Rozdział 4: Tylko się ćwiczymy w trafianiu do celu…

Rachel radośnie pofrunęła wzdłuż korytarza. Kurt znów spojrzał na nuty, które od niej dostał i ciężko westchnął. Oczywiście, to Streisand... chociaż przynajmniej tym razem nie oczekuje od niego, że też będzie śpiewał partie Streisand, ale, tak naprawdę, Garland nie była znacznie lepsza. Skąd wytrzasnęła pomysł, że Kurt jest fanem Judy? Gdyby to była Julie Andrews...

Wsunął nuty do torby. Nie był do końca pewien, dlaczego zgodził się na ten duet, poza faktem, że sprawiało to znacznie mniej kłopotów niż Rachel dręcząca go na ten temat przed i po każdą próbą chóru przez następne trzy tygodnie. I nie miał wcale pojęcia, dlaczego dziewczyna zaproponowała coś takiego. Próbowała dowieść, że i tak powinna wygrać ten konkurs? Albo po prostu więcej powodów na udawanie dobrej dziewczynki?

Ale gdzieś w tamtym pokazie szczenięcych oczach dziewczyna dala do zrozumienia, że "jak nie, to…"

Nie rozumiała. Nie ma mowy, żeby mogła zrozumieć; nigdy nie musiała się bać o nic innego, jak tylko o nie dopięcie swego w życiu. Ale może jej kochani tatusiowie – geje czasami faktycznie mówili jej, że nie wszystko do niej należy. Może słuchała. Może w jej niesłabnącej kampanii zmuszenia świata do płaszczenia się u jej stóp zorientowała się, że wokół niej żyją prawdziwi ludzie, a nie tylko wygodne barany na baterie.

Może nie była jednak całkiem tak fałszywa jak Finn.

Pokręcił głową i odwrócił się do szafki po szkicownik…

Ręka zamknęła się na podstawie jego szyi. Zakrztusił się i zamarł na straszliwą chwilę, z rękami próbującymi coś złapać w pustce; nagle został popchnięty do przodu, głową do szafki. Ogień wybuchnął w jego skroni, obojczyki obrzydliwie otarły się o metal. Bezradnie krzyknął…

Ręka zniknęła. Ktoś się zaśmiał. Ktoś inny zaklaskał. Kolana Kurta zadrżały, zgiął się, oparł dłonie o szafkę i stał w ten sposób, niezręcznie napięty, przez długą chwilę, nim zorientował się, że, ktokolwiek to był – Karofsky, oczywiście, że to był Karofsky – już odszedł i Kurt może poruszyć się bez kolejnego popchnięcia na szafkę.

Jego twarz płonęła ze wstydu. Ostrożnie zgiął szyję i odszedł o krok, powoli, aż całkiem odsunął się od szafki. Wyprostował plecy, podniósł buntowniczo głowę i sięgnął, by wygładzić włosy.

Gdy ponownie spojrzał na dłoń, miał krew na palcach. Żołądek niebezpiecznie się mu zacisnął, złapał szkicownik, apteczkę i lakier do włosów, i wrzucił to wszystko do torby, po czym odszedł z godnością do najbliższej damskiej toalety, gdzie ryzyko ponownego oberwania było odrobinę mniejsze.

Nie było tam nikogo. Westchnął z ulgą i a chwilę pochylił się nad zlewem, po czym spojrzał na swoje czoło w lustrze. To było tylko rozcięcie; zmoczył chusteczkę higieniczną pod kranem i ostrożnie starł krew, po czym odciął dwa cienkie paski plastra i zakleił najgorsze miejsca. Przesunął kosmyki włosów odrobinę bardziej do przodu niż zwykle, dodał szybkie psiknięcie lakieru, by je utrzymać w miejscu i gotowe. Sam z trudem widział plaster w lustrze; jest szansa, że gdy wróci do domu, ojciec też ich nie zauważy.

Zewnętrzne drzwi zaskrzypiały. Ktoś zapiszczał i wycofał się, Kurt szybko wrzucił puszkę lakieru do torby. – Już wychodzę! – zawołał i wysunął się z łazienki bez patrzenia na dziewczynę włóczącą się po drugiej stronie wewnętrznych drzwi. – Przepraszam!

Nie było daleko do sali Sztuki, ale rozcięcie paliło coraz bardziej z każdym krokiem, jaki zrobił i żałował, że nie zmusił tamtej dziewczyny do poczekania jeszcze kilku sekund i nie połknął aspiryny. Ale to chyba lepiej, ponieważ gdy dotarł do klasy, już był spóźniony. Podniósł brodę i otworzył drzwi, ignorując nagłe przekonanie, że każde oko w klasie natychmiast skierowało się ku plastrom na jego skórze – bo, szczerze, dlaczego by ich to miało obchodzić? – i powiedział: - Przepraszam za spóźnienie, panie Smith.

Pan Smith był łatwy we współżyciu; tylko wzruszył ramionami i powiedział – Postaraj się, by się to już więcej nie powtórzyło. – Kurt skinął głową, uśmiechnął się i wsunął na swoje siedzenie, po czym rozpoczął kopiowanie tego tygodniowego zadania z tablicy.

Drzwi gabinetu doktora Lau zamknęły się za nimi. Ojciec wyprostował się ze stęknięciem i ruszył w stronę wind. Kurt z troską wysiał mu na łokciu. U pacjentów sercowych różne zdarzenia – nawet nowy zawał - nie były rzadkim zjawiskiem po teście wysiłkowym.

- Poszło całkiem dobrze, myślę – powiedział tata i nacisnął guzik windy. Kurt spojrzał, jak wiele z własnego ciężaru ojciec opiera na lasce i zmarszczył brwi.

- Trzy nowe recepty nie sugerują mi, że poszło całkiem dobrze.

- Cóż, nadal stoję. – ojciec pokręcił laską. – Nazywam to „całkiem dobrze". Hej…

Winda zadzwoniła i drzwi się otworzyły. Weszli do środka. – Co byś powiedział, żebyśmy poszli gdzieś i poświętowali?

Po chwili kurt zacisnął z powątpiewaniem wargi.

– Co masz na myśli mówiąc poświętowali?

Ojciec przewrócił oczami.

– Nic strasznego. Albo powiązanego z jedzeniem. Albo z kawą. Tylko, znasz ten mały park kawałek drogi stąd? Może moglibyśmy wam pójść, pochodzić trochę, usiąść w słońcu…

- Jest zimno – Kurt powiedział automatycznie, po czym znów zacisnął usta i pochylił głowę. Ojciec nienawidził siedzenia zbyt długo w czterech ścianach. Ale teraz…

- Wciąż świeci słońce. Dobrze by było spędzić trochę czasu na zewnątrz. Oczyścić umysł, wiesz.

Winda zatrzymała się i wyszli na parterze. Zawsze było tu więcej ludzi; Kurt złapał dłonią łokieć ojca i zaczął rzucać piorunujące spojrzenia na otaczających ludzi, żeby ci usunęli się z ich drogi.

- Możesz nas tam zawieźć – ojciec powiedział cierpliwie po minucie. – I nie musimy bardzo dużo chodzić.

Kurt pomyślał o siedzeniu na parkowej ławce w słońcu i wietrzyku, z ojcem obok siebie, ciepłym i rzeczywistym, i opiekuńczym. Kąciki jego ust się rozluźniły.

- Brzmi nieźle – powiedział po chwili i przytulił ramię ojca odrobinę bliżej gdy przechodzili przez drzwi szpitala.

To była krótka jazda, przy wejściu do parku był parking, a w pobliżu kilka ławek, co sprawiło, że kurt poczuł się odrobinę szczęśliwszy z powodu tej eskapady. Ale ojciec szedł – wolno, wciąż mocno opierając się na lasce, co sprawiło, że Kurt znów zaczął się martwić, aż ich oczy się spotkały, ojciec się skrzywił i powiedział „tylko jestem ostrożny" – i przeszedł połowę głównej alejki nim znalazł ławkę całkowicie skąpaną w słońcu.

- Tutaj. – powiedział i ostrożnie opuścił się na ławkę, po czym poklepał miejsce obok siebie. – Może być?

Kurt surowo zmierzył spojrzeniem ławkę, ale była tak czysta, jak zapewne każda z powierzchni w tym parku mogła być. Usiadł na brzeżku, założył nogę na nogę i splótł ciasno dłonie. Pochylił ramiona do przodu.

Ojciec bawił się uchwytem laski. Ptaki świergotały wokół nich. Liście szumiały za nimi; chmura przesłoniła na chwilę słońce i Kurt zadrżał.

- Nigdy nie podziękowałem, prawda? – ojciec powiedział nagle. Kurt wpatrzył się w niego, po czym odwrócił niepewnie wzrok. Skupił się na swoich dłoniach, podczas gdy ojciec spoglądał na niego z tym stanowczym, poważnym wyrazem twarzy, który pojawiał się, gdy mężczyzna chciał, by Kurt wiedział, że naprawdę ma na myśli to, o czym mówi.

- Gotowanie, zajmowanie się domem, rachunkami, lekarzami, opuszczanie szkoły żeby mnie wozić gdzie trzeba. Siedzenie ze mną w szpitalu. To wszystko.

Policzki Kurta lekko się zaróżowiły. Pokręcił głową i spojrzał przed siebie.

- To duży ciężar. – ojciec powiedział z naciskiem. – Doceniam to, to jest to, co chcę powiedzieć.

Kurt skulił się odrobinę i spróbował się uśmiechnąć. – Nie jedzenie, nie doceniasz jedzenia.

- Cóż, więc… nie mam pojęcia, jak jesteś w stanie to jeść, dzieciaku – tata zachichotał słabo i lekko trącił Kurta łokciem. – Ale doceniam, że gotujesz.

Po chwili Kurt się uśmiechnął i delikatnie oparł się o ramię ojca. Wiatr znowu zaczął wiać, chłopak otulił się szczelniej kurtką.

- Wszystko w porządku?

- Słucham? – uniósł brodę. – Och. Och, tak, w porządku, czemu pytasz?

- Bo nie wyglądasz – powiedział ojciec bez ogródek.

Kurt zamarł. – Słucham?

- Wyglądasz na umarłego… śpiącego na stojąco. – Ojciec się szybko poprawił i pokręcił głową.

- Wiem, że siedzisz często do późna nad pracą domową i innymi rzeczami i starasz się nadążyć za tym, co opuściłeś. I ćwiczysz te układy z chóru. Dajesz sobie radę?

- Tak – Kurt powiedział sucho. – Nie żeby jakiś z moich przedmiotów był bardzo trudny.

Ojciec powoli skinął głową.

- I nie masz żadnych problemów z powodu opuszczania prób i inne takie?

Kurt zmarszczył nos. – Pan Schue czasem ma pretensje, ale to dlatego, że eliminacje są za tydzień. Znam wszystkie układy. Teraz my tylko… dopracowujemy całość.

- Dobrze.

- Czemu?

Ojciec oparł ręce na lasce i spojrzał na niego. – Myślisz, że pozwoliłbym ci wrócić do szkoły kiedy wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć? Wracamy do domu, zabieram twoje klucze do auta aż do jutra rano, zjesz coś, co nie jest zupą albo sałatką i pójdziesz spać. Okej?

Kurt niepewnie zmierzył go wzrokiem. Ojciec spoglądał prosto na niego.

Bez szkoły do końca dnia. Bez lekcji, pracy domowej, niekończących się, bezsensownych, wysysających życie prób układów, które zna na pamięć. Bez ryzyka bliższego kontaktu z szafką przy pomocy Karofskiego, którego nie zauważyłby na czas. Spać. Coś, rozluźniło się w jego żołądku na samą myśl.

Ale sobie coś przypomniał. – Nie mogę – powiedział żałośnie. – Mam test z biologii i pani O'Leary wprowadziła zasadę, że pozwala napisać testy w innym terminie tylko wtedy, jeśli ma się zwolnienie od lekarza. – Pokręcił głową. Pani O'Leary nie powiedziała wprost, że ta zasada jest wcelowana właśnie w niego, ale fakt, że starała się nie spojrzeć na Kurta ani razu, kiedy ją oznajmiała klasie, mówił sam za siebie.

Ojciec wydał niezadowolony dźwięk i oparł dłonie na lasce.

- Jesteś pewien? Bo możemy zdobyć to zwolnienie, jeśli chcesz.

Oczy Kurta zaczęły szczypać. Mocno zamrugał – Mniej kłopotów w ten sposób. I po co marnować tą całą naukę?

- Okej – powiedział łagodnie ojciec i położył rękę na ramieniu chłopca. – Jeśli jesteś pewien.

Kurt skinął dołową. – Jestem. Wszystko ze mną w porządku. – zmusił się do uśmiechu.

- Okej – powtórzył ojciec, po czym rozejrzał się. – Chyba spróbuję wstać. – co najwyraźniej było tylko próbą powiedzenia czegokolwiek, bo dał sobie rady nawet bez zbytniego opierania się na lasce, i bez dłoni Kurta na jego łokciu dla stabilności.

- Dobra. Chodźmy, młody, zabierzemy cię do szkoły w sam raz na ten twój test.

Wreszcie nadszedł czas Eliminacji. Figgins nie zgodził się, by zorganizowali osobny występ, co naruszyłoby budżet, więc zostali wepchnięci między szkolną orkiestrę wygrywającą utwory Beethovena i Mozarta niczym grupa bardzo entuzjastycznych amatorów-magików, a koło teatralne – które na siłę usunęło Rachel z listy członków trzy semestry temu z zapewnieniem, że nigdy nie będą wystawiać musicalu, więc niech w końcu przestanie o to pytać – dla ulgi całej szkoły wystawiającego jednoaktówkę. Kurt spędził początek wieczoru wisząc na kurtynach, spoglądając przez szpary aż w końcu wypatrzył ojca na jednym z siedzeń przy przejściu, porządnie opatulonego w płaszcz, szal i czapkę. Quinn odciągnęła go, by pomógł poprawić włosy Brittany, Artie złapał go by pomógł rozwiązać tajemniczy problem z lewym kołem jego wózka, który został tylko pogorszony przez Pucka i Finna, a kiedy orkiestra weszła na podium, pan Schue zdecydował, że potrzebują jeszcze szybkiej powtórki. Kurt spędził ją wymieniając ponure spojrzenia z Mike'm, gdy znów okazało się, że Sam nie jest tancerzem w absolutnie żadnym znaczeniu tego słowa.

Orkiestra opuściła scenę, teraz była kolej na nich. Zaczęli z „Empire State of Mind", brzmiącym blado i odrobinę absurdalnie na scenie teatralnej. Następnie przyszedł czas na mdły duet Sama i Quinn, który dał im czas na przebranie się do „One of Us". Skończyli z rejonową wersją „Don't Stop Believing"; nikt nie chciał tego śpiewać, kostiumy nie pasowały wcale, ale pan Schue naciskał, by włączyć tą piosenkę do repertuaru, jako że powinni zakończyć optymistyczną nutą i wybuchem energii.

Raczej się to nie udało. Widownia grzecznie zaczęła klaskać i przestała w momencie, gdy opuścili scenę. Pan Schue przeszedł ponuro, gdy zadzwoniono na przerwę, wołając „Pokój chóru, za dziesięć minut!" mijając ich.

Kurt przebrał się w rekordowym czasie, ale chłopaki z koła teatralnego już zajęli lustra. W końcu udało mu się wepchnąć obok Lucasa, zaczął układać włosy.

- Jak tam randka z Mallory?

Lucas rzucił mu spojrzenie, a potem z zadowoleniem wyszczerzył zęby. – Jestem ci dłużny.

Kurt zaczerwienił się i lekceważąco pokręcił głową. – Wykopałeś Finna z łazienki. To ja byłem ci dłużny.

Lucas potrząsnął głową. – Nie to mam na myśli, dzieciaku. Hej, jak to się stało, że nie użyli twojego występu? Podobałby się znacznie bardziej niż tamten duet.

Kurt wzruszył ramionami. – Wygrali konkurs.

Lucas przestał poprawiać krawat. – Oni wygrali? Ale ty…

- Jak już powiedziałem, byłem ci dłużny – Kurt włożył grzebień do kieszeni na piersi. – Muszę iść. Połam nogi!

Chłopak wisiał na pianinie z niecierpliwością, podczas gdy Schue robił im wykład o słabych tenorach i o tym, że potrzebują więcej energii, i zaplanował dodatkową próbę taneczną na czas lunchu w piątek – Mike złapał jego wzrok i bezgłośnie powiedział To nie pomoże i Kurt przewrócił oczami zgadzając się. W końcu Schue przestał mówić i Kurt wyślizgnął się z pokoju chóru nim Rachel zdołała zacząć i skierował się w stronę hollu.

Ojciec był tam, gdzie umówili się spotkać, siedząc na jednym z krzeseł ustawionych przy bocznych drzwiach z dłońmi opartymi na lasce. Jego poszarzała twarz wyglądała na zmęczoną.

Kurt złożył dłonie. – Dobrze się czujesz? To nie było zbyt wiele dla ciebie? Przepraszam, że się spóźniłem, ale pan Schue naciskał by dać nam kilka wskazówek. – Ojciec pokręcił głową i Kurt niepewnie zagryzł wargę.

– Chcesz coś do picia? A może wolałbyś jechać prosto do domu?

– Tak, dom brzmiałby nieźle. – powiedział ojciec po chwili i podniósł się na nogi. Byli już prawie przy samochodzie, gdy ojciec spojrzał w bok na Kurta.

- Byłeś całkiem niezły tam na scenie, dzieciaku. – powiedział.

Kurt rzucił mu suchy uśmiech.

- Nie wiem, jak możesz to powiedzieć. To nie tak, żebym dostał jakieś solo. – Nie, żeby miał coś przeciwko, dla odmiany – nie po tym, jak udało mu się przekonać Santanę do zaśpiewania jego linijki w „One of Us".

Ale tata prychnął. – Mam oczy, czyż nie? Wyglądałeś świetnie. Nie aż tak jak ten azjata, ale wciąż dobrze. Lepiej, niż reszta chłopców, to na pewno.

Kurt rzucił mu zaskoczone spojrzenie, ale ojciec był poważny i po chwili chłopak poddał się i potrząsnął głową. – To zaczyna być żałosne – powiedział zawiedzonym głosem. – Nie wiem, co zrobiliśmy, by zasłużyć na Sama. Chociaż myślę, że ma przynajmniej w miarę dobry głos… - otworzył samochód. – Pomóc ci wsiąść?

Ojciec z namysłem spojrzał na Navigatora, po czym pokręcił głową. – Nie, powinno być w porządku.

Zdołał usiąść na miejscu pasażera bez absolutnie żadnych problemów i wrócili do domu otoczeni przyjazną ciszą.

Padało, co oznaczało, że korytarze były nadal pełne uczniów, nawet w połowie przerwy na lunch. Quinn popatrzyła kwaśno na tłum i wręczyła Kurtowi połowę plakatów, które niosła pod pachą i rolkę taśmy klejącej.

- Mercedes i ja zajmiemy się tym skrzydłem, ty weź to. Oba piętra. Chcemy, żeby cały budynek był zrobiony przed końcem przerwy, nie mamy zbyt wiele czasu na sprzedaż biletów.

Kurt zmrużył oczy. – Dziękuję ci za tak precyzyjne wytłumaczenie mi tej oczywistej rzeczy, Quinn.

Mercedes rzuciła mu płaskie spojrzenie, ale Quinn tylko przewróciła oczyma i odrzuciła kucyk do tyłu. – Nieważne. Po prostu pomóż z plakatami, Riff-Raffie.

Kurt odwrócił się na pięcie i odszedł korytarzem.

Korytarz był już niemal w całości obklejony banerami Cheerios i amatorskimi plakatami z napisem Naprzód Tytani! na szarym papierze, ale znalazł w końcu puste miejsce przy drzwiach klasy i wyjął pierwszy plakat z rolki. To była typowa praca Rachel – ciężki karton pokryty brokatem i kompletnie nieodpowiednimi złotymi gwiazdami, i nierównymi różowymi literami, które głosiły, To zdumiewające! Rocky Horror Show, z gwiazdą Rachel Berry i grupą Nowe Kierunki! Czas ucieka! Kup bilety TERAZ! Pomóż nam dostać się na Etap Krajowy konkursu w Nowym Jorku!

Kurt stanowczo przykleił plakat, westchnął i cofnął się. Przedstawienie będzie do kitu. Na szczęście Schue nie byłby w stanie wytłumaczyć, dlaczego nie pozwoliłby mu i Mike'owi na zamienienie ról, które im dał w oryginalnym planie. Zawsze wolał Riff-Raffa niż Franka. I miał nawet sola, nawet jeśli Schue dał połowę jego wersów w „Time Wrap" Finnowi, by „sprawiedliwiej rozdzielić role", jakby Finn nie miał już dość własnych solówek. Więc…

- Hej, Frankie!

Odwrócił się, rozpoznał głos i cofnął się, ale nie dość szybko albo niedostatecznie daleko. Lód i syrop kukurydziany chlusnął mu w twarz, na nos i skleił mu oczy; sapnął i prychnął, wściekle potrząsnął głową i wytarł oczy do czysta jedną dłonią – akurat na czas, by oberwać następnym slushie.

Zimna czerwień i purpura spłynęła po jego brodzie na kurtkę. Ciężko wypuścił powietrze, starł więcej lodu z twarzy i jadowicie spoglądał między Azimio i Karofskim.

- Nie znudziła wam się już ta rutyna?

Azimio szturchnął łokieć Karofskiego. –Tylko ćwiczymy w trafianiu do celu przed wielkim wieczorem, Frankie. To Rocky Horror, wolno nam rzucać rzeczy na scenę!

Kurt z obrzydzeniem pokręcił głową i odszedł. Połowa plakatów była pokryta mokrymi, fioletowymi grudami, a jego kurka była najprawdopodobniej zniszczona – pralnia chemiczna już dawno porzuciła próby usunięcia plam ze slushie. Przez chwilę chciał wmaszerować do biura pana Schue, stanąć tam ociekając na dywan i powiedzieć mu, że właśnie to się dzieje, gdy ludzie zakładają, że gram Franka. Teraz pan rozumie, czemu nie chciałem tej roli?

Ale to nie miało sensu, więc zamiast tego po prostu skierował się do swojej szafki, wyjął ręcznik i trzymany na-wszelki-wypadek drugi zestaw ubrań, po czym poszedł poszukać najbliższej wolnej łazienki, by się umyć i przebrać.