oryginał: Snape's Memories (link w moim profilu)
autor: paganaidd (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Rozdział trzeci
Tim i Lily trzymali się za ręce, kiedy schodzili za Ginny do metra. Harry szedł tuż za nimi.
Zawsze chodził za swoją rodziną i miał na nią oko. Pilnował jej pleców. Trening aurorski tylko wzmógł jego naturalną czujność (nie można tego nazwać paranoją, skoro rzeczywiście na niego polowano). Wciąż słyszał w głowie refren Moody'ego, po wszystkich tych latach. "Stała czujność!"
Lily była zachwycona: pierwszy raz w życiu miała jechać metrem i cieszyła się na poznanie nowej kuzynki.
Tim nie miał problemów z metrem. Wiele razy jechał nim z mamą, powiedział, najwyraźniej próbując uspokoić Ginny, która martwiła się, że ich pierwsza rodzinna wycieczka może być dla niego trudna. Tim wzruszył ramionami i zapewnił, że czasami jechał nawet sam, jeśli musiał odebrać "lekarstwo" mamy.
Po jego słowach Ginny z trudem przełknęła ślinę i nerwowo uprzątnęła stół po śniadaniu, po czym odwróciła się do zlewozmywaka, aby ukryć zbyt mocno błyszczące oczy. Aż za dobrze rozumiała, o czym mówił Tim, kiedy wspominał o "lekarstwie" swojej mamy.
Hermiona opowiedziała Ginny i Harry'emu co nieco o heroinie, niemal nieznanej w czarodziejskim świecie. Po prostu nie działała w ten sam sposób na układ nerwowy czarodziejów. Istnieje wcale niemało eliksirów, w których używany jest jej podstawowy składnik, papaver somnifera, o ile jednak nie zostanie on aktywowany przez magię warzyciela, efekty zostają zniwelowane przez magię użytkownika.
Czarodzieje znają oczywiście więcej niż kilka eliksirów, od których można się uzależnić w podobny sposób, jak mama Tima od mugolskich narkotyków. Wszystkie słabości mugolskiego świata z całą pewnością mają odwzorowanie w czarodziejskim.
Tego ranka Tim był niespokojny, bardzo czujny i nieufny. Harry zastanawiał się, czy chłopiec czeka na karę za włamanie się do jego gabinetu zeszłej nocy. Wiedział, że Tim zobaczył, jak odnosi album na jego miejsce i zamyka pokój magicznie. Rano słyszał Tima po cichu wychodzącego z sypialni, a potem pędzącego po schodach, aby całkowicie uniknąć spotkania z Harrym. Malec prawdopodobnie szukał relatywnie bezpiecznej bliskości Lily.
Harry nie martwiłby się faktem, że Tim wszedł do jego gabinetu, gdyby nie były tam zamknięte pewne niebezpieczne przedmioty. W większości książki, których używał w pracy, i kilka amuletów wydanych mu przez Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Te rzeczy miały własne osłony, Harry jednak nie lubił, kiedy dzieci znajdowały się choćby w tym samym pomieszczeniu, co one.
Podczas śniadania Tim ze strachem obserwował Harry'ego i Ginny, trzymając się blisko Lily. Harry chciał porozmawiać z chłopcem, uspokoić go, ale dziecko było zbyt płochliwe - martwił się, że dodatkowo je zdenerwuje, jeżeli będzie naciskał. Pozwolił więc, żeby Lily radośnie opowiadała Timowi o czekającym ich dniu.
Nie dał się oszukać udawanej nieświadomości córki. Kilka razy zauważył, że Lily przenosi wzrok z Tima na niego i z powrotem, po czym zdwaja wysiłki, aby nadal wesoło gawędzić. Przez głowę przeszła mu myśl, że dziewczynka odczuwa takiego samo silne pragnienie pomagania bezradnym, jak jej matka i babka.
Gdy szedł na piętro po swoją pelerynę, usłyszał na schodach za sobą lekkie kroki.
- Tato? - spytała Lily poważnie, kiedy się odwrócił.
- Tak?
- Czy Tim ma kłopoty? - Jej głos wyrażał zmartwienie.
- Dlaczego pytasz? - nie odpowiedział Harry.
- Bo właśnie mnie zapytał, czy używasz pasa, czy uda mu się wywinąć laniem - wyjaśniła. - Powiedziałam mu, że nie wierzysz w lanie i że to mama krzyczy, jak coś zrobimy. Ale to chyba tylko pogorszyło sprawę. On myśli, że ma straszne kłopoty.
Harry westchnął i usiadł na stopniu.
- Dzięki, że mi powiedziałaś, kochanie. Tim nie ma żadnych kłopotów. Po prostu wszedł do mojego gabinetu zeszłej nocy i upomniałem go, że nie wolno tego robić. Zapomniałem zamknąć drzwi, ponieważ wiem, że ty i chłopcy nigdy tam beze mnie nie wchodzicie.
- I on myśli, że jeszcze nie skończyłeś upominać? - zrozumiała dziewczynka. - No to mu powiem, że skończyłeś. - Uśmiechnęła się szeroko, uściskała Harry'ego krótko i zbiegła po schodach.
Reszta poranka upłynęła dość spokojnie. Jazda metrem nie różniła się specjalnie od tego, co pamiętał Harry. Lily opiekuńczo trzymała Tima za rękę, gdy jechali ruchomymi schodami, a potem wyszli na zalaną słońcem londyńską ulicę.
- Chodźcie, dalej - rzuciła Ginny przez ramię. - Powinniśmy spotkać Dudleya i Philipa na zewnątrz. Bez nas nie będą w stanie tego zobaczyć.
Dziurawy Kocioł nic się nie zmienił, choć stary Tom odszedł na emeryturę, a na stanowisku barmana zastąpił go syn. Ginny i Harry często zabierali tam dzieci wieczorami lub w sobotnie popołudnia.
Przed Dziurawym Kotłem Eleanor z podnieceniem próbowała wyjaśnić Philipowi i Dudleyowi, że tam są drzwi, i chichotała, bo nie mogli ich zobaczyć.
- Czy to oni? - zapiszczała Lily. - Oni?
- Tak - odparł Harry. - Dudley! - zawołał, machając ręką.
Cała trójka odwróciła się i spojrzała na Potterów.
Eleanor poczerwieniała i opuściła wzrok, Lily jednak, zupełnie jak jej bracia, nie miała w sobie za knut nieśmiałości. Z Timem na holu podbiegła do Eleanor.
- Jestem twoją kuzynką Lily!
Eleanor wyglądała na zaskoczoną, lecz zadowoloną, więc Lily mówiła dalej:
- Tak się cieszę, że jesteś dziewczynką! Inni moi kuzynowie to sami chłopcy, no Victoire ma osiemnaście lat i jest o wiele za duża, żeby się mną przejmować, a kuzynka Rosie jest w szkole, a Hugo jest fajny i w ogóle, ale wiesz, chłopcy czasem nie łapią różnych rzeczy.
Eleanor uśmiechnęła się.
- Ty też jesteś wiedźmą? - spytała z wahaniem.
- Tak! I razem będziemy na tym samym roku w szkole. Tata powiedział, że mogę dzisiaj dostać różdżkę, jeśli chcę. Ty też dzisiaj dostaniesz swoją?
Eleanor spojrzała na Philipa i Dudleya, którzy przyglądali jej się z czułością.
- Mogę? Papo? Tato? - zapytała jednym tchem.
Philip zerknął na uśmiechającego się Dudleya i skinął głową.
- Cóż, Mikrusie, jeśli twoi ciocia i wujek pokażą nam, jak się tam dostać, a potem zabiorą nas tam, gdzie można dostać różdżkę, nie widzę przeciwwskazań. - Podszedł do Ginny i uściskał ją na powitanie. Z Harrym zrobił to samo. - To gdzie idziemy? Nasza Eleanor mówi, że to właściwe miejsce, ale nie rozumiem, co ma na myśli.
Ginny uśmiechnęła się, wzięła Philipa za rękę, potem rozejrzała się, czy ich nikt nie widzi, i skierowała na niego różdżkę.
- Mugol animadverto videlicet! - powiedziała.
- O rany. - Philip uniósł wzrok i jasne było, że widzi teraz znak i drzwi Dziurawego Kotła. - O rany - powtórzył, oszołomiony.
- Od tej chwili będziecie widzieli czarodziejskie rzeczy, kiedy będziecie z Eleanor - wyjaśniła Ginny, a następnie rzuciła to samo zaklęcie na Dudleya, który sprawiał wrażenie równie ogłuszonego jak Philip.
- Och! - zawołała Lily. Odwróciła się do Eleanor i wyciągnęła Tima nieco przed siebie. - Zapomniałam. To jest mój przybrany brat Tim! Jest z nami dopiero od środy.
Chłopiec odsunął się od Philipa i Dudleya i przysunął do Lily.
- Witaj, Tim. Spotkaliśmy się którejś nocy, pamiętasz? - Dudley odezwał się łagodnym tonem, podobnym do tego, jakiego używał Hagrid przy nowo narodzonych potworach i rannych nieśmiałkach.
Dziecko z powagą kiwnęło głową, ale nic nie powiedziało.
Wszyscy razem weszli do widocznego już pubu.
- Witam, państwo Potter! - zawołał barman. - Państwo Weasley dopiero co tu byli. Mówili, że spotkają się z wami u Fortescue.
- Dziękuję, Bert.
Dudley przesunął się na tył, żeby iść z Harrym, podczas gdy Ginny prowadziła całą resztę na tyły Dziurawego Kotła i do ściany, która otwiera się na ulicę Pokątną.
- Jak tam Tim? - spytał cicho.
- Jak się można spodziewać. Uzdrowicielom nie podobał się jego stan. Niedożywiony, mnóstwo siniaków, bardzo nieufny i przekonany, że zrobił coś okropnego - odparł Harry. - Gromadzi jedzenie. Śpi raczej kiepsko, ale to może być kwestia przeprowadzki. Szczerze mówiąc, czuję się przy nim trochę dziwnie. Jest zdecydowanie za cichy jak na siedmiolatka. Chyba jestem przyzwyczajony do mojej bandy, która wdała się w Weasleyów. - Wskazał brodą na Lily opowiadającej Eleanor, Timowi i Philipowi o każdej jednej mijanej rzeczy. Od momentu, kiedy przeszli przez zaczarowany mur, oczy dzieci pochodzących z mugolskich rodzin i Philipa wręcz wychodziły z orbit.
- Mama i tato nienawidziliby tego wszystkiego - zauważył Dudley z pewnym podziwem.
Gdy przeszli kawałek ulicą, Eleanor odezwała się wreszcie:
- To jest lepsze niż... niż wszystko!
- Muszę kupić sobie pelerynę! - stwierdził Philip, kiedy przechodzili obok sklepu z ubraniami na wystawie.
Dudley roześmiał się.
- Gdzie byś ją nosił?
- No cóż, choćby tutaj - odparł Philip. - Czuję się nie wystarczająco przyzwoicie ubrany! - W rzeczywistości był ubrany bardzo elegancko. Najwyraźniej nie był mężczyzną noszącym dżinsy i koszulki, miał bowiem na sobie lniane spodnie i raczej drogą (choć w sportowym stylu) koszulę. - Jedwabną, jak sądzisz?
- Może niebieską obszytą żółtymi gwiazdkami? - zaproponowała Eleanor, wskazując właśnie taką.
- Och TAK! - zaśmiał się Philip. - I kupimy podobną twojemu tacie, tylko żółtą z niebieskimi gwiazdkami. A potem odwiedzimy twojego taty ciotkę Marge!
- Skażą cię za morderstwo, chłopczyku-prawniku. - Dudley uśmiechnął się krzywo. - Ona z miejsca dostanie udaru i jak się wtedy wytłumaczysz personelowi domu opieki?
Harry nie mógł się powstrzymać, kiedy spojrzał na Dudleya - obaj zaczęli się śmiać. Harry doskonale potrafił sobie wyobrazić wyraz twarzy starej megiery. Byłaby to dokładnie ta sama mina, jaką miała, gdy przypadkowo nadmuchał ją tuż przed rozpoczęciem nauki w trzeciej klasie.
Przez kilka minut Dudley i Harry nie mogli się uspokoić. Za każdym razem, kiedy opanowali śmiech, zerkali na siebie. Komentarze Ginny i Philipa wcale im nie pomagały.
- To nie było aż takie zabawne.
- On często taki jest?
- Tylko jeśli za długo zadaje się z moim bratem.
- Jeżeli nie przestaniecie, będziemy musieli was rozdzielić.
- Ludzie pomyślą, że jesteście na przepustce.
- Ludzie pomyślą, że przesadziłam z zaklęciem rozweselającym.
- Ludzie już myślą, że jesteście pijani.
Problem w tym, że te komentarze jeszcze bardziej rozśmieszały ich obu.
Troje dzieci ze zdumieniem patrzyło na przedstawienie, jakie robili z siebie dwaj dorośli mężczyźni, którzy nie mogli przestać się śmiać.
W końcu po jakichś dwudziestu minutach Harry i Dudley wytarli oczy. Harry pokręcił głową.
- Spotkałeś ciotkę Marge, Philipie?
Uśmiech Philipa stał się cierpki.
- Tylko raz, na pogrzebie Petunii. Prawie mnie uderzyła, gdy zorientowała się, kim jestem. Uważam, że powinniśmy ją odwiedzić i zająć się pewnymi niezakończonymi sprawami. Dokończyć robotę, że tak powiem.
Harry przytaknął i też uśmiechnął się cierpko. Był zaskoczony, jak dobrze czuł się akurat z Dudleyem.
- No to - odezwał się Dudley - gdzie dostaniemy różdżki? - Wyraźnie starał się poradzić sobie z nie do końca jeszcze opanowanym chichotem.
- U Olivandera i Lovegood - stwierdził Harry zdecydowanie. - Ale musicie wymienić pieniądze, oni nie przyjmują funtów.
- Nie przyjmą karty kredytowej? - zdziwił się Philip. - Chyba rzeczywiście nie jesteśmy już w Kansas.
Lily spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Myślałam, że Kansas jest w Ameryce?
KONIEC
rozdziału trzeciego
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
