Ludwig zaprosił ich do Wiednia.
W tym, z pozoru niewinnym, stwierdzeniu kryło się wiele znaków zapytania.
Po pierwsze i najważniejsze: dlaczego spośród przedstawicieli wszystkich europejskich państw wybrał akurat Węgierkę i Hiszpana? Elizavieta w trakcie podroży próbowała znaleźć logiczne wyjaśnienie tej decyzji. Niestety bezskutecznie. Nic nie łączyło jej z Antoniem. Mieli zupełnie różne zainteresowania i historię. Spotykali się tylko okazjonalnie w Brukseli. Z braku wspólnych tematów ich rozmowy ograniczały się do serdecznych powitań i kilku ogólników. Jednak Ludwig postanowił spędzić weekend właśnie w ich towarzystwie.
Niemiec zaprosił ich do stolicy Austrii. Dlaczego nie do Berlina? Elizavieta wietrzyła w tym podstęp Rodericha. Obaj mieszkali razem od 20 lat. Austriak pomagał mu opiekować się chorym bratem. Na pewno też doradzał młodszemu koledze w trudnej sztuce dyplomacji. Cokolwiek planował ten pierwszy, drugi na pewno maczał w tym palce.
W rozmowie telefonicznej ani razu nie padło słowo „filharmonia", ale Ludwig zwrócił jej uwagę, by spakowała strój wieczorowy. W słowniku Elizaviety połączenie stroju wieczorowego i Wiednia nieuchronnie oznaczało koncert. Mimo to nie robiła koledze wyrzutów. Starał się być subtelny, a każda kobieta powinna doceniać taki wysiłek ze strony mężczyzny.
Więc dlaczego to młody Beilschmidt, a nie paniczyk z dobrego domu się z nią skontaktował? Tu akurat miała konkretną odpowiedź. Rodericha wyśmiałaby natychmiast i rzuciłaby słuchawką. Najchętniej prosto w jego wypielęgnowaną buźkę.
Jako żona Edelsteina musiała uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach kulturalnych, jakie ofiarowywała stolica niegdysiejszego Cesarstwa. Ściśnięta gorsetem, ze słodkim uśmiechem na ustach dawała się prowadzić za rączkę na każdy koncert filharmonii, balet, operę, operetkę, czy przedstawienie teatralne. Po powrocie do domu bywała zmęczona i zła jak osa, a jej szanowny małżonek zasiadał do fortepianu.
I właśnie ten cholerny instrument stał się jedną z głównych przyczyn ich rozwodu. Elizavieta mogła darować mężowi liczne skoki w bok, bo sama także nie była święta. Ale smętne nokturny czy jazgotliwe mazurki brząkane do bladego świtu złamały jej cierpliwość.
Lepiej z Roderichem dogadywała się jako przyjaciółka niż małżonka.
Ostatnia, chyba najważniejsza, kwestia związana z podróżą do Wiednia także nie dawała jej spokoju. W jakim celu Ludwig zażyczył sobie ich obecności? Nie łudziła się, że oddawał się tak niepotrzebnym emocjom jak tęsknota, a nawet jeśli przypadkiem zapragnął ich towarzystwa, musiał znaleźć wystarczająco profesjonalnie brzmiący pretekst.
Jedno miasto, cztery rożne osoby. Łączyła ich tylko wiedza o prawdziwych losach Gilberta Beilschmidt'a. Kobieca intuicja podpowiadała jej, że to właśnie będzie głównym tematem rozmów przedstawicieli czterech państw w stolicy walca.
Antonio był równie zorientowany jak ona. Przyjechał prosto z Włoch i czekał na nią na dworcu. Bardzo słabo znał Wiedeń i obawiał się, że się zgubi. Z kolei Elizavieta nie chciała sama przekraczać progu domu, który dzieliła tyle lat z Roderichem.
W ten oto sposób oboje znaleźli się w zabytkowej części miasta na ganku zadbanej, dwupiętrowej kamienicy. Hiszpan z trudem wtoczył po trzech schodkach walizkę na kółkach z modnym wzorkiem w kwiatki. Elizavieta, przyzwyczajona do objawów zniewieścienia u przedstawicieli drugiej płci, łaskawie powstrzymała się od komentarza. Przerzuciła swoją sportową torbę do lewej ręki.
- Myślisz, ze przetransportowali tutaj Gilberta? – zapytał cicho Antonio sięgając ręką do dzwonka obok drzwi.
- Chyba w trumnie – odparła zirytowana – Do diabła! Nie będę sterczeć na progu własnego domu!
Ponieważ klamka ustąpiła pod naciskiem jej dłoni, Elizavieta z hukiem otworzyła drzwi.
- Kochanie! – zawołała zjadliwie – Zobacz, kogo przyprowadziłam!
Przedsionek i korytarz były idealnie czyste i urządzone w dobrym, starym stylu. Jej były mąż niezwykle rzadko kupował meble, ale na renowację już posiadanych co jakiś czas wydawał pokaźne sumki. Szlachetne materiały i prostota zdobień zwykle wprawiały gości w zachwyt.
Elizavieta zaglądając tu czasem odnosiła wrażenie, że ani dom, ani jego gospodarz nie zmienili się od stu lat.
- Kochanie – Roderich Edelstein pojawił się na korytarzu – Wejdź dalej i zobacz, kogo ja przyprowadziłem.
Gestem dłoni zaprosił ich do saloniku. Pomieszczenie zdobiły te same ciężkie bibeloty i ciemne meble upodabniając je do muzeum po sławnym pisarzu lub kompozytorze. Pięknie udrapowane zasłony odwracały wzrok od smutnego, wygasłego kominka. Elektryczne oświetlenie nadawało wszystkim gładkim powierzchniom nienaturalny połysk. Suche powietrze delikatnie pachniało odświeżaczem.
Mimo elegancji i porządku dom wydawał się opuszczony. Właściciel zaglądał tu od wielkiego święta i komuś innemu zlecił sprzątanie i podlewanie kwiatów.
Zarówno Elizavieta, jak i Antonio spodziewali się zastać Ludwiga. Niemiec nie zawiódł ich. Siedział na sofie otoczony stertami dokumentów, ale natychmiast wstał, by ich powitać. Zanim jednak padły pierwsze słowa, Elizavieta dostrzegła kogoś, kogo według wszelkich statystyk i układów sił nie powinno w Wiedniu być.
Feliks Łukasiewicz, skulony w fotelu i przeglądający coś ze skoncentrowaną miną na laptopie, kolejny raz pokazywał światu, gdzie ma badania socjologiczne i polityczne koneksje.
Elizavieta wypuściła torbę z ręki.
- Okey, kto mi wyjaśni, co się tu dzieje?
- O, Boże... – Antonio jęknął cicho – Gilbert... Nie mówcie mi, że... że on...
Jakim cudem Hiszpan wiązał obecność Łukasiewicza w Wiedniu ze stanem zdrowia starszego Beilschmidt'a, nie wiedziała i wołała się nie zastanawiać nad ścieżkami, po których hasają myśli Latynosów.
- Z Gilbertem wszystko w porządku – pospieszył z wyjaśnieniem Ludwig – Czuje się dobrze. Kazał cię pozdrowić.
Antonio kiwnął głową i ostrożnie usiadł na najbliższym krześle. Bladość powoli ustępowała z jego opalonej twarzy.
- Cze! – rzucił Feliks ze swojego kąta.
- Co wy, u diabła, knujecie? – Elizavieta wycelowała oskarżycielsko palec w stronę Rodericha.
Jakże żałowała, że nie ma pod ręką patelni, albo chociaż wałka do ciasta. Ostatecznie gdyby zaszła taka potrzeba, mogła poszukać w kuchni byłego męża.
- Już na ostatnim spotkaniu w Brukseli widziałam, jak zerkacie jeden na drugiego. Co wy myślicie? Że ja ślepa jestem?
- Zaprowadzę was do pokoi gościnnych – powiedział Roderich – Odświeżcie się najpierw po podróży.
Odpowiedziało mu warknięcie niezadowolonej kobiety.
- Proszę – odezwał się miękko Ludwig – Porozmawiajmy za pół godziny. Wszystko wam wyjaśnię.
Elizavieta złagodniała.
- Ale tylko dlatego, że ty prosisz.
Nagle poczuł się źle we własnej skórze. Siedział w fotelu i kurczowo ściskał zamknięty laptop, jakby małe elektroniczne urządzenie mogło go obronić przed całym światem.
Miał dosyć krzyków Elizaviety. Natychmiast wpadła na Ludwiga i Rodericha z pretensjami. Gorący węgierski temperament nie robił jednak na nich większego wrażenia. Edelstein obrał taktykę przeczekania. Młodszy Beilschmidt z początku próbował jakoś ją załagodzić, a gdy to nie pomogło, zamknął się w sobie i kolejne zarzuty przyjmował z chłodnym spokojem.
Ile jeszcze ich planów nie wypali?
Feliks konsultował się z Niemcem co do miejsca podpisania umowy przedwstępnej oraz świadków. Aby formalności stało się zadość, obaj musieli mieć ciche przyzwolenie rządzących ich państwami oraz wybrać przynajmniej dwie neutralne osoby pośród żyjących dusz narodów, które mogły potwierdzić autentyczność takiej umowy. Tak się działo od wieków.
Zgodzili się na Elizavietę od razu, choć ta zawsze faworyzowała Feliksa. Co do Antonia Ludwig miał wątpliwości, jednak wybór ograniczał się do niego, Vash'a Zwingli i Lili Zwingli. Szwajcar dochowałby tajemnicy, ale nie zawahałby się naliczyć od niej odsetek. A mała Zwingli grzecznie o wszystkim mówiła starszemu bratu.
Hiszpan także siedział z boku i oczyma wielkimi jak spodki śledził każdy ruch wzburzonej kobiety. Nie pasował do nich ze swoim pogodnym podejściem do życia. Nie rozumiał łączących ich stosunków. Zapewne dlatego, że kiedy oni kisili się we własnym kotle wojen i układów, on patrzył na szeroki świat. Pływał po morzach i oceanach, odwiedzał kraje, o których zwaśnione księstwa i królestwa Europy nie słyszały i nie chciały wiedzieć.
Feliks dyskretnie kątem oka obserwował zmarszczkę na czole południowego kolegi. Najpierw głęboka, po kilku minutach wygładziła się. Antonio wstał i nie zauważony przez pozostałą trójkę podszedł do niego.
- Robisz to dla Gilberta. Dziękuję – Polak został bez wysiłku uniesiony z fotela w mocnym uścisku – Jesteś najlepszy z nas wszystkich. Nikt inny nie odsunąłby na bok całej nienawiści, by pomóc komuś w potrzebie.
- Ugh...
Antonio wytrącił go z równowagi. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Głupio przyznawać się, że bardziej niż o dobrobyt upierdliwego Prusaka chodziło mu o własną skórę.
Jeszcze gorzej poczuł się, gdy zdał sobie sprawę, że rzeczywiście mógłby się poświęcić. Martyrologiczna część jego duszy obudziła się na moment ze słodkiej drzemki. Tak, dla przyjaciela, dla kogoś bardzo ważnego gotów byłby natychmiast oddać życie. Na szczęście Gilbert nie należał do tego grona.
- Właśnie! – Elizavieta podchwyciła temat obracając się na pięcie – Dlaczego chcesz oddać swoją ziemię? Choćbyś był nie wiem jak bohaterski i altruistyczny, nie uwierzę w bajkę, że ci zależy na Gilbercie. Co ciebie przycisnęło, Feluś?
- Nic... – spróbował się wykręcić – Tylko tak jakoś... Wiesz, 20 lat temu Iwan zwinął interes, zabrał swoich żołnierzy i politruków. Na całą tę reformację poszło tyle kasy i wciąż idzie. Końca nie widać.
- Pieniądze to nie wszystko. Musisz uzbroić się w cierpliwość, wykazać się pomysłowością...
- Jaką pomysłowością? Wszystko wokół się psuje, od prawa po kładkę nad jeziorem niedaleko mojego domu.
Za plecami kobiety Edelstein patrzył na niego z takim uznaniem, że żołądek wywracał się na drugą stronę. Dobrze, że przynajmniej Ludwig zachował kamienną twarz.
Feliks zebrał się w sobie. To do niego miała należeć ostateczna decyzja, czy zachowa informacje o planach Bragińskiego w tajemnicy przed gośćmi.
- To napraw tę cholerną kładkę! – wypaliła Elizavieta.
- Naprawię, ale na resztę po prostu nie mam siły. Muszę myśleć o bezrobociu, emeryturach, drożejącej żywności i politykach traktujących mój kraj jak jakieś trofeum, które można wygrać opluwając się nawzajem – Feliks nabrał powietrza w płuca – I to myślenie już bokiem mi wychodzi. Z której strony bym nie patrzył, nie dam rady.
Podniósł ostrożnie wzrok. Jego długoletnia, serdeczna przyjaciółka nie stała już z rękoma opartymi na biodrach niczym mityczna Walkiria. Z jej ładnej twarzy wyczytywał zdumienie i zmieszanie.
Nie chciał jej okłamywać, ale nie wyobrażał, by tu i teraz otwarcie przyznawać, że zwyczajnie się boi o swoje życie. Tyle razy ostrzegał kolegów z Zachodniej Europy, że Iwan coś knuje, aż w końcu zaczęli obracać to w żart. Wstydził się.
- Myślę, że ta umowa przyniesie nam obu wymierne korzyści – Ludwig zabrał głos skutecznie zmieniając temat – Szczególnie w obecnych czasach.
- Ty tylko byś pieniądze liczył – sarknęła Elizavieta – A tu chodzi o coś więcej.
- To też decyzja Feliksa. Nikt nie skłaniał go do podpisania umowy. To on, nie ja, wyszedł z inicjatywą.
- Jak przyjdzie co do czego, sam będziesz decydował nie oglądając się ani na Gilberta, ani na dobro Feliksa.
- Przeczytaj to jeszcze raz – Niemiec wcisnął jej do rąk gruby folder – Będzie miał zagwarantowane miejsce przy stole Unii na takich samych zasadach jak Szkocja lub Normandia.
- Nie będzie mógł głosować – protestowała dalej kobieta.
- Ale za to gadać mogę, ile wlezie – zauważył Feliks.
Pewność, że nikt mu nie zamknie ust, podbudowała go natychmiast. Nie wyobrażał sobie życia bez mówienia ludziom wprost, co o nich myśli.
Uśmiechnął się pod nosem i zaczął wzrokiem szukać jakiegoś długopisu czy czegoś...
- Ekhem.
Roderich przysunął się bliżej i podał mu złocone wieczne pióro w etui wykładanym czarnym zamszem.
- Przysięgam, wy obaj z Gilbertem zachowujecie się czasem tak prostacko, że wstyd mi patrzeć – stwierdził cicho – Nie mogę uwierzyć, że jeden naród wydał Chopina a drugi Kanta.
Feliks przyjął pióro i wzruszył ramionami. Dawno wyzbył się ciągot artystycznych i filozoficznych. Otworzył ładnie oprawiony egzemplarz umowy leżący osobno na stoliku do kawy i szybko nakreślił swój podpis na dole.
- Gotowe – powiedział do pozostałych – Ludwig, teraz twoja kolej.
Oddał pióro i spojrzał na sufit. Jakoś niebo nie grzmiało, nie padł martwy na miejscu, więc może nie będzie tak źle. W końcu oddawał terytorium, a nie zaprzedawał duszę.
