Rozdział 3
– Shall we dance? –
Ostrożnie pokręca gałką radia, usiłując wyłapać pośród szumu świadczącego o beznadziejnym zasięgu anteny, jakąś konkretną stację. Urządzenie popiskuje cichutko, niemal rozpadając się pod wpływem namolnego dotyku blondyna. Chłopak pomrukuje z dezaprobatą, gdy po raz kolejny słyszy tylko świsty i chrobotania, typowe dla urządzeń sprzed wojny. W końcu opada bezwładnie na ławę, układając antyk radiografii po swojej prawicy. Zaciska usta i wzdychając ciężko, kieruje wzrok na znajomą linię horyzontu. Charakterystyczny krajobraz rozluźnia go, ale niewystarczająco. Dziwne ukłucie w sercu przypomina, że wspomnienia mogą go najść w każdej chwili. A ostatnio mają to do siebie, że nawet nieproszone, wyganiane i niechciane, zjawiają się w całej swojej krasie.
Powód nagłej fascynacji radiem jest zdumiewająco prosty - wolał zająć się sprzątaniem, niźli przesiadywać samotnie na ganku i rozmawiać z gitarą. Niebyt pocieszony niedawnymi odwiedzinami wspomnień, postanowił zanurzyć się w odmętach niezbadanego morza rupieci na poddaszu. Przywitany przez grube warstwy kurzu, ochoczo zabrał się do stopniowego wprowadzania porządku. Znalazł owy zabytek wczesnej rewolucji w kufrze na strychu i oficjalnie obwieścił, że uczyni wszystko, by posłuchać ulubionej stacji. Jednakże nawet Stany Zjednoczone Ameryki niemnogą nic uczynić wobec ogólnego braku zasięgu.
- Ładna pogoda, nie, sheriff? – błękitne tęczówki na ułamek sekundy zwracają się ku gitarze, jakby instrument mógł przytaknąć na słowa swojego właściciela. – Niebo jest takie… - oczy chłopaka wracają do śledzenie krajobrazu, a umysł próbuje znaleźć dostatecznie dobre określenie na bezchmurny nieboskłon. Niestety z miernym skutkiem. – …niebieskie.
Nawet w uszach blondyna wypowiedź nie jest zbytnio inteligentna. Wzdycha z rezygnacją nad własną głupotą, bezmyślnie uderzając dłonią w ławę. Cios typowego gracza elitarnej drużyny hokejowej, wymierzony pod wpływem impulsu, podrzuca stare radio. Ławka dygocze lekko, jak żywa, niewinna istotka niespodziewanie smagnięta batem. Nagle ciszę przerywają słabowite dźwięki muzyki klasycznej – coś pośredniego między Bachem a Vivaldim; jakby Mozart, Beethoven i Chopin połączyli siły i stworzyli coś płynnego, niemal delikatnego, a zarazem skocznego i tanecznego. Cóżby rzec więcej – zdumiewająco pięknego.
Blondyn wpatruje się oniemiały w niepozorne urządzenie trzeszczące męczeńsko, wiernie imitujące dźwięki klasycznego utworu. Przymyka niebieskie oczy i odcinając się od rzeczywistości pozwala by zawładnęła nim melodia. Jego ciało instynktownie reaguje rozluźnieniem, głowa przechyla się lekko, niesforne pasma blond włosów opadają na czoło. Kołysze się powoli, wpadając w rytm. Czuje jak pojedyncze kosmyki ocierają się o powieki, prawa noga automatycznie wystukuje powtarzające się tony i nawet wiatr dopasowuje swoje podmuchy do granej muzyki. Wie, że jeśli zaraz tego nie przerwie ponownie, wplącze się w sidła wspomnień, zanurzy się w nie głęboko i nie będzie walczyć.
Jednak, co nie budzi zdziwienia, ignoruje podszepty rozsądku, z uśmiechem wracając do czasów, gdy na eleganckich salonach władcy tańczyli do dźwięków tonów Mozarta… a on miał okazję powtórnie ujrzeć piękną wróżkę.
Pierwszą maksymą brytyjskiej korony jest odpowiednie wejście. Najlepiej spóźnić się tak by, wszyscy się zebrali i mieli okazję podziwiać twoje spektakularne przekroczenie progu. Nie można przesadzić, bowiem przez skrajną niepunktualność można napotkać sobie biedy w postaci publicznej reprymendy od gospodarza. A tego układ nerwowy Brytyjczyka by nie zdzierżył. Zwłaszcza gdy domniemanym gospodarzem przyjęcia jest nie kto inny jak Francuz. Chociaż jakby był nim kto inny, zapewne również nie ścierpiałby upokorzenia.
Dlatego właśnie wkraczają do sali i wszystkie spojrzenia pomykają w ich stronę, tak jak wcześniej przewidywał Anglia. Spóźnieni, ale widocznie wyczekiwani, zachowują charakterystyczną swobodę i zawadiackość. Chłopiec obdarowuje tłum promiennym uśmiechem, podbijając serca kilkudziesięciu zgorzkniały panien i zarozumiałych władców. Wymienia z opiekunem zadowolone spojrzenia i dyskretne regułki jak przetrwać z gronie sławetnych możnych Europy. Szybkie przypomnienie, by zważać na każdą młodą damę i udawać zainteresowanie, kończy się ukradkowym kiwnięciem głowy Ameryki. Zielone tęczówki błyskają dumą obserwując młodą latorośl, wyglądającą jak ukoronowanie dobrego wychowania, brytyjskiej etykiety i typowego dlań aroganckiego stylu bycia. Młokos prezentuje się znakomicie, o czym świadczą subtelne chichoty panien i aprobujące kiwnięcia uznania baronów. Klejnot brytyjskiej korony wśród licznych kolonii.
Chłopiec doskonale wie, że jest ubrany nad wyraz elegancko i gustownie, jak przystało na podopiecznego jednego z głównych imperiów Europy. Nie czuje się zbyt dobrze w dopasowanym fraku, bufiastej jedwabnej koszuli koloru świeżego mleka i długiej matowej zamszowej kamizelce, jednak nie narzeka. Fakt, że jego samopoczucie nie zyskuje w podobnych strojach, nie oznacza, że zamierza się źle bawić. W końcu przyjęcia u Pana Francisa są naprawdę miłe. Nie wspominając o doborowym towarzystwie!
- Powitajmy Arthura Kirklanda, Wielką Brytanię; Grande-Bretagne; The United Kingdom of Great Britain; wysłannika brytyjskiej korony wraz ze swoim podopiecznym, Alfredem Kirklandem II.
Tłum rozstępuje się nieco, by z wymaganym szacunkiem uhonorować pojawianie się ważnych gości. Choć Anglia parokrotnie powtarzał, by chłopiec wdawał się w krótką konwersację z każdym z towarzystwa, błękitne tęczówki od kilku sekund sondują tłum w poszukiwaniu znajomych twarzyczek swoich rówieśników. Charakterystyczny loczek wyłania się naprzód i niepozornym gestem wskazuje na stół z przysmakami, by zaraz zniknąć pośród marszczonych sukien francuskich dam dworu. Alfred pędzi we wskazane miejsce, machając zirytowanemu Brytyjczykowi na pożegnanie.
- Romano*? Veneziano*? – nawołuje blondyn szeptem, profilaktycznie rozglądając się na boki. Nie zauważa żadnego ciekawskiego możnowładcy, który obserwowałby zaistniałą sytuację, więc poddając się słabości, zwinnie nurkuje pod zastawiony stół. – Italy?
- Siedź cicho, bo nas nakryją! – warczy jeden z braci, niewątpliwie nieco aspołeczny przedstawiciel Rzymu. Blondyn uśmiecha się lekko, ochoczo kiwając głową, niemal przytakując rówieśnikowi. Jest więcej niż pewny, że strój w jaki został przybrany Romano to jedyny powód dla którego kryją się przed elitarnym towarzystwem arystokratów. Wszędzie, jak wody szerokie a kontynenty dostępne dla podróżnych, znane są specyficzne upodobania Hiszpana co do wyglądu jego małego pasierba. Fakt, że młody Romano jest chłopcem nie oznacza, że nie nosi sukienek. To na hiszpańskich ziemiach wręcz wyklucza jego ewentualną przymiarkę do męskich ubiorów. – I spróbuj zasugerować, że to przez moją kieckę, a przemyję twoją wyszczerzoną gębą podłogę.
Alfred posyła rudowłosemu niewinny uśmiech, wzruszając ramionami. Doskonale wie, że jeszcze nadarzy się okazja by wytknąć Romano ekstrawagancki strój. Wcześnie czy później – cóż to za różnica? I tak się grzecznie pokłócą.
- Co robimy? Bo zakładam, że mimo wszystko, główną atrakcją nie będzie froterowanie mną parkietu… Anglia mówi, że do tego zajęcia najlepsi są Hiszpanie. – mówi Alfred, odliczając w myślach sekundy do wybuchu złości Romano. Słyszy charakterystyczny syk i widzi parę rozjarzonych ślepi gotowych samym spojrzeniem pozbawić życia połowę ludzkiej populacji. Ze szczególnym naciskiem na amerykańską część populacji. Wcielenie włoskiego bazyliszka.
- Zginiesz w pomidorowym sosie, kowboju od sześciu boleści! – Włochy Południowe wstaje niespodziewanie, a wraz z nim unosi się również stół. Blondyn śmieje się głośno, a rudowłosy nie zważając na mebel, rusza na niego, niczym taran w natarciu. Wszystkie francuskie przekąski lądują na podłodze, niektóre obryzgując ją różnokolorowymi sosami. W normalnych okolicznościach, gdyby blondynowi nie groziła śmierć z włoskich rączek, chłopiec z pewnością załamałby się takim marnotrawieniem dobrego jedzonka. Aczkolwiek aktualnie jego priorytetem jest dalsze egzystowanie.
Ameryka uskakuje na zewnątrz, z dala od śmiercionośnego wzroku Rzymu, choć naraz jego drogę ucieczki zagradza znajoma postać. Wpada na jegomościa, lądując prosto w jego ramionach. Ma okazję wdychać przyjemny zapach róż i czegoś, co sami Francuzi nawykli nazywać „eliksirem samego Amora". Nosem trąca jedwabny szal, przesiąknięty aromatem croissanta, słodkiego wytrawnego wina i samego Francisa. Dłonie lekko zaciska na miękkim płaszczu mężczyzny, by utrzymać przynajmniej pozory równowagi. Czując jak oddech Francuza łagodnie otula jego kark, drga niespokojnie. Szybko umyka spod nazbyt opiekuńczych objęć Francji, wyuczonym ruchem, pełnym elegancji i stanowczości poprawiając swój idealny strój.
- Przepraszam, nie zauważyłem pana. – chłopiec mamrocze odruchowo, dłonią przeczesując pasma blond włosów. Z przyzwyczajenia chce chwycić za kowbojski kapelusz, ale w porę przypomina sobie, że swoje ulubiona nakrycie głowy pozostawił w domu. Błękitnymi oczyma spogląda na Francisa, który uważnie taksuje jego postać, uśmiechając się przy tym powolnie. Jak zadowolony kociak, który bawi się ulubioną zabawką.
- États Unis, nie bądź taki formalny. Wystarczy samo Francja. Jesteśmy rodziną, nie tytułuj mnie per 'pan'. – zauważa Francus, niby przypadkiem przeczesując chłopcu czuprynę. Dotyk jest pod wieloma względami przyjemny, niemal bezpieczny i Ameryka kwituje go miłym uśmiechem.
- Jasne, Francjo.
- Od razu lepiej~ Powiedz mi, mon cheri, zająłbyś się moją córeczką? – Francis przechyla głowę na prawo, a Ameryka czuje nagłą potrzebę dotknięcia jego włosów. Wydają się zbyt idealne, by były prawdziwe. Może są takie za sprawką jakiś tajemniczych zaklęć? Arthur będzie wiedział. – To również twoja siostra, kochany. – mówi dźwięcznym głosem mężczyzna z każdym słowem pochylając się nieco ku blondynowi. Gdy błękit oczu chłopca spotyka niebieskie tęczówki rozmówcy, Francis uśmiecha się wolno. Nie wiadomo skąd wynajduję czerwoną różę i pociągając delikatnie płatkiem kwiatu po policzku blondyna, prostuje się swobodnie. – Mogę na ciebie liczyć, mon cheri?
Ameryka wzrusza ramionami, niemo wyrażając zgodę. Prawdopodobnie teraz zgodziłby się na wszystko. Zostaje nagrodzony pojedynczym mrugnięciem Francuza i zaraz ten znika, rozpływając się pośród roześmianego tłumu. Jego miejsce zajmuje olśniewająca istotka, którą chłopiec odruchowo tytułował od pierwszego spotkania 'wróżką'. Jego serce natychmiast zamiera, a oczy upodabniają się do dwóch spodków.
„Wróżka" wygląda pięknie. Choć, nie. To określenie definitywnie nie oddaje jej pełnego uroku. Istotka przybrana w suknię delikatniejszą od porannej mgiełki, o odcieniu jasnego fioletu patrzy nań uważnie, marszcząc brwi. Ameryka nie potrafi zwerbalizować swoich myśli, skupiony na obserwacji najpiękniejszego stworzenia, jakiego przyszło mu oglądać. Długie włosy, podobne barwie falującym polom pszenicy, przypominają aureolę. Wąskie usta wydają się stworzone do delikatnych uśmiechów i długich pocałunków, choć Ameryka sam nie wie, skąd pojawiły się u niego podobne spekulacje. Dziwi go jego własna reakcja na obecność „wróżki", a zwłaszcza zachłanność z jaką próbuje zapamiętać każdy szczegół jej wyglądu. Nie umie orzec czy ładniej owej personie przed nim w sukni z falbankami czy marszczonej przyozdobionej ozdobną koronką. Niepodziewanie stwierdza, że w czymkolwiek „wróżka" by się pojawiła, ujmie jego serce swoim pięknem.
- Bonjour* - szepcze z francuskim akcentem istotka, dygając oficjalnie. Ucieka wzrokiem na dywan, onieśmielona namolnymi obserwacjami blondyna. Nie gap się idioto, tylko zacznij rozmawiać!
- Hey! – odpowiada chłopiec, nieco przewyższając dopuszczalną głośność powitania. Strofując się w myślach za zbytnią nadgorliwość i hałaśliwość, uśmiecha się szeroko. – I'm HERO! – każe on szczerze żałuje, że nie może kopnąć się teraz w tyłek. Czy naprawdę tak trudno wypowiedzieć proste 'nazywam się Alfred, miło mi'? Jak widać dla Amerykanów to niemalże niewykonalne.
- Je m'appelle Matthew, Canada. – „wróżka" uśmiecha się lekko. Jej oczy rozjaśnia nikły blask, nadający morzu fioletowych tęczówek radosnej nutki. Zupełnie jak zorza polarna zaklęta w osobliwych tęczówkach. Chłopiec zerka na istotkę uważnie, dłonią pukając w skroń. Czy tylko jemu się wydaje, czy Matthew to męskie imię?
- Jesteś… chłopcem? – pyta zdziwiony, nie ukrywając ciekawości. Nie dziwi go strój Matthew, bo przecie nieraz widywał w podobnych kreacjach swego przyjaciela i rówieśnika, Romano. Jednakże, jak nawykł powtarzać Anglia, pewności nigdy za wiele.
- Oui*. – mamrocze zirytowany Matthew, nerwowo wygładzając przód sukni. Czyni to niczym panienka o stażu światowej sławy baletnicy – łagodnie, płynnie i elegancko. Ten gest nie umyka uwadze Alfreda, który przybierając na twarz olśniewający półuśmiech, wyciąga doń otwartą dłoń, zapraszając do tańca. Kłania się przy tym szarmancko pochylając głowę, choć nie spuszcza rozbawionych błękitnych oczu z Matthew.
- Shall we dance? – pyta Ameryka, przechylając głowę. Widząc uroczy rumieniec na twarzy kompana, nie potrafi oprzeć się pokusie poszerzenia uśmiechu. – Please.
- Non*. – szepcze zawstydzony do granic możliwości Kanada. Alfred smutnieje, a w jego oczach wykwita nieme pytanie, upodabniając go do małego, zdezorientowanego szczeniaczka. Matthew przygląda się mu przez chwilę, zwalczając pierwotną chęć by pogłaskać chłopca na pocieszenie. Mając przed oczami ich ostatnie spotkanie, które nie dość, że przebiegało w chwili gdy bolała go głowa, to jeszcze błękitnooki uciekł nim doszło między nimi do konwersacji, czuje, że podobne ekscesy mogłyby zostać odczytane jako niewłaściwe. Kanada chrząka znacząco i opuszkami palców poprawia pasmo włosów, które uparcie drapie go w policzek. – To… wielce niestosowne, bracie.
- Ależ braciszku, czymże jest jeden niewinny taniec? – Ameryka sam jest zdziwiony swoją determinacją i nim Matthew zdąży mu odpowiedzieć, ciągnie go na parkiet, dziękując Anglii za nieznośne lekcje walca.
Nim którykolwiek z nich się orientuje, zaczynają tańczyć, ulegając łagodnej melodii włoskich skrzypiec. Wpatrzeni w siebie z początku zdają się być zawstydzeni, nieco speszeni, bojaźliwi. Błękitnooki szybko przełamuje dławiącą niezdarność, zaczyna prowadzić płynie, z wyczuciem o jakie nikt go nie podejrzewa. Suknia Kanady faluje wdzięcznie wraz z właścicielem, amerykańską kamizelkę rozwiewa gwałtowny obrót. Rytm przenika każdy ich ruch, scalając ich dusze w niezwykłym misterium. Stanowczy krok w przód, a w odpowiedzi uległy krok w tył; delikatny ukłon wykonany równocześnie; wspólne wirowanie pośród tłumu. Łagodny uśmiech Matthew wart co najmniej pół światu; wesoły błysk w błękitnych głębiach tęczówek Alfreda. Niepozorna para obracająca się na niewielkim okręgu, skupiona wyłącznie na sobie i muzyce, która łączy ich i rodzi coś… pięknego.
Radio skrzypi męczeńsko przy ostatnich taktach, podobnie jak wspomnienia błękitnookiego umykające płochliwie w przeszłość. Końcowy dźwięk jest niczym przypomnienie, że do tańca nie powinno dojść, że wtenczas był to pierwszy poważny błąd, krok ku samo-destrukcji. Głośny zgrzyt informuje, że nadszedł kres dzisiejszej audycji, a na następną prawdopodobnie nie ma co w najbliższym czasie liczyć. Ciszę przerywa jedynie monotonny szum urządzenia, które tylko grzecznie czeka, aż łaskawy właściciel pozwoli mu zamilknąć na kolejne wieki.
W końcu Alfred mechanicznie wyłącza radio, nieprzytomnie wpatrując się w horyzont. Nieprzerywanie obserwując odległą linię, swoją prywatną granicę spokojnej oazy, opiera się plecami o ścianę chatki. Wiatr łagodnie podwija kołnierz jego koszuli, jakby sprawdzając czy chłopak jest w stanie zainteresować się czymś innym niż odległe wspomnienia. Nie jest.
- Nie pamiętam do czego tańczyliśmy. Wszyscy mówili, że to był Vivaldi, wiesz sheriff?
*Romano, Veneziano – inaczej Lovino i Felicjano. Z racji tego, że w Anglii swego czasu rządziło Imperium Rzymskie, poczułam, że powinnością Alfreda jest znajomość rzymskich odpowiedników imion braci Włoch. Przypominam wszystkim zapominalskim: Włochy Południowe – Romano/Lovino; Włochy Północne – Veneziano/Felicjano.
* Bonjour – z franc. 'Dzień dobry' (tak, wiem podstawy, ale przypomnieć nie zaszkodzi ^^)
*Oui/Non – z franc. Tak/Nie
Sam tytuł 'Shall we dance?' to oczywiście znane pytanie – 'czy zatańczymy?'
