Pozostawiony w salonie mężczyzna zaczął zbierać ze stołu filiżanki z niedopitą herbatą. Nie sądził, że jeszcze gość Ludwiga zechce tu zajrzeć, a wiedział, że gospodarza irytuje nieporządek.
Jak ktoś taki uchował się pod skrzydłami Gilberta, Roderich nie miał pojęcia. Gilbert był niespokojnym duchem, zawsze w ruchu, jak nie na wojnie, to w pracowni któregoś ze swoich wynalazców. A jeśli nie tam, to w pierwszej lepszej spelunie serwującej mocne piwo, gdzie wyśpiewywał do rana sprośne piosenki. A jednak wychował osobę nad wyraz odpowiedzialną i poukładaną, spokojnie dążącą do wyznaczonego sobie celu.
Szkoda, że rozmowa z Łukasiewiczem nie potoczyła się pomyślnie. Musieli spróbować mimo świadomości, że efekt będzie żaden. Nikt nie miał więcej powodów niż Polak, by nienawidzieć Prus.
Gdyby nie dzieląca ich historia, mogliby sobie teraz pomóc. Gilbert wyzdrowiałby po przeprowadzce na Mazury. Łukasiewicz straciłby najmniej przydatny region kraju, którego i tak nie umiał porządnie zagospodarować. Zastrzyk gotówki poprawiłby zdecydowanie jego sytuację finansową, a po kilku sugestiach Ludwiga na forum międzynarodowym Jones darowałby mu wreszcie znienawidzone przez Polaka wizy.
Pozostawała kwestia korytarza eksterytorialnego, ale w Unii Europejskiej nie byłoby to niewykonalne.
Gdybanie Austriaka zostało przerwane przez szybkie kroki na schodach. Wyszedł im na przeciw. Po jego trupie ten histeryk będzie musiał przejść, jeśli spróbuje wypaplać o tym spotkaniu w Brukseli.
Łukasiewicz z rozwianymi włosami i rumieńcem gniewu na policzkach dosłownie wpadł na niego.
- Dokąd to?
- Z drogi! – spróbował się przepchnąć.
- A udzieliłeś Ludwigowi odpowiedzi? Nie żądał od ciebie niczego niemożliwego.
- Chyba żartujesz? – Polak wyglądał, jakby za chwilę miał się popłakać – Daj mi przejść!
- Nie.
- Wy wszyscy tacy zadufani w sobie! Nadęte bufony!...
Dalsze wyzwiska nie nastąpiły. Głos Feliksa urwał się gwałtownie. Trzymał się za piekący policzek. Zielone oczy wielkie jak spodki gapiły się na Rodericha niedowierzając.
Austriak miał cichą nadzieję, że twarz boli Polaka bardziej, niż jego ręka.
- Chlapnąłeś mnie w policzek.
- Co za spostrzegawczość – odparł cierpko.
- Chlapnąłeś mnie w policzek – powtórzył zdumiony blondyn – Bijesz jak baba.
Co za bezczelny imbecyl!
- Jak widać, poskutkowało całkiem dobrze.
Roderich odsunął go na odległość ramion zauważając przy tym, że drobne ciało Polaka drży.
- O co chodzi? Obraził ciebie? Taki ma sposób bycia. Ty też często obrażasz innych.
- To nie to samo... – Łukasiewicz spuścił nos na kwintę.
- A może widziałeś w nim swoją przeszłość? Najwyższy czas się od niej odgrodzić. Wspomnienia zostaną ci na zawsze, nie musisz nimi żyć. Świat idzie do przodu...
- A wszyscy wokół mają dla mnie tyle dobrych rad – rzucił gorzko.
- Za ofertą Ludwiga stoją nie tylko dobre rady.
- Ciekawe, co powiedziałby na to Wania, hmm?
Roderich dosłownie widział, jak twarz Feliksa przechodzi metamorfozę. Z rozpaczy i gniewu wyłoniła się rezygnacja i spokojne pogodzenie z losem. Kąciki ust drgnęły w delikatnym uśmiechu jak u astronoma, który odnalazł ślady pozaziemskiej cywilizacji, lub naukowca, który odkrył rozwiązanie zawiłego problemu. Największe wrażenie robiły jednak oczy błyszczące zimnym wyrachowaniem.
Roderich pamiętał to spojrzenie z dawnych insurekcji, gdy Łukasiewicz gotowy na śmierć z szablą w dłoni wykrzykiwał, że skoro on i tak ma zginąć, to pociągnie za sobą wszystkich.
O takich postaciach pisze się poematy i komponuje symfonie, ale nigdy, przenigdy nie idzie się w ich ślady.
- Feliks, wszystko w porządku?- zapytał cicho.
- Teraz już tak.
Polak podszedł do dużego, wychodzącego na ulicę okna. Objął się ramionami.
- Teraz już tak.
Gospodarz domu właśnie zszedł ze schodów. Austriak posłał mu błagalne spojrzenie. Obawiał się, że Łukasiewicz wpadł w jeden z tych groźnych, nieprzewidywalnych nastrojów.
Ten także usłyszał nowe kroki w salonie, ale nie odwrócił się od okna.
- Ludwig. Podjąłem decyzję.
Spodziewali się usłyszeć lekturę, jak to dwaj żądni krwi Germanie znów chcą zagarnąć ziemie bezbronnego biednego sąsiada.
- Bierz wszystko.
- Słucham?...
Zdumiony Niemiec patrzył tylko nie rozumiejąc i bojąc się zrozumieć jego słowa. Bo przecież Łukasiewicz, ten dumny, wojowniczy i niezależny Łukasiewicz nie proponował mu teraz...
- Bierz wszystko – Feliks spojrzał przez ramię by się upewnić, że go słuchają – Tylko obiecaj, że Bragiński nie dostanie z tego ani jednego hektara i ani jednej duszy.

Roderich Edelstein odgadł dobrze jego lęki. Feliks rzeczywiście w przykutym do łóżka Gilbercie widział siebie. Jednak to nie była przeszłość, ale przyszłość.

Jak zaczynał głębiej się zastanawiać, to nawet miało sens. Pozbyć się zadłużenia, zdobyć nowe technologie, zreformować gospodarkę, zlikwidować korupcję. Zamknąć gęby politykom. Sejm stałby się niepotrzebny.
Wymieszanie i wchłonięcie polskiego narodu przez Niemców nigdy nie nastąpiłby całkowicie. Zbyt różny mieli język i historię, choć w ostatnich latach znacząco zbliżył się ich sposób myślenia.
Wizja zamkniętego na kłódkę budynku przy Wiejskiej napełniała go niewysłowionym spokojem. A mina młodszego Beilschmidta była bezcenna.
Teraz to Feliks był panem sytuacji. Czuł się z tym tak radośnie i lekko.
- Chcecie rzeczowej dyskusji, tak? – rzucił złośliwe spojrzenie w stronę Austriaka – Więc co powiecie na to?
Usiadł wygodnie na kanapie i odchylił głowę przez chwilę zbierając myśli.
- Od prawego brzegu Wisły cała Warmia, Mazury i Suwalszczyzna niech przypadną temu draniowi na górze – wyłuszczył spokojnie, jakby miał przygotowany od dawna taki plan.
W rzeczywistości improwizował i mówił to, co dyktowało mu serce. Z rozumem i tak zwykle mu się źle pracowało.
- Resztę województw podziel według własnego uznania. Mnie zostaw w Wielkopolsce albo na Mazowszu. Wandy Silesii, Łucji Galicji i Marii Pomeranii w żaden sposób nie odetniesz od ziemi przodków. Nie mogę dopuścić, by jedyne pozostałe mi przy życiu po wojnie regiony zginęły. Żadnych deportacji, język polski w szkołach, niemiecki jako ewentualnie drugi język. A co do reszty, nie będę się wtrącał i jeszcze pomogę w miarę możliwości.
- Oszalałeś – podsumował krótko Ludwig potrząsając głową – Nie chcę twojego całego terytorium.
Feliks prawie się roześmiał.
- W trzydziestym dziewiątym jak mówiłem „nie", to i tak wziąłeś. Teraz jak mówię „bierz" to protestujesz.
- Sam sobie radź z własnym krajem. Nie przerzucaj odpowiedzialności na innych.
- Nie znam się na tym – przyznał z rozbrajającą szczerością – A jeśli się nie zgodzisz, nie będę miał nawet możliwości, by się tego nauczyć.
Edelstein okrążał go powoli. Przekrzywił na bok głowę i przyglądał się całej sytuacji z rosnącym zainteresowaniem.
- Powiedz, Feliks, czego ty się tak naprawdę teraz boisz? Dookoła masz samych sojuszników, żyjemy w spokojnych czasach, zostałeś przyjęty do struktur europejskich...
- Francuzom nie chciało się umierać za Gdańsk 70 lat temu, to i teraz się im nie odmieni.
- Nie napadam cię – powiedział cicho odrobinę urażony Ludwig – Proponowałem konkretną współpracę.
- A ja chcę tę współpracę posunąć krok dalej.
- Bragiński ci groził? – zapytał Roderich.
Polak znów drgnął na dźwięk tego nazwiska.
- Nie musiał. Od kiedy u niego rządzą prawnicy, nie zastrasza nikogo wprost. Jednak moi agenci potwierdzili w zupełności, że Wujaszek Wania planuje zjednoczyć Słowian. Chwilkę przysnął i stracił wpływy. Teraz nadrabia. Słówko na Ukrainie, dwa słówka w Estonii, ale wie, że w ten sposób nie może ze mną postąpić. Zna tylko jeden skuteczny sposób, bym siedział cicho a władze z Warszawy przyklaskiwały jego pomysłom.
Ludwig zrobił się zielony na twarzy. Roderich znosił sytuację lepiej, zapewne dlatego, że był starszy i bardziej doświadczony w grach dyplomatycznych. Czego nie mógł wyrwać siłą, uzyskiwał podstępem. W czasach największej chwały nie cofał się nawet przed małżeństwem, byle dopiąć swego, a romansów miał tyle, że mógł konkurować z obydwoma Vargasami jednocześnie.
- Feliks, a gdzie ty zginąłeś po 1863 roku? – Austriak usiadł obok niego zachowując jednak bezpieczny dystans.
W fiołkowych oczach nie było śladu współczucia, czy litości. Nawet jeśli sympatyzował z Polakiem, dobre emocje pokazywał tylko w gronie najbliższych przyjaciół lub przy fortepianie.
- Nikt cię nie widział od tamtego czasu aż do wybuchu I Wojny. Przez prawie 50 lat twoje województwa walczyły, rozwijały się, były anektowane, zmieniały się, ale bez ciebie. Nie było cię w Europie.
- Siedziałem na Syberii – odparł sucho Feliks i objął się rękoma wspominając zimy ciągnące się w nieskończoność jak śnieg w tundrze – Ale nie sądzę, że Wania będzie tym razem tak miłosierny. W końcu nawet z Syberii można uciec.
Poszperał po kieszeniach i znalazł przenośny twardy dysk w różowym etui. Położył go na stoliku obok filiżanek z zimną już herbatą.
- Obejrzyjcie jak chcecie. Tyle udało mi się zebrać, dzięki kontaktom na wschodzie. Jedną kopię noszę przy sobie, druga jest u osób, które skompilowały dane. Mi i tak już nie zrobi to większej różnicy.
Ludwig schylił się po przedmiot.
- Niczego nie obiecuję.
- Nie musisz.
Roderich posłał im obu jeden z tych uroczych i pozornie niewinnych uśmiechów.
- Feliks, to może spróbuj ciasteczek? Zaraz zrobię ciepłą herbatę. Dobrze jest się rozgrzać, bo październik w tym roku taki zimny.


Od tej pory kolejne rozdziały będą się pojawiać rzadziej (dużo pracy i zmiana otoczenia). Zawsze przykładam się do tego, co robię, więc nie chcę publikować czegoś, z czego nie będę przynajmniej w minimalnym stopniu zadowolona. Obiecuję, że nie opuszczę tej historii (za dużo takich widziałam) i odpowiem na każdy komentarz (chyba, że będzie anonimowy).

Dziękuję wszystkim osobom, które poświęciły chwilę na przeczytanie Mega Serca.