Drzwi otworzyły się z hukiem zanim jeszcze dotknął klamki.
- Zamierzacie siedzieć tu do Świąt?
- I co? I co? Jak było? – Wanda zdarła mu z pleców płaszcz.
Marysia wcisnęła kubek ziołowej herbatki w jego zmarznięte ręce. Zanim się obejrzał, siedział w kuchni, a trzy piękne, ale strasznie gadatliwe i namolne kobiety niemal wpychały mu się na kolana.
Paradoksalnie więcej spokoju miał w domu młodego Beilschmidta niż pod własnym dachem.
- Mogła któraś z was przyjechać po mnie na stację – upomniał je – Wiecie, teraz są komórki, pagery i różne inne bardzo przydatne wynalazki. Na przykład samochody osobowe.
- Do Warszawy? Przepychać się godzinami w korkach? – skrzywiła się Wanda.
- To by było na tyle o miłości dziecka do jego starego rodzica.
- Szefa, nie rodzica. Taki ty mi ojciec jak ja tobie matka.
- No i nie jesteś taki stary... – zauważyła nieśmiało Marysia – Jak byś zmienił uczesanie na... no... bardziej męskie, byłbyś całkiem przystojny.
Schował twarz w dłoniach.
- Cicho! Feluś jest po prostu metroseksualny, prawda? – Lusia pogłaskała go po głowie z udawaną czułością.
- Rozumiem, że tutaj wszyscy są w pełni władz umysłowych. A poza tym Gilbert żyje.
Było słychać jedynie trzask ognia pod kuchnią. Kobiety odsunęły się od niego. Marysia pobladła, a Wanda dla odmiany pokraśniała. Oj, dziewczyno, dziewczyno! Podejrzewał kiedyś, że Silesia skrycie podkochiwała się w Prusaku jak nastolatka w dziwnie zachowującym się wokaliście, ale po wojnie ogromnie cieszyła się, że widmo okupacji pruskiej znikło raz na zawsze.
- Ledwie – poprawił się – Właściwie to umiera. Przy opiece Ludwiga i Edelsteina pociągnie jeszcze może ze dwa lata.
- Roderich jest w Niemczech?
Co jest z tymi kobietami? Teraz Lusi oczy świeciły na sam dźwięk imienia wymuskanego pianisty. Spędziły pod władzą zaborców dużo czasu, ale nie zapomniały języka i obyczajów przodków. Więc co mogą widzieć w Germanach poza niewątpliwie urodą...
Czemu żadna za nim nigdy nie wodziła rozmarzonym wzrokiem?
- Jest – syknął zirytowany wracając do tematu chorego brata – Ludwig ma pomysł, jak mu pomóc. Wiąże się to z małą korektą granic.
- Niech zgadnę. Kupi Warmię i Mazury? – zapytała Wanda wyraźnie niezadowolona z wiadomości.
- Tak jakby... – cofnął się od nich na bezpieczną odległość.
W pociągu spędził wiele godzin zastanawiając się, jak wyłożyć sprawę dziewczynom i nie stracić przy tym żadnej istotnej części ciała. Niestety nie wymyślił nic.
- Wielkopolskę, Małopolskę, Śląsk, Pomorze, Podlasie, Mazowsze i całą resztę dorzuciłem mu gratis.
- Co?
Świat zawirował. Feliks kątem oka zauważył pięść Lusi zmierzającą z zawrotną szybkością w kierunku jego szczęki. Odrzucony do tyłu przewrócił się o zgrabnie podstawioną prawą stopę. Na koniec jej lewy odpowiednik w czarnej szpilce z obcasem do nieba przygniótł mu klatkę piersiową wbijając się boleśnie pod mostek.
- Chcesz nas sprzedać? Po tylu latach niewoli? Co ty sobie myślisz?
- Nie sprzedać – poprawiła ją Wanda – Oddać za darmo.
- Jezuuu, kobieto, noś normalne buty! Jak ty możesz w czymś takim chodzić? – zakwilił cicho Feliks usiłując złapać oddech.
- Wytłumacz się – zażądała twardo Galicja – I to dobrze, bo waszą warszawską logikę to czasem naprawdę ciężko zrozumieć.
Tylko nacisk ostrego jak szpila obcasa powstrzymał go przed głośnym protestem, że on to nie tylko Warszawa. Był wszystkim od ściany wschodniej po Odrę i od Tatr po sopockie molo. Oddychał i żył tym samym, co jego obywatele. Miał te same lęki, przeżywał te same radości. Żyjąc ponad tysiąc lat musiał jednak patrzeć na całość, przeszłość i przyszłość. Wiele by zmienił w historii swego kraju. Nie zawsze miał na to wpływ, nie zawsze był na tyle mądry i przebiegły. Dawał się oszukiwać i manipulować. Teraz, dopóki miał choć iluzję wyboru, wybierał mniejsze zło.
- Może jak z niego zejdziesz, to zacznie mówić – poradziła cicho Marysia.
Uwolniony otrzepał się, przeczesał ręką włosy, ale nie ryzykował podnoszenia się z czterech liter. Za duże prawdopodobieństwo, że znowu będzie musiał się witać z podłogą.
- Dziewczyny... spokojnie. Pomyślcie. Ludwig już nie dąży do zagarnięcia świata i dominacji jedynej słusznej rasy. To naprawdę mądry i odpowiedzialny facet.
- Jaką by miał z tego korzyść? – zapytała Wanda – Potrzebuje tylko Prus.
- Miałybyśmy stać się jego kolejnymi landami? Już widzę, jak z uśmiechem na ustach się zgadza finansować naszą biedę.
- Ale by nas nie oddał Iwanowi, prawda?
Przynajmniej jedna Pomerania podzielała jego decyzję. Przytuliłby dziewczynę do serca, gdyby nie dwie jędze pochylające się nad nim z groźnymi minami.
- Jaką byś miał gwarancję? – dopytywała się Galicja.
- Jak oddam Gilbertowi tereny na północnym wschodzie, to on będzie graniczył z Wanią, nie my.
- I znów się dogadają ponad naszymi głowami. Feliks, przerabialiśmy już to. Ribbentrop, Mołotow? Brzmi znajomo?
- Gilbert i Ludwig też nie zawsze się przyjaźnili z Wanią – argumentował – Jak by Bragiński zajął mój kraj, Unia wyśle najwyżej notę protestacyjną. Jeśli zająłby część Niemiec, Europa oburzy się. Połowa państw rzuci się na pomoc kumplowi z Brukseli i jego cudem odratowanemu bratu.
- Dwa słowa, Feliks – powiedziała Silesia – „Gazociąg bałtycki".
- Jedno słowo, Wandziu. „Marszałek".
Szatynka zacisnęła usta i z pokonaną miną odwróciła się od niego.
- A rób ty, co chcesz.
- Bez was nigdy. Bez was nie dałbym rady podnosić się tyle razy po każdym upadku.
- Pomożemy, pomożemy.
Łucja wyciągnęła do niego rękę. Przyjął ją z wdzięcznością.

Wiatr rozwiewał włosy drobnej blondynki w rozpiętym ciemnym płaszczu. Brak wzrostu nadrabiała rozmiarem obcasów tak skutecznie, że przyciągała spojrzenia przechodniów. Mężczyzn z powodu dojrzałej, chłodnej urody, kobiet – bo całkiem sprawnie poruszała się na niebotycznych szpilkach.
Kraków mimo pory roku powitał ją słońcem i ciepłem. Jednak nie przyszła na rynek podziwiać starą architekturę. W końcu była tutaj, jak powstawały okoliczne budynki, chodziła na uczty urządzane przez fundatorów, a budowniczych znała z imienia. Przez lata zdążyła porzucić suknie hrabianki i kolorowe krakowskie spódnice na rzecz eleganckich czarnych spodni wizytowych i białych bluzek. Były znacznie praktyczniejsze w obecnych czasach, gdy byle smarkacz mógł jej zajrzeć pod halkę i skomentować dobór bielizny.
Rozmawiała z dobrze ubranym mężczyzną, który nie zdejmował z twarzy cynicznego uśmieszku. Było to związane albo z tematem rozmowy, albo z jego wzrokiem zawieszonym dokładnie na pierwszym guziku jej bluzki. Prawdopodobnie obie odpowiedzi były prawidłowe. Chciała jak najszybciej oddalić się w przytulne miejsce, najlepiej z tanią kawą i zupą zabieraną na wynos, zamiast konspirować na rzecz kraju.
- Całkiem to odważne z twojej strony – przyznał mężczyzna wertując zawartość tekturowej teczki – Jak zdobyłaś informacje?
- Mam swoje źródła.
- Łucjo, nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać.
- Nie podlizuj się. Wiem, że zrobisz z tego materiał roku na pierwszą stronę twojej gazety.
- Postaram się najlepiej, jak umiem, ale czy to pewne?
- A co byś wolał? – zapytała ostrożnie.
Jego uśmiech znikł pozostawiając zmęczoną twarz z pierwszymi zmarszczkami w kącikach oczu i wokół ust.
- Jak bym miał wybierać, wschód, czy zachód, to zawsze zachód. Zawsze. Nie po to pchaliśmy się do tej całej Europy, by teraz zawracać.
- Cóż... Więc mogę ci tylko życzyć powodzenia.
- Tobie też – uśmiechnął się – Nie dasz się zaprosić na kawę?
- Nie.
Zawsze odrzucała takie propozycje. Z zasady wolała nie wiązać się blisko ze zwykłymi ludźmi. Za szybko odchodzili. Gdyby zdecydowała się na podobny krok, zapewne siedziałaby ciągle na cmentarzu i odmawiała modlitwy za ich dusze zamiast robić coś dla poprawy losu żyjących.
Pożegnała się z dziennikarzem. Chwilę patrzyła, jak oddalał się w kierunku najbliższego parkingu. Grupa dzieciaków przestraszyła stado gołębi. Ptaki poderwały się do lotu. Kilku turystów robiło zdjęcia. Tak, zdecydowanie lepiej jest myśleć o teraźniejszości.
Łucja Galicja wyjęła z kieszeni płaszcza okulary przeciwsłoneczne i założyła je wypracowanym przez lata ruchem. Ujęła się pod boki i spojrzała w bezchmurne niebo.
- Wygląda na to... – wyszeptała do siebie – Że tym razem nie damy się oszukać.

Pod ziemią otaczały go chłód i wspomnienia. Kłębiły się w jego głowie niczym piasek gnany porywami wschodniego wiatru. Krypta świętego Leonarda była dobrze oświetlona i wyczyszczona, a jednak wciąż czuł zapach kurzu.
Uśmiechnął się zerkając w stronę Sobieskiego. Nieźle pognali Turków pod Wiedniem. Nigdy wcześniej ani później nie widział bardziej przestraszonej miny na twarzy Edelsteina. Warto było się fatygować tyle drogi konno tylko dla tej chwili.
Zaraz obok jego wielki wróg Michał Korybut, niezbyt inteligentny i niezaradny. Nie umiał okiełznać szlachty i opanować chaosu tamtych lat. Dwóch królów, dwóch rywali, a leżą w jednej krypcie, pod jednym dachem. Dowód na to, że pani historia też ma poczucie humoru.
Minął Kościuszkę i generała Sikorskiego i wszedł do kolejnego pomieszczenia. Nie zatrzymywał się przy grobach władców. Nostalgia i tak chwytała go za serce. Dobrze, że opiekunowie tego miejsca pozwolili mu samemu wejść do podziemi. Nie miał ochoty przeciskać się tu razem ze szkolnymi wycieczkami i turystami z zagranicy, a teraz mógł w ciszy i spokoju posiedzieć w ostatniej krypcie pod Wieżą Srebrnych Dzwonów.
Feliks zignorował pozostałe sarkofagi. Przyszedł tu z myślą o jednej osobie.
- Cześć, Wodzu – przywitał się łamiącym głosem.
Ściany wchłonęły jego słowa. Zapatrzył się na ciemną trumnę. Od razu było widać, że to grób żołnierza, a nie jakiegoś wymuskanego królewicza. Objął się ramionami i pochylił głowę.
- Trochę tu zimno... Ale to ci już nie przeszkadza, prawda? – odetchnął głębiej – Przepraszam, ze tak rzadko zaglądam, ale ostatnio mam bałagan niemal porównywalny z tym w 1918. O tyle mi trudniej, że nie mam nikogo, kto by pomógł mi to wszystko zebrać do kupy. Tylko ty jeden skakałeś nade mną jakbym był wiecznie chorym dzieckiem stale wymagającym twojej troski, a przecież jestem od ciebie tysiąc lat starszy.
Roześmiał się cicho na wspomnienie poważnego mężczyzny o śmiejących się oczach. Zawsze tłumaczył mu wszystko, co chce zrobić. Dlaczego na to państwo trzeba uważać, a z tym można się dogadywać. Z kim pertraktować i zawierać sojusze, a z kim lepiej potem te sojusze zrywać. Co jest teraz najważniejsze, a co może poczekać.
Był oszołomiony i wyczerpany ucieczką z Syberii. Nie rozumiał świata, w którym przyszło mu na nowo żyć. Tak bardzo chciał być wolny, że gdy już odzyskał wolność, zupełnie nie wiedział, co z nią począć. Naprawdę było w nim wtedy dużo z dziecka, a Marszałek okazał się idealnym ojcem, niekoniecznie cierpliwym, ale na pewno kochającym.
- Zawsze powtarzałeś, że stanę się mężczyzną dopiero wtedy, kiedy mi wąsy urosną.
Marszałek zdziwiłby się mocno, gdyby wiedział, że zdecydowana większość żyjących dusz państw i narodów nie ma i nigdy nie miała wąsów. Osobiście poznał tylko Kiku Hondę podczas swojej wizyty w Kraju Kwitnącej Wiśni. Feliks zastanawiał się, który z nich był bardziej zaskoczony tym spotkaniem.
- Mam nadzieję, że decyzja, którą podjąłem, jest dostatecznie męska. Nie przepadałeś za wielkim bratem ze wschodu, więc pewnie się ucieszysz. On znowu wyciąga łapy po to, co utracił. Ale ja tym razem nie dam się tak łatwo oszukać. Miałeś wtedy dobry plan, Wodzu. Żeby dogadać się z Germanami, znaczy się. No i się dogadałem. Prawie. Czekam na odpowiedź z Berlina, ale oni w tej chwili też za bardzo nie mają wyjścia. Ciężko jest tak być samemu...
Feliks ostatnio wieczorami rozmyślał, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby jego Marszałek pożył trochę dłużej, a Wódz Ludwiga trochę krócej.
Na pożegnanie dotknął ręką trumny. Zrobiło mu się jakoś lżej na sercu, gdy mijał baldachim z łacińską sentencją. „Corpora dormiunt vigilant animae". Tak, on też zamierzał czuwać.

- Pokrzepiony?
Na zewnątrz czekała na niego Lusia. Oczywiście nie mógł liczyć na łzawe powitanie z jej strony i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.
- Odwieziesz mnie? – zapytał z nadzieją – Do Janowa?
- Marzyciel!
Zrobił zabiedzoną minę. Zaczęli iść w stronę, gdzie Galicja najprawdopodobniej zaparkowała swojego wypucowanego czerwonego garbusa.
- Wsiadam w pociąg i do Gdańska. Calutka noc z kochanymi kolejami.
- A dlaczego tam? – nie dawał za wygraną i nie porzucał miny bezdomnego szczeniaka.
- A myślisz, że Maryśka zaśnie w pustym mieszkaniu? Jak ją znam, będzie błąkać się sama po plaży, albo siedzieć godzinami na czacie z tymi zwariowanymi hakerami byle zabić czas.
Buty Lusi stukały głośno o chodnik. Szła bardzo szybko. To naprawdę frustrujące, kiedy jedyna kobieta niższa od niego robi wszystko, byle móc popatrzeć na niego z góry.
- A Wanda? Nie może posiedzieć u Wandy?
Łucja wzniosła ręce do nieba i wydała z siebie nieartykułowany dźwięk. Zignorowała pytanie.
Chociaż były siostrami i jednocześnie najstarszymi towarzyszkami Feliksa, nigdy nie przepadały za sobą. Wanda podróżowała po świecie, wdawała się w liczne romanse i kibicowała każdej rewolucji w Europie przez ostatnich 300 lat. Lusia wolała siedzieć w Krakowie i knuć, jak by tu polepszyć swoją sytuację. Wychodziła na tym całkiem dobrze. Po rozbiorach przystosowała się do życia w monarchii Habsburgów i zyskała dużo większą swobodę niż regiony pod okupacją rosyjską. Z I Wojny wyszła pełna energii i kwitnąca. Natychmiast zabrała się do odbudowy państwa. Z II Wojny wyszła żywa i cała, czego nie można powiedzieć o jej najlepszym przyjacielu – Julianie. Żyjący duch Mazowsza zginął w 1944 od zabłąkanej kuli. Mimo tak ogromnej straty stanęła na nogi i pomogła odbudować kraj kolejny raz.
Miał nadzieję, że los oszczędzi im tego wysiłku po raz trzeci.
Doszli już do jej autka. W wyczyszczonym na wysoki połysk garbusie chyba tylko nadwozie pozostało oryginalne. Wnętrze bardziej przypominało mały model azjatycki z mnóstwem niepotrzebnych gadżetów.
Bez zaproszenia wpakował się na miejsce pasażera. Galicja, zanim łaskawie ruszyła, pogrzebała w torbach na tylnym siedzeniu i wyciągnęła laptopa.
- Tak ci się chce zobaczyć tę szaloną babę? Zero kobiecości, zero wyczucia. Znowu się popisuje. Wstydu nie ma.
Na ekranie pojawił się obraz transmitowany na żywo. Pasek na dole oznajmiał, że pochodzi z Wrocławia. Manifestacja rozkręcała się. Zdenerwowani policjanci przestępowali z nogi na nogę pilnując, by nikt nie rzucił się rozbijać okien okolicznych mieszkań i lokali. Tłum parł do przodu wrzeszcząc niemiłosiernie. A w jednym z pierwszych szeregów uśmiechnięta od ucha do ucha Wanda Silesia w czarnej skórzanej kurtce i czapce z daszkiem.
- Lubi być na widoku – powiedział rozbawiony Feliks.
- To niech tańczy, śpiewa, albo uprawia jazdę figurową na lodzie.
On i jego znajomi z konferencji międzynarodowych unikali pokazywania się w telewizji. To była niepisana zasada obowiązująca wszystkie żyjące dusze narodów, jednak czasem pomniejsze regiony lubiły lub chciały zwrócić uwagę na siebie i swoje problemy. Doceniał zaangażowanie Silesii i widział, że bawiła się przy tym znakomicie. Wystarczał jej najmniejszy pretekst, by z górnikami, stoczniowcami, studentami lub innymi sfrustrowanymi grupami społecznymi jechać demolować Warszawę. Nie pochwalał tego, ale za nic nie próbowałby zmienić jej charakteru.
Łucja zmarszczyła brwi przysłuchując się uważnie relacji.
- Dlaczego oni krzyczą „Precz z komuną"? Co to ma do naszej obecnej sytuacji?
Wzruszył ramionami.
- Przyszło ze wschodu. I zawsze jest na czasie.
- Dziecinada!
Zniesmaczona zachowaniem siostry Galicja ruszyła z miejsca zostawiając za sobą ślady opon, a Feliks w popłochu zapinał pasy.


Muszę przyznać, że pisząc tę historię mam przed oczyma nie postacie stworzone przez Himaruya Hidekaz, ale narysowane przez artystkę, która ukrywa się pod pseudonimami Farah/Cretica. Jej Germanie, Włosi, a nawet Francja, są naprawdę śliczni i nie tak super-deformed jak w oryginale.
Wielkie brawa dla osób, które odgadły, na kim się wzorowałam tworząc Galicję (a przynajmniej jej wygląd).