Od tłumaczki
Na dzień dzisiejszy użytkowników, którzy dodali "Wspomnienia Snape'a" do ulubionych i/lub alertów, jest czternastu (w nawiasach podaję liczbę komentarzy, które te osoby dotychczas do tego tłumaczenia zamieściły): marusz (2), kasias155 (1), kruszynka85 (1), Lossie (1), Zireael07 (1*), Alice Cullen-Potter (0), Arizona7355 (0), dosia1982 (0), ewcia20212 (0), Lenusek (0), Lexandra (0), Majordomus (0), Michalina2312 (0), Zilidya (0).
Wszystkim komentującym, zarejestrowanym i nie, jak zwykle bardzo dziękuję i życzę przyjemnej lektury.
Nakago
* komentarz Zireael07 składa się z czterech (tak, 4) słów; nie dowiedziałam się z niego zbyt wiele, ale zaliczyć go należy, nieprawdaż?
oryginał: Snape's Memories (link w moim profilu)
autor: paganaidd (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Rozdział piąty
- Jamesie Syriuszu Potterze - syknął Harry. - Co ty sobie właściwie wyobrażasz?
James drgnął gwałtownie. W gabinecie było ciemno, dopóki siedzący za swoim biurkiem Harry nie zaświecił różdżki.
James zakradł się tam, próbując odstawić na miejsce miotłę ojca. Zamiast otwarcia i zamknięcia frontowych drzwi Harry usłyszał, jak otworzone zostało okno salonu, a potem jego uszu dobiegły ciche kroki. Przeszło mu przez głowę, że trzeba będzie na nowo postawić tam osłony, które James musiał zdjąć swoim wymknięciem się z domu. Całkiem prawdopodobne było, że James wykradał się tamtędy przez całe wakacje. Najbardziej wkurzające było, że chłopiec wcale nie musiał się wyślizgiwać - robił to, bo uwielbiał ryzyko.
Najwyraźniej James sądził, że kolejny raz uda mu się wrócić i nie zostać przyłapanym.
Kwestia w tym, że już sama miotła by go zdradziła. Jasnym było, że ktoś się z nią źle obchodził: brakowało fragmentów witek, a na rączce pojawiły się zadrapania, których tam wcześniej nie było. Wygląd nastolatka również świadczył o nieszczęśliwym wypadku, choć chłopiec bez wątpienia uważał, że poradzi sobie z podbitym okiem i skaleczeniami bez zwracania niczyjej uwagi.
- Tata! Wróciłeś... Er... Myślałem, że wciąż jesteście z mamą... Znaczy... - James zamilkł, widząc niezwykłe u ojca groźne spojrzenie.
- Mamy skrzata domowego, wiesz? - zauważył Harry przesłodzonym tonem. - A ja zakładam osłony na moją własność. Jakichkolwiek zdolności nie nabyłeś w zakresie rozbrajania osłon nałożonych na dom, zapomniałeś zdjąć zaklęcie przeciwdziałające kradzieży. Gdy rozlega się alarm, wiadomo też od razu, kto jest złodziejem.
James z przerażeniem patrzył na ojca. Harry pochylił się do przodu i powiedział bardzo cicho:
- Wyjaśnij mi więc, coś ty właściwie robił.
Harry miał trochę czasu na siedzenie w gabinecie i gotowanie się ze złości po tym, jak Stforek powiadomił go, że jego starszy syn "pożyczył sobie" jego miotłę.
Szukanie chłopca nie przyniosłoby nic dobrego: miotła została wykonana dla Harry'ego na zamówienie, do jego aurorskiej pracy. Był to najnowszy model Błyskawicy zmodyfikowany o nałożone dodatkowo zaklęcia ukrywania i niewykrywalności, jak również inne czary, które sam wynalazł. Był też przerażająco szybki. Szybki i - w rękach niedoświadczonego nastolatka - bardzo niebezpieczny.
Serce w Harrym zamarło co najmniej parokrotnie tej nocy, kiedy wydawało mu się, że słyszy stukanie sowiego dzioba w szybę. Wreszcie po prostu otworzył okno, w każdej chwili spodziewając się sowy, że James po wypadku trafił do Świętego Mungo albo został aresztowany przez Ministerstwo, bo zauważyli go mugole. Albo jedno i drugie równocześnie. Teraz zaś chłopak miał czelność pojawić się stosunkowo niedraśnięty. Ojcowska obawa Harry'ego momentalnie przerodziła się w gniew. Wziął głęboki wdech, walcząc z chęcią rzucenia na syna klątwy nakładającej więzy i przykucia go do łóżka na resztę wakacji.
- Mogłeś zostać zauważony. Mogłeś się zabić. - Harry wstał i pochylił się nad biurkiem, oparłszy dłonie o jego blat. - Coś ty, DO DIABŁA, myślał?
James struchlał, lecz mimo wszystko uniósł nieco brodę.
- Nie zauważyliby mnie. Ona ma te wszystkie... - Zerwał kontakt wzrokowy, gdy utkwił brązowe oczy w podłodze. Ale po chwili znowu spojrzał w górę. - Wziąłem ją tylko na krótką przejażdżkę - stwierdził ze sztuczną brawurą. - Nic się nie stało.
- NIC SIĘ NIE STAŁO? - ryknął Harry. - NAZYWASZ TO NICZYM? - W dwóch krokach przeszedł przez pokój, złapał podrapaną miotłę w jedną rękę, a rozdartą pelerynę chłopca w drugą. - W CHOLERĘ ROZWALIŁEŚ MI MIOTŁĘ! - Widział, jak James zatrzymał się na ciemnym podwórzu przed ich domem i przeleciał nad miotłą głową do przodu, ponieważ nie był przyzwyczajony do krótkiego czasu jej hamowania. To najpewniej nie był jedyny jego wypadek tej nocy, jeśli można sądzić po stanie jego ubrań.
- N-nie, to tylko mała wywrotka... Naprawdę... Zaraz ją wyczyszczę. - Chłopak zbladł; wyglądał na przerażonego.
Harry odwrócił się na pięcie, usiłując zapanować nad sobą. To wcale nie miotła wprawiała go w taką złość, a przekonanie Jamesa o jego nieśmiertelności.
- Masz ogromne szczęście, że są wakacje - odezwał się cicho. - Minerwa McGonagall za coś takiego już nigdy nie pozwoliłaby ci grać w quidditcha. - Znowu spojrzał na syna. - Może powinienem wysłać jej rano sowę i powiadomić ją, że nie pozwalam ci grać w następnym semestrze.
- Nie! Tato! Nie możesz!
- Nie mogę? Czyżby? - zdziwił się Harry zimno. - Drażnij mnie tak dalej, a wcale nie wrócisz do Hogwartu.
James otworzył usta, aby znów coś powiedzieć, ale wystarczyło jedno spojrzenie na minę ojca, żeby ponownie je zamknął.
- Wynocha - rzucił Harry ostro. - Twoja matka jest na dole. Idź do niej, niech ci wyleczy to oko i co tam sobie jeszcze uszkodziłeś. - Trzymał nerwy na wodzy samymi koniuszkami palców. Nigdy wcześniej nie czuł takiej pokusy, żeby wlać któremuś spośród swych dzieci. Chciał, żeby James zszedł mu z oczu zanim powie coś, czego pożałuje.
Chłopcu nie trzeba było dwa razy powtarzać, choć niewątpliwie wiedział, iż matka tylko czeka, żeby urwać mu głowę.
Harry wygasił różdżkę i ciężko usiadł za biurkiem.
Z cienia w rogu pokoju rozległ się czyjś śmiech.
- Kto tam? - spytał, znowu rzucając ciche Lumos.
W kącie, swobodnie oparty o ścianę, stał Severus Snape.
I śmiał się.
Z Harry'ego.
- Zaraz... - Harry nagle zrozumiał. - To kolejny sen...
- Tak - przyznał Snape, który wciąż sprawiał wrażenie rozbawionego.
Harry uznał, że nigdy nie widział, aby jego były profesor wyglądał tak młodo. Tym razem miał też na sobie nowsze szaty.
- To było dokładne wspomnienie czy nieco je podkolorowałeś? - Mistrz eliksirów przeszedł na środek pokoju i wyczarował sobie krzesło. Po chwili namysłu wyczarował też butelkę ognistej whisky i dwie szklanki, które od razu napełnił.
- Dość dokładne - przyznał Harry, biorąc szklankę od Snape'a.
Tamtej nocy miał ochotę zabić Jamesa. Zabrał synowi miotłę i naprawdę zabronił mu grać w quidditcha aż do ferii gwiazdkowych. Chłopiec uważał, że to potwornie niesprawiedliwe; nie odzywał się do rodziców całymi tygodniami.
Harry zastanawiał się później, czy nie był zbyt ostry, przypomniał sobie jednak, jak zamarło w nim serce, gdy zobaczył spadającego z miotły Jamesa, i to utwierdziło go w jego postanowieniu.
Już wcześniej śnił o tamtej nocy: miał całkiem sporo koszmarów na temat tego, co się nie stało.
- Proszę, proszę, jestem pod wrażeniem, Potter. - Snape uśmiechnął się krzywo. - Spodziewałem się, że jako ojciec pójdziesz raczej śladem Blacka lub Lupina, może nawet Dumbledore'a. Z całą pewnością nie moim.
Harry parsknął.
- Tylko kiedy próbują się zabić.
Miało to zabrzmieć nonszalancko, ale Snape spojrzał mu w oczy. Harry miał wrażenie, że znowu ktoś grzebie mu w głowie - nieproszone wspomnienia wypłynęły na powierzchnię, lecz przemykały zbyt szybko, by mógł się na nich skupić.
Tym razem jednak Snape nie znalazł się w umyśle piętnastoletniego chłopca. Snape-ze-snu nie miał szans z w pełni wyszkolonym aurorem. Harry poczuł przypływ złości i wyrzucił byłego nauczyciela.
- Wynocha z mojej głowy. Co pan tu właściwie robi, do diabła? - zdenerwował się.
Snape beznamiętnie wzruszył ramionami, jakby wcale się nie przejął.
- Mówiłem ci już, że nie mam pojęcia, jak działa twój umysł. To oczywiste, że według ciebie coś możesz zyskać dzięki powróceniu w pamięci do tej nocy.
Jedno ze wspomnień, które mistrz eliksirów przywołał na powierzchnię nagle stało się całkiem wyraźne:
- Widziano was... Gdybym był opiekunem waszego domu... Uszkodziliście bardzo cenne drzewo... Nie w mojej mocy jest wyrzucenie was ze szkoły, ale...
We wspomnieniu Snape gromił Harry'ego i Rona za kradzież samochodu pana Weasleya prawie tymi samymi słowami i tonem, jakich Harry użył po sprawce Jamesa.
Harry wziął kolejny łyk nieistniejącej ognistej whisky, zastanawiając się, czy śnienie o upiciu się może spowodować obudzenie się z kacem.
Snape miał poważną minę.
- Chciałbym, aby moje życie było inne - powiedział.
Harry skinął głową.
- Ja też. Chciałbym, żeby stosunki między nami mogły być inne.
- Nie chodziło tylko o to, że wyglądałeś jak twój ojciec, wiesz - wyznał profesor cicho. - Chodziło o to, że mogłeś być mój. Gdybym nie był takim idiotą. Lily widziała, dokąd to wszystko zmierza. Dokąd ja zmierzam... Nie chodziło tylko o to... słowo... którym ją nazwałem. Chodziło o wszystko, co robiłem. Patrzyłem na ciebie i widziałem swoją własną słabość. Postanowiłem, że ty nie będziesz słaby.
Kolejne niechciane wspomnienie:
- Blokuj jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, aż się nauczysz trzymać język za zębami i zamykać umysł.
Tylko że teraz Harry słyszał ukryte pod obelgami zamiary:
- Pojmij to wreszcie, niech cię szlag. To ci uratuje życie.
- Robił pan, co pan mógł. Jak my wszyscy.
Harry zauważył, że ma pustą szklankę. Wyciągnął rękę po jeszcze i Snape ją napełnił.
- Tak cholernie chcesz mi wybaczyć, Potter? Myślisz, że tego potrzebuję? - zadrwił.
- Nie. Nie potrzebuje pan mojego wybaczenia.
- Nie, Potter. Twojego nie - zgodził się nauczyciel.
Przez chwilę obaj milczeli.
- Jesteś dobry dla tego chłopczyka - stwierdził Snape. - Jemu jest to potrzebne.
- Dlaczego tak się pan interesuje Timem? - zaciekawił się Harry.
- Może jestem głosem twojego rodzicielskiego zdrowego rozsądku - westchnął Snape. - A może mam w tym osobisty interes. Możliwe nawet, że zjawiłem się tu, aby zapobiec powstaniu kolejnego Czarnego Pana. Magia tego chłopca jest bardzo silna. Dorastanie w nędzy było wszak tym, co stworzyło Czarnego Pana.
- Bzdura - uznał Harry beznamiętnie. - Voldemort zrobił, co zrobił, bo był pokręconym złym draniem, który pragnął potęgi ponad wszystko inne.
- Tak, lecz dlaczego pragnął potęgi?
- Daj spokój, Snape, to samo można by powiedzieć o nas.
Harry był już pewny, że Snape-ze-snu jest głosem jego podświadomości. To była kłótnia, którą prowadził sam ze sobą również na jawie.
- O nas? - spytał Snape.
- O tobie. O mnie. O Syriuszu. O Hermionie...
Nauczyciel spojrzał na niego ostro.
- Co złego działo się w domu panny Granger?
- Jej rodzice byli parą pijaków. - Harry zatopił wzrok w szklance. - Nie wiedziałem o tym do momentu, kiedy opuściliśmy szkołę, oczywiście, trzeba jednak stwierdzić, że ten jej szalony perfekcjonizm nie wziął się znikąd. I z jakiego innego powodu miałaby z taką tolerancją włóczyć się ze mną po ugorach? Nie wspominając już o wysłaniu rodziców do Australii. Nie chcę przez to powiedzieć, że oni byli jak Dursleyowie czy coś w tym rodzaju, ale i jej się dostało sporo problemów.
- Hmm... - mruknął Snape. - Mimo wszystko... Dziękuję.
KONIEC
rozdziału piątego
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
