Od tłumaczki

Na dzień dzisiejszy użytkowników, którzy dodali "Wspomnienia Snape'a" do ulubionych i/lub alertów, jest czternastu (w nawiasach podaję liczbę komentarzy, które te osoby dotychczas do tego tłumaczenia zamieściły): marusz (3), kasias155 (1), kruszynka85 (1), Lenusek (1), Lossie (1), Zireael07 (1*), Alice Cullen-Potter (0), Arizona7355 (0), dosia1982 (0), ewcia20212 (0), Lexandra (0), Majordomus (0), Michalina2312 (0), Zilidya (0).

Wszystkim komentującym, zarejestrowanym i nie, jak zwykle bardzo dziękuję i życzę przyjemnej lektury.

Nakago

* komentarz Zireael07 składa się z czterech (tak, 4) słów; nie dowiedziałam się z niego zbyt wiele, ale zaliczyć go należy, nieprawdaż?


oryginał: Snape's Memories (link w moim profilu)

autor: paganaidd (link w moim profilu)

Tłumaczenie za zgodą autorki.


Rozdział szósty


- Wyglądasz na zmęczonego, kochanie - uznała Ginny, gdy Harry wreszcie zwlókł się z łóżka w niedzielę rano.

Podała mu filiżankę z herbatą i pocałowała go w policzek. Tim i Lily siedzieli już przy stole, zajadając wspaniałe naleśniki Stforka.

Harry z aprobatą zauważył, że tego ranka chłopiec zdaje się mieć coś w rodzaju apetytu; spostrzegł też, że kilka naleśników znalazło się w serwetce. W celu późniejszej konsumpcji, bez wątpienia.

- Taa, źle spałem - odpowiedział żonie. - Niewiarygodne, ale znowu śnił mi się Snape.

Ginny spojrzała na niego ostro.

- Koszmar? Powinieneś był mnie obudzić.

Pokręcił głową.

- To nie był żaden z tych snów. - Uśmiechnął się blado. - Nie, piłem z nim, jeśli możesz w to uwierzyć. - Tylko tyle właściwie pamiętał ze snu. I może coś o incydencie z Jamesem, po tym, jak syn zabrał jego miotłę.

- Piłeś ze Snape'em - roześmiała się Ginny. - To zabawne.

- Kto to jest Snape? - zainteresowała się Lily.

- Jeden z naszych hogwarckich nauczycieli. Był też dyrektorem, podczas wojny - wyjaśniła jej matka.

- Był dobrym nauczycielem? - drążyła dziewczynka.

- Zależy od tego, co rozumieć pod "dobrym". - Harry uśmiechnął się szerzej. - Znał swój przedmiot jak nikt inny, ale był naprawdę ostry. A podczas wojny... - Zamilkł. To nie była historia, którą opowiadał swoim dzieciom.

- Podczas wojny szpiegował dla naszej strony - dokończyła za niego żona. - Był dyrektorem po tym, jak upadło Ministerstwo. Byłoby o wiele gorzej, gdyby nie było go na tym stanowisku.

- Wiesz, Ginny, uważam, że razem z Minerwą powinnyście napisać tę książkę, o której rozmawiałyście. - Wziął "Proroka Codziennego" leżącego na stole i usiadł.

- Jakieś pomysły, co będziemy dzisiaj robić? - spytała jego żona wszystkich obecnych.

- Z przyjemnością zostałbym w domu albo gdzieś w okolicy - odparł Harry.

- Może odwiedzimy Norę? - zaproponowała Lily z nadzieją w głosie.

Harry znad gazety zerknął na Tima, który spojrzał w górę, otworzył usta i zaraz je zamknął. Po czym znowu opuścił wzrok.

- Tak, Tim? - zagadnął. - Czy jest coś, co chciałbyś dziś robić?

To byłby dobry znak, gdyby chłopiec rzeczywiście o coś poprosił.

- Odwiedzałem z mamą moją babunię w niedziele - wyjaśniło cicho dziecko.

- Twoją babunię? - Ginny rzuciła okiem na męża. To był pierwszy raz, kiedy mały wspominał jakiegokolwiek członka rodziny poza matką. - A gdzie ona mieszka?

Tim zarumienił się.

- Właściwie ona już teraz nigdzie nie mieszka. Mieszkałem z nią kiedyś, ale potem mama powiedziała, że babunia poszła do nieba, i poszliśmy odwiedzić ją tam, gdzie zostały jej resztki.

Wtedy do nich dotarło.

- Och. Odwiedzaliście jej grób? - upewnił się Harry delikatnie.

Chłopiec skinął głową. Znowu wlepiał spojrzenie w stół.

- Wiesz gdzie? - spytał Harry.

- Wiem, jakim autobusem jechaliśmy i gdzie wysiadaliśmy. - Tim wzruszył ramionami.

- Cóż, to już mamy coś na dobry początek - stwierdził Harry pogodnie. - Chciałbyś dzisiaj też tam pojechać?

- Panie... Znaczy: Harry? - Chłopiec uniósł wzrok. - Chcesz... chcesz tam pojechać?

- Ty i Lily odwiedzicie Norę, a ja zabiorę Tima? Co ty na to? - zwrócił się Harry do żony.

Ginny przytaknęła.

- Brzmi cudownie.

Niewiele czasu później Harry z Timem byli gotowi do wyjścia. Harry po namyśle uznał, że najprościej będzie znaleźć miejsce ich przeznaczenia, jeśli aportują się dawnego domu Tima i stamtąd zaczną.

- Tim? - Ukląkł na kolano. - Musimy się aportować. Muszę wziąć cię na ręce.

Chłopiec nie pozwolił się przytulić Ginny ani Harry'emu odkąd pojawił się w ich domu, więc Harry wolał go uprzedzić.

- Dobra. - Mały wzruszył ramionami.

Harry podniósł dziecko i zauważył, że było o wiele za lekkie jak na jego wiek. Westchnął, wychodząc z Timem w ramionach przed dom.

- Dobra, to będzie trochę dziwne - uprzedził chłopca. - Więc obejmij mnie za szyję i zamknij oczy.

Dziecko usłuchało.

Po okropnej minucie mrocznego zawieszenia w próżni pojawili się obaj w alejce za rzędem domów. Tim prawie dusił Harry'ego i bliski był hiperwentylacji. Harry łagodnie poluzował uścisk malca.

- Wszystko w porządku, już tu jesteśmy - uspokajał go.

- Jasna cholera - wydyszał chłopiec.

Harry tylko uśmiechnął się do siebie, udając, że nie usłyszał. Kiedyś w końcu będzie musiał powiedzieć coś na temat słownictwa, jakiego używało to dziecko, chwilowo jednak nie było to aż tak ważne - na razie cieszył się, że mały w ogóle się odzywa.

- Chcesz zejść? - spytał.

Tim skinął głową, choć wciąż się trochę trząsł.

Wyszli na ulicę. Minęło przeszło dwadzieścia lat, odkąd Harry jechał gdziekolwiek autobusem. No, chyba żeby liczyć Błędnego Rycerza, choć nie sprawiało to wielkiej różnicy. Odrobinę dziwnie się czuł, słuchając wskazówek chłopca; Ginny wcale nie była taka pewna, czy malec będzie w stanie wskazać właściwą drogę. Wytknęła mężowi, że ich dzieci nie umiałyby tego zrobić w wieku siedmiu lat.

- Bo nie musiały - odpowiedział jej. - Byłabyś zaskoczona, gdybyś wiedziała, co dzieciaki potrafią, kiedy muszą.

Ginny tylko westchnęła.

- Pewnie wiesz coś na ten temat - stwierdziła.

Harry obawiał się nieco, że odwiedziny w dawnym miejscu zamieszkania Tima mogą go zdenerwować, dziecko jednak wydawało się niezwykle opanowane. Poza tą pierwszą nocą, kiedy wzięli malca do siebie, nie widział, aby chłopiec płakał.

Harry jednakże nie zinterpretował tego jako braku uczuć. Raz udało mu się podsłuchać nauczycieli jeszcze w czasach, zanim poszedł do Hogwartu - rozmawiali o nim i mówili, że jest "samodzielny" i "dojrzały". I chyba pamiętał, jak pielęgniarka z podstawówki określiła go jako "zamkniętego w sobie".

Była jedna kobieta, która wyraźnie miała pewne podejrzenia odnośnie sytuacji w jego domu. Raz na półrocze brała go na rozmowę w jej gabinecie, czasem pod byle pretekstem. Z perspektywy czasu zdawał sobie sprawę, iż ta kobieta próbowała go nakłonić, aby powiedział o Dursleyach coś, za co można by ich zaskarżyć. Podejrzewał, że maltretowanie, które musiał znosić, byłoby lepiej widoczne, gdyby był mugolem - sińce i zranienia zadawane mu przez Petunię i Vernona zwykle na następny dzień nie były już widoczne.

Jechali autobusem przez około trzydzieści minut. Żaden z nich się nie odezwał: Tim sprawiał wrażenie, jakby liczył przystanki i Harry nie chciał mu przeszkadzać. Uznał, że gdyby cała wyprawa okazała się polowaniem na chrapaki, nie byłoby problemu, po prostu aportowałby ich z powrotem do domu.

Tim wyciągnął rękę i szarpnął kabel sygnalizujący chęć opuszczenia pojazdu.

Kiedy wysiedli, Harry podążał za chłopcem z determinacją idącym ulicą, stającym przy małym kościele i obchodzącym go. Na tyłach ukazał się niewielki, zadbany cmentarz. Harry zatrzymał się na chwilę.

- Chcesz wziąć ze sobą kwiaty? - spytał.

Tim spojrzał na niego, a potem na własne stopy.

- Mama mówiła, że to głupota. Mówiła, że ma ważniejsze wydatki niż kwiaty.

Harry zastanowił się, czy chłopiec uznał jego pytanie za podchwytliwe. Zmienił je więc:

- Jakie kwiaty chciałbyś zabrać?

- Lubię lilie - oznajmiło dziecko swoim butom.

Harry rozejrzał się, po czym wyjął różdżkę i wyczarował z powietrza bukiet białych lilii. Pamiętał wieniec gwiazdkowych róż, które Hermiona stworzyła, aby mógł je położyć na grobie rodziców, całą wieczność temu. Teraz już zawsze przynosił im róże.

Biorąc wiązankę od Harry'ego, Tim miał oczy wielkie jak talerze. Podziękował tylko spojrzeniem, pociągnął nosem i szybko się odwrócił, więc Harry nie zobaczył łez wzbierających w jego oczach. Mimo to wyjął z kieszeni chusteczkę i poklepał nią chłopca w ramię. Mały wziął ją bez słowa.

Tim dokładnie wiedział, dokąd idzie. To był zarośnięty chwastami, mały, szary kamień ze słowami "Agnes Dawson" na tyłach cmentarza. Nie było na nim nawet daty. Nie do końca sprawiał wrażenie grobu żebraka, ale był tego bliski.

- Cześć, babuniu - powiedział chłopiec i położył kwiaty na nagrobku. - Przepraszam, że nie byliśmy w zeszłym tygodniu... ani dwa tygodnie temu. Mama była chora. Jest w szpitalu, a ja mieszkam z takimi jednymi ludźmi. Pan Potter był miły i mnie tu zabrał. On powiedział, że mogę mu mówić "Harry", babuniu, ale...

Harry odszedł kawałek i usiadł na kamiennej ławce, z której mógł widzieć dziecko i gdzie mały też mógł go widzieć, położonej jednak wystarczająco daleko, aby zapewnić mu nieco prywatności.

- Tim? - zawołał. - Będę tutaj.

Chłopiec spojrzał na niego i pomachał ręką, po czym wrócił do swojej jednostronnej rozmowy. Harry rozsiadł się wygodnie; cieszył się słońcem, nie spuszczając wzroku z dziecka.

Ścieżką nadszedł starszy pan z laską. Miał na sobie bezkształtny szary sweter, który starsi mugolscy mężczyźni mają chyba w zwyczaju nosić.

- Tim? - zdziwił się wyraźnie. - Gdzie twoja mama, chłopaczku? Znowu przyjechałeś tutaj zupełnie sam?

Mały odwrócił się z pierwszym szczerym uśmiechem, jaki Harry u niego widział.

- Pan Clark! - ucieszył się. - Nie, nie jestem sam. Mama jest w szpitalu!

Harry wstał.

- Ja z nim przyjechałem. Powiedział, że lubi czasem odwiedzać grób swojej babuni.

Mężczyzna podejrzliwie zmierzył Harry'ego wzrokiem.

- Czyli jest pan jednym z... er... przyjaciół Mary, tak?

- Nie, jestem Harry, przybrany ojciec Tima. - Uprzejmie wyciągnął rękę. Miał nadzieję, że starszy pan będzie w stanie wypełnić kilka luk w życiorysie chłopca, skoro najwyraźniej go znał.

Blask przygasł w oczach mężczyzny.

- Przybrany ojciec? Więc Mary znowu ma problemy?

Harry skinął głową.

- Znał pan babcię Tima?

- Och tak - odparł pan Clark, potrząsając dłonią Harry'ego. - Razem dorastaliśmy. Agnes zajmowała się Timem odkąd miał dwa lata, aż do zeszłego roku.

- Z powodu problemu Mary?

- Taaa, nigdy się nie dowiedzieliśmy, kto jest tatą chłopca. Kiedy z Mary było źle, znikała na całe dni. Ale potem jej przechodziło i wracała po biedne maleństwo, i próbowała być mamą. Agnes zawsze pozwalała jej próbować. Potem Agnes zachorowała i Mary sama musiała się zająć dzieckiem. A kiedy Agnes umarła... Cóż, Mary po prostu się z nim wyprowadziła. Nadal ich widuję, gdy przyjeżdżają na cmentarz. Moja żona jest tu pochowana, rozumie pan.

- Pan Potter dał mi lilie, żebym mógł dać je babuni, panie Clark - oznajmił Tim z dumą.

- Naprawdę? To bardzo ładnie. - Mężczyzna uśmiechnął się, a potem spojrzał na Harry'ego dziwnie wstrząśnięty. - Powiedziałeś Harry Potter?

- Tak, proszę pana - odparł zmieszany chłopiec.

Pana Clarka na chwilę zatkało.

- Ten Harry Potter? Ten czarodziej?

Harry przytaknął i uśmiechnął się z pewnym niepokojem.

- Rozumiem, że jest pan czarodziejem?

Mężczyzna pokręcił głową.

- Nie, moja żona... - wskazał laską lepiej utrzymany grób - była wiedźmą, Panie świeć nad jej duszą.

- Och. Więc pan wiedział...

- O wojnie, tak. Praktycznie zjawiła się na naszym progu. Musieliśmy wyjechać do Kanady, jako że ja jestem mugolem, a ona była mugolaczką - wyjaśnił. - Nie chciała wyjeżdżać, ale nasz najstarszy syn też nie był czarodziejem i osiadł w Vancouver w latach osiemdziesiątych. Zawsze nalegał, żebyśmy go odwiedzili. No cóż, gdy ludzie zaczęli mówić o Mrocznym Znaku i statusie krwi, i nie wiem, o czym tam jeszcze, skorzystaliśmy z jego zaproszenia.

Tim wyglądał, jakby próbował zrozumieć i mu się nie udawało.

- Jaka wojna? Ta w Iraku, o której mówią w telewizji?

Pan Clark spojrzał na chłopca.

- Nie, synku. To była tajna wojna. Czarodziejska wojna. Ten tu pan Potter jest bohaterem wojennym.

- Naprawdę? - pisnął wyraźnie będący pod wrażeniem Tim.

- Cóż, macie może obaj czas na filiżankę herbaty? - spytał starszy pan. - Jeśli złożyliście już uszanowanie Agnes, ma się rozumieć.

- Brzmi wspaniale, panie Clark - zgodził się Harry.

Uznał, że to dla niego prawdziwa szansa na dowiedzenie się czegoś więcej o rodzinie Tima i jego sytuacji. Ani czarodziejskie, ani mugolskie instytucje chroniące prawa dzieci nie wiedziały na temat malca zbyt wielu szczegółów.

- Minutkę - rzucił jeszcze.

Rozejrzał się uważnie, aby sprawdzić, czy nikt na nich nie patrzy. Później kilka razy machnął różdżką. Najpierw po to, żeby pozbyć się chwastów.

Potem bardzo starannie wyrył zaklęciem na nagrobku Agnes: "Kochająca babcia Tima".


KONIEC
rozdziału szóstego


Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).