Słońce wpadało przez okna. Roderich właśnie odsunął zasłony i przyniósł tacę z herbatą. Było tak cicho, że młodszy z mężczyzn nie zauważył jego odejścia, dopóki nie stuknęły lekko zamykane drzwi. Patrzył na srebrne włosy brata i wsłuchiwał się w każdy jego oddech.
Gilbert spał już bez maski tlenowej na twarzy. Nawet słoneczne światło nie ukrywało jego bladości i wybroczyn na skórze pod oczami. Był strasznie chudy i szybko się męczył. Nie oszczędzał się przy tym ani trochę przesiadując całymi dniami przed komputerem albo grając w gry na konsoli dla zabicia czasu.
- Nie mogę wyobrazić, jak facet może być taką kurą domową – stwierdził cicho starszy Beilschmidt budząc się.
Przeciągnął się, przewrócił na drugi bok i schował głowę pod poduszkę.
- Zasłonić okna? – zapytał z troską Ludwig.
- A co ja jajko jestem? – spod poduszki dobiegł niewyraźny głos – Nie skacz nade mną. A tak a propos jajek i pisklaków...
- Roderich karmił już dziś Gilbirda – wtrącił mu w słowo.
Gilbert odsunął poduszkę i spojrzał na niego krytycznie ciemnymi, matowymi oczyma.
- Ja bym mu nie ufał. Facet może i robi najlepsze czekoladki na świecie, ale jedyne zwierzę, o które potrafi zadbać, to mól książkowy.
Ludwig roześmiał się.
- Skoro zaczynasz ranek od sarkazmu, rozumiem, że czujesz się lepiej.
- Taa – Gilbert ułożył się wygodniej – Ile spałem?
- Sześć godzin.
- A ile ty spałeś?
- Zdrzemnąłem trochę na fotelu...
- Nawet Veneziano kłamie lepiej od ciebie, jak się postara.
Ludwig pokonany spuścił wzrok. Zapadła niezręczna cisza.
- Hej, a co tam na świecie? – zagadnął wesoło Gilbert - Francis dalej ciąga na spotkania Normandię, czy przerzucił się na Langwedocję? Tonio pewnie wciąż ma nadzieję, że Lovi mu wybaczy, co? Słyszałem, że Kiku wyprodukował nowy model konsoli...
- Gilbert...
Chory przybrał niewinną, nie rozumiejącą minę. Czasem naprawdę ciężko było się domyślić, że to on jest starszy z rodzeństwa.
- Co? Nie wszystkiego można się dowiedzieć z telewizji – wytłumaczył się – Wczoraj nie zdążyłeś mi opowiedzieć, co ciekawego zdarzyło się na spotkaniu Unii.
- Nic nowego. Europa wciąż w kryzysie. Herakles wychodzi powoli na prostą. Francis narzeka na związki zawodowe. Elizaveta nie przyjechała, bo ma wciąż kłopoty z wyciekiem chemikaliów...
- ... Veneziano na pewno oblał się sokiemi zaczął beczeć, a Feliks Łukasiewicz wciąż nie może przeżyć, że uruchamiamy gazociąg bałtycki – dokończył dumnie Gilbert.
- Właściwie to niewiele mówił – Ludwig przypomniał sobie dziwną rozmowę w toalecie.
- A to nowość!
- Od wypadku pół roku temu rzadziej zabiera głos na naradach. Nie dziwię mu się. Teraz każdy ma swoje problemy.
- No i? – Gilbert aż usiadł z ciekawości.
- Chciał... – nie wiedział jak to powiedzieć – Chciał pożyczyć naszą panią kancerz, bo Polacy mają już dość swoich polityków, którzy tylko się awanturują i wpędzają ich w długi.
Nie rozumiał, czemu starszy brat rozpromienił się jak choinkowe drzewko na święta, klasnął w dłonie i uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Oj, West, jaki ty niekumaty! To jest szansa jedna na milion. Odkup od niego Śląsk. Będziemy znów mieli Silesię.
Ludwig zupełnie nie wiedział, jak zareagować na tak absurdalny pomysł. Nawet teraz jego obsesja dotycząca Śląska dawała o sobie znać. Młodszy z braci zawsze myślał, że Silesia stanowiła dla Gilberta tylko pretekst do spotkań, a raczej kłótni z Austrią, a potem Polską. Kiedyś pomiędzy wojnami i traktatami pokojowymi niewiele było miejsca dla takich jak oni na zwyczajne spotkanie się i porozmawianie o własnych problemach, więc próbował wymyślić inny sposób na przyciągnięcie sąsiadów.
- Dopiero skończyłem spłacać reparacje za I Wojnę Światową. Wciąż dokładam do wschodnich landów. Nie stać mnie.
- Psujesz całą frajdę. To przecież Silesia.
- Poza tym Feliks nie odda jednego z najbardziej uprzemysłowionych regionów kraju.
- To Pomeranię. Będzie całe Pomorze dla Niemiec. Tam też masz swoją mniejszość.
- Żadne normalne państwo nie odda części terytorium z własnej woli. Założę się, że Bragiński do tej pory nie może przeboleć, że sprzedał Jones'owi Alaskę. To był tak kardynalny błąd strategiczny, że nikt inny podobnego nie popełni.
- To i tak kwestia czasu – prychnął Gilbert układając się ponownie – Będziesz czekał, aż Iwan uzależni całkowicie od siebie Feliksa, a potem rzuci jakiś ochłap by cię udobruchać?
- Nie wywołam wojny. – podkreślił Ludwig – Czasy się zmieniły.
- Ale sąsiadów masz takich samych – odparł starszy brat z zimnym błyskiem w ciemnoczerwonych oczach – Za sam spryt nigdy nie będą cię poważać, ale za spryt i siłę zawsze. Nie czekaj na Iwana. On na ciebie by nie poczekał.

Uporządkował dokumenty na biurku. Sporo nazbierało się zaległości, gdy był w Brukseli, ale w ciągu jednego wieczora udało mu się nadrobić wszystko. Podzielił kartki na dwa stosiki. Po lewej sprawy wewnętrzne, krótkie raporty z landów i notatki asystentów dotyczące pracy rządu. Po prawej zaledwie kilka niezbyt obszernych teczek – umowy międzynarodowe i porozumienia. Usatysfakcjonowany zdjął okulary i poszedł do kuchni.
Miał wygodny duży dom na przedmieściach Berlina. Sprowadził się tu zaledwie 20 lat temu po prawie 50 latach spędzonych w ciasnym mieszkanku w centrum Bonn. Nareszcie mógł wybrać lokalizację i wystrój, mógł zapraszać kogo chciał i trzymać niechcianych gości z daleka. Dawało mu to poczucie stabilizacji.
Zwiększało też wydatki jego domowego budżetu. Z racji napiętego harmonogramu zajęć i częstych podróży, sprzątanie, pranie i drobne remonty zostawił fachowcom.
Za to, kiedy wracał, czuł się wreszcie jak w domu.

Od kiedy Roderich pomagał mu opiekować się Gilbertem, kuchnia pachniała wanilią i orzechami. Nie miał nic przeciwko temu. Sam też lubił słodycze i nieźle gotował, choć nacje południowoeuropejskie by się z nim nie zgodziły. Teraz jednak miał ochotę na kawę. Jak na złość w ekspresie zabrakło ziaren. Rozejrzał się bezradnie po nieskazitelnie czystych powierzchniach. Właściwie to co jest w tych szafkach? Otworzył najbliższą, gdzie równiutko obok siebie w różnej wielkości pojemnikach stały cukier, kasza i kilka rodzajów mąki.
- Roderich! – zawołał cicho nie chcąc budzić chorego – Gdzie jest kawa?
Austriak błyskawicznie znalazł się obok niego. Nienagannie ubrany i uczesany nawet o dwunastej w nocy. Tylko jeden lok sterczący do góry nie dawał się nigdy ujarzmić.
- Zaraz ci zrobię. Zaczekaj – zakrzątnął się i po chwili do zapachu wanilii dołączył charakterystyczny aromat świeżo mielonych ziaren.
Ludwig mógł tylko grzecznie usiąść i zadowolić się czekoladowymi ciasteczkami ułożonymi misternie na talerzu pośrodku kuchennego stołu.
Ich stosunki do upadku muru berlińskiego układały się co najmniej dziwnie. Lubił Rodericha mimo jego nie zawsze praktycznego podejścia do życia.
Od 1955 roku Austriak miał oficjalny zakaz przyłączania swojego kraju do Niemiec narzucony przez zwycięską koalicję. Tak jakby tego chciał przed wojną. Jones, Kirkland i Bragiński nie umieli przyjąć do wiadomości, ze prawda wyglądała zupełnie inaczej.
Któregoś dnia Gilbert wpadł do jego domu w Wiedniu z nieprzekonanym do tego pomysłu Ludwigiem za plecami. Oderwał Rodericha od fortepianu narzekając, że ten zapomniał już, jak się ludzie bawią. Na koniec wsadził go do pociągu Wiedeń-Berlin, gdzie go zakneblował unikając głębszej dyskusji. Potem Gilbert poszedł walczyć na froncie wschodnim i do 1945 roku Ludwig nie widział go ani razu.
Za to gdy wracał na przepustki z frontu zachodniego, słyszał dość narzekania za ich dwóch. Roderich uważał wojnę za kompletną głupotę i od początku wieszczył, że nie wygrają. Nie podobało mu się, że Ludwig zaprosił do sojuszu młodszego Vargasa i Hondę. Dostał ataku histerii, gdy dowiedział się, że Gilbert walczy pod Leningradem. Był wtedy niemal zakładnikiem w Berlinie, ale nigdy nie skarżył się, że go porwali i że chce wrócić do domu.
Po wojnie noga Edelsteina nie postała w Niemczech. Gdy ostatecznie ustalono nowy ład w Europie i wykreślono nowe granice, spotykali się na różnego rodzaju konferencjach międzynarodowych lub procesach zbrodniarzy wojennych. Potem po latach zdeklarowanej neutralności, Roderich stwierdził, że nie może żyć jak Vash i wprowadził swój kraj do Wspólnot Europejskich.
- Proszę.
Ludwig przyjął z wdzięcznością czerwono-złoty kubek.
-Danke. Żadnego komentarza, że o tej porze już nie powinno się pić kawy?
Austriak odpowiedział mu uśmiechem na uśmiech i usiadł po drugiej stronie stołu z filiżanką mocnej herbaty w dłoniach.
- Aż tak tęsknisz do mojego narzekania? Powinieneś się cieszyć, że siedzę cicho. Nadgoniłeś zaległości?
- Tak. Gilbert zasnął bez problemów?
- Jeśli nie liczyć narzekania, że pielęgniarka dająca mu wieczorem zastrzyki była strasznie brzydka, to tak.
- Roderich– Ludwig westchnął i upił łyk kawy – A ty nie zamierzasz wracać do Wiednia? Nie robiłeś sobie przerwy od ponad pół roku.
- Wszystkie bieżące dokumenty i informacje dostaję na pocztę elektroniczną. Nie jestem zbyt ważny w obecnym świecie. Tylko osiem milionów obywateli. Ostatni międzynarodowy skandal z udziałem mojego kraju był 10 lat temu – powiedział spokojnie Roderich – Mam czas, Ludwig. Mam teraz dużo czasu i żadnych ambicji.
- Żadnych? – zapytał sceptycznie Niemiec unosząc w górę brwi.
- Może poza tym, by noworoczny koncert orkiestry symfonicznej był jeszcze lepszy niż poprzedni.
Obaj się roześmiali.
- Oczywiście serdecznie cię zapraszam.
- Postaram się w tym roku skorzystać z zaproszenia.
Roderich przybrał skupioną minę. Cała radość sprzed kilku sekund ustąpiła miejsca chłodnej kalkulacji.
- I co sądzisz o tym pomyśle?
Obaj wiedzieli, o czym mówi. Gilbert cały dzień nakręcał się możliwością odzyskania Silesii.
- O Śląsku? To kompletny absurd.
- Nie mówię o Śląsku.
Ludwig podał się. Opuścił ręce w geście bezradności. Za długo się znali, by mógł cokolwiek przed nim ukryć.
- Prusy Wschodnie. Muszę o tym porozmawiać z Feliksem, przynajmniej by mieć pewność, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy. Ale więcej jest wad niż zalet tej propozycji.
- Zapłać mu dobrze. Nikt nie oddaje ziemi za bezcen. Zaoferuj długofalową pomoc gospodarczą. Przyda mu się.
- To i tak będzie ingerencja w jego suwerenność. Tradycjonaliści i nacjonaliści zrobią lament na cały świat. Szczególnie po tym wypadku. Jak myślisz, ile razy usłyszę, że nastawiam się powtórkę z 1939 roku?
- Moment jest dobry. Każdy zajmuje się sobą. Jones się nie wtrąca w sprawy Europejczyków...
- Mówisz jak on.
Roderich odstawił filiżankę i wyprostował się na krześle.
- To byłoby małżeństwo z rozsądku, nie z miłości. Feliks boi się czegoś tak bardzo, że jest gotów na wiele. A ty jesteś równie zdesperowany. Albo go nakłonisz do tej transakcji, albo Gilbert umrze.
- I tak może umrzeć – powiedział cicho Ludwig – To może wcale nie zadziałać.
- Ludwigu Beilschmidt– Roderich wstał, oparł dłonie na blacie stołu i pochylił się ku niemu z desperacją w oczach – Nie pozwól, by zginął mój przyjaciel. Zbyt mało ich mam. Zbyt mało takich, na których mógłbym liczyć w potrzebie. Po rozwodzie z Elizą jestem tak cholernie samotny, że potrzebuję każdej życzliwej mi duszy. Nie mogę go stracić.
- Ja także.


Nie roszczę sobie żadnych praw do Hetalii.

Nie mam też zamiaru krytykować czy obrażać czyichkolwiek poglądów politycznych ani religijnych. A co do granic, to kreślą je zwyciezcy i, mimo licznych umów i konwencji międzynarodowych, nie jest powiedziane, że za 100 czy 200 lat pozostaną w tych samych miejscach.