Rozdział 2

– Pierwsze wrażenie zawsze najważniejsze –

Stoi oparty o ogrodzenie ganku, obserwuje jak ciemności osowiale rozprasza nieśmiała łuna poranka. Ze splecionymi ramionami wiernie trwa przed małą, osobliwą chatką. Nie odzywa się słowem, jedynie śledzi obojętnymi niebieskimi oczyma przewidywalną walkę Nocy z Dniem. Czuje nieprzyjemny chłód, bo zwykła luźna, rozpinana koszula i stara skórzana kamizelka nie nadają się do tak wczesnych wizytacji. Dżinsowe przetarte spodnie i kowbojskie buty do łydki, również nie sprawują się należycie – zimno przenika jego kości, choć ten nawet nie drgnie. Wie, że podobny strój nigdy nie zawiódłby go gdyby ruszał na konną przejażdżkę. Ale bezruch przyciąga wszędobylski chłód, szczególnie o tej porze.

- Na drugi raz bierzemy szalik Rosji, sheriff. – mówi po chwili blondyn, zerkając z nieodgadnioną miną na pokrowiec z ukochaną gitarą. Za horyzontem, na tle granatowego nieboskłonu odcinają się pierwsze promienie słońca, podobne do jasnej aury. Chłopak mruży oczy, przekręcając głowę. Widzi rozmazaną promienną otoczkę nad ciemnymi kształtami skał i uśmiecha się lekko. – Ten widok przebija wszystko. A Artie mówi, że to wschodzące słońce nad oceanem jest warte wszelkiego trudu! Th! Angielskie ograniczenia!

Chłopak przymyka oczy, wdychając zapach poranka. Któżby pomyślał, że może tak wcześnie wstać z własnej woli? Z pewnością nie on.

Chatka nie zalicza się do grona pięciogwiazdkowych hoteli o licznej służbie. Nie spełnia wymogów przeciętnego bywalca Wielkich Amerykańskich Miast – brakuje jej świateł nigdy niezasypiającego Los Angeles, hałasu niepodzielnie skazanego na sukces Nowego Yorku czy oficjalności i przestrzeni Białego Domu. Co prawda ma własną miniaturkę Statuy Wolności, która służy głównie za ekstrawagancką lampkę. Na suficie wisi wypłowiała flaga Stanów Zjednoczonych Ameryki, aby chłopak nie zapomniał gdzie winno być jego serce w chwilach rozłąki. Kuchnia jest stara; pamięta czasy kowbojów i pięknych dam w drogich sukniach. Salon zamieszkują rzesze myszy, pająków, karaluchów i znajomy, wścibski kurz. W kącie stoi przeżarty przez korniki wieszak z mundurem pamiętnej wojny niepodległościowej Ameryki. Ze ściany smętnie zwisa jasnobrązowy kapelusz, pozostałość z Dzikiego Zachodu. Hol już dawno zapomniał jak wygląda szczotka i nic nie wskazuje na to, by mu ten fakt specjalnie doskwierał. Okna są brudne od wieków, dywany nigdy nie trzepane, a kominek używany jako miła dla oka półka na różnorakie drobne pamiątki.

Sam nie wie dlaczego tak kocha tą osobliwą oazę. Nie wszystko jest tu piękne; rzeczy są stare, zaniedbane, podniszczone i zapomniane. Może z powodu zaklętej w przedmiotach historii? Może ze względu na schron jaki zapewnia? Może nie potrafi rozstać się z aspektami przeszłości jaką uosabia? Może lubi ją za to, że nikt nie ma o niej pojęcia? Za skrupulatne ukrywanie tysięcy tajemnic swojego właściciela? Może ceni ją za… to pamiętne spotkanie? Za… najwspanialszą noc w swoim życiu?

Wie, że wszystkie pytania mają jedną odpowiedź, ale nigdy się do tego nie przyzna.

Czasem lepiej milczeć i oszukiwać samego siebie.

Mogę wieki udawać, że na wszystko chcę odpowiedzieć 'nie'.


Pierwszy raz widzi go właśnie tutaj – na dzikim pustkowiu.

Skąpany w żarze piach nabiera wyglądu dojrzałej skórki pomarańczy. Wiatr leniwieje do tego stopnia, że jego podmuchy są niemal niewyczuwalne. Słońce uparcie praży ziemię, zalewając ją hektolitrami upalnych promieni. Cień daje krótkie wytchnienie i złudną ochronę przed wysoką temperaturą. Rozliczne skały są zbyt podobne do siebie nawzajem, by niewprawione oko turysty wyłapało drobne różnice i nie oczerniało ich o monotonię. Suche trawy drapią ciekawskich przejezdnych po dłoniach, wzburzając gniew i niesmak. Orły krążą nad dyliżansem, wywołując grozę, powszechne przerażenie i obrzydzenie. Nieznane jest uważane za straszne, zauważa chłopiec, nieruchomo trzymając cugle.

Wie z własnego doświadczenia, że konie tubylców są przyzwyczajone do upału w samo południe i zwykle kroczą beznamiętnie naprzód. Jednak kopytne arystokratów obeznane z klimatem śródziemnomorskim, niemo błagają o krople wody. Wolno brną przed siebie otumanione słońcem, niezdarnie ciągnąc drogocenne karoce. Blondyn prycha cicho, kręcąc głową. Francuskie rumaki mają w sobie elegancję i poruszają się na wybiegu niczym tancerze, lecz na Zachodzie, gdzie królują haniebne warunki, nijak nie przetrwają. Braknie im swoistego piękna kopytnych kompanów kowboi. Tej niezwykłej zdolności przystosowania się do nieludzkiej pogody i czerpania z tego korzyści.

- Sprawdźmy kogo przywiało, Burger. – szepcze młokos, trącając piętą bok konia. Jego wierzchowiec natychmiast rusza, zlewając się kolorytem z rdzawą barwą kamieni. Kopyta cicho szurają po piachu, nadając końskiemu stepowi monotonnego rytmu. Chłopiec z ciekowością staje w siodle, mrużąc niebieskie oczy. Widzi kilka dyliżansów, bogato zdobionych złotem i czerwienią, dwóch pojedynczych jeźdźców z przodu, dzierżących groźne pistolety i wysokiego blondyna, wprawnie obcującego z rumakiem. Sylwetka wydaje się chłopcu aż nazbyt znajoma. – Co Anglia tu robi? Mówił, że będzie cały dzień w mieście!

Ameryka spogląda na swojego wierzchowca zdezorientowany, jakby oczekiwał, że zwierzak wszystko mu wyjaśni. Po chwili wzrusza ramionami, puszczając pytania w niepamięć.

- Zróbmy im niespodziankę, Burger! – chłopiec jednym ruchem zmusza konia do podjęcia cwału. Kłusem przemierzają równinne piaski, błyskawicznie dopadając ostatni dyliżans pochodu. Nie zmieniając tempa, nie odrywając rozognionego wzroku od pleców swojego opiekuna, blondyn unosi się lekko w siodle. Chwyta mocniej cugle, sprawnie manewrując pomiędzy pojazdami.

Dopada Brytyjczyka w dziesięć minut od podjęcia pogodni. Zwalnia wierzchowca, dając mu odpocząć po wyczerpującym cwale, zadowolony ze swojego nie najgorszego czasu.

- Ile razy ci mówiłem, Alfredzie, że nie wypada tak traktować koni? Sforsujesz go jedynie, bez żadnych korzyści. – mówi na powitanie Anglia, zielonymi oczami wodząc po horyzoncie. Chłopiec uśmiecha się szeroko i szarpnięciem cugli zmusza rumaka do zablokowania karawanie drogi.

- Mnie też miło cię wiedzieć. Tak, strasznie tęskniłem. – chłopiec posyła opiekunowi zawadiacki półuśmiech. Palcem pyka w rondo swojego kapelusza, by zamiast zsuwać się na oczy, pozostał na czubku głowy. W słońcu lśni jego odznaka szeryfa wykonana przez najlepszego złotnika w zasłudze za złapanie dwóch przestępców. Wie, że zieleń tęczówek rozjaśnia błysk rozbawienia. – Z tego co pamiętam, mówiłeś, że będziesz dziś w mieście.

- Nie muszę ci się tłumaczyć ze wszystkiego, nie uważasz, Alfredzie? – jedna z brwi Brytyjczyka wędruje w górę, nadając mu sarkastycznego grymasu. – I co to za bezczelna arogancja, jaką mnie uraczyłeś? Nie przypominam sobie, żebym na lekcjach dobrego wychowania zezwalał na podobne ekscesy.

- Ale przecież to ty mnie nie przywitałeś! Ja chciałem cię tylko zobaczyć! – krzyczy zdezorientowany chłopiec, wywołując tym samym oniemianie opiekuna. Zielone oczy patrzą wprost na niego, jakby niedowierzając słowom młokosa.

Ten moment jest najdziwniejszy. Obaj patrzą na siebie uważnie, każdy badając własną reakcję. Dla blondyna bezpośredniość wypowiedzi to rzecz naturalna, jak oddychanie czy jedzenie. Dla Brytyjczyka sens słów podopiecznego dociera po chwili, jakoby umysł usilnie blokował ich znacznie. Jeden wpatruje się w drugiego w milczeniu, obracając echo wcześniejszego zdania.

- Mon Dieu, czemu stoimy? To niewybaczalne! Gorąco tu! – aksamitny głos, który Ameryka za sam wydźwięk przypisuje do grona rzeczy pięknych, przecina ciszę. Błękitne i zielone oczy kierują się w stronę wysokiego Francuza, który zamaszyście otwierając drzwiczki dyliżansu, zaszczyca piach swoim ciężarem. Chłopiec jest zachwycony nieznajomym – jego wzburzonymi włosami, skrzącymi błękitnymi oczyma, jaśniejącymi niczym skrawek nieboskłonu. Jego strój go zadziwia – nie przypomina posępnych brytyjskich fraków czy ciemnych kamizelek. To mieszanina turkusowego płaszcza wyszywanego złotem, ozdobnego szalu, pończoch, wypolerowanych pantofli i trójgraniastego kapelusza. Słowem istna ekscentryczność dla młodego Ameryki.

- France, racz się zamknąć. Nie trzeba było wychodzić z dyliżansu. – warczy Anglia, momentalnie poważniejąc. Chłopak odrywa wzrok od nowego kompana i zerka na opiekuna, który przybrał maskę obojętności i ogólnego wywyższenia. Typowe angielskie zachowanie, stwierdza w myślach blondyn, z ciekawością patrząc na jegomościa w dziwnym stroju.

- Kim pan jest? – pyta, przekręcając głowę. Kapelusz zsuwa się lekko, wiec szybkim ruchem dłoni kieruje go na prawowite miejsce. – Ja jestem Alfred. Alfred Kirkland II. Albo junior, bo nie znam się na tym całym nazewnictwie… - Chłopiec wie, że Brytyjczyk rzuca mu pełne dezaprobaty spojrzenie. Nim blondyn mógłby się odwdzięczyć pięknym za nadobne, nieznajomy staje tuż przed nim.

- Mon cheri, Je m'appelle Francis!* A ty to zapewne États Unis!* – Francuz wylewnie rzuca się na chłopca, przerażając w równym stopniu wierzchowca jak i jeźdźca. - Grande-Bretagne!* Nie wspominałeś, że on jest aż taki śliczny~

Alfred stara się uciec wzrokiem gdzieś w dal, płosząc się zbytnią uczuciowością kompana. Fakt, stanowi ciekawy ewenement na tle Brytyjskiego chłodu i oponowania, jednak… wydaje się nieco zbyt nachalny. Albo nieprzyzwyczajony do podobnej empatii chłopiec nie wie jak poprawnie zinterpretować owe zachowanie.

- Alfred nie jest śliczny, France. – Anglia mruży złowróżbnie oczy, co chłopcu kojarzy się z okresem wzmożonej aktywności Hiszpanów. A szczególnie jednego. – Trzymaj się odeń z daleka, francuski bourgeois*. Zachowaj chociaż pozory przyzwoitości.

Francuz chichocze cicho, jakby rozdrażnienie zielonookiego stanowiło dlań najlepszą rozrywkę.

- Eh, Grande-Bretagne. Czy naprawdę uważasz, że rzuciłby się na dziecko kierowany pociągiem seksualnym? – Francja uśmiecha się nieszczerze, teatralnie wznosząc dłonie w geście politowania. Brytyjczyk chce nadmienić, co myśli o słowach towarzysza, lecz chłopiec nie daje mu dojść do głosu. Marszczy brwi w wyrazie niedowierzania i przenosi spojrzenie zdezorientowanych niebieskich oczu na swojego opiekuna. Tysiące pytań kotłuje się w głowie Alfreda, ale decyduje się zadać jedno, które teraz uporczywie zakrząta mu myśli.

- England, co to jest „pociąg seksualny"?

Brytyjczyk przez chwilę wygląda na autentycznie oniemiałego. Moment angielskiej dezercji przerywa śmiech Francuza, tak głośny – choć jak zauważa Ameryka nieprzerwanie aksamitny – że roznosi się echem po całej równinie, odstraszając ptactwo. Zielonooki posyła Francisowi zdeklasowane spojrzenie, jednoznacznie mówiące, że „jeszcze się z nim policzy".

- Nic, co w aktualnym wieku winno zakrzątać twoje myśli, Alfred. – cedzi słowa Anglia, notorycznie rzucając rozbawionemu Francuzowi dyskretne sygnały ostrzegawcze.

Blondyn zamierza dopytywać się dalej; chce dociec cóż tak wpłynęło na gwałtowną zmianę nastroju opiekuna. Układa sobie w myślach stosowną formułę i już otwiera usta, by zadać zdradliwie pytanie Brytanii, gdy nagle ciszę przerywa ciche słowa, podobne szemraniu leśnego strumyczka.

- Je me sens mal…*- szepcze tajemnicza osóbka, lekko zeskakując ze schodków dyliżansu. Ameryka nie potrafi oderwać odeń wzroku, przekonany, że ujrzał legendarną wróżkę rodem z rozlicznych opowiadań Anglii. Gdy istotka obdarowuje go spojrzeniem, niemal przestaje oddychać. Zagadkowe fioletowe tęczówki gdzieniegdzie rozjaśnione jasnym blaskiem taksują go dyskretnie, zatrzymując się na jego twarzy.

To prawdziwa wróżka, myśli nerwowo blondyn, gorączkowo poszukując jakiegoś życzenia. O dziwo, jedyne jakie mu się nasuwa jest proste, nieskomplikowane i bezpośrednie – zbudowane jak jego dziecięcy sposób bycia. Wystarczy mu zwykłe „zostań". Patrząc na idealne stworzenie odziane w suknię z najdelikatniejszego jedwabiu barwy jasnego fioletu, wie, że oddałby wszystko, by co dzień móc podziwiać jej osobliwe piękno.

- Hey! – wykrzykuje bez zastanowienia, energicznie machając ręką do „wróżki". Istotka mruga kilkakrotnie i przekręca głowę, mrużąc powieki. Widocznie nie rozumie powitania młodego szeryfa. – Hey! Hey! Hey!

Fioletookie stworzonko, uosabiane przez Amerykę z bajeczną wróżką, kręci głową. Ucieka wzrokiem na pustynny piasek, co pogłębia nerwowość Ameryki. Przekonany, że nie mówi dostatecznie głośno i wyraźnie, smaga konia łydkami, by ten zbliżył się do zagadkowej persony.

- HEY! Heyheyhey! – tym razem chłopiec niemal krzyczy, uśmiechając się najszerzej jak tylko potrafi. „Wróżka" odskakuje przestraszona, dygocząc lekko. Długa suknia szeleści cicho, a tajemnicza istotka uczepia się drzwiczek dyliżansu, jakby chciała natychmiast wskoczyć do wnętrza karocy. Widząc przerażanie na twarzy istotki, Ameryka zamiera. Niezdarnie potrząsa dłonią w parodii pożegnania i mamrocząc ciche „przepraszam", mocno pociąga za cugle. Jego wierzchowiec błyskawicznie wyskakuje do przodu, pędząc cwałem, jakby goniło ich stado wygłodniałych kojotów.

Ty… idioto!


- Dalej była już tylko samotna wędrówka. Nie wiem ileśmy z Burgerem podróżowali. Widzieliśmy naprzemiennie piach i skały, żadnej żywej duszy. Ni kropli wody, ni szczypty cienia. Tak trafiłem do chatki. – mówi, przysiadając na ganku. Słońce znalazło się w odpowiednim punkcie na nieboskłonie, tak, że czuło się przyjemne ciepło nawet będąc w zaciemnionym kącie. – Gdy tu dotarłem, była całkowicie pusta. Tylko piach leżał na podłodze.

Chłopak zakłada dłonie za głowę, przymykając powieki i odcinając się na chwilę od rzeczywistości. Przez minutę znów jest małym zabłąkanym chłopcem z odznaką szeryfa, ze zmęczeniem na twarzy i kasztanowym wierzchowcem u boku, poszukującym swego własnego skrawka bezpiecznego azylu.

- Nie sądziłem, że dane mi będzie jeszcze kiedykolwiek go zobaczyć, wiesz, sheriff?


*Je m'appelle Francis – z franc. 'Nazywam się Francis'

*États Unis – z franc. 'Stany Zjednoczone"

*Grande-Bretagne – z franc. 'Wielka Brytania'

*bourgeois – z ang. 'burżuj', tu: 'burżuju'

*Je me sens mal– z franc. 'Źle się czuję'

N/A: zapowiadam od razu, że następne rozdziały będą dłuższe. Zresztą wkrótce sami się przekonacie.