Tym razem krótki fragment, który nie pasował ani do rozdziału 2 ani do rozdziału 4, a jest konieczny. Dziś trochę o Polsce.
Śląsk, Pomorze i Małopolska (tu Galicja) to moje OC, resztę stworzył Himaruya Hidekaz i chwała mu za to.
Złożył kolejną gazetę i sięgnął po ostatnią z nieprzeczytanych. Tytuły od pół roku nie zmieniały się. Tak zwane media niezależne histeryzowały i za nic nie pozwalały zagoić się nowym ranom. Pozostałe powtarzały te same puste frazesy o in vitro, powodzi, wypadkach i aferach.
Premier już przestał do niego dzwonić. Odbył dziś jedynie krótką rozmowę z prezydentem, ale mężczyzna sam dawno stracił wiarę, że może coś zmienić. A Feliks ciągle trzymał język za zębami.
Co to da? Poinformowanie opinii publicznej wywoła tylko panikę. Miał znakomitych agentów w Petersburgu i Moskwie. To dzięki nim widział swoją przyszłość w najczarniejszych barwach. Wbrew powierzchownemu wrażeniu nigdy nie był optymistą, a wykonanie wspaniale nakreślonych planów zawsze sprawiało mu trudności.
Odłożył gazetę i przysunął raporty asystentów. Znów nic, co dawałoby nadzieję. Sytuacja w kraju nie była tragiczna, ale od miesięcy balansował na cienkiej linii kryzysu. Z początku, tak jak pozostali, myślał, że jego to nie dotyczy, że nie poddadzą się depresji, że po tylu latach prawdziwej i utajonej niewoli wreszcie zmądrzeli i się ustatkowali.
- Uśmiechnąłbyś się czasem – krótkie wypowiedziane mocnym akcentem słowa wyrwały go z letargu.
Rozejrzał się po zagraconej bibliotece, która służyła mu za gabinet. Wanda - personifikacja Śląska – pochylała się przy niewielkim akwarium i stukała w szkło strasząc gupiki. Twarz krótkowłosej dziarskiej kobiety w świetle odbitym od wody wyglądała delikatnie. Tylko z pozoru. Wanda należała do tych upartych amazonek, które nie dają się sobą manipulować i mają w nosie, co kto o nich myśli.
- Znajdź mi powód – wymamrotał pod nosem.
Szatynka przekrzywiła głowę, aż jej wszystkie loki opadły na jeden policzek.
- Żyjesz? – podpowiedziała z drwiną. Zerknęła na akwarium – Kiedy ostatni raz karmiłeś rybki? Mogę je wziąć?
- Chcesz je zanieść Ludwigowi? – zapytał ponuro.
Wanda roześmiała się krótko.
- Feluś, a dlaczego ja mam takie imię? Ono zobowiązuje.
- Podczas wojny siedmioletniej...
- ...też nie szłam dobrowolnie – wtrąciła mu w słowo – Poza tym to był Prusak, nie Niemiec. I ty mu tu nie motaj się w stare wojny. Powinieneś się wyspać.
- Kiedy?
Kobieta podeszła do jego zawalonego papierami biurka.
- Co ci da, że będziesz znał dzień i godzinę? – zapytała łagodnie – Co ci da, ze będziesz wiedział wszystko, że wszystko przewidzisz i twe przewidywania się sprawdzą? Maryśka już beczy po nocach, bo ją nastraszyłeś.
No tak, Pomerania była osóbką bardzo emocjonalną. W przeciwieństwie do twardo stąpającej po ziemi Silesii i zawsze kombinującej Galicji.
- A Lusia?
Wanda prychnęła.
- Udaje, że nic nie wie. Jakby co, zaraz będzie ogłaszać neutralność.
- I potajemnie zbierać broń – uśmiechnął się w myślach. Jego dziewczyny umiały o siebie zadbać.
- A co? – Lusia, mała blondyneczka na wielkich szpilkach, prawdopodobnie podsłuchiwała pod drzwiami i miała dość obgadywania jej przez siostrę – Ja nie chcę do Ruska. Może i ostatnio marnie ze mną. Może i mało się nie utopiłam w maju i wciąż tego nie odchorowałam, ale zrobię wszystko, byle ten nowobogacki z Moskwy nie tknął moich ludzi.
Feliks popatrzył na wiszący na ścianie obraz. Konie biegnące przez mgłę po zroszonej trawie w niewinnym świetle poranka. Podarowany przez młodszego Kossaka jeszcze przed wojną. Ledwie go odnalazł na gruzach Warszawy w 1945 roku. Szkoda, że nie mógł być tak beztroski, jak te konie. Dziewczyny szykowały się już przelewać krew w wyimaginowanych powstaniach. Nie chciał do tego dopuścić, ale był za słaby.
Na jego laptopie zaczęła mrugać ikonka połączenia.
- Nie odbierzesz? – zapytała Wanda.
- To tylko chłopcy Marysi – był już zmęczony całą sytuacją.
- Więc odbierz – poleciła mu surowo – My już idziemy, prawda? – wzięła pod rękę nieco obrażoną siostrę.
- Tak, pooglądamy sobie jakieś telenowelki, czy coś – rzuciła krzywo Lusia.
Chłopcy Marysi zajmowali się niezwykle ważnym działem jego obrony cywilnej, choć nie wiedzieli o tym ani rząd, ani prezydent. Grupa świetnych imformatyków z wybrzeża strzegła serwerów państwowych. Tylko dlatego Feliks nie podzielił jeszcze losów Eduarda, choć kilka razy zdarzyły się im drobne wpadki. Kolejne pół godziny spędził na wysłuchiwaniu, jaki to zaje***ty firewall zmontowali, i że nawet Chińczycy mieliby problem z przebiciem się. Dobrze, że znał ich żargon, inaczej pozostawałoby mu tylko grzeczne potakiwanie.
Do rana odbył wiele rozmów z ambasadorami, informatorami i agentami.
Wszystkie utwierdziły go w przekonaniu, że jest sam. Nie pamiętał, by od wyrwania się z niewoli trzech mocarstw ktoś okazał mu szczerą pomoc. Niby pół świata myślało, że z Torisem stanowią duet nie do rozerwania. Ale faktem pozostawało, że ostatni raz ramię w ramię to stali razem pod Grunwaldem i patrzyli z cichą satysfakcją jak Gilbert herbu Beilschmidt gotuje się w promieniach letniego słońca w swojej ciężkiej zbroi.
Wspomnieniami mógł się cieszyć w wolnej chwili, a na razie nie stać go było na taki luksus.
Patrzył, jak jego piękne i wolne dziewczyny krzątają się w kuchni. Lusia zaplotła włosy w dwa warkocze, by jej nie przeszkadzały przy smażeniu naleśników. Marysia nie wiedząc, co ze sobą począć zapytywała, czy czasem czegoś mu nie przynieść, nie podać, nie nalać herbaty. Nawet światło słońca nie gasiło głębokich cieni na jej drobnej, dziecinnej twarzy. Doceniał jej staranie, by wyrwać go z ponurych myśli. Między kanapką a kubkiem kawy z mlekiem prawie jej się udało.
Od śniadania wyrwało go wołanie Lusi. Wanda miała minę, jakby chciała w tym momencie obedrzeć siostrę ze skóry. Żywcem i powolutku.
- Feeeelikssss! Teleeefon do cieeebie! Z Berlinaaaa!
