył narysowane wąsy i intensywne, niebieskie cienie na powiekach, tylko o kroku i pozie, i obrocie.

Oh baby, won't you play me

Le Jazz Hot, baby

And don't ever let it end!

Opadł do tyłu gładko i pewnie, pozwolił Mike'owi i Benowi podnieść go i złapał ramię Naomi w sekwencji kroków. W tle tancerze obracali się i kręcili wokół niego, chór utworzył linię, zaczął wykopy przy Don't know whether it's morning or night…

I już kucał w trakcie wersów i każdy trafił dokładnie we właściwy moment, zupełnie jak na próbie, i na szczęcie robił to podnoszenie z Lucasem i Benem na Krajowych w zeszłym roku. Trafił idealnie w F3, uniósł ramiona i pociągnął gładko swój głos w górę, podczas gdy chłopcy go obracali, zahaczył o granice swojej rangi aż do wysokiego F i utrzymał je, i przyjmij to do wiadomości, panno Rachel Berry! Teraz zejście, gładko, ale niemal bez tchu, i co teraz miało być? Ale jego ciało pamiętało, był już w połowie marszu potrząsając ramionami. Zakręcił się, uniósł ramię i przesunął palce przez frędzle…

Le Jazz Hot!

Zabrakło mu tchu. Stał mrugając pod gorącymi światłami przez długą chwilę, nim Sandra włączyła światła na widowni i nim sobie uświadomił, że to, co słyszał, nie było hukiem jego własnej krwi w uszach, to były oklaski. Pan Schue stał, i Mercedes, z bardzo dziwnym wyrazem twarzy, i Santana, wiwatując z dłońmi nad głową. Twarz Kurta rozciągnęła się w niedowierzającym uśmiechu. Artie też wiwatował, Sam też. Nawet Rachel stała tam klaszcząc w dłonie z Finnem wystającym znad jej łokcia, szczerzącym zęby w uśmiechu i kiwającym głową jak wykwalifikowany wiejski głupek…

Żołądek Kurta zacisnął się. Zmusił się do uśmiechu, oparł ręce na biodrach i skinął głową w stronę auli, ale ledwo co słyszał, co powiedział pan Schue, kiedy ten wdrapał się na scenę i niezręcznie poklepał go po ramieniu. Każdy skakał wokół niego, rzucając pytania – jak zdołał złożyć cały układ do kupy w praktycznie jeden dzień? Jak udało mu się zaśpiewać to wysokie F? Wymamrotał coś o organizacji i o tym, że nie potrzebuje zbyt dużo snu, i o tym, jak Mike i Brittany, i Tina, i Lucas dopracowali choreografię na próbie, i praktyka, oczywiście, i Sandra, chodź tutaj i powiedz im o tej grze świateł… Czuł, że minęła wieczność nim pozwolili mu zejść ze sceny i uciec do łazienki, żeby się przebrać. Gdy wreszcie wyrwał się z hałasu i tłumu, jego ręce zaczęły się trząść. Wziął łyk wody, zmusił ręce do spokoju, rozwiązał muszkę i dokładnie ją złożył. Właśnie zsuwał marynarkę z ramion, gdy drzwi się otworzyły na oścież i Finn wpadł do środka.

- Hej, stary, to było świetne… Dzięki, za, wiesz co…

- Nie mów do mnie.

Jego głos odbił się od kafelkowanych ścian w nagłej ciszy. W lustrze Kurt zobaczył brwi Lucasa, które wystrzeliły ku górze gdy chłopak patrzył to na Finna, to na niego. Zacisnął mocno wargi, skończył zdejmować marynarkę i powiesił ją na wieszak krótkimi ruchami.

Finn przesunął stopy, zakaszlał i spróbował jeszcze raz.

- Ja tylko miałem na myśli, no wiesz, to z Samem i wszystko…

Kurt starannie powiesił wieszak na barierce prysznica, oparł dłonie na biodrach i odwrócił się.

- Wybacz, Finn – powiedział jadowicie – zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteś wybitnie spostrzegawczy, ale która część Nie mów do mnie była zbyt skomplikowana, byś ją zrozumiał?

Finn zatoczył się do tyłu, z uniesionymi brwiami, po czym z oburzeniem wypiął pierś. Mike zamarł z jedną nogą w połowie nogawki dżinsów, ostrożnie obrzucił ich obu spojrzeniem, po czym zamknął usta i odwrócił wzrok.

- Stary…

Kurt założył ramiona i spojrzał gniewnie.

– Tylko po to, żeby nigdy więcej nie odbywać tej rozmowy – powiedział, bardzo starannie – pozwól mi powiedzieć coś, co nawet ty będziesz mógł zrozumieć. Jesteś głupim, paranoidalnym, żałośnie niepewnym, samolubnym palantem i nie ma nic, co mógłbyś mieć mi do powiedzenia, a co chociaż trochę chciałbym usłyszeć. Więc jeśli jeszcze kiedyś otworzysz usta by skierować swoje słowa w moim kierunku, przysięgam, że zwymiotuję na twoje buty kiedy nadal będziesz je miał na sobie.

Nabrał ciężko powietrza przez nos podczas gdy Finn się na niego gapił, po czym pokręcił pogardliwie głową. – Po prostu wynoś się. Teraz.

Przez długą chwilę Finn tylko stał tam, z otwartymi ustami i oczami, w niedowierzaniu wędrującymi bezcelowo po łazience. Nagle Lucas się wyprostował, założył dłonie na piersi.

- Słyszałeś go. – Powiedział znudzonym głosem. – Na zewnątrz. Nie chcę mieć w pobliżu siebie jakiegoś przeklętego futbolisty, patrzącego jak się przebieram.

Lucas mógł sobie być pomocnikiem Cheerios i członkiem kółka teatralnego, ale nadal był seniorem. Finn zamknął usta i wycofał się z łazienki.

Kurt wziął drżący oddech, skinął w podziękowaniu Lucasowi i odwrócił się z powrotem do lustra. Jego ręce wciąż drżały, gdy próbował rozpiąć kamizelkę. Podskoczył i niemal zaklął gdy drzwi się znowu otworzyły. Ale tym razem głowa, która pojawiła się zza nich, była koloru tleniony blond i nosiła przyjacielski uśmiech. Kurt odwzajemnił go w lustrze i odpiął ostatni guzik kamizelki. – Powinieneś być ostrożny – powiedział cierpko. – Jeśli Finn zobaczy, że znowu ze mną rozmawiasz, przejdzie od razu w tryb matki-kury i nie wiadomo, w co znowu się wtrąci.

Sam dziwnie spojrzał na niego, po czym lekko wzruszył ramionami i rzucił swój niesymetryczny uśmiech.

- Nieważne. – Słuchaj, chciałem tylko powiedzieć, to było cool, wiesz? – Niezręczny śmiech. Kurt otworzył usta, by podziękować, ale Sam już kontynuował:

- Miałeś rację, że mnie olałeś. Nie ma mowy, żebym dał radę nadążyć za czymś takim.

Resztki podniecenia wywołanego występem znikły. Kurt zamknął oczy i odwrócił się.

- Jestem pewny, że doskonale dałbyś sobie radę – powiedział pusto i wyjął wilgotną chusteczkę, ostrożnie zmywając powieki, mając nadzieję, że Sam zrozumie aluzję i odejdzie.

Sam znów wzruszył ramionami. – Wygląda na to, że Quinn i ja będziemy musieli się zadowolić drugim miejscem- powiedział swobodnie i wyszedł z łazienki machając dłonią na pożegnanie.

Kurt zamknął oczy nim znów zaczęły łzawić. W porządku. Bądź sobie taki. Cieszę się, że cię zostawiłem, pomyślał dziko i starł narysowane wąsy. Przynajmniej w ten sposób nie musiał się wstrzymywać, by ktoś, kto nie jest w stanie zrobić połowy tego co on, zdołał za nim nadążyć.

Jego dłonie wciąż się trzęsły, do czasu gdy odpiął od rękawa frędzle i odłożył kostium do magazynu z całą resztą, zaczęła go boleć głowa. Dotarł do Navigatora, ale musiał zjechać na bok drogi w trakcie jazdy do domu i siedzieć przez chwilę z głową opartą o kierownicę, oddychając płytko, aż w końcu nudności go opuściły.

Gdy wrócił do domu, ojciec siedział w zwykłym miejscu na kanapie, oparty o stolik do kawy. Spojrzał w górę, gdy Kurt wszedł do pokoju. – Jesteś późno.

- Czwartek. Mam Glee.

- Och, taa… - ojciec oparł się i potarł oczy. – Jak twój duet-solo-coś poszło?

Kurt w napięciu wstrząsnął ramionami.

- Spotkałem się z dobrym odbiorem, ale do pewnego stopnia podstawy mojego występu były denerwująco źle zinterpretowane. Co prawdopodobnie mogłem przewidzieć. Ponieważ nawet jeśli Finn Hudson ma trzy działające komórki mózgu, to dwie są gdzieś schowane i nie zrozumiałby nic, nawet jeśli bym mu to przeliterował w alfabecie semaforowym. Ale to nie jest ważne. Jak minął ci dzień?

Ojciec chrząknął. – Tak jak każdy inny. Jeśli jeszcze raz przyjdzie mi oglądać dzienną telewizję, zacznę krzyczeć. – Pomachał dłonią nad stolikiem i Kurt zorientował się, że patrzy na rzędy kart.

- Solitaire?- Przycisnął palce do skroni. Nie pomogło. – Nie wiedziałem, że potrafisz grać.

- Upłynęło sporo czasu od ostatniego razu – ojciec z rozmysłem przesunął kartę.

Kurt spojrzał na zegar i zdusił ziewnięcie. – Jest późno – powiedział ze nużeniem. – Powinienem zacząć kolację. – Spojrzał na czubek głowy ojca i nabrał powietrza. – Może dzisiaj zjemy przy stole? – Zaoferował radośnie, jakby planował powiedzieć to od samego początku.

Ojciec znów spojrzał znad kart i skinął głową. – Byłoby miło.

- Czy mógłbyś go nakryć? Muszę umyć ręce. – I wziąć kilka aspiryn. Po chwili ojciec skinął i potarł dłonią usta.

- Pewnie. Daj mi tylko minutę, żeby wstał, okej? Kurt uśmiechnął się i uciekł do pokoju gdy tata zaczął składać karty w talię.

Na biurku panował bałagan. Wciąż było zapełnione szkicami i wydrukami, i listami kostiumów, i nutami, i ostatnim, jasnym, nieużytym sznurem frędzli. Stanął i spoglądał na nie przez chwilę. Ironicznie zabrzmiały mu w uszach słowa: Cała ta praca, i co mi to dało? (Rose's Turn- przyp. tłum.)

Pokręcił głową.

- Głupi. – Powiedział cicho i wszystko zmiął w jeden kłąb.

- Strata czasu i wysiłku.

Wrzucił wszystko do kosza na śmieci i poszedł umyć ręce.