Dziesięć lat później
Voldemort nie żył, jednak on wciąż czuł pustkę. Nie czuł się spełniony, chociaż na świecie na nowo miał zapanować pokój. Jak przez mgłę widział radujących się czarodziei i czarownice, swoich przyjaciół, którzy cieszyli się we wspólnym gronie. Ale on nie potrafił. Spojrzał na pył, który kiedyś był ciałem Czarnego Pana, po czym skrzywił się. Oto jak człowieka zniszczył brak miłości w dzieciństwie. Nie wiedział, czy jego wiara w tamto dziecinne marzenie, że jego rodzice naprawdę mieszkają na gwieździe i stamtąd również go obserwują, uratowała go, czy może było to coś innego, jednak szczerze współczuł Tomowi Riddle'owi. Spojrzał pustymi oczyma na Ginewrę, która szczerzyła się do niego przez łzy — nie miał jej za złe tych kryształków spływających po policzkach, w końcu zginął jej brat. Trzymała go za rękę, swoją malutką, ale jakże rozkosznie ciepłą dłoń wciskając w jego pięść. Delikatnie zaciskał palce na jej, nie chcąc zrobić Ginny krzywdy.
Oderwał się od towarzyszki, po czym wyszedł szybkim krokiem z Wielkiej Sali, potem z Hogwartu, aż wreszcie znalazł się nad białym grobem Dumbledore'a. Przyłożył dłonie z rozczapierzonymi palcami do zimnego marmuru, pochylił głowę, zgarbił się. I zaczął płakać.
Łzy ściekały mu po policzkach, lśniąc kryształowym blaskiem w świetle księżyca. Uderzył rękoma zwiniętymi w pięści o pokrywę grobowca, ale odczuł tylko ból. Upadł na kolana, zgarnął w dłonie garść zielska. Nie rozluźnił uchwytu, zbyt zajęty własnym szlochem, żeby przejąć się swędzącymi bąblami, jakie niewątpliwie pojawią się po pokrzywie. To nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Riddle umarł tak, jak żył — bez miłości, w ciągłej nienawiści do świata, ciesząc się ze strachu, jaki wywoływał. On nie chciał tak umierać. Nie chciał tak nawet żyć. Ale nie dane było mu wybrać.
Nikt nie zasługiwał na karanie go za to, jakim się urodził.
Zacisnął oczy, wreszcie powstrzymując łzy. Puścił całkowicie pogniecione zioło. Spojrzał nawet nie zaczerwienionymi oczami na opuchnięte ręce.
Mamo, tato… Zawsze tak bardzo chciałem was poznać. Tak bardzo zawsze chciałem zamienić z wami kilka słów… Spojrzał w niebo, na najjaśniejszą, największą gwiazdę. Jej blask zamigotał w zielonych tęczówkach. Kiedy zabiłem Voldemorta, poczułem się wolny i chętny do poznania świata. To szybko minęło, wiecie? Najbardziej na świecie chcę was poznać. Jesteście moimi rodzicami, nigdy nie mogłem was choćby dotknąć tak, abym to zapamiętał. Miałem zaledwie rok, kiedy zostawiliście mnie samego… Nie winię was, to Voldemort nas rozdzielił. Wstrzymał oddech. A gdybym… Przełknął. A gdybym znalazł sposób, żebyśmy znów byli razem? Żebyśmy mogli być razem chociaż po śmierci? Gdybym… teraz umarł?
Obrócił Kamień Wskrzeszenia w palcach, wyjąwszy go z kieszeni. W Zakazanym Lesie kusiło go, aby wyrzucić artefakt, jednak coś go powstrzymało. Teraz patrzył na przejrzyste sylwetki swoich rodziców, Syriusza oraz Remusa. Wszyscy się uśmiechali do niego ciepło, krzepiąc jego serce. Na jego twarz wypłynął tęskny uśmiech — tak bardzo chciałby stać przy nich, mając możliwość dotknięcia ich! Wyciągnął dłoń, jednak przeniknęła ona przez ramię jego matki.
— Mamo — wymruczał, patrząc na kobietę.
Lily uśmiechnęła się delikatnie, przytulając bokiem do Jamesa. Harry zwrócił się tymczasem do Syriusza:
— Wierzę, że jesteś szczęśliwy… Mam nadzieję, że chociaż tam, gdzie jesteś, spoważniałeś.
Odpowiedział mu śmiech i spokojny, aczkolwiek rozbawiony głos Lupina:
— Harry, to Syriusz. Nie zapominajmy, o kim jest mowa, dobrze?
— Sugerujesz, że nie potrafię być poważny? — oburzył się Black.
Wtedy wtrącił się James:
— On nie sugeruje, Syriuszu, on to wie.
Ogólną wesołość przerwały smutne, ale pełne nadziei słowa Harry'ego:
— Mogę… Mogę jakoś do was dołączyć tam, gdzie jesteście? — Zamarli, wpatrując się w młodego mężczyznę z niedowierzaniem. Młodzieniec przełknął ciężko. — Chciałbym… Jeśli będzie potrzeba… To nawet mógłbym… Ja… Naprawdę, jeśli śmierć ma oznaczać dołączenie do was, chcę umrzeć. Chcę zaznać prawdziwego szczęścia. Być z wami. Przy was. Już więcej nie zniosę. Dlatego… Chcę kogoś poprosić… Albo wezmę truciznę… Cokolwiek — powiedział szeptem zrozpaczony młodzieniec. Jego czwórka najukochańszych osób nie żyła, rodzice zmarli zanim miał okazję ich poznać. Nie chciał być sam na tym świecie. Nie potrafiłby żyć. Trzymając Kamień Wskrzeszenia, patrząc z uwagą na nich, zaczął ponownie płakać.
Samotność była jego towarzyszką odkąd tylko sięgał pamięcią. Nie chciał być samotny. Nigdy więcej. Dlatego teraz wezwał do siebie Stworka.
— Pan Harry Potter! Szukają na zamku Harry'ego Pottera!
— Stworku, przynieś mi najsilniejszą i najszybciej działającą truciznę ze składziku profesora Snape'a — poprosił cicho, acz stanowczo młodzieniec.
Skrzat skłonił się, rozpromieniony z powodu nowego rozkazu. Nawet nie przypuszczał, do jakich celów Harry chciał użyć eliksiru — spełnił rozkaz bez zbędnych pytań, wierząc ślepo w oddanie młodego mężczyzny, który zwrócił mu medalion jego pana Regulusa.
— Dlaczego chcesz zginąć, synu? — usłyszał pełen boleści głos ojca.
— Ponieważ wiem, tato, że to przy was jest moje miejsce. Miałem zginąć siedemnaście lat temu. Wypełniłem jednak obowiązek, jakim obarczył mnie Voldemort. Teraz chcę spokoju. Tego wiecznego. — Zamknął oczy, słysząc siąkającą nosem Lily. Nie chciał sprawiać im przykrości. Ale co mógł poradzić na swoje najważniejsze, najgorętsze pragnienie serca, skrywane w najgłębszych jego czeluściach? Nic nie mógł zrobić z rozpaczliwą chęcią dołączenia do rodziny w zaświatach. Dlatego kiedy skrzat domowy pojawił się z trzaskiem, z wdzięcznością przyjął fiolkę, po czym odprawił Stworka. Będąc pewnym tego, iż siedział na błoniach samotnie, wychylił całą zawartość probówki. Od razu zakręciło się mu w głowie, powieki zrobiły ciężkie, a ciało przestało słuchać. Nim jego oczy pokryła ciemność, zauważył trzy postacie biegnące w jego stronę. Słyszał jak przez ścianę ich głosy:
— Harry! Harry!
— Harry, czemu poszedłeś?
— Harry, wróć z nami! Chodź się bawić!
Widział ich zszokowane miny, kiedy dobiegli do jego ciała. Potem Ginewra padła na kolana, szlochając mocno. Hermiona zrobiła to samo, chowając twarz w dłoniach. Ron również płakał, przytulając obie kobiety do siebie. Patrzył z lekkim niedowierzaniem na ciało Harry'ego, na rozchylone usta, z których kącika uciekła kropla trucizny, na zamknięte oczy, przez co wyglądał, jakby spał, na rękę z zaciśniętą w niej fiolką po eliksirze. Wyglądał naturalnie i spokojnie, widział to. Widział, bo teraz oddalał się za ręce z rodzicami jako duch.
Trzymali się za ręce jak prawdziwa rodzina. Nadrabiali stracony czas.
Syriusz zerknął po raz ostatni za siebie, patrząc na ogromny smutek trójki przyjaciół jego chrześniaka. Remus poklepał go pocieszająco po ramieniu, uśmiechając się smutno. Black potrząsnął głową.
Odeszli.
