Rozdział 5: Co teraz z tym zrobimy?

Kurt przeniósł wzrok z Pucka na Artiego i z powrotem. Nie wyglądali na zniesmaczonych. Nawet nie na pełnych pogardy. Wyglądali na znudzonych.

Nagle poczuł, że jego twarz płonie. Zacisnął mocno usta. – Dobra. – Usłyszał własny, ostry głos i w chwili ciszy, która nastąpiła po tym słowie złapał tablicę i swoją torbę, po czym odwrócił się na pięcie. Za nim, nim drzwi się zatrzasnęły, usłyszał słabe „Co?" Artiego. Ale nie wrócił.

Właśnie wjeżdżał samochodem do garażu, nim sobie przypomniał, że zostawił resztę tablic i wszystkie teczki z nutami w sali do hiszpańskiego. Zagryzł wargę. Kto wie, w jakim jutro będą stanie?

Ale już było za późno by wrócić. Przeszedł przez boczne drzwi z tablicą pod pachą, kierując się do kuchni by zrobić herbatę i zamarł. Tata i Carole siedzieli razem na kanapie, z głowami pochylonymi do siebie, trzymając się za dłonie. Razem spojrzeli w górę, zaskoczeni, gdy zatrzymał się w drzwiach.

- Myślałem, że masz próbę? – Ojciec wykrztusił po chwili.

- Ja też tak myślałem, ale najwyraźniej nie. – Powiedział Kurt z irytacją, zrezygnował z herbaty i poszedł do swojego pokoju.

Usiadł ciężko w swoim wiklinowym fotelu, przytulił torbę do żeber i skrzywił się.

Może pójdziesz poszpiegować tych Garglersów? Pasowałbyś tam w sam raz.

- Mielibyście za swoje, gdybym tam pasował. Mielibyście za swoje, gdybym się tam wpasował tak dobrze, że już bym tam został. – Nagle jego oczy się rozszerzyły. A co gdyby faktycznie pojechał na przeszpiegi do Dalton? To sprawiłoby, że chociaż raz by się zamknęli i wreszcie go wysłuchali.

Musi dopracować to bardzo ostrożnie, żeby ojciec myślał, że jest w szkole, a w szkole myśleli, że się rozchorował i jest w domu. Może gdyby poszedł na pierwszą lekcję, zwolnił się z powodu bólu głowy i „zapomniał" dać znać w gabinecie pielęgniarki?...

Wyplątał dłonie z paska torby i podszedł do biurka, włączył laptopa.

Dalton ma swoją stronę – oczywiście, że ma, nawet McKinley ma swoją stronę, ale była ona tak żałosna jak wszystko inne w McKinley. Ale strona Dalton była zaprojektowana ze smakiem, przejrzysta, z pracującymi linkami, którymi można było przejść na strony z faktycznymi informacjami. Kurt przeszukał stronę z zajęciami dodatkowymi, szukając Warblersów.

Nie musiał szukać daleko: byli na samym początku strony, nawet wyżej niż drużyny sportowe. Kurt z rozbawieniem obejrzał zdjęcie uśmiechniętych chłopców w marynarkach i krawatach. Nagłówek nie powiedział mu o niczym, czego jeszcze nie wiedział, poza imionami „Rady Studenckiej", czymkolwiek ona była i kapitana wokalnego. Zapisał Wesley Chao, David Anglade, Reshman Naidoo (RS) i Blaine Halloran (KW) na skrawku papieru, po czym wrócił do strony.

Warblersi mieli niezłe doświadczenie w różnych zawodach, ale jeszcze nic w konkursie zespołów taneczno-wokalnych (show choir oczywiście, polska nazwa zaczerpnięta z oficjalnej polskiej wersji serialu z lektorem – przyp. tłum). Czemu nagle przerzucili się z konkursów dla chórów a capella?

Kurt otworzył YouTube w nowej karcie i zaczął wyszukiwać klipy pod hasłem „Warblersi, Akademia Dalton" Pojawiła się cała lista, ale tylko dwa widea były datowane na rok 2009: „Telephone" i „Bus Stop/Umbrella".

Kurt spojrzał na nie z powątpiewaniem, ostatecznie klikając na mashup. Nagranie się rozpoczęło, a chłopak przysunął się bliżej. Byli dobrzy: nawet słaby dźwięk YouTube i amatorsko nagrane wideo mogły to pokazać. Bitelsi i Rihanna nie byli oczywistą kombinacją, ale sposób, w jaki była ona zrobiona powodował, że całość brzmiała świetnie. Śpiewali bardzo równo, fantastycznie naśladowali perkusję, świetnie się razem ruszali nawet jeśli choreografia niemal nie istniała. Dwaj soliści, śpiewający na zmianę w miarę jak piosenki się zmieniały, byli pełni energii i uśmiechnięci, mimo iż chłopak z wyżelowanymi włosami i dziwacznymi, trójkątnym brwiami śpiewający „Umbrella" był zdecydowanie lepszy.

Kurt uśmiechnął się ostro do siebie. Wygląda na to, że ktoś ma w tym roku konkurencję, panno Rachel Berry!

Zamknął YouTube i wrócił do zdjęcia, by je powiększyć. Solista z „Umbrella" klęczał w przednim szeregu z trzema innymi chłopcami, co czyniło go członkiem tajemniczej Rady albo kapitanem. Solista z „Bus Stop" stał w ostatnim szeregu. Czyli nikt istotny w strukturze grupy.

Kurt wydrukował zdjęcie i przyciął je, by bez problem mieściło się w zeszycie. Wrócił do strony głównej, skopiował adres szkoły i włączył Google Earth.

Kurt stał na parkingu, z dłońmi zaciśniętymi na pasku torby, uśmiechając się. Ciężkie końce szalika lekko powiewały na wietrze.

- Powinienem iść – powiedział do siebie. – Droga do domu jest długa.

Blaine skinął głową i uśmiechnął się tym swoim łagodnym uśmiechem.

- Pewnie. Ale, poczekaj minutę… - zaczął grzebać w kieszeni, wyjął kawałek papieru i długopis, po czym coś zapisał. – Zadzwoń. Daj znać, jak ci idzie.

Kurt delikatnie wziął papier i wygładził go między palcami. Szpiczaste pismo Blaine'a odcinało się od jasnej kartki.

- Zadzwonię. – Powiedział.

Blaine znów skinął głową. – Wiesz, jeśli ten chłopak cię nachodził, pewnie znęca się też nad innymi. – Powiedział poważnie – Możesz mieć więcej wsparcia niż myślisz.

Kurt pomyślał o tym przez chwilę, po czym wzruszył ramionami. Wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu. – Jakiekolwiek wsparcie to już jest więcej, niż się spodziewam.

Blaine spojrzał na niego ze smutkiem i westchnął. – Tak, wiem. Przykro mi, ale muszę już iść. – Powiedział po chwili. – Muszę jeszcze przed próbą zahaczyć o bibliotekę.

Kurt skinął głową i uśmiechnął się.

- Okej. Zadzwonię. – Dodał, gdy Blaine zaczął się cofać i podniósł swój telefon w gorę. – Widzisz, właśnie zapisuję twój numer! – I zrobił to, wielkimi, oczywistymi ruchami. Blaine wyszczerzył zęby, pomachał mu i zniknął w drzwiach szkoły.

Kurt poczekał, aż chłopak znajdzie się poza zasięgiem wzroku, po czym wepchnął telefon do kieszeni i potruchtał po schodach w stronę budynku Administracji.

Miła z wyglądu kobieta w średnim wieku, która, jak się domyślał, była szkolną sekretarką spojrzała w górę, gdy wszedł do sekretariatu, przerwała pracę nad arkuszem kalkulacyjnym wyświetlonym na ekranie komputera i zapytała:

- Co mogę dla ciebie zrobić, młody człowieku?

Kurt nabrał powietrza i splótł dłonie.

- Ja… hmm… ja się tylko zastanawiałem, czy macie może jakieś broszury informacyjne albo ulotki o szkole? Dla potencjalnych uczniów?

Kobieta rozpromieniła się i wstała. – Oczywiście, że mamy. Chodź ze mną.

Dziesięć minut później chłopak spłynął po schodach z ramionami pełnymi kopii każdej broszury, jaką miała ta szkoła, wszystkimi możliwymi informacjami, a nawet z kopią księgi pamiątkowej roku 2009/10. Lekko ogłuszony wsiadł do Navigatora. Jego palce wodziły po świecącej powierzchni zdjęć w niedowierzaniu, w końcu oparł się o fotel, wypuścił powietrze, długie, usatysfakcjonowane westchnięcie; potrząsnął głową, wyjął telefon i wybrał numer Blaine'a.

Zapomniałem dać Ci mój numer, wystukał na klawiaturze i nacisnął „wyślij".

Już po kilku sekundach otrzymał odpowiedź: Hej! Nie pisz w czasie jazdy!

Nie jadę jeszcze. Zadzwonię jutro z krwawymi detalami, odesłał. Po chwili telefon znów zawibrował: Spróbuj bez rozlewu krwi. Plamy są trudne do zmycia.

Kurt roześmiał się głośno, serdecznie.

Znam firmę sprzątającą. Dobrzy i dyskretni… W odpowiedzi dostał uśmiechniętą buźkę i słowa: Nie pytam skąd. Muszę iść nim podpadnę za używanie telefonu w bibliotece. Jedź ostrożnie!

Kurt schował telefon i zapalił samochód.

Przez całą drogę do Limy, podczas gdy światło słońca przygasało wokół niego, radośnie nucił pod nosem, palce wystukiwały rytm na kierownicy, wciąż mrowiąc z szoku dotyku: Let you put your hands on me in my skintight jeans, be your teenage dream tonight!

Jego wzrok prześlizgnął się po błyszczących ulotkach na siedzeniu pasażera i uśmiechnął się radośnie. Miał teraz plan. Miał przyjaciela, prawdziwego chłopaka geja, który był jego przyjacielem. Będzie teraz lepiej…

Wjechał w swoją ulicę i zobaczył stare obite auto zaparkowane przed domem, i całe promieniujące ciepło, jakie czuł, ulotniło się w jednym momencie. Wjechał na podjazd i usiadł drżąc w wieczornym chłodzie, czekając, aż drzwi garażu się podniosą. W środku poskładał ulotki. Wyglądały brzydko i zimno w sztuczyny świetle. Ze smutkiem wsunął je do torby, spiął ramiona, przykleił uśmiech na twarz i przeszedł przez boczne drzwi.

- Część, tato! Wróciłem! Przepraszam, że jestem tak późno… Nagle jego nozdrza wypełniły się zapachem pieczonego mięsa i się zakrztusił.

Tata i Finn siedzieli na kanapie oglądając coś o sporcie, a Carole była w kuchni, mając na sobie jeden z fartuchów Kurta. Ojciec spojrzał znad telewizora z uśmiechem, gdy Kurt wszedł do pokoju.

- Hej. Masz, co potrzebowałeś z biblioteki? – Zapytał, podczas gdy Finn kątem oka zmierzył Kurta uważnym spojrzeniem i lekko pomachał palcami bez spoglądania mu w oczy.

Kurt zignorował go. – Mniej więcej.- Powiedział do ojca i ominął kanapę, by oprzeć się o kuchenne drzwi. – Pomyliłem dni? Nie spodziewałem się was przed piątkiem.

Carole właśnie zajmowała się brojlerem. – Musiałam zamienić się zmianami w supermarkecie, Juliann właśnie urodziła, trzy tygodnie przed terminem, uwierzysz? Dziewczynka, bardzo zdrowa, mimo że wcześniak; ma ogromne błękitne oczy i maleńkie rude loki… no w każdym razie, biorę piątkowe wieczorne zmiany Juliann aż ułożymy nowy grafik, więc przesunęliśmy kolację. – Uniosła pokrywkę patelni i pogrzebała w środku łyżką cedzakową.

- I Burt powiedział mi, że to ty gotujesz przeważnie dla was obu, więc sobie pomyślałam, czemu nie zrobić ci miłej niespodzianki?

Brwi Kurta uniosły się słabo. – Och. Hmm, dziękuję ci. To bardzo miło z twojej strony.

- Zrobiłam kurczaka dla twojego taty i mnie, ale kupiłam steki dla ciebie i Finna.

-Och – Żołądek kurta zacisnął się. – Nie musiałaś tego robić, mamy mnóstwo kurczaka w zamrażarce…

Pomachała dłonią na jego słowa. – Jesteście rosnącymi chłopcami, potrzebujecie czerwonego mięsa. Żelazo i tak dalej. Gdzie macie przyprawę do pieczeni, kochanie?

- Nie mamy. Za dużo soli. – I jadł mnóstwo zielonych warzyw, i brał tabletki z żelazem każdego dnia razem ze świeżym sokiem pomarańczowym, ale ugryzł się w język i tylko powiedział:

- Pozwól mi tylko umyć ręce i nakryję stół.

W końcu ani tata, ani Finn na pewno nie wstaną by to zrobić tak długo, jak długo leci mecz.

Odepchnął się od framugi drzwi i poszedł do swojego pokoju nim Carole powiedziała coś jeszcze. Jego pokój był cichy, jasne ściany dawały ukojenie; stał u stóp schodów przez chwilę, oddychając głęboko, ostrożnie położył torbę na jej miejsce na półce, delikatnie ją poklepał i poszedł do łazienki, by się umyć.

Carole nie była w stanie zrobić nic złego zaczątkowi domowej zupy pomidorowej, który przygotował, ale nie pomyślała o tym, by dodać pełnoziarniste grzanki albo trochę świeżych ziół. Ale ugotowała warzywa zamiast przyrządzić je na parze i kalafior był gumowaty. Kurt dźgnął go widelcem, po czym spojrzał na płat szarego mięsa leżący obok. Było go stanowczo zbyt dużo. Odciął kawałek mniejszy, niż jego dłoń i z niesmakiem zaczął żuć.

Finn wyczyścił talerz i pytał o dokładkę, nim Kurt zdołał wmusić w siebie połowę mięsa. Gdy Carole wstała, by sprzątnąć ze stołu, spojrzała na jego talerz.

- Och, kochanie, prawie nic nie zjadłeś! – powiedziała i Kurt zacisnął zęby. – Dobrze się czujesz?

- Wszystko ze mną w porządku. Dziękuję, że pytasz.

Dotknęła dłonią jego czoła jakby próbowała zmierzyć temperaturę i chłopak zamarł.

- Nie musisz przestawać jeść tylko dlatego, że reszta już skończyła.
- Zjem to, jeżeli on nie chce – powiedział Finn i Carole zmrużyła oczy.

- Finn. Maniery!

- Czuję się dobrze, dziękuję. – Powtórzył Kurt i uchylił się spod jej dłoni, by wynieść samemu talerz do kuchni.

Do czasu gdy skończyli herbatę, ojciec wyglądał już na zmęczonego. Kurt złapał wzrok Carole i znacząco spojrzał na zegar. Kobieta rzuciła mały, błogi uśmiech i pozbierała swoje rzeczy. Kurt załadował zmywarkę, podczas gdy ojciec odprowadził dwójkę życząc im dobrej nocy; do czasu, gdy tata wrócił, chłopak na wpół leżał na kanapie z na wpół zamkniętymi oczyma i ramionami obejmującymi żebra.

- Wszystko okej, dzieciaku? Wyglądasz na bardziej zmęczonego niż ja się czuję.

Kurt zmusił się do słabego, zmęczonego uśmiechu.

- Długi dzień. Chciałbym tylko, żeby Carole pamiętała, że nie jem czerwonego mięsa – powiedział żałośnie.

Ojciec zdusił śmiech. – Jest przyzwyczajona do Finna. Przysięgam, ten chłopak zjadłby wszystko, co przed nim położysz. Postaram się jej przypomnieć następnym razem. Dobrze się czujesz?

Kurt pomyślał przez chwilę i wzruszył ramionami. –Myślę, że tak. Zjadłem tego dość, żeby być kulturalnym i nie na tyle, żeby mi było niedobrze. I wypiłem mnóstwo wody.

- Okej. – Powiedział tata i znów włączył telewizor. – Skończyłeś całą pracę domową tam w bibliotece?

- Nie, tylko szukałem informacji – Kurt skłamał i usiadł. – Nadal mam lekcje do odrobienia. I powinienem już zacząć.

Jego telefon zawibrował. Kurt spojrzał na niego, miał siedem smsów i trzydzieści sześć maili; pewnie większość to newslettery i dzisiejsza praca domowa od Mercedes, ale zignorował je wszystkie i otworzył najnowszego smsa.

Odwagi! Złam jutro nogę. I zadzwoń, jakbyś czegoś potrzebował.

Zagryzł wargę zduszając uśmiech i odpisał: Dziękuję. Zrobię to (obie rzeczy).

Wstał i wrócił do swojego pokoju. Zrobił połowę podpunktów z algebry, czytankę z angielskiego i zestaw ćwiczeń gramatycznych z francuskiego w ciepłym oszołomieniu, bardzo świadomy ulotek w torbie, tuż przy jego łokciu.

Ale wyjął je dopiero po zrobieniu całej pracy domowej i po swoich kremach nawilżających; na wpół śpiąc wczołgał się do łóżka i zwinął się pod kocem by porozmyślać radośnie na temat szczegółów, zdjęć, ciężkiego, błyszczącego papieru. Oczywiście nie było mowy o tym, by mógł iść do Dalton, nie z rachunkami za lekarzy ojca. Ale każdy może pomarzyć, prawda?

Zasnął wśród rozrzuconych ulotek i śnił o dłoniach gładzących jego skórę, o ciepłych ustach dotykających jego powiek, policzków, kącików ust. Obudził się obwinięty prześcieradłami, z płonącymi policzkami i dłońmi przyciśniętymi do serca, jakby trzymał w nich coś drogiego.

Przeturlał się na brzuch. – O nie. Nie zaczynaj od nowa – powiedział twardo w poduszkę i zaczął recytować nieregularne czasowniki francuskie aż w końcu zasnął ponownie.

Wolno, bardzo wolno zsunął rękę z ust. Zadrżał. Jego żołądek się szarpnął; zamknął oczy i spokojnie oddychał, aż nudności minęły. Ostra linia zawiasów szafki wbijała mu się boleśnie w ramię, ale długi moment minął, aż był znowu w stanie się poruszyć, nabrać powietrza i zmusić się do wyjścia na korytarz, z dłońmi wzdłuż ciała, w uniesioną brodą, tak, że nikt nie był w stanie się domyśleć, co przed chwilą zaszło.

- Um…

Zatrzymał się i odwrócił, trzęsąc się. Przy jego szafce stała dziwna dziewczyna, z niepewnym wyrazem twarzy. Spojrzał na nią pusto.

- Upuściłeś to. – Powiedziała i zorientował się, że trzyma w dłoni jego iPhone. – I to. – Jego torba.

Zmusił się do czegoś, co miało być uśmiechem. – Dziękuję. – Powiedział i zabrał oba przedmioty, udając, że nie słyszy, jak jego głos się trzęsie. Telefon do kieszeni. Torba na ramię, przyjemny, znajomy ciężar. Dłonie zacisnęły się na pasku.

- Ja nie grzebałam w środku, ani nic. – Powiedziała niezręcznie dziewczyna – Ale myślę, że nie jest zepsuty.

Jeśli nie był zepsuty, mógł… mógł do kogoś zadzwonić. Nie tata. Tata nie może o tym wiedzieć. Mógłby zadzwonić… mógłby zadzwonić do Blaine'a.

Kurt drżąco skinął głową. – Dzięki.

Ale dziewczyna nie odeszła. – Dobrze się czujesz? Nie musisz iść do pielęgniarki? Bo wyglądasz trochę… Mogę z tobą iść, jeżeli chcesz.

Skulił ramiona. Nabrał powietrza. – Czuję się dobrze. Nic mi nie będzie. Dziękuję. – Powiedział jeszcze raz i odwrócił się.

Czuł jej wzrok na plecach, gdy odchodził korytarzem.

Jedna z sal była pusta. Kurt zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie, jego nogi się trzęsły. Wyjął telefon. Nie, nie był zepsuty. Westchnął z ulgą i wysłał smsa.

Możesz do mnie zadzwonić?

Czuł, że całe wielki minęły nim telefon w końcu zawibrował, niemal wypadając z uścisku Kurta. Chłopak drżąco szukał przycisku by odebrać telefon i prawie go znów upuścił nim przyłożył go do ucha.

- Kurt! – Głos Blaine'a był radosny i ciepły, i brzmiał tak daleko, że Kurt chciał się rozpłakać.

- Hej! Jak poszło?

- Hej – odpowiedział drżąco i ucichł

Po sekundzie ciszy usłyszał:

- Wszystko w porządku?

Wzrok Kurta się zamazał. – Ja… Ja nie… - przełknął i spróbował jeszcze raz. – Przepraszam. Myślę. Myślę że naprawdę spieprzyłem.

- Co się stało?

- Ja… Ja nie… - przełknął ślinę. – Byłem na korytarzu i Karofsky po prostu… znowu mnie popchnął na szafki i upuściłem telefon, i… i straciłem nad sobą panowanie. – Skończył słabo. – Pobiegłem za nim do szatni i zacząłem na niego krzyczeć i on… on złapał mnie i… -

- Nic ci nie jest? – Blaine zapytał szybko. Kurt zacisnął dłoń u podstawy szyi i zamknął oczy. – Kurt, jeśli on ci coś zrobił, musisz od razu iść do pielęgniarki, możemy porozmawiać potem…

- On mnie pocałował. – Kurt wydusił w siebie.

- … och. – Powiedział Blaine po chwili. – Cóż. – aż w końcu: - Nie spodziewałem się, że powiesz coś takiego.

Oddech Kurta się załamał. Wydał z siebie szczególnie zduszony dźwięk. Nagle zaczął się śmiać, kolana go zawiodły i osunął się po drzwiach na ziemię z czołem opartym na dłoni, bezbronnie dysząc do telefonu.

- Przepraszam – powiedział po minucie Blaine. – To, co powiedziałem raczej nie było pomocne.

Kurt nabrał powietrza i wytarł oczy do sucha tyłem trzęsącej się dłoni.

- Cóż, nie spodziewałem się, że on zrobi coś takiego, więc myślę, że jesteśmy kwita.

Blaine zaśmiał się krótko. – Masz rację. – nastąpiła krótka chwila ciszy po drugiej stronie linii. Kurt wyobraził sobie Blaine'a w pokoju wspólnym w Dalton, przechylającego głowę, uśmiechającego się i trzymającego telefon swoimi smukłymi palcami. – Pytanie, co teraz z tym zrobimy?

- Zrobimy?– Poza trzymaniem się z daleka od Karofskiego do końca świata? Kurt zagryzł wargę. Nagle uświadomił sobie, co właśnie usłyszał i powtórzył: - My?

- Tak. Myślę, że to ja ciebie w to wpakowałem – powiedział kwaśno Blaine. – Nie mam zamiaru zostawić cię samego by przyjąć konsekwencje. Ten neandertalczyk musi wiedzieć, że nie może robić ci takich rzeczy niezależnie od powodów.

Głowa Kurta oparła się o drzwi. Zamknął oczy.

- Dziękuję. Znaczy…

- To nie jest problem - powiedział Blaine ciepło. Kurt uśmiechnął się. – Na pewno jesteś cały? Nadal brzmisz trochę nie tak.

Kurt pokręcił głową. – Nic mi nie jest. Chcę tylko wziąć prysznic… chcę wziąć milion pryszniców, ale nie, nic mi nie jest. – powiedział stanowczo i spróbował brzmieć tak, jakby tak myślał.

Ręka Blaine'a była ciepła i prawdziwa na jego plecach.

- Chodź, kupię ci lunch. – powiedział po chwili, Kurt spojrzał na niego i niemal się uśmiechnął.

Lunchem była sałatka z kurczaka i kawa z kawiarni kilka budynków dalej; jedli przy jednym z chwiejnych plastikowych stolików przy oknie i Kurt nie był pewny, kto bardziej nie pasuje do tego miejsca: on, w płaszczu i szaliku od projektanta czy Blaine w swoim mundurku prywatnej szkoły.

Po kilku minutach Blaine spojrzał znad sałatki i zapytał: Bo mogę zostać, jeśli chcesz…

- Będzie dobrze. – Kurt wbił się w kawałek sałaty i obwinął go wokół widelca. – To tylko dwie lekcje, po których mam awaryjną spotkanie z Glee. Najgorsze, co mógłby zrobić to pociąć mi opony. Znowu.

Ciemne, trójkątne brwi Blaine'a lekko się uniosły na tą wiadomość, ale przemilczał to, pochylił lekko głowę i zamiast tego zapytał: -Awaryjne spotkanie z Glee?

Kurt zamrugał, zdziwiony zmianą tematu, po czym spąsowiał.

- Och! Nie. Nie! Nic takiego. Oni nawet nie wiedzą, że byłem w Dalton. – teraz był już czerwony niczym pomidor. – Nie, mamy konkurs mashupów – chłopaki kontra dziewczyny, wszystko straszliwie pozbawione pola do fantazji, mimo warunku, że dziewczyny mają zrobić coś w stylu klasycznego rocka, a chłopcy utwory jakiegoś dziewczęcego zespołu. – Pomachał słabo ręką. – Co mogłoby być czymś w moim stylu, ale chłopaki nie byli, że tak powiem, specjalnie rozentuzjazmowani moim wyborem piosenek i sugestiami dotyczącymi kostiumów, więc…

- Więc?

Kurt upił kawy. Była słaba i letnia, ale to pewnie dobrze po tylu tygodniach picia wyłącznie ziołowych herbatek.

- Powiedzieli mi, że mam sobie iść i pozwolić im samym na wymyślenie czegoś męskiego i nieprzynoszącego wstydu. – powiedział lekko odstawiając kubek.

Gdy podniósł wzrok, zobaczył, że Blaine przestał jeść i go obserwował, uśmiechając się z oczekiwaniem i podniósł brew w odpowiedzi.

- Trzy dni później dowiedziałem się, że nie tylko nie zrobili nic związanego z mashupem, ale także zdołali śmiertelnie obrazić nową trenerkę futbolu – do tego stopnia, że złożyła rezygnację. Od momentu gdy nasz dyrektor chóru kazał przeprosić ją na zajęciach jutro rano, byłem prześladowany przez grupę naciskających idiotów, jęczących „Stary, musisz nam w tym pomóc! Zrobimy wszystko. No, wszystko oprócz boa. Ale nie dawaj za dużo cekinów."

Jego wersja Finna była niemal idealna, chociaż właściwie Finn tylko czekał skulony za Samem z wyrazem twarzy kopniętego szczenięcia. Artie to powiedział – mniej więcej. Mike nawet nie miał nic przeciwko boa. Ale głos Finna sprawił, że Blaine się roześmiał cicho, kąciki jego oczu zmarszczyły się i usta rozciągnęły się w uśmiechu pokazując białe, nie całkiem równe zęby.

- Punkt dla ciebie – powiedział radośnie.

Kurt oparł brodę na dłoni i rzucił Blaine'owi słaby uśmiech.

- Każdego innego dnia byłoby to niesłychanie satysfakcjonujące. Ale byłem trochę zbyt przejęty czymś innym, żeby dostatecznie się tym cieszyć… - Zagryzł wargę na słowach tak szybko, jak tylko wydostały się z jego ust, ale Blaine rzucił mu tylko wspierające, rozumiejące spojrzenie i zapytał:

- Więc co zrobili, że trenerka chciała odejść?

Kurt przewrócił oczami. – Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć. Heteroseksualni chłopcy czasami potrafią być niesamowicie obrzydliwi. – I najwyraźniej dziewczyny hetero też. Naprawdę, z wszystkich ludzi nigdy by nie podejrzewał Tiny…

Blaine znów się roześmiał i uniósł ręce. – Nie zapytam o nic więcej, obiecuję!

Kurt uśmiechnął się, spojrzał na swój talerz i zorientował się, że zjadł połowę sałatki nawet tego nie zauważając. Odłożył widelec i objął dłońmi kubek ze stygnącą kawą. Blaine kontynuował.

- Więc, co każesz im włożyć, jeśli nie cekiny i boa?

Kurt zacisnął wargi i zaczął rozmyślać nad swoimi tablicami.

- W tych okolicznościach uszanuję godność trenerki Bieste i ograniczę się do klasycznego Motown, mamy mnóstwo marynarek w magazynie. Ale gdyby to był inny wypadek, naciskałbym na pióropusze i złote koronki, tylko po to, żeby było po mojemu. – spojrzał na zegarek, zmarszczył nos i odsunął krzesło. – Przerwa na lunch się już kończy i muszę wracać do szkoły. Dziękuję, za lunch i za wszystko.

- Nie ma za co – Blaine wziął swoją kawę i również wstał. – Odprowadzę cię, jeśli nie masz nic przeciwko. Zostawiłem samochód na waszym parkingu.

Kurt poczuł uśmiech ponownie rozlewający się na jego twarzy. – Byłoby cudownie.

Poszli do szkoły ramię w ramię, nie rozmawiając, ale gdy doszli do parkingu, Blaine się zatrzymał i lekko dotknął łokcia Kurta.

– Nie chcę naciskać, ale myślę, że naprawdę powinieneś powiedzieć o tym wszystkim swoim rodzicom. – powiedział trzeźwo. – Wszystko może teraz iść lepiej, teraz, kiedy ten chłopak wie, że masz za sobą przyjaciół. Ale może też być gorzej. Właściwie, nawet bardziej prawdopodobne, że będzie gorzej.

Wargi Kurta nagle się zacisnęły. Stanowczo pokręcił głową.

Blaine wyglądał przez chwilę na zdezorientowanego. Po chwili uniósł brwi. – Och. Twoi rodzice nie wiedzą, że jesteś gejem?

- To nie tak. – Kurt spojrzał w dół na swoje dłonie zaciśnięte na pasku torby. – Tata miał niedawno zawał serce i nie dochodzi do siebie tak szybko, jak powinien. A to… to jest dokładnie to, czego się zawsze bal. Że coś takiego mogłoby się mi przytrafić. Ta wiedza by go zabiła. A mam tylko jego.

- Nie wiedziałem. Przepraszam. – Blaine zmarszczył brwi rozmyślając. – Co z waszym szkolnym pedagogiem? Albo jakimś nauczycielem?

- Wiedzą. – Kurt pokręcił głową. – To jest tak, jak powiedziałeś. Nie obchodzi ich to, a gdyby ich to obchodziło, nie wiedzieliby co zrobić. Mój dyrektor chóru uważa, że moim prawdziwym problemem jest fakt, że nagle robię się z tego powodu zbyt przygnębiony. Poza tym…

Zatrzymał się. Co by się stało, gdyby jego ojciec usłyszał po raz pierwszy, że Kurt jest gejem tego okropnego popołudnia w jego pokoju, od Finna?

Nawet Karofsky na to nie zasługiwał.

Blaine patrzył na niego z ciekawością. Kurt pokręcił głową. – To nie jest ważne. – powiedział i, po chwili, Blaine skinął głową.

- Możesz do mnie zadzwonić – zaoferował. –Gdybyś czegoś potrzebował. Albo chciał porozmawiać…

Kurt nie mógł się powstrzymać; znów się uśmiechnął i skinął głową. Dziękuję. Bardzo chętnie.

Stał i machał, podczas gdy Blaine wyjechał z parkingu i zniknął na ulicy, po czym skierował się w stronę sali do angielskiego. Telefon zawibrował mu w kieszeni.

Powodzenia w kłótniach z twoimi chłopcami w sportowych kurtkach!

Kurt uśmiechnął się i odpowiedział bezczelnie: Hej. Nie pisz gdy jedziesz :)

Zadzwonił pierwszy dzwonek. Zaczął biec po schodach.

Nie jadę, kupuję benzynę. :P

To dobrze. Muszę iść, zaraz mam lekcje, wysłał i uśmiechnął się do telefonu nim schował go.

Zadzwonił dzwonek kończący ostatnią lekcję.

- Pamiętajcie – powiedziała pani O'Leary do klasy – test wielokrotnego wyboru w poniedziałek, przygotujcie się!

Kurt westchnął i wepchnął pracę domową do swojego pamiętnika. To coś znaczyło, jeśli nauczyciel musiał zrobić test, by zmusić połowę klasy do odrobienia lekcji…

Wysunął się z klasy i skierował w stronę swojej szafki. Litery, które przykleił do drzwiczek lekko zwijały się na końcach. Wyprostował je. Ciepłe, orzechowe oczy Blaine'a spoglądały krzepiąco na niego ze zdjęcia, które wyciął z księgi pamiątkowej Dalton; Kurt automatycznie odwzajemnił uśmiech, poczuł, że jego ramiona się rozluźniają, a ból głowy znika. Jeszcze tylko występ dla trenerki Bieste i tydzień będzie skończony. Piątkowy obiad tylko z ojcem, nareszcie tak dla odmiany, a potem całe dwa dni spokoju…

Coś uderzyło go w plecy i wpadł twarzą w szafki. Poczuł, że jego kolana zawiodły; pozwolił sobie upaść i obrócił się, głupio dziękując trenerce Sylvester za zmuszenie wszystkich, którzy przyłączyli się do jej zespołu, jak upadać bezpiecznie. Spojrzał w górę.

Karofsky gapił się na niego zmrużonymi oczyma. Gardło Kurta się zacisnęło. Zadrżał. Kąciki ust większego chłopaka zadrgały i uniosły się w lekkim uśmieszku i, po długiej chwili, odwrócił się, bardzo powoli i odszedł korytarzem.

Kurt przyciągnął kolana do piersi i zacisnął na nich trzęsące się dłonie. To jest to, pomyślał i zamknął oczy. Nie mogę tego więcej robić.

- Hej, Kurt? – Drgnął i spojrzał w górę. Mike stał przed nim z torbą przewieszoną przez ramię, patrząc z konfuzję na Kurta. – Wszystko gra?

Kurt zacisnął szczęki, zignorował wyciągniętą dłoń Mike'a i podniósł się na nogi. – Tak. – powiedział, bardzo spokojnie, zamknął swoją szafkę spoglądając ostatni raz na uśmiechnięte, pewne siebie oczy Blaine'a. – Chodźmy, musicie przeprosić trenerkę.

- Taa. – Mike zaczął iść razem z nim, niezależnie i pewnie, i rzucił mu uśmiech. – Dzięki za pomoc z muzykę i kostiumami, i w ogóle z wszystkim.

Kurt wzruszył ramionami i zdołał się uśmiechnąć. – Tylko to mogłem zrobić. – To ostatnia rzecz jaką zrobię. Mam nadzieję, że jest warta zachodu.

Kurt otworzył drzwi ze swojego pokoju i przez chwilę nasłuchiwał. Telewizor był włączony, ale dźwięk był przyciszony, co znaczyło, że ojciec czyta albo znów gra w Solitera. Wolno przeszedł przez korytarz i zatrzymał się w drzwiach, z ramionami ściskającymi broszury z Dalton. Po chwili ojciec się zorientował, że Kurt jest w pokoju i spojrzał znad układanych kart.

Kurt wziął głęboki oddech. –Tato, czy mogę z tobą o czymś porozmawiać?

Jego głos lekko zadrżał i ojciec zamrugał zaskoczony. – O czym?

Kurt usiadł na brzeżku kanapy z folderem informacyjnym przyciśniętym mocno do żeber. Zamknął na chwilę oczy i powiedział:

- Chcę zmienić szkołę.

Zmywarka cicho mruczała w kuchni. W telewizorze ktoś mamrotał. Ojciec patrzył na niego pusto. – Chcesz co?

Kurt przełknął ślinę. – Chcę zmienić szkołę. – powtórzył i zmusił się do rozluźnienia ramion i podania ojcu folderu. – To broszura z Akademii Dalton dla chłopców w Westerville. Chcę się tam przenieść.

Ojciec spoglądał to na broszurę, to na Kurta. Następnie, bardzo wolno, sięgnął po pilota i wyłączył telewizor.

- Mówisz poważnie. – to nie było pytanie.

Słowa zamarły Kurtowi w gardle. Skinął głową. Ojciec potarł dłonie. – Dlaczego?

Bo tam czułem się bezpiecznie.

Ale nie mógł tego powiedzieć. Nie mógł tak przerazić ojca, gdy ten jest chory. Pokręcił głową.

- To… - przełknął ciężko. – To jest bardzo dobra szkoła, tato. Mają całą listę zaawansowanych zajęć dla juniorów i seniorów – porządne zaawansowane lekcje, nie tylko zaawansowany tok nauki w trakcie normalnych zajęć jak połowa tych w McKinley…

Ojciec spojrzał na broszurę. Kurt wziął ją do rąk i otworzył na pierwszej stronie.

- Mają świetny program artystyczny. Widzisz? – Ręka Kurta drżała gdy otwierał właściwe strony broszury. – Sztuki wizualne, teatr, muzyka, wszystko. I program klasyczny… - Próbował odwrócić stronę i upuścił książeczkę, tata powoli się schylił by ją podnieść. –Mógłbym uczyć się łaciny, tato. I greki od trzeciego roku. I mają świetny chór, i koło francuskie, które co roku organizuje wycieczkę do Paryża dla seniorów, więc mógłbym, mógłbym, mieć więcej zajęć dodatkowych do wypisania na podaniu na studia. Prawie sto procent tamtejszych uczniów dostaje się do pierwszego college, do którego złożyli podanie, tato, mógłbym dostać się do jakiegokolwiek college w kraju… Mógłbym się dostać na Uniwersytet Nowojorski… - to niemożliwe do spełnienia marzenie, to, o którym nigdy nikomu nie powiedział, nawet pannie Pillsbury ani pani Lister, ani nawet Mercedes.

Ojciec obrócił broszurę we właściwą stronę i spojrzał wyczekująco na Kurta. – I?

Kurt oparł się o ramię kanapy. – I co?

Ojciec oparł łokcie na kolanach i serce Kurta zamarło.

- Przestań, Kurt – powiedział ciężko. – Znam cię. i wiem, kiedy mi czegoś nie mówisz.

- Ja nie… - ojciec uniósł brwi. Kurt spojrzał na niego ponownie, zamknął oczy i skłamał.

- Przepraszam. W środę po południu, kiedy powiedziałem, że muszę jechać do biblioteki… nie byłem tam. Opuściłem popołudniowe lekcje i pojechałem do Westerville żeby obejrzeć szkołę.

Wyginał palce trzymając dłonie na kolanach. Mocno zamrugał.

- To bardzo dobra szkoła, tato. O wiele lepsza niż McKinley. Naprawdę chcę tam pójść.

Ojciec ciężko wypuścił powietrze. Kurt mocno ścisnął dłonie. – Wiem, że to daleko – wydusił z siebie. – Ale mogę dojeżdżać, ludzie tak robią codziennie. Są pociągi, sprawdziłem… I wiem, że to droga szkoła, zwłaszcza teraz, ale możemy… - przełknął ciężko. – Możemy napocząć moje pieniądze na studia. Albo… - gardło się mu zacisnęło, ale pomyślał o Karofskim i zmusił się, by powiedzieć, co miał na myśli: - Albo możemy porozmawiać z babcię. Wiesz, że zawsze mówiła, że z radością pomoże opłacać moją edukację.

Ojciec chrząknął i rzucił mu spojrzenie. Babcia była ostatnio niezręcznym tematem: nie lubiła zbytnio Carole i bardzo nie lubiła Finna.

Kurt pokręcił głową i zamknął oczy. – Nieważne. Możemy użyć pieniędzy na studia. Proszę, tylko przejrzyj tą broszurę. Wszystko tam jest, lekcje, statystyki, koszty. Wszystko.

Ramiona ojca skuliły się. Pochylił głowę nad dłońmi.

- Proszę. – powiedział Kurt i silnie zamrugał

Ojciec potarł brodę dłonią. – Pomyślę o tym – powiedział po chwili. W jego glosie było słychać napięcie.

Oczy Kurta zaczęły łzawić. Zacisnął mocno usta by powstrzymać łzy i odwrócił wzrok aż odzyskał nad sobą kontrolę na tyle, by móc powiedzieć:

- Dziękuję. Mam… mam test z biologii w poniedziałek, muszę się iść pouczyć. – zmusił się do wstania, spojrzał na broszurę i na czubek głowy ojca. – Przepraszam, że opuściłem szkołę – wydusił z siebie. Jego głos się trząsł. Wytarł szybko oczy Tylem dłoni. – Już nadrobiłem wszystko.

- Dobrze. – powiedział ciężko ojciec. Znów spojrzał na syna, a jego twarz była poszarzała i zmęczona. – Kurt, jesteś szczęśliwy w McKinley?

Kurt spojrzał na swoje dłonie i pomyślał, by znów skłamać, ale jego gardło zacisnęło się na słowach. Pokręcił głową.

- Nie, tato. – powiedział tak spokojnie, jak tylko zdołał. – Nie jestem.

Do czasu gdy wrocił do swojego pokoju, cały się trząsł. Opadł na krzesło przy biurku i wpatrzył sę w ścianę, z zaciśniętymi ustami, próbując potrzymać łzy wciąż napływające do oczu. To i tak była marna szansa, powiedział soie twardo i wygrzebał z kieszeni chusteczkę, by wytrzeć twarz do sucha. Przełknął gulę w gardle, wziął stanowczy oddech i sięgnął po podręcznik do biologii. Jeśli nie może zmienić szkoły, przynajmniej może mieć same A. Bo kto wie? Może, jeśli naprawdę się będzie ciężko pracować, można dostać się na NYU z McKinley High.