Nie spodziewał się, że przyślą po niego samochód na dworzec. I tym bardziej nie spodziewał się, że gospodarz osobiście otworzy mu drzwi wielkiego domu położonego w dobrej dzielnicy.
Ludwig nie ubrał się tym razem oficjalnie, co mocno zdziwiło Feliksa. Zawsze podejrzewał, że Niemiec nawet do łóżka kładzie się w garniturze i nienagannie uprasowanej koszuli. Koszulę miał, a jakże, jasnoszarą i krawat w granatowe prążki. Wolał patrzeć na nie niż w niebieskie oczy.
- Witaj, Feliks. Wejdź.
Nigdy jeszcze nie był w domu Ludwiga po jego przeprowadzce z Bonn, ale nie zawiódł się. Taki wszechobecny praktycyzm, funkcjonalność i kłująca w oczy czystość kłóciły się z jego instynktem wolnego ptaka. Przemógł się jednak i dał poprowadzić do salonu.
- Dzień dobry, Feliks – Roderich Edelstein posłał mu wymuszony uśmiech stawiając tacę na niskim stoliku – Jak minęła podróż?
Obecność Austriaka zaskoczyła go i zmieszała jeszcze bardziej. Wolał rozmawiać z innymi nacjami w cztery oczy. Na międzynarodowych spotkaniach wszyscy przerzucali się pustymi frazesami i jak ognia unikali składania obietnic. Prawdopodobnie dlatego, że większość z nich nie mogłaby ich spełnić, nie w obecnym świecie, gdzie managerowie i krętacze stali u steru, a personifikacje państw musiały im służyć.
Spodziewał się, że teraz też tak będzie. Nie bardzo wiedział, czemu zawdzięcza zaproszenie Ludwiga. Gdyby byli sami, zapewne zdobyłby się na zapytanie go wprost. Może nawet wyciągnąłby od niego subtelnie jakąś ciekawą informację o planach pani kanclerz. Zamiast tego pozostało mu robić dobrą minę do złej gry.
- Męcząca – odpowiedział uprzejmie – Odzwyczaiłem się trochę od jeżdżenia pociągami.
- Napijecie się herbaty?
- Tak, poproszę.
Ludwig poruszył ręką w niemym geście zaproszenia, by Polak usiadł na kanapie.
Sam zajął najbliższy fotel. Za jego plecami tykał duży i wypolerowany na wysoki połysk staroświecki zegar. Edelstein wymaszerował z salonu przy cichym szeleście długiego żakietu.
- Feliks... – gdy tylko spojrzenie Polaka skupiło się na nim, zamilkł, zapewne szukając odpowiednich słów.
Ludwig nauczył się tej maniery po wojnie. Musiał, bo w jego sytuacji nie należało nikogo obrażać. Między kapitalistami z Zachodu i komunistami ze Wschodu nauka przebiegała szybko.
- Tak?
- Wiem, że ostatnio masz kłopoty.
To było wielkie niedomówienie, ale nie wypomniał mu go.
- A kto teraz nie ma kłopotów? No, może poza tobą i Iwanem – Feliks skrzywił się wymawiając to imię.
- Kiedy spodziewasz się je rozwiązać?
- Nigdy – przyznał prawie wesoło, odzywała się jego przekorna natura – Przeczekam, jak zwykle.
- Naprawdę?
Polak zacisnął dłonie by się opanować. Miał nadzieję, że nie wygląda teraz jak zaszczuty pies, co nie było dalekie od stanu faktycznego.
- Jestem w tym mistrzem – odparł z przekonaniem, którego nie czuł.
- Negowanie obecnej sytuacji w Europie nie przyniesie ci korzyści.
- A ty oczywiście martwisz się o mnie, jak na dobrego sąsiada przystało.
Niemiec nie kupował jego sarkastycznych odzywek. Westchnął tylko i splótł dłonie, jakby się spodziewał takiego zachowania z jego strony i miał wieloletnią praktykę w rozmawianiu z upartymi, zarozumiałymi i lekkomyślnymi indywiduami.
-Tak. Za dużo twoich obywateli mieszka u mnie i pracuje, bym mógł wzruszyć ramionami i nie przejmować się tym, co się dzieje za moją wschodnią g ranicą. Twoi politycy kłócą się gorzej niż w parlamentach krajów latynoamerykańskich. Robią zamieszanie w Europie, szykanują mnie i Bragińskiego. Dochodzi już do tego, że ludzie zaczynają do nich strzelać.
- Taki przypadek mógł trafić się wszędzie. Szaleńców jest pełno – odparł cierpko Feliks. Nie podobało mu się, dokąd zmierzała ta rozmowa.
- Sytuacja wymknęła ci się spod kontroli. Jeszcze trochę, a czeka cię bankructwo, przy którym depresja Heraklesa jest dla niego wygraną na loterii.
Wcisnął się głębiej w miękką kanapę i zacisnął usta w upartą linię.
Właśnie tę chwilę wybrał Roderich na przyniesienie talerza z cynamonowymi ciasteczkami domowej roboty. Postawił go z hukiem na szklanym blacie stolika i ujął się pod boki.
- Och, na litość boską! Przestań go straszyć i owijać w bawełnę! Nie tłukł się taki kawał drogi, by wysłuchiwać twoich zagadek – w tym momencie zwrócił jadowite spojrzenie w stronę Polaka – A ty przestań się kulić jak mysz pod miotłą. Chcemy ci pomóc, a nie spacyfikować. Nie zachowuj się jak uparte dziecko.
Jeszcze raz zmierzył Ludwiga zniesmaczonym wzrokiem. To był znak, by Niemiec zabrał głos.
- Wiem, że to trochę szokujące, więc proszę, nie odmawiaj od razu, tylko na spokojnie rozważ moją propozycję. Nie mam żadnych zapędów imperialistycznych ani nic podobnego... I w pełni zrozumiem twoje oburzenie, ale...
Ludwig Beilschmidt jąkający się i zaczerwieniony to nie codzienny widok. Feliks zagapił się na niego z otwartymi ustami i ręką wyciągniętą po małą filiżankę.
Kolejne spojrzenie zniecierpliwionego Austriaka chyba pomogło mu się pozbierać. Wyprostował się i spojrzał Polakowi prosto w oczy.
- Chcę od ciebie odkupić Warmię i Mazury.
Zapadła grobowa cisza. Feliks potrzebował chwili czasu na przetrawienie wypowiedzianych słów i powiązanie ich ze sobą. Jego oczy z pewnością wyglądały teraz jak zielone spodki, a twarz była biała jak porcelana. Lata, całe stulecia przemknęły przez jego myśli i zrozumiał. Jego pole widzenia przesłoniły bitwy, upokorzenia, intrygi polityczne, a na koniec krew i zgliszcza płonącej Warszawy w 1939 i 1944. Poruszył ustami. Dopiero za drugim razem udało mu się z nich wydobyć dźwięk.
- Prusy Wschodnie – wyszeptał.
- Tak, Prusy Wschodnie – powtórzył jak echo Ludwig.
Smutek w jego głosie sprowadził Feliksa na ziemię.
- Więc to prawda...
- Wiedziałeś? – zdumieli się obaj Germanie.
- Mój kontakt w Berlinie donosił, że żyje, ale nie chciałem wierzyć... – zebrał się w sobie – Chcesz mu podarować jego dawne ziemie.
- Nie chcę, by umarł – wyznał cicho Ludwig.
Polak zerwał się na równe nogi z nową determinacją.
- Chcę go zobaczyć.
- To nie najlepszy pomysł – wtrącił Edelstein zajmując strategiczną pozycję przy wyjściu z salonu. Za jego plecami szerokie schody prowadziły na piętro, gdzie prawdopodobnie przebywała jego nemesis – Jego kondycja nie pozwala na przyjmowanie wizyt...
- Chcę go zobaczyć!
- Więc dobrze – zgodził się niechętnie Ludwig – Jego stan może pogorszyć się w każdej chwili, więc zalecam ostrożność.
Była to bardziej groźba niż dobra rada, ale Polak nie przejął się.

Poszedł za młodszym z braci, który zatrzymał się na pierwszym piętrze. Zawahał się otwierając drzwi. Cała odwaga opuściła Feliksa, gdy uderzył go zapach leków i widok łóżka w przestronnym, dobrze oświetlonym pokoju.
Mimo wszelkich starań Rodericha i Ludwiga, by było tu swojsko i przytulnie, obecność sprzętu medycznego i szpitalnego lóżka nie pozostawiały złudzeń, że ktoś tu się tylko przeziębił albo złapał świnkę.
Okupant pomieszczenia miał zsuniętą z ust maskę tlenową i właśnie składał pomięty egzemplarz Spiegla. Gilbert Beilschmidt, żyjący trup, uśmiechnął się szeroko do brata. Jego uśmiech przybrał jednak sadystyczny wyraz na widok niespodziewanego gościa.
- O, Polaczek przyszedł. Pewnie by posprzątać w łazience? A może złapałeś go na kradzieży samochodu, West?
Zanim Ludwig zdążył coś powiedzieć, Feliks był przy łóżku.
- Ty sukinsynu... – wysyczał – Ty pieprzony Prusaku, ciesz się, że zdychasz, bo zadusiłbym cię własnymi rękoma za takie odzywki.
- Tak? – bardzo zadowolony Gilbert ułożył się wygodniej na poduszkach – Myślałem, że u was dobrze się mówi o chorych.
- O zmarłych. Jak będziesz leżeć w trumnie, zapewne powiem o tobie kilka miłych słów.
- I pewnie postawisz mi kilka pomników ku pamięci, Łukasiewicz, co?
Młodszego Beilschmidta zawsze zdumiewało, że jego brat jest w stanie wymówić poprawnie polskie nazwisko.
- Przynajmniej nastolatki będą miały co opluwać i dewastować.
- Jasne, jasne, miło czuć się potrzebnym – Gilbert machnął lekceważąco ręką – Tylko nie plątaj mi tutaj tych swoich żałosnych pogróżek, że mi zrobisz jesień średniowiecza, czy jakoś tak. Nikt się ciebie nie boi.
- Pod Grunwaldem...!
- Pod Tannenbergiem. To była drobna wpadka. Tym bardziej uwypukla mój niesamowity geniusz strategiczny i niezrównaną osobowość w późniejszych latach.
Ludwig patrzył to na jednego to na drugiego. Jego chory, wychudzony, stojący na progu śmierci brat przez moment wyglądał jak za dawnych czasów, gdy na czele pruskich wojsk gnał na spotkanie sił Świętego Cesarstwa w ostatecznym boju z absolutnym przekonaniem, że to on wyjdzie z konfrontacji żywy.
- Jesteś żałosny – wypluł Polak.
- I kto to mówi, mizerna namiastko państwa? Rozumiem, dlaczego znalazłem się w obecnym stanie, ale ty? Gnijesz mając za plecami cały naród i tylko patrzeć jak pociągniesz ich wszystkich na dno – odparował twardo Gilbert – I wiesz, co? W przeciwieństwie do mnie, kiedy już będziesz leżał gdzieś pod płotem, nikt cię nie podniesie. Nikt nie poda ci nawet szklanki wody.
Tym razem dopiekł drobnemu blondynkowi. Feliks miał morderstwo w oczach. Cały się trząsł. Aż po ostatnim słowie albinosa okręcił się na pięcie i wybiegł z pokoju.