Wnętrze budynku Musikverein witało gości rzęsistymi światłami, od których blasku ściany zdawały się kapać złotem. Wszyscy przychodzący byli w wieczorowych strojach. Panowie nosili eleganckie fraki, panie szeleściły długimi sukniami w stonowanych barwach. Elizavieta wyglądała bardzo korzystnie w czarnej sukience podkreślającej jej figurę. Delikatnie ściskała ramię Ludwiga, którego wybrała na swą eskortę tego wieczoru. Roderichowi nie pozwoliła się nawet dotknąć, wciąż lekko obrażona za to, że się mieszał w sprawy niepodległych państw.
Z daleka mogli wyglądać jak rodzina. Wszyscy ubrali się podobnie, trzymali się razem i rozmawiali na niezobowiązujące tematy, by przypadkiem któreś z nich obrażone lub podekscytowane nie podniosło głosu.
Niemiec zastanawiał się, czy to normalne, by rozwiedziona para odnosiła się do siebie tak oschle. Roderich i Elizavieta na międzynarodowych spotkaniach byli zawsze uprzejmi i towarzyscy. Prywatnie Austriak traktował byłą żonę nieco zbyt wyniośle, a ta odwdzięczała się wytykaniem jego wad i groźbami użycia sprzętu kuchennego.
Pośród tłumu ludzi Elizavieta uśmiechała się ślicznie i sprawiała wrażenie damy z wyższych sfer, która nigdy nie zaprzątała swojej główki tak prozaicznymi czynnościami jak sprzątanie czy gotowanie. Nikt by nie przypuszczał, że od dziecka włóczyła się po lasach, wdrapywała na drzewa i walczyła z sąsiadami, którzy chcieli rozciągnąć swe władanie na jej kraj. Niedługo po tym, jak wyszła z kryzysu tożsamości i zaczęła nosić sukienki, dostała się pod strefę wpływów władców austriackich. Z wojowniczki stała się służącą Rodericha Edelsteina, a potem jego żoną.
Jednak teraz Roderich nie interesował się ani trochę jej osobą. Upatrzył inną ofiarę swej legendarnej pedantyczności.
- Boże... No popatrz na siebie – poprawił frak na Feliksie uważając zapewne, że ta czynność jest mniej śmieszna i upokarzająca, niż przebywanie w towarzystwie osoby, która nie wie, jak nosić galowe stroje w XXI wieku – Jak ty wyglądasz?
Krytycznym wzrokiem zlustrował sylwetkę Polaka, który ostatnimi czasy raczej nie był zapraszany na kulturalne wydarzenia. Łukasiewicz nie wydawał się tą sytuacją zmartwiony.
Tu akurat miał wiele wspólnego z Gilbertem, który także nienawidził sztywnych przyjęć, gdzie mężczyźni wyglądali jak pingwiny, a kobiety wydawały majątek na stroje wyrzucane na dno szafy następnego dnia.
- Myślisz, że mam czas, by sterczeć przed lustrem i przymierzać fatałaszki?
- Nie garb się. Jak się garbisz, koszula wydaje się być na tobie za luźna. A te włosy!
- Czego się czepiasz? Czyste, poczesane, naturalny blond!
Roderich wykonał dłonią w powietrzu nieokreślony gest, jakby próbował odpędzić złe duchy.
- Ta fryzura była modna 800 lat temu. Idź do fryzjera.
- Okey.
Łukasiewicz z radością odwrócił się i już miał czmychnąć w stronę szatni, ale Austriak chwycił go mocno za rękaw.
- Mamy jeszcze kilka minut. Może uda się coś zrobić. Chodź do łazienki.
Antonio przezornie nie odzywał się, ale w tym momencie parsknął śmiechem. Szybko jednak wyprostował się pod zimnym, nieprzyjemnym spojrzeniem fiołkowych oczu.
- O tobie nic nie mówię. Jesteś przypadkiem straconym dla świata. Popraw przynajmniej muchę.
- Właśnie dlatego nie chcę przyjmować jego zaproszeń – powiedział cicho Hiszpan.
Faktycznie zostało jeszcze trochę czasu do koncertu. Ciągle przychodzili nowi słuchacze i nie wszyscy spieszyli się by zająć miejsca w głównej sali.
Ludwig przeprosił pozostałą dwójkę i poszukał mniej ruchliwego korytarza. Wyciągnął z kieszeni komórkę. Chciał wieczorem zadzwonić do Berlina, a koncert kończył się stosunkowo późno. Wolał nie ryzykować przypadkowego obudzenia brata. Choć choroba zdawała się minimalnie cofać, wciąż potrzebował dużo snu.
- Jo, Bruder! – głos z Berlina brzmiał podejrzanie wesoło.
- Jak się czujesz, Gilbert?
- Jak najwspanialsza istota, której stopy kiedykolwiek tykały marnego pyłu tego ziemskiego padołu!
No tak. A on liczył na poważną, konkretną odpowiedź.
- Nie sprawiasz kłopotów Pomeranii?
- Skądże! Przecież mnie znasz – ten argument miał akurat wątpliwą wartość – Myślisz, że jak poskarżę się na ból pleców, zrobi mi masaż?
W tle dał się słyszeć stłumiony kobiecy okrzyk. Jego brat miał dziwny gust. Potrafił godzinami wyliczać, jakie to korzyści odnosiły Niemcy z posiadania Silesii. Łucję Galicję uważał za jedną z najpiękniejszych i najbardziej nieprzystępnych kobiet na świecie, ale sam zaproponował, by ponownie zajęła się nim Pomerania.
- Niech zgadnę, okularnik postanowił was odchamić i teraz biedny Tonio dusi się we fraku.
- Mniej więcej... – Ludwig uniósł wolną dłoń do nasady nosa.
Intuicja Gilberta nie miała sobie równych i dodatkowo rozdymała jego poczucie wartości.
- Wziąłeś leki?
- Całą garść. Jedna pigułka więcej, a latałbym jak gołębica nad Paryżem. Nie wiem, co na to moja wątroba, ale po tylu latach picia bimbru i cienkiego piwa musi się pogodzić z losem.
Niemiec westchnął bezgłośnie. Bał się zadać następne pytanie.
- A co teraz robisz?
- Gramy z Marysią w rozbieranego pokera.
Przez maniakalny śmiech dały się słyszeć gorące protesty dziewczyny. Kilka sekund trwało, zanim jego brat złapał oddech.
- Gilbert, serio...
- Okey! W szachy gramy. Jak Marysia traci pionka, musi zdjąć jedną część garderoby. Na razie pozbyła się wisiorka i skarpet, cwaniara jedna!
Wolał nie wiedzieć, jak Pomerania dała się wmanewrować w taką grę. Gilbert miał swoje sposoby.
- Nie przejmuj się, West. Jeszcze wiele przed nami. Znasz Słowianki. Zimą są bardziej naubierane niż góralki z Tyrolu.
- Nie wiem, jak się zimą ubierają góralki z Tyrolu.
Niemal widział oczyma duszy skrzywioną minę albinosa.
- Szczęściarz.
- Nie wiem też, jak się ubierają Słowianki na zimę.
- Te nierozsądne prawie wcale, a te rozsądne jak góralki. Że też mi się rozsądna musiała trafić...
- Proszę, zachowuj się.
- Nie ma sprawy.
- Daj mi porozmawiać z Pomeranią.
- Udanego koncertu, West. Tylko nie zaśnij!
Rozłączył się. Było do przewidzenia, że nie dopuści Marii do telefonu, choćby dlatego, by pokazać im obojgu, że to potrafi.
Ludwig wyłączył komórkę. Towarzyszy odnalazł dopiero w głównej sali. Ponieważ Roderich znał osobiście wszystkich dyrektorów opery i filharmonii oraz połowę występujących dziś muzyków, załatwienie miejsc dla pięciu osób w jednym rzędzie nie stanowiło dla niego żadnego problemu.
Niemiec pospiesznie zajął ostatnie wolne krzesło. Po prawej stronie miał Rodericha, a po lewej Łukasiewicza.
Gdy orkiestra stroiła instrumenty, rozejrzał się szybko wokół. Na moment zacisnął szczęki. Spośród tylu karnawałowych występów filharmoników wiedeńskich musiał trafić akurat na ten.
Sześć rzędów dalej z lewej strony siedzieli Yao Wang, jego siostra z Tajwanu i brat z Hong Kongu. Azjaci zwykle trzymali się razem. Zawiłości polityki europejskiej nie interesowały ich, chyba że przekładały się na gospodarkę.
Bardziej martwiła go obecność pewnej blondwłosej kobiety siedzącej samotnie w jednej z lóż. Beatrycze la Mar bawiła się od niechcenia czarnym, ażurowym wachlarzem. Jej zwykle pogodną twarz pokrywała gruba warstwa makijażu. Gdy napotkała wzrok Ludwiga, skinęła mu głową.
Nie musiał iść do jasnowidza, by przewidzieć, co stanie się w ciągu następnych dni. Beatrycze często odwiedzała Francisa. Byli ze sobą bardzo zżyci, więc łatwo wyobrazić, że w trakcie rozmowy przypomni sobie o wizycie w Wiedniu i o tym, kogo tam zobaczyła. Francis wzruszy ramionami, ale przy okazji jakiegoś spotkania z Felicianem i Lovinem wymkną mu się dwa zdania, że Polak i Niemiec chodzą razem na koncerty w towarzystwie znajomych z Austrii, Węgier i Hiszpanii. Lovino przekaże tę wiadomość partnerowi ze wschodu, którego często zaprasza na imprezy w Neapolu i Rzymie, a ten już będzie wiedział, jak złożyć wszystkie poszlaki w logiczną układankę.
Ostatnie dźwięki popularnej polki majestatycznie rozniosły się po sali. Ludzie wstawali powoli. Wykorzystywali przerwę na rozmowy lub wizytę w toalecie.
Ludwig także podnosił się, kiedy nagle poczuł uścisk dłoni. Siedzący obok Austriak nawet nie spojrzał na niego.
- Idź do Chińczyka – powiedział cicho.
Słowa te nie były przeznaczone dla postronnych uszu.
- Ja zajmę się blondynką.
Ludwig nieznacznie skinął głową. Spojrzał jeszcze na Feliksa.
Polak omal nie zasnął na pierwszej części koncertu. Z zaczesanymi do tyłu i ulizanymi włosami wyglądał prawie jak jego młodszy brat. Z taką twarzą pewnie ciągle pytano go o dowód, gdy chciał kupić piwo.
- Antonio, idziemy – Niemiec zmobilizował południowego kolegę do ruszenia się z miejsca.
Patriarcha azjatyckiego rodu uśmiechał się z daleka idąc w ich kierunku, młodsze rodzeństwo pół kroku za nim. W przeciwieństwie do Yao mieli bardzo wyszukane imiona, które mogły oznaczać w ich językach „kroplę rosy tańczącą o świcie" i „sokoła szybującego nad falami wzburzonego morza". Na szczęście brat Yao wolał, gdy zachodni koledzy wołali na niego „Jackie".
Imienia długonogiej Tajwanki Ludwig nie wymawiał z tego samego powodu, co nazwiska Feliksa Łukasiewicza. Zwracał się do niej po prostu: „Panno Wang".
- Gdzie? I po co idziemy? – dopytywał się Ludwiga Hiszpan.
Zatrzymali się na moment. Młody Beilschmidt obdarzył go cynicznym uśmiechem godnym samego Gilberta.
- Yao Wang wykupił większość twoich obligacji i wspomógł twoje banki – przypomniał mu cicho – Nie muszę ci chyba mówić, co to oznacza, więc uśmiechaj się i bądź czarujący.
- Okey...- odpowiedział powoli Antonio.
Ludwig zauważył, jak prostuje się i nerwowo przełyka ślinę.
Spotkali się przy wyjściu z sali.
- Ludwigu Beilschmidt, cóż to za szczęśliwe spotkanie! - Chińczyk rozpromienił się jak sierpniowe słońce.
Podali sobie ręce wymieniając uprzejmości.
- Witam piękną panią – Antonio z kurtuazją uniósł smukłą dłoń Tajwanki do ust.
Gest był staroświecki i coraz rzadziej używany w Zachodniej Europie. Szkoda, bo dawał natychmiastowy efekt. Na policzkach siostry Yao Wanga zakwitł cień rumieńca.
- Wygląda pani olśniewająco cała w błękitach.
Skomplementował klasyczną, chińską sukienkę dziewczyny, by następnie przywitać się z jej braćmi.
Jackie Wang popatrzył na niego podejrzliwie. Za plecami Yao wyglądał bardziej jak jego ochroniarz niż krewny.
- Czy u ciebie w górach jest dużo śniegu? – dopytywał się Ludwiga Yao z dobrodusznym uśmiechem na ustach.
Uśmiech ten pasowałby idealnie do starego mędrca objawiającego na pustkowiu kilku wybrańcom tajniki Zen.
- Oczywiście. Przy dobrych warunkach utrzyma się jeszcze przynajmniej przez pięć tygodni.
- To świetnie. Chciałbym wreszcie nauczyć się jeździć na nartach. Niestety dotychczas nie miałem zbyt wiele czasu, by myśleć o przyjemnościach.
Roderich wyciągnął dłoń do Elizaviety, lecz wstała ona bez jego pomocy. Patrzyła przed siebie wyprostowana, z opuszczonymi ramionami. Zamyślona, jak myśliwy, który już nie może dostrzec celu. Promieniowało od niej zmęczenie, jakie zwykle obezwładnia ludzki umysł po długotrwałym wysiłku.
- Elizo, nie bądź taka. Odezwij się do mnie.
Nie miał czasu na jej humory. Musieli szybko odnaleźć Beatrycze la Mar i przemówić jej do rozsądku.
Blondynce z Brukseli można było zaufać, jednak na razie jeszcze nie wiedziała, że dla dobra zjednoczonej Europy powinna trzymać język za zębami.
Tymczasem Elizavieta ocknęła się.
- Co będziesz z tego miał?
Wzruszył ramionami i poprowadził ją do przejścia między rzędami krzeseł.
- Ludwig załatwił ci dożywotni wstęp za kulisy Opery Berlińskiej?
- Akurat to załatwił mi jeszcze w trzydziestym ósmym, żeby nieco osłodzić mój pobyt w Berlinie.
- Liczysz na jego wdzięczność?
Roderich rozglądał się uważnie po balkonach, jednak nigdzie nie widział znajomej Belgijki.
- Po dwudziestu latach opiekowania się Gilbertem nie muszę się o to martwić.
- Więc?...
Zamknął na chwilę oczy. Przypomniał podobną rozmowę, którą odbył wiele lat temu z młodym Beilschmidt'em. Mógł być w takiej sytuacji, jak Gilbert.
Pamiętał też, jakie to uczucie stracić kogoś bliskiego. Święte Cesarstwo Rzymskie, młody Karl Friedrich nosił jego nazwisko. I, choć uciekł z domu austriackiego bez słowa pożegnania, Roderich był zdruzgotany wiadomością o jego śmierci.,
- Lubię Ludwiga – wyznał cicho.
- O mój Boże!... – Elizavieta zakryła dłonią usta.
- Bez scen, proszę.
- Ty... ty naprawdę go lubisz?
Widział po jej wyrazie twarzy, do jakiej doszła konkluzji.
- Nie wyobrażaj sobie za wiele. Dosyć o tym. Musimy znaleźć Beatrycze la Mar, zanim będzie za późno.
- Beatrycze też tu jest?
- Tak.
Obejrzała się za siebie.
- A gdzie się zgubił Feliks?
Drobnego blondyna nie było w zasięgu wzroku. Nie wróżyło to nic dobrego.
Wymienili zdesperowane spojrzenia.
- O, cholera... – Elizavieta zacisnęła pięści – Rozdzielamy się.
Beatrycze la Mar jawiła mu się jako osoba zazwyczaj zachowująca dystans do wielkiej międzynarodowej polityki. Świetnie wykonywała swoją pracę przygotowując od strony technicznej spotkania przedstawicieli Unii Europejskiej, lecz nie nawiązywała bliższych znajomości. Wyjątek stanowili jej sąsiedzi z Holandii, Luksemburga i Francji.
Dlatego teraz Feliks patrzył na nią podejrzliwie. Wystraszył się, gdy Belgijka zaciągnęła go w pusty, wąski korytarz. Nawet obsługa budynku zaglądała tu rzadko.
Niepokoił go wygląd blondynki. Zwykle była uosobieniem świeżości i praktyczności. Teraz jej twarz pokrywała gruba warstwa pudru. Ciemny cień i czarna kredka sprawiały, że jej oczy wyglądały jak oczy narzeczonej Drakuli. Włosy zaczesała na lewy bok w idealnie równe, ciężkie fale. Smutnych ust nie ożywiała nawet intensywnie czerwona szminka.
- Co ci jest?
- Dlaczego zakładasz, że coś mi jest?
Rozłożył ramiona.
- Zaciągnęłaś mnie tutaj.
- Nie wyglądałeś na zbyt szczęśliwego.
Beatrycze nigdy wcześniej nie zwracała się do niego podobnym tonem. Przybrał aksamitną, niemal uwodzicielską nutę; niemal, bo oczy kobiety wyrażały smutek i lęk.
- Ty też nie wyglądasz na szczęśliwą. O co chodzi? Na ostatniej konferencji w Brukseli chyba chciałaś coś mi powiedzieć – przypomniał.
- Tak... – pochyliła głowę i przygryzła dolną wargę – Ja...
Pod tym kątem Feliks dostrzegł cienie pod jej oczami. Nie wiedzieć czemu przypomniała mu się wyniszczona twarz Gilberta. Gdy przyglądał się uważnie, widział, że stojąca przed nim kobieta schudła.
- Dobrze się czujesz?
Powoli, z wahaniem potrząsnęła głową.
- Feliks... ja chcę wiedzieć... – zebranie odpowiednich słów przychodziło jej z trudem – Jak ci się udało przeżyć, gdy cię nie było?
- Co?
- Polska nie istniała przez ponad sto lat. Mocarstwa próbowały wszelkimi środkami zniszczyć twój naród. Nawet zniknąłeś na jakiś czas... a teraz jesteś tu – popatrzyła na niego błagalnie.
Wyciągnęła dłoń. Opuszkami palców musnęła policzek znieruchomiałego Polaka.
- Cały i zdrowy... Jak? Nikt już nie pamięta zaginionych królestw, a ty wróciłeś z krainy umarłych.
Patrzył na nią dłuższą chwilę bez słowa. Potem w geście zakłopotania nieświadomie podrapał się po głowie niszcząc pracę Rodericha.
- Uch... Nic z tych rzeczy... – roześmiał się nerwowo – Aż tak źle ze mną nie było.
Pomijał wybrane fakty z niewoli, o których najchętniej by zapomniał. Czasem, gdy czuł, jak jego ciało zamarza w okowach syberyjskiego mrozu, modlił się, by miłosierny Bóg zakończył jego marne życie.
- Myślę, że to właśnie pamięć ludzi pomogła mi przetrwać. To z niej i z ojczystej ziemi czerpiemy siłę. W mojej historii nie było wielu zwycięstw, ale cóż... widać Polacy tak mają, że porażki nas jednoczą.
- Mówisz, pamięć... – Beatrycze zamyśliła się.
Akurat z tym strzelał w ciemno. Teoria pasowała i do niego, i do Gilberta. Beilschmidt umierał, bo umierali ostatni z pokolenia urodzonego w Prusach Wschodnich. Łączność z ojczyzną została przerwana. Główne miasta zrównane z ziemią o odbudowane przez obce, niewprawne ręce.
Słyszał ciche podziękowanie Beatrycze i widział jej uśmiech, ale głowę zaprzątało mu coś innego. W tym właśnie momencie w jego sercu narodził się okruch szacunku dla wroga.
Będąc w skórze Gilberta Beilschmidt'a nie pociągnąłby długo. Któregoś dnia z rozpaczy strzeliłby sobie w łeb.
AN: Kolejny rozdział powstał nieco szybciej, niż planowałam.
Cóż, czytanie książek bywa inspirujące. Ostatnio wpadła mi w ręce taka zatytułowana: „Bunt żołnierzy" H.H. Kirsta
Najciekawsze są zawsze te o najnudniejszych okładkach :P
