Rozdział 7: Myślę, że moje motywy były bardzo zrozumiałe.

To było zdumiewające, jak dużą różnicę zrobił brak Glee w planie zajęć. Bez ogłupiającej listy wczesnych zajęć pana Schue, prób w czasie lunchu i po szkole, Kurt miał więcej czasu na odrabianie lekcji, na sen i zajmowanie się domem, a także więcej możliwości unikania Karofskiego na korytarzach. We wtorek rano doszedł na spacer z ojcem jeszcze przed szkołą. – nie za dużo, tylko raz dookoła przecznicy, wolno, ale tata ledwo co używał laski i Kurt niemal latał z radości przez cały dzień na samo wspomnienie. W środę po południu, pozwolił pracy domowej poczekać przez półtorej godziny i zrobił sobie organiczną maseczkę, o której marzył od tygodni. W czwartek, jadąc do domu, zauważył nowy plakat w oknie jego ulubionego second-handu i zatrzymał się. RENT w domu kultury? Naprawdę?

Postał przez chwilę, patrząc niezdecydowanie na samochód. W końcu się poddał i spędził prawie godzinę grzebiąc po półkach. Znalazł trzy świetne topy, parę wąskich szarych spodni, których metka sprawiła, że jego szczęka opadła, elegancki kapelusz i cudowną parę lekko ziszczonych, masywnych butów. Gdy przyniósł wszystko do lady, pani Morton spojrzała na niego znad okularów i powiedziała:

- Wiesz, dostaliśmy też ostatnio mnóstwo książek…

Kurt klasnął w dłonie. – Mogę to zostawić u pani? Wrócę za chwilę.

Pani Morton spojrzała na niego życzliwie. – Znając ciebie, wrócisz za co najmniej pół godziny. No dobrze, zostaw.

Nowe książki okazały się przede wszystkim romansami historycznymi, których Kurt nie lubił, poza tymi Georgette Heyer. Ale znalazł powieść Agathy Christie, której jeszcze nie miał i coś dziwnego, ale intrygującego o kanadyjskim wampirze-detektywie i już miał wracać, gdy zauważył jasny grzbiet w samym rożku półki. Delikatnie wyjął książkę.

- Och! – nabrał powietrza i ostrożnie przejechał palcem po napisie " Edward Gorey" na okładce.

Sybilla w grobie. Naprawdę ją trzymał.

- Dziękuję. – powiedział gorączkowo do pani Morton gdy wrócił do lady. – Szukałem tego od wieków.

Rozpromieniła się i zaczęła nabijać zakupy na kasie.

Gdy wreszcie wrócił do domu, ojciec spojrzał na torby zwisające mu z ramion i uniósł brwi.

- Second-hand, tato. Nie wydałem czterdziestu dolarów. I kupiłem też książki!

- Okej, okej. – Ojciec położył stopę na stoliku do kawy i zaczął przeglądać swój magazyn.

- Było coś dobrego?

- Och, tak. – powiedział Kurt i radośnie zaniósł torby do swojego pokoju, by móc wyłożyć wszystko na kanapy i zdecydować, co zrobić najpierw. Spędził resztę wieczoru w przyjemnej mieszaninie materiału i nici, i szpilek, podwijając rękawy prążkowanej koszulki polo dokładnie o cal i trzy czwarte, zwężając nogawki spodni na starej maszynie do szycia mamy – gdzieś w przeciągu kilku ostatnich miesięcy schudł więcej niż o rozmiar i nawet się nie zorientował – i szkicując nowe projekty muszek, między uczeniem się francuskich słówek, robieniem notatek na historię i przepisując odpowiedzi na wybitnie nudne pytania z biologii bezpośrednio z podręcznika.

Włożył nową koszulkę i spodnie następnego dnia do szkoły i zdołał niemal dotrwać do lunchu nim ktoś wylał na niego slushie. Właśnie radośnie skracał sobie drogę na angielski przez trawnik, gdy telefon zawibrował w jego kieszeni – nie sms, ktoś dzwonił. Uśmiechnął się spoglądając na numer i odebrał połączenie.

- Blaine! Cześć!

- Hej Kurt. Wszystko gra?

To było dziwne. Zamrugał. – Oczywiście. Czemu…

- Nic, tylko po prostu nie dzwoniłeś od jakiegoś czasu, ani nie wysłałeś żadnego smsa i nie byłem pewien…

- Och! – machnął teatralnie ręką, przypomniał sobie, że Blaine tego nie widzi i zarumienił się. – Przepraszam. Po prostu ostatnio żyje mi się trochę… dziwnie. Zrezygnowałem z Glee. – powiedział tak znikąd, po czym przewrócił oczami. Blaine nie musiał o tym wiedzieć.

- Tak?

Kurt pokręcił głową. – Długa historia.

- Może powiesz mi w przyszłym tygodniu?

Kurt zatrzymał się na środku trawnika i zmarszczył brwi. – W przyszłym tygodniu?

Blaine milczał przez chwilę. – Grupa objazdowa wystawia RENT w waszym domu kultury w przyszłym tygodniu, wiedziałeś o tym?

- Czy wiedziałem? – Kurt oparł się o stolik pod szkołą. – Widziałem wczoraj plakat na oknie second-handu. Nadal nad tym wzdycham. – normalni próbowałby przekonać Mercedes, żeby z nim poszła, ale teraz…

- Jest sprawa – Blaine kontynuował – że się zastanawiałem, czy nie chciałbyś pójść.

- Um…

- Znaczy, oczywiście, wiem że chcesz iść, właśnie powiedziałeś. Ale jakbyś chciał iść ze mną, mógłbym nam kupić bilety. – Kurt zamarł. Po chwili ciszy Blaine powiedział niezręcznie:

- Powiedz proszę, że chcesz? Nie jest fajnie iść do teatru samemu.

Kurt odzyskał oddech i rozpromienił się. – Z przyjemnością. Dziękuję ci. To jest bardzo… dziękuję.

- Super! – I Blaine właściwie brzmiał jakby naprawdę tak uważał. – Może być sobota?

Serce Kurta łomotało. Zacisnął dłoń u podstawy szyi.

- Tak. Tak, sobota będzie idealna. Może rano? Będzie lepiej dla ciebie, musisz jechać z tak daleka i to by znaczyło, że tata nie będzie sam cały wieczór.

- Świetnie. Kupię bilety i wyślę ci smsa z detalami, okej?

- Byłoby cudownie. Dzięki.

- I będziesz mógł mi wtedy opowiedzieć tą historię o rezygnacji z Glee. A jak idą sprawy z tym chłopakiem, miałeś jeszcze jakieś problemy?

- Z Karofskim? Nie. Nie, ostatnio dość dobrze udaje mi się unikanie go. To już całe trzy dni od kiedy dostałem pogróżkę albo oberwałem slushie. – Kurt zaśmiał się niezręcznie. –Wszystko ze mną dobrze. Nie tknął mnie. Um, muszę iść na lekcje, spóźnię się tak bardzo, na razie…

- Na razie – odpowiedział Blaine i rozłączył się. Kurt wsunął telefon do torby i ruszył ku schodom…

Ręka złapała go za kołnierz i silnie popchnęła. Zakrztusił się, cofnął się instynktownie próbując się wykręcić, ale został popchnięty na ścianę. Mocno uderzył głową o cegły. Obraz przed jego oczami rozbił się na kawałki. Zgiął się, szukając po omacku ściany, próbując nie upaść…

Pięść trafiła w jego plecy. Uderzył ponownie o ścianę, upadł na dłonie i kolana. Spróbował się zmusić do odwrócenia; złapał rozmazany obraz Karofskiego pochylającego się nad nim, ale w tym samym momencie futbolista kopnął go w nadgarstek i jego ramię się załamało. Stracił oddech i upadł na bok. Próbował oprzeć się na zdrowym ramieniu i się podnieść, ale kolejne kopnięcie sprawiło że upadł ponownie; musiał odsunąć się używając tylko jednej ręki, ale w tym momencie poczuł więcej kopniaków na żebrach i plecach i wszystko, co mógł zrobić, to zwinąć się w kłębek i zdrowym ramieniem zasłonić twarz, i…

-Co do diabła?

Zaszurały stopy. Coś się rozerwało. Kurt skupił się na w miarę równym dyszeniu gdy głosy dziwnie zabrzmiały w jego uszach.

- Co cię napadło? Mógłbyś być za to wydalony ze szkoły! Masz niezłą szansę na stypendium z powodu hokeju w przyszłym roku, masz zamiar to zaprzepaścić z powodu tego pedała?

W końcu otworzył oczy. Uniósł odrobinę głowę i zamrugał, starając się pokonać nudności. Azimio trzymał mocno Karofskiego, potrząsając nim.

Głowa Kurta opadła z ulgą. Pracując zdrowym ramieniem, ostrożnie się podniósł i niemal upadł ponownie, gdy poczuł ból opasujący jego żebra.

- Dziękuję. – wydusił z siebie po długiej, przyprawiającej o mdłości chwili. Jego głos był zachrypnięty.

Azimio spojrzał na niego, wciąż trzymając kark Karofskiego. – Nie myśl sobie, że zrobiłem to dla ciebie. – znów potrząsnął Karofskim. – Będziesz się już zachowywał sensownie, czy mam cię dalej trzymać? - Karofsky próbował wykręcić się z jego uścisku.

Kurt skulił się nad bezwładnym ramieniem. – Nie obchodzą mnie twoje motywy. – powiedział słabo. Tylko doceniam twoją interwencję. – nagle żołądek chłopaka cię przekręcił i łokieć odmówił posłuszeństwa; chłopak pochylił się i bezsilnie zwymiotował na cement.

- Co z tobą się dzieje ostatnio? – narzekał Azimio nad chłopakiem; Kurt skulił się słysząc jego głos, wycierając usta z żółci, po czym się zorientował, że Azimio puścił Karofskiego i jakoś, z desperacją, podniósł się na nogi i odwlókł się od nich. – Zachowujesz się, jakbyś miał obsesję na punkcie tego małego… co do cholery? Azimio zgiął się wpół gdy Karofskiego trafiła w jego żołądek. Po chwili oddał i Karofsky upadł na kolana i już tak został, wymiotując.

Kurt zadrżał z obrzydzeniem. – Daj mi moją torbę – wykrztusił.

Azimio obrócił się, rzucając chłopakowi wściekłe spojrzenie. – Co powiedziałeś?

Wzrok Kurta się zamglił. Pochylił się i zacisnął zęby. – Nie chcę, żeby ten odmieniec dotykał czegokolwiek, co należy do mnie. – wydusił po chwili. – Daj mi moją torbę.

Azimio patrzył na niego przez chwilę. Spuścił wzrok na Karofskiego. Powoli sięgnął w dół i podniósł torbę Kurta i podał ją na wyciągniętym ramieniu, z daleka od siebie. Kurt ostrożnie wyjął ją z dłoni chłopaka i przewiesił pasek przez zdrowe ramię.

Drzwi nie były zbyt daleko. Ostrożnie skierował się w ich kierunku.

- Hej! Hummel!

Zatrzymał się.

- Powiesz o tym komukolwiek i obiecuję ci, że wrócę i dokończę robotę.

Świat zaczął wirować wokół niego. Zakrztusił się. – Nie mam zamiaru udawać, że nie mam złamanego ramienia po to, żeby ratować stypendium tego szajbusa. – powiedział powstrzymując mdłości. Oparł zdrowe ramię o drzwi, nacisnął klamkę i niemal rozpłakał się z ulgi, gdy drzwi ustąpiły i wpuściły do na szkolny korytarz.

Stał tam, trzęsąc się i trzymając uszkodzone ramię. Rozejrzał się. Ściany wyglądały znajomo, ale nie potrafił ustalić, gdzie był ani jak się dostać stąd do pielęgniarki…

- Hej, Kurt! – rozpoznał głos, to słabe zaciąganie słów; spróbował nabrać powietrza i odpowiedzieć, ale żebra bolały zbyt mocno. Becky spojrzała na niego i zmarszczyła brwi.

- Dobrze się czujesz?

- Muszę… - korytarz zawirował. Chłopak się zakrztusił.

- Zabiorę cię do pani pielęgniarki. – powiedziała Becky. – Chodź ze mną. – złapała go za zdrowy łokieć i pociągnęła. Kurt musiał skupić się z całej siły tylko po to, by pójść za dziewczyną bez przewracania się; gdy zatrzymała się, uderzył w jej ramię i wymamrotał przeprosiny.

- Och! Co…

Zdezorientowany podniósł wzrok. Pani Murchison spieszyła zza biurka w jego kierunku.

- Myślę, że mam złamany nadgarstek – powiedział i oparł się o framugi drzwi.

Becky spojrzała na niego, na panią Murchison i z powrotem, żując wargę.

- Pójdę po trenerkę. – oznajmiła i odeszła.

Pani Murchison posadziła go ostrożnie na krześle i dała poduszkę, na której mógł oprzeć ramię, spojrzała w jego oczy, ostrożnie obmacała jego głowę, szybko się oddaliła i po chwili wróciła z woreczkiem lodu owiniętym w miękką tkaninę, by owinąć go wokół nadgarstka. Zakrztusił się i zamknął oczy.

- Patrz na mnie. – powiedziała ostro i chłopak ponownie otworzył oczy, zasłaniając ręką usta. – Gdzie boli?

Ostrożnie wciągnął powietrze nosem. – Wszędzie…

Żołądek znów się przekręcił i kobieta w ostatniej chwili podała mu miskę. Gdy skończył wymiotować, położyła dłoń na jego czole i lekko skinęła głową. – Okej, siedź tutaj cicho przez chwilę. Zadzwonię do twojego ojca.

Tata. Wydał cichy dźwięk, ale pani Murchison już rozmawiała przez telefon i nie usłyszała go. Znów zamknął oczy…

- Ladyface!

Trener Sylvester. Kurt zadrżał.

- Patrz na mnie, Lady. Dalej! Myślisz że to trudne? Spróbuj wspiąć się na Mount Everest bez butli z tlenem, to dopiero trudne!

Zmusił się do otworzenia oczu i spojrzał na trenerkę. Na obydwie trenerki.

- Lepiej. Teraz, co do cholery się ci stało? – warknęły.

Kurt lekko zmarszczył brwi. Dwie trenerki Sylvester? Coś nie tak. Nie powinny być dwie. Wszechświat już dawno by się zapadł, gdyby obie były w tym samym miejscu i czasie.

- Hummel!

Och. Tak. Wziął ostrożny wdech. – Zacząłem krzyczeć na Karofskiego – powiedział . I potem nie chciał mnie zostawić w spokoju. Azimio odciągnął go ode mnie, żeby mógł dostać stypendium sportowe.

To nie brzmiało poprawnie. Znów zmarszczył brwi, starając się poukładać porządnie słowa, które miał w głowie, ale ta za bardzo pulsowała. Nie mógł myśleć. Trener Sylvester jednak wyglądała, jakby jej to nie przeszkadzało; tylko skinęła głową z grobowym wyrazem twarzy i zawołała: - Becky!

Głowa Kurta zadzwoniła. Złapał za brzeg siedzenia i pochylił się. Becky wyskoczyła zza rogu, z rozszerzonymi, poważnymi oczyma.

- Dave Karofsky, Hank Azimio i Beiste, biuro Figginsa, za dziesięć minut. Idź!

Becky skinęła i zniknęła. Kurt zamknął oczy i czekał, aż trenerka odejdzie.

Po chwili ktoś dotknął jego czoła. – Nie ruszaj się. – powiedziała stanowczo pani Murchison – Twój ojciec niedługo się zjawi.

Ostrożnie pochylił głowę i czekał. Nie był pewny, ile minęło czasu, nim usłyszał znajome kroki za drzwiami, a chwilę później głos ojca, cichy i drżący:

- Hej, dzieciaku. – dłoń taty objęła jego twarz. – Kurt? No dalej, dziecko, spójrz na mnie…

Zmusił się do otwarcia oczu. – Prowadziłeś? Nie wolno ci. – Jego usta nie działały prawidłowo. Dotknął ich delikatnie. Kącik był opuchnięty i bolał.

Ale tata zaśmiał się słabo. – To mój chłopak. Nie, nie prowadziłem, zadzwoniłem do Carole, podrzuciła mnie. Jak się czujesz?

Kurt ponownie zamknął oczy. – Boli.

- Gdzie?

Spróbował pomyśleć o tym. – Stopy nie?

- Nie dałam mu nic przeciwbólowego, może mieć wstrząśnienie mózgu. – powiedziała pani Murchison zza ramienia ojca. – Ma paskudnego guza na głowie.

- Uderzyłem głową o ścianę. – poskarżył się chłopak. – Zaczęło mi się zawracać w głowie. Nie mogłem uciec, próbowałem, tato…

Dłoń ojca objęła tył jego głowy, bardzo delikatnie. – Okej. Wszystko będzie dobrze. Możesz wstać, synku? Musimy cię zabrać na pogotowie.

- Tylko nałożę mu temblak. – powiedziała stanowczo pani Murchison i zmusiła Kurta by podniósł odrobinę ramię. – Niech się pan upewni, żeby obejrzeli też jego bark, coś jest z nim nie tak. – powiedziała, podczas gdy kurt znów zwymiotował, po czym odprowadziła ich obu na parking i pomogła chłopcu wsiąść do auta Carole. Nawet położyła mu znów poduszkę pod ramię.

Nie pomogło to zbytnio. Droga do szpitala była okropna. Skulił się z tyłu auta i mocno złapał za pasy, starając się oddychać i nie zwymiotować jeszcze raz. Tata siedział naprzeciw niego i obserwował go z lękiem. Łzy uciekły z kącików jego oczu i nie mógł nawet unieść ręki, by je zetrzeć.

Pogotowie było zatłoczone i hałaśliwe, i sprawiło, że znów zaczęło mu się zawracać w głowie. Ojciec odszedł by wypełnić formularze i Kurt stał tam, zataczając się, aż Carole złapała go za zdrowy łokieć i poprowadziła do siedzenia. Ostrożnie usiadł. Carole usiadła obok niego i odsunęła włosy z jego czoła.

- Nie dotykaj mnie. – wydusił, chrypiąc, i kobieta zamiast tego poklepała jego kolano. - Wszystko dobrze, kochanie. – powiedziała cierpliwie. – Jesteś już w szpitalu. Wszystko będzie z tobą dobrze.

Ojciec wrócił i usadowił się na siedzeniu po drugiej stronie Kurta. – Może potrwać chwilę nim nas przyjmą.

Kurt zmusił się na szybki uśmiech. – Nic dziwnego. Taki tu bałagan.

- Tak. – roześmiał się ojciec. – Dasz radę poczekać?

- Yhym. Chyba.

Carole poruszyła się niespokojnie. – Ja… - oczyściła gardło. – Burt, dasz radę się dostać stąd do domu? Powinnam jechać do pracy. Marcie nie może pracować za mnie dłużej… - Kurt podniósł wzrok i dopiero teraz zorientował się, że kobieta ma na sobie ubranie do pracy, i mały identyfikator, z którego była tak dumna – ten, na którym pisało „Carole Hudson, Asystent menadżera"

Ojciec skinął głową. – Wezwiemy taksówkę.

- Okej – wyłamała palce. – Mam nadziej, że niedługo się tobą zajmą.

Kurt wziął ostrożny oddech. – Dziękuję, że nas przywiozłaś. – powiedział tak wyraźnie, jak tylko mógł i Carole poklepała go po ramieniu, po czym wyszła.

Kurt zadrżał i pokonał mdłości. To tylko szok, powiedział sobie i starał się nie ruszać.

- Wszystko okej, dzieciaku?

Zamknął oczy. – Strasznie mi zimno.

Ojciec wydał zmartwiony dźwięk. – Możesz się odrobinę pochylić do przodu? Kurt zagryzł wnętrze wargi i spróbował; musiało być dość, bo sekundę później coś ciepłego i ciężkiego owinęło się wokół niego. Wciągnął powietrze i poczuł zapach warsztatu. Kurtka taty.

- Lepiej?

- Yhym. Dzięki.

- Gdzie twój płaszcz? Wiem, że miałeś go dzisiaj rano.

- Powiesiłem go w szafce. Chyba?

Ręka ojca delikatnie zamknęła się wokół jego dłoni. – Kurt, kto to zrobił? I nie próbuj mi wmówić, że udawaliście skowronki z chłopakami od cheerleaderek i spadłeś czy coś, bo nie uwierzę ci. Wiem, jak wygląda ktoś, kto został pobity. – fuknął gniewnie. – Nie rozumiem, jak mogło do tego dojść. Myślałem, że jesteś bezpieczny w szkole. Powinny być jakieś zasady.

Oddech Kurta zadrżał, chłopak niemal się roześmiał.

- Kurt, mów.

Ostrożnie pokręcił głową. – Chłopak z drużyny hokejowej mnie pobił.

-Tak po prostu? Nie wiadomo, skąd? – ojciec brzmiał na zdziwionego.

Kurt znów zadrżał. – Nie. – powiedział po chwili. – Prześladował mnie od zeszłego roku. Popychał, Wyzywał. Tego typu rzeczy.

Ojciec potarł usta dłonią. – I nikt nic nie zrobił? Ktoś w szkole musiał to widzieć. Mówisz mi, że nikt nie przywołał tego dzieciaka do porządku albo nie próbował go zatrzymać?

Nagle Kurt chciał się roześmiać, ale wtedy by znowu zwymiotował albo zemdlał. Zagryzł wargę.

- Zauważyli. Nic nie zrobili.

Ojciec oparł dłonie na kolanach i pochylił głowę. – Dlatego chciałeś się przenieść, prawda? To jest prawdziwy powód, nie zaawansowane klasy ani większa szansa dostania się na studia. – Spojrzał kątem oka na Kurta.

Kurt ostrożnie przełknął i skinął. – Znam chłopaka, który tam chodzi. Spotkałem go, gdy… gdy pojechałem do Dalton tamtego dnia. Powiedział że tam wyznają zasadę zero tolerancji dla prześladowania. Powiedział, że to naprawdę działa.

Ojciec ze zmęczeniem potarł twarz dłonią…

- Hummel? Kurt Hummel? – ktoś zawołał od strony biurka.

- Hej – powiedział tata z ulgą i wstał. – Jednak nie trwało to aż tak długo.

Po chwili dzień przekształcił się w mgliste wspomnienie dźgania i pytań, i bólu, medycznego żargonu i maszyn do prześwietleń, a także, o dziwo, pielęgniarki robiącej zdjęcia sińcom ciemniejącym na całym jego torsie i udach. Kurt siedział drżąc w szpitalnym fartuchu, podczas gdy nakładali mu gips na rękę, świecili mu w oczy i w końcu zostawili go na chwilę na łóżku. Po powrocie dali mu kilka tabletek do połknięcia, posadzili na wózku i opatulili z powrotem kurtką ojca. Zjawił się salowy, który popchnął wózek w stronę wyjścia.

Na zewnątrz robiło się ciemno. Stróż nocny spojrzał na nich z ciekawością.

- Zawsze tak często odwiedzacie szpitale? – zapytał i nagle Kurt rozpoznał go z tych wszystkich nocy, gdy wracał od ojca.

Tata grobowo pokręcił głową. – Przy odrobinie szczęścia już tu nie wrócimy. – powiedział i machnął na taksówkę.

Siedzieli razem z tyłu samochodu. Kurt tępo wpatrywał się w pogrążające się w mroku ulice. Ojciec obserwował go.

- Tato?- Kurt odezwał się po chwili. – Czy ty i Carole macie zamiar się pobrać?

Ojciec wyglądał na zaskoczonego. – Nie wiem. – powiedział powoli. – Znaczy, to jest możliwe. Rozmawialiśmy o tym. Ale nie zdecydowaliśmy niczego. Przeszkadzałoby ci to? – podrapał się w brodę. – Znaczy się, zauważyłem, że masz ostatnio z nią odrobinę na pieńku. Ale nie mogę rozgryźć, dlaczego?

- Przepraszam. – Kurt oparł głowę o chłodne szkło okna. – Wiem, że ją kochasz. Ale nie jestem już pewny, jak bardzo ona cię kocha.

- Co takiego?

- Kurt bawił się brzegiem pasów bezpieczeństwa. – Nie widziałeś, jaka była kiedy leżałeś w szpitalu. Na początku, mam na myśli. Przychodziła na pół godziny, o ile miałeś szczęście. – wybuchnął urażony. – Wyglądając na strasznie zbolałą, po czym mówiła, że nie może znieść patrzenia na ciebie w takim stanie i znów wychodziła.

Ojciec potarł usta. – Ona nienawidzi szpitali.

- Ja też. – warknął Kurt. –Ale dałem radę. I poprosiłem ją o pomoc z firmą ubezpieczeniową zgodziła się, ale nigdy nie pomogła. Musiałem sam to wszystko rozpracować, zajęło to całe dnie. A potem zapytałem, czy pomoże mi szukać innych metod leczenia dla ciebie, wszystko co zrobiła to przywlokła połowę Glee do twojego pokoju żeby zorganizować kółko modlitewne. – Ojciec wyglądał na bardzo zaskoczonego tą nowiną, a Kurt pociągnął nosem. – Oddychałeś tlenem, a ona pozwoliła Rachel postawić na stoliku przy twoim łóżku zapaloną świeczkę, żeby mogła zaśpiewać Yentl w odpowiedniej oprawie. mogła cię zabić.

Ojciec pokręcił głową. – Nie nadążam za tobą.

- To musical. Streisand. To zawsze Streisand. Nie pozwolili jej zaśpiewać jej perfekcyjnej piosenki na zajęciach, więc Carole pozwoliła jej użyć twojego szpitalnego pokoju jako sceny. Rachel, not Streisand, - dodał po chwili i potarł oczy.

- Zaczynam się cieszyć, że byłem w śpiączce. – wymamrotał ojciec.

- I ona zawsze mówi do mnie zdrobniale. - Kurt narzekał. –Jakby nie chciała powiedzieć mojego prawdziwego imienia. Wtargnęła do naszej rodziny – wydusił w końcu (przyp. tłum.: w oryginale „she's encroaching"; encroach – wtargnąć, naruszać. U nas nie jest tak łatwo stworzyć inne słowa od czasowników, jak w angielskim :P). Rozważył ostatnie słowa i z satysfakcją skinął głową. Nagle poczuł, że musi potężnie ziewnąć. – Przepraszam…

Taksówka się zatrzymała. – Okej, dzieciaku, myślę, że czas do łóżka. –powiedział ojciec i obszedł samochód, by mu pomóc.

Tata doprowadził go do przednich drzwi – Kurt próbował protestować, ale ojciec go zignorował, poza tym chłopak pierwszy raz się zorientował, że Burt nie ma ze sobą laski. – i, bardzo ostrożnie, w dół po schodach do jego pokoju. – Wskakujesz w piżamę – powiedział stanowczo. – Ja przygotuję ci łóżko.

Kurt zdołał ubrać dół z piżamy, ale góra go pokonała; wyszedł z łazienki trzymając ją w dłoni. Ojciec podniósł wzrok znad wygładzania koca i zachichotał. – Chodź tu. – powiedział ciepło i Kurt usiadł na brzegu łóżka. Zeszło im obu trochę czasu nim znaleźli sposób, jak nałożyć rękaw na gips i ojciec musiał zapiąć guziki, bo palce Kurta nie chciały pracować prawidłowo, ale w końcu jakoś znalazł się w łóżku, zatapiając się w stercie poduszek, a tata otulał jego ramiona kocem, i było ciepło, i wygodnie, i bezpiecznie, i cały ten okropny dzień wreszcie, wreszcie się skończył…

- Masz – otworzył oczy. Pojawiła się przed nim szklanka wody. Ostrożnie upił, czując jak przestaje mu drapać w gardle, a żołądek się rozluźnia.

- Dzięki. – jego głos był słaby.

Szklanka stuknęła o powierzchnię nocnego stolika. Zamknął oczy. Coś dotknęło jego skroni, bardzo delikatnie. Westchnął i odpłynął, i nim usnął usłyszał głos ojca, bardzo cichy, bardzo daleko:

- Mój mały chłopiec. Mój piękny, mały chłopiec. Teraz już wszystko będzie w porządku. Słyszysz mnie, dzieciaku? Wszystko będzie w porządku.

Kurt wygrzebał się ze snów i prześcieradeł. Leżał, mrugając ciężko w jasnym świetle przez długą minutę nim zorientował się, że jest kompletnie rozbudzony i że czuje się okropnie. Miał opuchnięte, piekące oczy; wydostał prawą rękę spod koca i delikatnie je potarł, ale nie pomogło. Czuł niesmak w ustach. Głowa, ramię i biodra bolały niemiłosiernie. I musiał iść do łazienki, bardzo, więc po chwili zacisnął szczęki, podparł się prawym ramieniem i, bardzo powoli, podniósł się.

Stanąć na nogi było o wiele trudniej, z obolałymi żebrami i niczym, na czym mógłby się oprzeć w pobliżu, ale w końcu mus się udało i pokuśtykał do drzwi. Płytki łazienki były zimne pod jego stopami, ale przynajmniej obudziło go to trochę; z tęsknotą spojrzał na prysznic – to musi poczekać aż znajdzie sposób, jak uchronić gips przed zmoczeniem – i spryskał twarz wodą przy pomocy jednej ręki i wrócił, by znaleźć swoje kapcie z froty. Gdzieś nad głową usłyszał burczący głos. Tata. Rozmawia z babcią przez telefon? Ale inny głos odpowiedział i Kurt przygryzł na chwilę policzek, po czym wziął uspokajający wdech i zaczął wspinać się po schodach.

Gdy w końcu doszedł do ich szczytu i otworzył drzwi swojego pokoju, Carole właśnie mówiła:

- Ten chłopak został wyrzucony ze szkoły, Burt. Wezwali policję. Rachel słyszała od jednej z dziewcząt z Glee i zadzwoniła, żeby powiedzieć Finnowi.

Kurt przymknął oczy. Do tej pory nowiny pewnie obiegły całą szkołę: „Hej, słyszałeś? Dave Karofsky pobił tego pedała Hummela i trenerka załatwiła, że wyrzucili go ze szkoły…"

Coś stuknęło o kuchenną ladę. – Myślisz, że jakoś to przegapiłem? – zapytał ojciec krótko. – Rozmawiałem przez telefon ze szkołą cały czas, kiedy lekarze oglądali Kurta i większość wieczoru też, po tym jak wróciliśmy do domu, a kiedy nie rozmawiałem ze szkołą, rozmawiałem z glinami.

Byli w kuchni. Kurt zaczął iść korytarzem.

- Widzisz? To wszystko…

- Nie obchodzi mnie to, Carole. – następne stuknięcie. – Mój chłopiec ma złamane ramię i spaprany bark, i ledwo co uniknął pękniętej czaszki, i mogło się to stać w każdej chwili w tym roku, bo tak długo musiał sobie z tym radzić. Wydalili dzieciaka tylko dlatego, że trenerka cheerleaderek dowiedziała się o sprawie, a ona ma słabość do Kurta. Gdyby to był jakikolwiek inny dzieciak po prostu by odeszła, jak Schuester i cała reszta. Nie wyślę go więcej do tamtego miejsca. – Kran zaskrzypiał.

Oddech Kurta zamarł. Zacisnął dłoń u podstawy szyi.

Carole ciężko westchnęła. – Burt, rozmawialiśmy o tym. Nie możemy wysyłać chłopców do różnych szkół, to nie fer.

Różnych szkół? Kurt pokuśtykał dalej korytarzem.

- Nie fer dla kogo?

Nastąpiła chwila ciszy. Carole zająknęła się, po czym wykrztusiła:

- Dla ich obu! Kurt radzi sobie świetnie w McKinley, wiesz o tym. Ma dobre oceny. I ma tam wszystkich przyjaciół. Nie chciałby ich zostawić…

Ojciec parsknął. – Sądząc po tym, jak właśnie zrezygnował z Glee, myślę, że nie ma z tym problemu. I też już ma przyjaciela w Dalton.

Dalton? Szczęka Kurta opadła. Oparł się o drzwi pokoju dziennego i gapił się.

W kuchni Carole potarła czoło przedramieniem. – Nie miął tego na myśli, wiesz, że nie miał. Po prostu był tego dnia nieszczęśliwy.

- Naprawdę? – ojciec zdjął szeleszczący, błyszczący papier z ogromnego bukietu białych kwiatów. Kurt skrzywił się na nie z niedowierzaniem. Lilie? Nakierunkował się na kuchnię i ponowił wędrówkę.

- Oczywiście, że nie miał na myśli. A ty wiesz, że Finn nigdy by sobie nie poradził w takiej szkole. Wiesz, że on nie jest taki jak Kurt – wiesz, o co mi chodzi. Nie jest niezależny! – warknęła gdy ojciec rzucił jej puste spojrzenie. – Nauka to nie jest jego mocna strona. Potrzebuje szkoły, która to rozumie. Poza tym, i tak nie możemy sobie pozwolić, żeby ich obu wysłać do Dalton.

Tata wepchnął kwiaty do wazonu. – Więc będą musieli żyć w niesprawiedliwości, bo wezmę pożyczkę albo zastawię ten dom jeśli będę musiał, ale nie wyślę Kurta z powrotem do McKinley.

Carole rzuciła ramiona w górę z irytacją. - Burt, skończyło się. Chłopak został wydalony. Nic już się nie stanie!

Kurt złapał się za oparcie kanapy. – Naprawdę myślisz, że to coś zmieni? – wydusił i ojciec odwrócił się, wpatrywał przez chwilę w chłopca, po czym zostawił wazon na ladzie.

- Hej, dzieciaku! Jak się czujesz? – Objął ostrożnie Kurta ramieniem; chłopiec westchnął i oparł głowę na ramieniu ojca. – Nie powinieneś jeszcze wstawać. Chcesz coś do picia? – Kurt skinął i wpatrywał się w Carole, podczas gdy tata odwrócił się w stronę lodówki.

- Lilie są na pogrzeby. – powiedział zachrypniętym głosem i jej twarz się zaróżowiła. – I ktoś znowu wyjdzie z szeregu i się mną zajmie, tak jak Karofsky, gdy Finn spadł z piedestału największych dręczycieli. I będą mnie winić za wydalenie Karofskiego. Tak to działa.

Usta Carole zacisnęły się. Splotła ciasno ręce. – Kurt. Kochanie. Wiem, że jesteś teraz obolały i nieszczęśliwy, ale to nie jest powód, żeby…

- Nie nazywaj mnie tak. – powiedział ostro. – I nie kłam. Wiesz, kim był Finn, kim nadal jest, gdy ma okazję.Zawsze o tym wiedziałaś. Tylko nigdy tego nie przyznałaś, bo to oznaczałoby, że musiałabyś coś z tym zrobić. – odwrócił się do niej plecami i zapytał:

- Tato, naprawdę o tym myślisz? Żeby mnie wysłać do Dalton?

- Yhym. – ojciec podał mu szklankę wody. – I nie będziemy używać twoich pieniędzy na studia. Te pieniądze to twoja przyszłość. – Kurt upił powoli ze szklanki. Kątem oka widział, jak Carole przymknęła na chwilę oczy; pokręciła głową i odwróciła się. Ojciec poklepał chłopaka po ramieniu. – NYU, co? – powiedział. – Ile jeszcze niespodzianek masz schowanych w swojej głowie? – Kurt zdołał odrobinę się uśmiechnąć, nim ojciec kontynuował. – Teraz to nie ma znaczenia. Masz być w łóżku, dzieciaku. Wracaj, a ja przyniosę ci coś na śniadanie i twoje tabletki.

- Burt…

Kurt wypił ostrożnie resztę wody, pozwolił jej złagodzić pieczenie w gardle i ból za oczami.

- Tak w ogóle, co to ma za znaczenie dla ciebie, do jakiej szkoły pójdę? – zapytał ze znużeniem Carole. – To nie tak, jakby twoje zdanie było w tym istotne. Nie jesteśmy rodziną.

Oddał szklankę ojcu i skierował się w stronę korytarza. Za nim Carole powiedziała desperacko:

Wybacz mi, Burt, nie wiem, co powiedzieć. Nie potrafię się z nim ostatnio porozumieć, to niemożliwe. Wiem, że było mu ciężko od kiedy się rozchorowałeś, ale on jest jak humorzasty starzec w nastoletnim ciele. To nie jest normalne!

Patelnia stuknęła o palnik. – Wiesz, nie wszystkie dzieci są jak Finn. Może Kurt żyje teraz trochę za bardzo w swojej głowie, ale czy możesz go winić? Wygląda na to, że to osa tanio było dla niego jedyne bezpieczne miejsce. Po prostu… trzeba go zaakceptować na jego własnych warunkach. I poświęcić na to czas.

- Poświęciłam czas…

- Poza tym, on ma rację na temat sprawy ze szkołą. To nie twoja decyzja. A przy okazji, miałem cię o coś zapytać. Kółko modlitewne? Serio?

Kurt zamknął drzwi od pokoju i oparł się o balustradę, spuszczając wzrok. Tata musiał sprzątać po tym, jak chłopak wczoraj wieczór poszedł spać, bo jego ubrania były poskładane mniej więcej równo na wiklinowym krześle, a telefon się ładował.

Telefon.

Ostrożnie zszedł i podniósł go. Było zbyt wiele wiadomości, by w ogóle je przeglądać. Zamiast tego usiadł na brzeżku łóżka i wybrał numer Blaine'a.

Blaine odpowiedział po drugim sygnale. – Kurt! Hej.

- Cześć – odpowiedział po chwili.

- Dostałeś mojego smsa? Zdobyłem bilety, następna sobota, rano, tak jak się umawialiśmy.

- Nie przejrzałem jeszcze smsów. – spojrzał na gips. Oczy zapiekły.

- Przepraszam. Chyba nie będę mógł pójść.

- Och. – Po drugiej stronie słuchawki rozległa się cisza. Po chwili Blaine się odezwał.

- Wszystko gra? Brzmisz, jakby było coś nie tak.

- Ja nie… - zamknął oczy. – Nie czuję się dobrze. Przepraszam. Byłem wczoraj po południu w szpitalu.

- Coś się stało twojemu ojcu? – troska w głosie Blaine'a sprawiła, że oczy Kurta znów zaszczypały. – Wszystko z nim dobrze?

- Nie. To znaczy, ma się dobrze. To… to ja… - powiedział drżąco. – Pobili mnie.

- Och – powiedział Blaine – To był Karofsky? Co ci zrobił?

Kurt niemal się roześmiał. Obrócił się powoli i oparł o poduszki. – Złamany nadgarstek. Zwichnięty bark. Posiniaczone żebra, myślę, że wszystko posiniaczone. Myślę, że mam ogromnego guza na czole. Sikam też krwią, ale w szpitalu powiedzieli, że niedługo powinno to minąć.

- Och. Tak mi przykro, Kurt. – Głos Blaine'a nagle zaczął drżeć. – Myślę, że dałem ci naprawdę okropną radę.

Kurt odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. – Nie twoja wina. Zaczepiał mnie od zeszłego semestru, coś by się stało wcześniej czy później. Poza tym, nazwałem go ukrytym przypadkiem. Myślę, że to go zdenerwowało.

Blaine prychnął. – Cóż, mam nadzieje że mają zajęcia z panowania nad sobą w poprawczaku, bo by mu się przydały.

- O ile trafi do poprawczaka. – Kurt westchnął z bólem. – Trener Sylvester załatwiła wszystko tak, że go aresztowali, ale nie wiem, co będzie dalej. Poza tym, że tata chce mnie wysłać do Dalton…

Drzwi się otworzyły i Kurt ostrożnie uniósł głowę: Ojciec schodził po schodach z tacą. Nie było za nim ani śladu Carole czy też jej lilii.

Ojciec spojrzał znacząco na telefon. „Przyjaciel", Kurt powiedział bezgłośnie i spojrzał na tacę. Owsianka z mlekiem i cynamonem, kubek miętowej herbaty i leki. Uniósł słabo brwi.

- Powiedz mu, że możecie porozmawiać później. – powiedział tata.

- Muszę iść. Przepraszam, oddzwonię. Na razie. – powiedział i usłyszał pożegnanie Blaine'a nim przerwał połączenie.

- O co chodziło?

Kurt rzucił telefon na pościel i niezręcznie owinął koc wokół kolan. – Mieliśmy iść na RENT w domu kultury w sobotę za tydzień. – Westchnął.

Ojciec położył mu tacę na kolanach i sięgnął, by napuszyć jego poduszki. – Cóż, będziesz miał jeszcze kupę czasu by o tym pomyśleć. – ostrożnie opuścił się na brzeg łóżka. – Zjedz śniadanie nim ostygnie.

Kurt z powątpiewaniem nabrał łyżkę owsianki i zastygł.

- Ty to zrobiłeś? Tato, nie powinieneś…

- A kto miał zrobić? – ojciec poklepał go w kostkę pod kocem. – Nie jestem na tyle chory, żeby nie być w stanie zrobić trochę owsianki. Teraz jedz i weź tabletki. Potrzebujesz trochę jedzenia nim cię zabiorę na policję.

Kurt odłożył łyżkę. – Na policję?

- Taa – powiedział ojciec i oparł łokcie na kolanach. – Tak jak Carole powiedziała, twoja szurnięta trenerka cheerleaderek postarała się wczoraj, żeby aresztowali tego chłopaka. Musisz złożyć zeznanie.

Zeznanie. Kurt zadrżał. Zasłonił usta dłonią. – Tato, nie wiem, czy jestem w stanie…

- On próbował cię zabić, Kurt – ojciec powiedział z poważnym spojrzeniem i poprawił tacę na kolanach chłopca. – Wiem, że to nie będzie łatwe, ale dasz radę.

Kurt zamknął oczy. – Wiem. Przepraszam. Wiem.

Drzwi się otworzyły.

- Pan Hummel?

Kurt podniósł głowę ze ściany by spojrzeć na policjanta, który właśnie wyszedł, i zamrugał. Czegokolwiek by się spodziewał, na pewno nie była t wysoka czarnoskóra kobieta z silnymi rysami twarzy, smukłymi dłońmi i pasmami siwizny we włosach. Wyprostował się i odrobinę poprawił temblak. Kobieta uśmiechnęła się do niego.

- Ty musisz być Kurt. Jestem detektyw Patrick. Rozumiem, że jesteście tu by złożyć zeznanie na temat bójki, która miała wczoraj miejsce w liceum McKinley?

- Taa – powiedział ojciec i wygrzebał brązową kopertę ze szpitala. Detektyw Patrick odsunęła krzesło zza stołu, usiadła i zaczęła przygotowywać taśmę do nagrania zeznania.

-Okej. – powiedziała po minucie. – Chcesz mi powiedzieć, kto ci to zrobił, Kurt?

I to było to. Po prostu. Kurt przełknął ślinę. – To był Dave Karofsky – powiedział po chwili. – Junior z drużyny hokejowej. I to nie była bójka, to była napaść.

Detektyw skinęła głową i zapisała coś. – Okej. Co mi możesz o niej powiedzieć?

- To tak jakby… -Kurt przycisnął palce do skroni i zmusił się do podniesienia wzroku. – Zaczęło się w zeszłym roku.

Policjantka przymrużyła oczy. – Napaść?

Ojciec prychnął. Kąciki ust Kurta zadrgały. – To nie wydarzyło się tak znikąd. – powiedział. – Zaczęło się zaraz po Krajowych. Mieliśmy zadanie na temat Lady Gagi na zajęcia z chóru szkolnego. Karofsky i Azimio zaczęli gnębić mnie i jedną z dziewczyn – popychać nas, wyzywać i tak dalej. – dodał, gdy detektyw Patrick uniosła zachęcająco brew. Ojciec zmarszczył brwi. Kurt odwrócił wzrok, nabrał powietrza i kontynuował. – Zagrozili, że mnie pobiją. Pewnie by to zrobili, gdyby nie zjawiła się reszta chóru i ich nie zatrzymała. Ale wtedy myślałem, że się skończyło. Azimio wrócił do normy…

- Co masz na myśli mówiąc "do normy"? zapytała gładko detektyw i Kurt zagryzł wargę.

- No… - spojrzał kątem oka na ojca. – To, co zawsze. Slushie w twarz i …

- Co?

Kurt przechylił głowę w bok i drgnął, gdy jego szyja zaprotestowała.

- Zdarza się, że ktoś wylewa slushie na twarz na korytarzu. Azimio robił to często, i wyzywanie, i drażnienie, tego typu rzeczy. Szum w tle.

Ojciec gapił się na niego. Detektyw Patrick też.

- Nazywasz to szumem w tle? Kurt…

- Panie Hummel, - powiedziała dość łagodnie detektyw. – Musi pan teraz pozwolić synowi mówić. Dalej, Kurt.

Kurt podrapał uszkodzony brzeg stołu paznokciem. – Kiedy szkoła zaczęła się znowu po wakacjach, Karofsky zrobił się gorszy. – powiedział w końcu. – Podkładał mi nogę na klatce schodowej, popychał mnie na szafki za każdym razem, kiedy mnie tylko widział. Myślę, że to on pociął mi opony. – spojrzał szybko na ojca, który wyglądał na ogłuszonego. – Pogorszyło się po twoim zawale. Nie mam pojęcia, czemu.

ojciec potarł kark. – Ja wiem. – powiedział. Jego głos był niemal warknięciem. Wymienił grobowe spojrzenie z panią detektyw.

- Dalej – powiedziała. – Co zrobiłeś?

Kurt spuścił wzrok na palce i skulił ramiona. – Próbowałem go przekonać, żeby mnie zostawił w spokoju, kilka razy krzyczałem na niego, ale to wcale nie pomogło. Dalej to robił. W końcu ja… - zamknął oczy. – Ułożyliśmy plan z przyjacielem. Miałem się zmierzyć z Karofskim w środku stołówki w czasie lunchu i zwyzywać go. – I gdyby tylko trzymał się planu, nic by się nie stało. Kurt żałośnie pochylił głowę.

- A twoim przyjacielem jest…

Kurt zamknął oczy. - Blaine. Halloran. Chodzi do innej szkoły, do Akademii Dalton dla chłopców, w Westerville?

- okej, tak. – detektyw znów coś zapisała. – Więc… zrobiłeś to? Zmierzyłeś się z Karofskim?

Kurt pokręcił głową. Ja…

- Tak? Przez chwilę siedział w milczeniu. Ojciec chwycił go za rękę. – Wszystko jest okej, Kurt. Nie będę zły, niezależnie od tego, co powiesz.

Kurt pochylił głowę. – To nie tak. Ja nie… - nabrał powietrza. – Nie zrobiłem tego. Pchnął mnie na szafki tamtego dnia i straciłem nad sobą panowanie. Pobiegłem za nim do szatni i zacząłem na niego krzyczeć. Powiedziałem mu, że może mnie bić ile tylko chce, ale i tak nie jest w stanie wybić ze mnie geja. – Podniósł wzrok na nagle zastygłą twarz policjantki. – Tak, dobrze pani słyszała. – powiedział ostro. – Jestem gejem. On… - zaczął oddychać szybciej. – Cóż, to jest skomplikowane. Bo wtedy byłem pewien, że on mnie uderzy, ale to, co się stało, to, to… on chwycił mnie za głowę i pocałował.

Po jego ostatnich słowach nastąpiła chwila ciszy, był w stanie usłyszeć za oknem szum liści na wietrze. W końcu ojciec powiedział oszołomionym tonem:

- Co do diabła?

- O którym raczej nie chciałbym więcej mówić. – dodał drżąco Kurt.

- Yhym… - Detektyw Patrick skinęła i odłożyła długopis

- Kurt, czemu mi nic nie powiedziałeś?

- Panie Hummel…

Kurt mocno zacisnął dłoń na brzegu stołu.

- Potem próbował to zrobić drugi raz i odepchnąłem go, a on uderzył pięścią w szafkę i uciekł z szatni.

Więcej ciszy.

Detektyw Patrick z zamyśleniem skinęła głową. – Widział to ktoś?

Kurt spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Naprawdę pani myśli, że zrobiłby to, gdyby ktoś mógł nas widzieć? – Niemal się roześmiał. – Nie. Nikt tego nie widział. A potem zaczął mnie prześladować nawet bardziej, a potem powiedział, że mnie zabije, jeśli komukolwiek o tym powiem. – Zaczęła go boleć głowa. Przycisnął opuszku palców do skroni.

- Dziecko drogie – powiedział cicho tata. Brzmiał na chorego.

W ogóle nie było sensu robić tego, jeśli nie powie wszystkiego. Kurt zamknął oczy i kontynuował.

- I on… on mnie dotykał. Nie, tato, w porządku, nie w ten sposób, ale… - Jego głos ucichł. Spojrzał bezradnie na policjantkę, ale ona tylko wpatrywała się w niego i czekała. Musiał więc znów nabrać powietrza i jednak to powiedzieć. – Tylko… nieprzyjemnie. Czułem się… jakbym był w niebezpieczeństwie. Przepraszam, niedobrze mi. – skończył gwałtownie i zacisnął rękę na ustach.

Detektyw Patrick odsunęła swoje krzesło. – Chcesz zrobić przerwę?

I musieć tu wrócić później i znów o tym mówić? Kurt pokręcił głową. – Nie, ja tylko… mogę dostać trochę wody?

W poczekalni był dozownik z wodą. Detektyw przycisnęła „pause" na dyktafonie, wyszła i po chwili wróciła z plastikowym kubeczkiem. Kurt z wdzięcznością upił łyk; policjantka uruchomiła nagrywanie. – Dziękuję.

- Nie ma za co. Więc… - spojrzała do notatek. – Ten chłopiec Karofsky zagroził ci śmiercią, jeśli powiesz komukolwiek o tym, że cię pocałował. Uwierzyłeś mu?

Kurt ostrożnie odstawił kubek. – Po tej niezliczonej ilości momentów, w których faktycznie coś mi zrobił? Tak, uwierzyłem mu. Udawało mi się całkiem nieźle go unikać, zwłaszcza po tym, jak zrezygnowałem z chóru, ale wczoraj ja… ja rozmawiałem o tym z Blaine'm przez telefon i on musiał mnie usłyszeć, bo od razu po zakończeniu rozmowy popchnął mnie na ścianę i zaczął kopać. – Spuścił wzrok. – Próbowałem wstać i uciec, ale moje ramię… - przełknął, starając się pokonać falę mdłości.

- Dziecko… - Twarz ojca była szara. – Kurt podsunął mu kubek z wodą. – Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?

- Tato, byłeś chory. Tato. Napij się. Tata miał kilka miesięcy temu zawał serca. – wyjaśnił policjantce, podczas gdy mężczyzna wypuścił z trudem powietrze i wziął łyk wody. – Nie chciałem go martwić, to nie jest dobre dla jego zdrowia.

- To też nie. – warknął ojciec i odstawił kubek z taką siłą, że woda rozprysnął się po blacie stolika. – To że jestem chory nie znaczy, że nie masz mi o niczym mówić, Kurt. To mnie nie zabije.

Usta Kurta zadrżały. – Nie wiesz tego. Stres może doprowadzić do arytmii. Czytałem o tym. – jego głos załamał się.

- Wiem tylko, że ciebie omal nie zabiło nie powiedzenie. – odrzekł ojciec i wzrok chłopca się zamazał.

- Przepraszam. Przepraszam… - załkał i mocno przycisnął dłonią usta, by zdusić szloch; ale poczuł ramiona ojca wokół niego i niezręcznie wtulił się w jego objęcia, drżąc z bólu w żebrach.

- Wszystko dobrze – głos ojca brzmiał cicho i z bólem w uszach chłopca. – Nie jestem na ciebie zły. Nie jestem na ciebie zły, dzieciaku.

Kurt pociągnął nosem, zmusił się do oddechu i powoli usiadł na swoim miejscu . Detektyw Patrick taktownie podniosła wzrok znad notesu. – Okej. – powiedziała po chwili. – Więc nie powiedziałeś swojemu ojcu. Powiedziałeś komukolwiek?

Kurt skinął i dopił resztę wody. – Powiedziałem Blaine'owi. Pomógł mi, przyjechał do Limy i próbowaliśmy rozmawiać z Karofskim dzień pot y jak… jak mnie pocałował. – Skrzywił się. – Nie poszło to zbyt dobrze. Próbował uderzyć Blaine'a i go odepchnąłem…

- Miałam na myśli kogoś dorosłego. – powiedziała policjantka. – Nauczyciela, może szkolnego psychologa?

Kurt zaśmiał się gorzko. Detektyw Patrick uniosła brwi. – Żaden z nauczycieli w McKinley i tak nigdy nie zrobił nic ze znęcaniem się. – powiedział. – Pan Schuester każdego ranka mijał na parkingu drużynę futbolową gdy ta przymierzała się do wrzucenia mnie do śmietnika, ale nigdy nawet nie kiwnął palcem. Panna Pillsbury jest miła, ale beznadziejna jako psycholog, a trenerka Sue sama jest największym dręczycielem w szkole. Pomyślałem… - pokręcił głową – Pomyślałem, że jakoś to zniosę. Że muszę tylko usuwać się z drogi Karofskiemu. I tak jest o klasę wyżej, musiałbym go po prostu przeczekać.

- Okej. – policjantka skinęła, ale ojciec tylko patrzył na niego pusto.

- I? – Kurt zmierzył go ostrożnie wzrokiem i tata pokręcił głową. – Dalej, Kurt. Wiem, że masz jeszcze coś do powiedzenia.

- Ja nie… - oczy mu się zamgliły. Ale po to tu był, prawda? Pochylił głowę. – Dobrze. Dobrze. Widzi pani, - powiedział do detektyw – Jest taka sprawa, że w zeszłym roku, ja, hmm, podkochiwałem się w chłopaku z Glee. I wiedziałem, ż on jest hetero, ale… - Bolało go gardło. Ciężko przełknął i wpił wzrok w dłonie policjantki, żeby nie musieć spojrzeć na twarz ojca. – Kiedy wszyscy cię traktują jak psie gówno przyklejone do podeszwy buta i nagle jedna osoba patrzy na ciebie jakbyś był człowiekiem, nawet jeśli tylko od czasu do czasu przez krotką chwilę, to, to ma znaczenie. – wydusił z siebie. – Łapiesz się tego. Nawet mimo tego, iż wiesz, że praktycznie nic to nie znaczy w normalnym świecie, ale zaczyna znaczyć wszystko w twojej głowie. – Twarz Kurta paliła. Zamknął oczy. – Zachowywałem się trochę… głupio z powodu tego chłopaka. Zrobiłem głupie rzeczy, naciskałem na niego, próbując zmusić go, by patrzył na mnie w ten sposób cały czas. Żeby mnie widział. Narobiłem bałaganu. Wykorzystałem ludzi. Zraniłem ludzi. I każdy o tym wie… nikt w Glee nie potrafi dotrzymać tajemnicy zbyt długo.

Detektyw Patrick spokojnie skinęła głową. Jej oczy w skupieniu wpatrywały się w niego. – Mów dalej. – powiedziała.

Kurt przełknął łzy. – Pomyślałem, że jeśli komuś powiem o Karofskim, pomyśleliby tylko, że to jest taka sama sytuacja, jak z Finnem. W końcu, wszyscy uważają, że Karofsky jest hetero, więc dlaczego miałby mnie pocałować? Po prostu by pomyśleli, że znowu podkochuję się w heteroseksualnym chłopcu, znów zbyt naciskam i że po prostu chciał, żebym go zostawił w spokoju. Że zasługiwałem na to. Że ktoś musiał mi dać nauczkę.

- Yhym… - detektyw powiedziała spokojnie.

Ojciec złapał go za rękę. – Kurt, musisz wiedzieć, że ja nigdy bym nie uwierzył, że…

Kurt odwrócił wzrok.

- Powiedziałeś mi, że mam zrezygnować z duetu z Samem tylko dlatego, że Finn paranoidalnie bał się, że zrobię z niego geja. – powiedział gorzko. Ojciec rzucił mu zmieszane spojrzenie i zamknął usta.

Detektyw Patrick przeniosła wzrok z ojca na chłopca i splotła dłonie na stole. – Więc nikt więcej o tym nie wiem?

Kurt pokręcił głową. – Są ludzie, którzy wiedzą o napaści. Azimio znalazł nas i odciągnął Karofskiego ode mnie. Becky Jackson pomogła mi się dostać do gabinetu pielęgniarki. Trener Sylvester zmusiła mnie, żebym powiedział, co się stało i myślę, że to ona poszła z tym do dyrektora i zawiadomiła was.

- Trener Sylvester? – detektyw zamrugała. - Sue Sylvester? Ta Sue Sylvester? Po wieczornych wiadomościach?

Kurt prawie się roześmiał. – Tak, ta trener Sylvester. Należałem do Cheerios w zeszłym roku.

Nastąpiła chwila ciszy. – Okej – powiedziała w końcu detektyw, ale nadal brzmiała na oszołomioną. – Okej. Cóż. Więc kiedy powiedziałeś mu, żeby cię zostawił w spokoju, miałeś na myśli…

I to było to. Żołądek Kurta się przekręcił. Zmusił się do wzięcia oddechu. – Miałem na myśli, że zacząłem krzyczeć na niego na środku korytarza, bo miałem dość jego ciągłego dręczenia mnie. – powiedział z niesmakiem. – Mam na myśli, że tuż przed tym, jak złapał mnie tamtego dnia, wykrzyczałem mu w twarz za jak odpychającego go uważam. Mam na myśli, że zabrałem przyjaciela, który musiał przyjechać aż z Westerville, żeby pomóc mi przekonać go, żeby mnie zostawił w spokoju, a kiedy to nie zadziałało, powiedziałem mu to jeszcze raz po tym, jak zagroził mi śmiercią, a potem poświęciłem mnóstwo czasu i starań, żeby trzymać sie od niego z daleka. Myślę, że moje motywy były bardzo zrozumiałe. – Głos mu się załamał. Przełknął ślinę. – To nie była żadna sprzeczka zakochanych nastoletnich gejów czy cokolwiek jak chce pani to nazwać, to była napaść. Próbował… - jego twarz była mokra od łez. Zakrztusił się. – Próbował mnie zabić.

Och. Och, pomyślał tępo, słysząc te słowa, brzmiące surowo i wyraźnie w jego uszach i zaczął się trząść.

- Tato? – przycisnął pięść do ust. – Tato, on próbował mnie zabić, próbował…

Ramiona ojca znów owinęły się wokół niego i duża, ciepła dłoń zaczęła głaskać jego głowę.

- Już dobrze. Już dobrze, dzieciaku. Jesteś bezpieczny. Jestem tutaj. Wszystko będzie dobrze. Pani detektyw, przyniosłem kopie papierów ze szpitala. Zrobili też zdjęcia. Wszystko jest tu. – położył brązowawą kopertę na stole.

- Dziękuję, panie Hummel – powiedziała policjantka. – To na pewno pomoże.

Oparła łokcie na stole, czekając. W końcu Kurt czknął, wyprostował się, szukając chusteczki.

- Nie próbuję załagodzić sprawy ani zignorować niczego, co mi powiedziałeś, ale muszę o to zapytać, Kurt. Jesteś pewien, że nie zrobiłeś niczego, żeby go sprowokować?

Miał sucho w gardle. Przełknął. – Ma pani na myśli coś innego, niż żyć, będąc gejem?

Kąciki oczu detektyw się zmarszczyły. Uśmiechnęła się do niego. – Tak, oprócz tego.

Kurt wyczyścił nos. – Czas, jaki spędziłem na mówieniu mu, żeby się odczepił, pewnie się liczy. – powiedział żałośnie. – Czyż nie na tym polegają te sprawy?

Detektyw Patrick potrząsnęła głową. – W jego umyśle, być może. W prawdziwym świecie nie do końca. – zamknęła notes. – Okej, o ile nie ma jeszcze czegoś, co chciałbyś dodać, myślę, że mamy wszystko, czego nam trzeba.

Kurt pociągnął nosem i schował chusteczkę. – Nie. Nie ma już nic więcej.

- Okej. – odsunęła krzesło i wstała. – Dziękuję, że przyszliście, kurt, panie Hummel. Rozumiem, jak trudno było to zrobić. – Lekko poklepała dłoń Kurta. Jej palce były silne i ciepłe. – Damy wam znać, jak się mają sprawy.

- Dziękuję – powiedział Kurt zduszonym głosem. Słyszał, jak powiedziała coś cicho do taty; następnie opuściła pokój. Po chwili, poczuł dłoń ojca na ramieniu.

- Jestem z ciebie dumny, Kurt. – powiedział zachrypniętym głosem. – Poradziłeś sobie świetnie.

Kurt znów pociągnął nosem. – Myślałem, że człowiek powinien się czuć lepiej, gdy już wszystko powie. – rzekł chłopak wymijająco i spojrzał na dłonie. Nie czuł się lepiej. Czuł się tylko obolały i posiniaczony. Ojciec delikatnie głaskał go po plecach i, po chwili, Kurt przełknął i podniósł wzrok. Oczy bolały go w jasnym świetle.

- Możemy wrócić do domu? Wszystko mnie boli.

Ojciec spojrzał na niego ze smutkiem i odsunął włosy opadające mu na oczy. – Pewnie dzieciaku. – powiedział cicho. – Pozwól mi tylko wezwać taksówkę.

Epilog: Pomyślałem, że spodobałyby ci się.

Kurt spędził większość niedzieli leżąc w łóżku, żałośnie zwinięty w kłębek, z powiekami ciężkimi od leków przeciwbólowych, z „Sybillą w grobie", leżącą obok niego na kocu, wciąż nie otwartą. Budził się za każdym razem, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi i ze zmartwieniem wsłuchiwał się w głosy. Najpierw były Mercedes i Rachel. Tata je odesłał. Potem przyszli Carole i Finn. Za trzecim razem chyba słyszał Tinę, ale nie był pewien. Gdy obudził się następnym razem, żeby pójść do łazienki, ojciec właśnie wkładał kilka gałązek orchidei do wazonika na jego toaletce. Zostawił też tam kartę, ale głowa chłopaka bolała za bardzo, żeby mógł tam podejść i ją przeczytać. Wczołgał się znów pod koc i zapadł w drzemkę.

Po chwili znów rozległ się dzwonek. Ciężko uniósł głowę i zamrugał na zegar – już połowa popołudnia? Nad głową usłyszał głos ojca i czyjś jeszcze w odpowiedzi – męski głos, dziwnie znajomy, ale nie potrafił go dopasować do osoby. Żaden z chłopców z Glee ani wujek Andy, ani żaden z kuzynów. Pan Schue? Policjant?

Drzwi frontowe się zamknęły, otworzyły te do jego pokoju.

- Kurt? – zawołał cicho tata ze szczytu schodów. – Masz dość sił na gościa?

Ostrożnie poprawił się na poduszkach, żeby mniej więcej siedzieć. – Chyba? – głos mu zachrypiał. Na stoliku nocnym był kubek z herbatą – mięta, sądząc po kolorze – i upił łyk. Była kompletnie zimna, ale złagodziła jego gardło. Tata wymamrotał coś brzmiącego mniej więcej jak „Okej, zejdź na dół" i chłopak się rozejrzał.

U stóp schodów stał Blaine, z ramionami pełnymi kwiatów i torebek, łagodnie się uśmiechając.

- Cześć?

Kurt gapił się na niego, nagle nieprzyjemnie świadomy tego, że nie kąpał się od dwóch dni i jego włosy były jedną wielką katastrofą. Jego policzki zrobiły się ciepłe.

- Cześć. – powiedział słabo i zamrugał, patrząc na kwiaty. – Co ty…

Blaine wyciągnął bukiet przed siebie – niebieskie, fioletowe i różowe anemony z gipsówką otoczone koronką zielonych liści. – Pomyślałem, że spodobałyby ci się.

Kurt przyłapał się na uśmiechu. – Dzięki. – powiedział niezręcznie. – Są bardzo ładne. Tu gdzieś powinien być wazon… naprawdę jechałeś tu aż z Westerville tylko po to, żeby mi przynieść kwiaty? – zapytał, gdy Blaine położył swoje torby na toaletce i zaczął szukać wazonu.

- I książkę o produkcji "Dźwięków muzyki". I trochę ciasteczek. Lalla bardzo naciskała, że jeśli idę w odwiedziny do chorego przyjaciela, muszę przynieść coś do zjedzenia… moja siostra. – wyjaśnił w odpowiedzi na zdezorientowany wzrok Kurta. Zauważył wazon na samej górze półek Kurta. – Poza tym, nie miałem wyboru. – dodał, zdejmując wazon. – Nie odpowiadałeś na moje smsy.

- Mmm… przepraszam. - Kurt oparł się o poduszki. – Ciągle dostawałem smsy od członków Glee, buczenie telefonu strasznie mnie denerwowało, więc go wyłączyłem.

Blaine skrzywił się. – Współczuję ci. Pozwól mi tylko nalać wody dla tych…

- Łazienka jest tam – Kurt pomachał w stronę drzwi. Blaine zniknął na kilka sekund, po czym pojawił się ponownie, z kwiatami poukładanymi w wazonie. – Gdzie je postawić?

Kurt skinął w kierunku nocnego stolika i Blaine ostrożnie ustawił wazon, żeby kwiaty nie zasłaniały światła z lampy.

- Wiem, że one nie nagrodzą mojej okropnej rady., -powiedział po chwili – ale przynajmniej masz coś ładnego do oglądania. Naprawdę mi przykro, Kurt. Powinienem był to przemyśleć nim powiedziałem, co masz zrobić.

Kurt poruszył się niezręcznie pod kocem i potarł szyję, gdzie wpijał się węzeł z temblaka. – Twoja rada była w porządku. Po prostu zapomnieliśmy powiedzieć Karofskiemu, jaka jest jego część w tym planie.

Blaine roześmiał się i przewrócił oczami, „Jak mogłem o tym nie pomyśleć? Idiota ze mnie!" i Kurt się uśmiechnął. – Są zdjęcia?

Blaine zamrugał. – Zdjęcia?

- W książce – Kurt machnął dłonią na swoje czoło. – Mam w tej chwili trochę problemów z tekstem.

- Mogę to zrozumieć. – Blaine wziął swoje reklamówki i położył je ostrożnie na kolanach Kurta. – Mnóstwo zdjęć. Sprawdziłem.

Kurt uśmiechnął się i zaczął analizować pierwszą torbę. Była z piekarni. Otworzył ją, wciągnął bogaty zapach przypraw i do ust napłynęła mu ślina. Ciastka wyglądały też jak porządne ciastka, miękkie i grube, i chrupiące, nie twarde jak te z supermarketu. – Imbirowe. – powiedział Blaine niepewnie. – Lubisz?

- Uwielbiam. Dziękuję. – uśmiechnął się i jeszcze raz wciągnął aromat imbiru i cynamonu, po czym zainteresował się drugą reklamówką, z księgarni. Książka była owinięta miękką materią; Kurt wydobył ją z torby, położył na kolanach i poklepał miejsce obok siebie.

- Chodź. Usiądź i pomóż mi ją rozpakować. Proszę? - Blaine spojrzał na niego. Kurt ostrożnie uniósł gips. – Mam tylko jedną rękę…

Brwi Blaine'a uniosły się, a na ustach pojawił się jego typowy, jasny, pewny siebie uśmiech. Po chwili skinął głową i usiadł.

Koniec.