Tym razem trochę krótszy rozdział, ale wystarczająco długo chodził mi po głowie i nie chcę go w niej już dłużej trzymać.

Teraz będę mogła się skupić na utrzymaniu równowagi mojego wewnętrznego Zen ;)


W kuchni pachniało pieczonym mięsem. Często rozlegał się stuk łyżki o talerz z zupą. Gdy zasiadali we czworo do obiadu, przez pierwsze minuty rozmowa nie kleiła się.

Po spojrzeniach, jakie Wanda rzucała mu kątem oka, przewidywał, że złudna cisza nie potrwa długo. Łucja i Maria jadły spokojnie i zdawały się skupiać wyłącznie na tej czynności.

- Nie podoba mi się ta twoja nowa fryzura – powiedziała wreszcie Silesia – Nie pasuje do ciebie. Wyglądasz jak młodszy brat Ludwiga.

- Raczej jak ubogi krewny – wtrąciła cicho Galicja.

Feliks przeczesał nerwowym gestem krótkie włosy. Dotychczas nie przywiązywał wagi do wyglądu i postanowił sobie, że teraz to się nie zmieni. Poszedł do fryzjera tylko i wyłącznie dlatego, by Roderich przestał się go czepiać.

Wyglądało na to, że Austriak jest stałym gościem w Berlinie. W związku z tym, czy tego chciał, czy nie, spodziewał się często go widywać. Znając jego upór i pedantyczne podejście do kwestii wyglądu, Feliks miał dwa wyjścia: znosić cierpliwie ciągłe narzekanie, albo położyć uszy po sobie i ustąpić.

Właśnie tak postrzegała to dumna Silesia. Tylko poobijana, na spalonej ziemi i bez szansy ucieczki wybrałaby kompromis. Feliks był taki sam. Przez tysiąc lat duma nie zaprowadziła go nigdzie.

- Dziwne, że zaliczacie mnie do jego rodziny – odpowiedział spokojnie.

- Jeszcze nie – wyjaśniła mu Silesia – A w ogóle to jak planujesz zrobić ten przekręt? Ludzie na to nie pójdą, choćby nie wiem co. Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, dzieci germanił i takie tam.

- Ogłosimy referendum.

- No tak... może zbierzesz u mnie te sto tysięcy podpisów. A potem ludzie i tak nie pofatygują się głosować.

Feliks spojrzał z nadzieją na Marię. Nieznacznie uśmiechnęła się.

- Potrzebuję dwóch milionów.

Zaskoczył Wandę. Opluła się zupą, zaklęła pod nosem i szybko wytarła chusteczką usta. Zignorowała grymas malujący się na twarzy Galicji.

- Dolarów?

- Podpisów pod petycją.

Odchyliła się do tyłu na krześle zapominając o posiłku. Cóż, jemu też jedzenie nie smakowało od pewnego czasu. Nie wiedział, czy to przez powszechnie dodawane do niego chemikalia, czy przez stres. Bardziej skłaniał się ku drugiemu wytłumaczeniu. Brzmiało lepiej i przynajmniej było modne.

- No to powodzenia – powiedziała kpiąco.

- Nie wierzysz mi – mruknął.

- Sorki, Feluś, ale nie wyglądasz na zbyt kompetentną i godną zaufania osobę – rozłożyła ręce – To takie moje prywatne spostrzeżenie. Nie bierz tego do siebie.

- Jasne...

- To na czym ma polegać przekręt, kiedy zaczynamy i ile nam to zajmie? – przynajmniej Łucja potrafiła zadać konkretne pytanie.

- Już się zaczęło – powiedziała cicho Pomerania – Ustawiamy lub nadzorujemy wszystkie ważniejsze fora internetowe i przepływ informacji w sieci.

- Ty urabiasz dziennikarzy – dopowiedział Feliks – A Wanda starała się ze związkami zawodowymi, ale znowu nie wyszło.

- Jak to nie wyszło? Mieli strajkować i dobrze im idzie!

Beztroskie podejście Silesii do tematu tylko podgrzało mu krew. Ile to razy wymyślały mu od niedojdów i durniów? Że niby zachowuje się jak pięciolatek, na niczym się nie zna i próbuje bawić się w zabawy dorosłych.

- Ostatnie, czego mi teraz trzeba, to bałagan na szczytach władzy – uderzył otwartą dłonią w stół - Rozwalasz mi państwo!

- Takie państwo to zwykła rudera! – Silesia natychmiast podniosła głos – Wyburzyć i pozamiatać!

- Liczy się tylko naród – wtrąciła Łucja – Naród jest najważniejszy. Bez tej podstawy nie mielibyśmy racji bytu.

- Tylko że nikt o nas nie wie! Wyjdź na ulicę, Lusiu. Już nic nikogo nie obchodzi. Krytykować jest cholernie łatwo, ale jakoś nikomu się nie chce czegokolwiek zmieniać. Jeśli się nie zmienimy... – schował głowę w dłoniach, potem przeczesał nerwowo włosy – Trzeba tę książkę napisać na nowo. Zmiana okładki nic nie da...

W kuchni zrobiło mu się duszno. Zapach jedzenia z przyjemnego stał się odpychający.

Tak bardzo chciał być teraz sam, mieć chwilę czasu by pomyśleć i się uspokoić. Jeszcze moment a w gniewie powiedziałby za dużo.

Wstał od stołu i szybkim krokiem skierował się do biblioteczki. Już miał trzasnąć drzwiami, kiedy usłyszał pukanie i nerwowy głos na progu domu.

- Halo! Czy ktoś tu jest?

Gdy otworzył wszystkie zamki, okazało się, że za drzwiami frontowymi stoi kurier. Żółtą, lekko ubłoconą furgonetkę zostawił przy wjeździe na podwórko.

- Dzień dobry. Do was trafić to nawet z GPS-em ciężko – zażartował, ale widząc skwaszoną minę Feliksa wyprostował się – Jest przesyłka dla pana Feliksa Łukasiewicza.

- To ja – Polak popatrzył spode łba na niepozorną paczkę wielkości pudełka do butów – Ale nic nie zamawiałem.

- Może ktoś panu podesłał? Weźmie pan, czy mam zwrócić?

- Daj pan to – zabrał od niego pakunek, byleby prędzej się pozbyć człowieka z podwórka.

Nie potrzebował wścibskich sąsiadów, a ci przyszliby od razu widząc obcy samochód.

- Mam gdzieś podpisać?

Kurier podsunął mu kartkę z potwierdzeniem odbioru i długopis. Następnie podziękował, pomachał ręką i życzył miłego dnia.

- Co tam masz? – Wanda pierwsza zauważyła paczkę i zabrała mu ją – Mogę otworzyć?

- Rób, jak chcesz – odburknął.

Złość na Silesię jeszcze mu nie przeszła. Ostatnio żył w ciągłym napięciu. Nie dosypiał, nie dojadał a teraz jeszcze zdarzało mu się krzyknąć na dziewczyny. Pragnął, żeby wreszcie było po wszystkim.

Tymczasem Wanda zaniosła paczkę do kuchni. Pod zwykłym szarym papierem kryło się równie niepozorne pudełko pozbawione napisów czy obrazków. Gdy je otworzyły, oczom wszystkich ukazała się zgrabnie zrobiona matrioszka.

- O, cholera... – zaklęła Ślązaczka.

- Mateczka Rosja – powiedziała Galicja po czym zacisnęła usta w wąską kreskę.

Maria patrzyła na drewnianą lalkę ogromnymi oczyma. Trochę było w nich strachu, a trochę ciekawości.

Wanda wymacała w drewnie łączenie i odkręciła obie części. Następna lalka przedstawiała Iwana Bragińskiego. Uśmiech Rosjanina choć wymalowany ze szczegółami, wyglądał karykaturalnie na lakierowanej powierzchni. Dziewczyny ucichły. Feliks wstrzymał oddech, gdy Silesia otwierała kolejną lalkę.

Nagle na stół potoczyły się pękate drewniane figurki w różnych kolorach. Kilka spadło na podłogę. Maria szybko je podniosła.

- O, patrzcie! To Syberia – wskazała na laleczkę z czarnymi włosami ubraną w brązowy płaszcz z futrzanym kołnierzem – O, a to Eduard. I Natalia. I Karelia.

Usiadła przy stole. Feliks patrzył z boku jak dziewczyny rozpoznają kolejne twarze i zachwycają się dokładnymi rysunkami.

Robota Iwana jak nic. A to by znaczyło, że wielki brat ze wschodu przedwcześnie przejrzał jego plany. Ten prezent to groźba. Iwan uważał, że oni wszyscy: Toris, Katiusza, Natalia, Gruzja, Syberia, należeli do jednej rodziny i powinni zawsze i wszędzie trzymać się razem. On był głową tej rodziny, a pozostali mieli go słuchać i szanować.

Dreszcz niepokoju przeszedł przez ciało Polaka.

- A ta jedna jest zepsuta – zauważyła Pomerania podnosząc główkę maleńkiej laleczki.

W drugiej dłoni trzymała jej tułów.

- Może w transporcie, czy coś... – podpowiedziała Silesia.

Feliks podszedł bliżej, bo dziewczyny umilkły. Lalka wypadła Marii na stół. Figurka przedstawiała jego. Jasne włosy, zielony strój, zielone oczy. I miała odpiłowaną głowę.

W jednej chwili był w kuchni i patrzył na drewnianą figurkę symbolizującą jego przyszłość, jeśli dostanie się kiedyś w ręce Iwana. W następnej klęczał przy sedesie pozbywając się obiadu. Skurcz żołądka i tak uniemożliwiał mu wstanie na nogi. Gorzki smak w ustach przyprawiał o potworne mdłości. Gdzieś w tle słyszał głosy dziewczyn, ale takie dalekie i stłumione, jakby ktoś wypełnił mu uszy watą. Złote i czarne plamy tańczyły przed oczyma bez względu na to, czy zamykał, czy otwierał powieki.

To już koniec. Iwan dorwie go i zabije. Żadnego więzienia, żadnego zesłania na Syberię tym razem.

- Feluś... Feluś?... – głos Galicji stopniowo wyostrzył się.

Z troską odgarnęła mu mokre włosy ze skroni. Jej dłoń przyjemnie chłodziła czoło Polaka. W drugiej ciskała bezprzewodowy telefon

- Jest rozmowa do ciebie. Odbierzesz? – zapytała ostrożnie.

- Nie teraz...

- Z Berlina.

Popatrzył na nią półprzytomnie, ale kiedy nic nie odpowiedziała, wziął telefon.

- Halo?...

- Jak ci się podoba mój mały prezencik, Polaczku?

- Ty... – wysyczał.

W przypływie gniewu zapomniał o tym, że jeszcze przed chwilą kłaniał się porcelanowym bogom. Cholerny Prusak śmie sobie żartować. W takim momencie!

Wściekłość przesłoniła mu wzrok. Zerwał się na nogi i z całej siły rzucił telefonem o ścianę. Przedmiot rozpadł się na drobne kawałki plastiku i metalu. Bardzo rzadko coś wyprowadzało go z równowagi. Zwykle w pobliżu był Gilbert Beilschmidt. Nikt inny nie grał mu równie ostro na nerwach.

Przestraszył Galicję.

Nastała niezręczna cisza. Drobna blondynka patrzyła na niego, a on liczył kafelki na podłodze. Dopiero po minucie rozległo się pukanie do drzwi łazienki.

- Wszystko w porządku? – zapytała Pomerania.

- Teraz już tak – odpowiedziała twardo Łucja.

- Mogę wejść?...

Otworzyła szeroko drzwi przed młodszą koleżanką. Lekko zażenowana Pomerania zajrzała do środka. Trzymała w dłoni swoją komórkę. Ekran wyświetlacza był aktywny.

- Feliks... Gilbert zadzwonił na mój numer. Mówi, że chce z tobą porozmawiać.

Skrzywił się boleśnie. Niestety telefonu Pomeranii nie mógł rozwalić równie beztrosko. Wziął go od niej i przyłożył do ucha.

- Czego?

- Zapytam ponownie. Fajny prezent?

- Odpieprz się!

- Rozumiem, że trafiłem w gust – rozległ się po drugiej stronie przeciągły głos starszego Beilschmidt'a – Cieszę się.

- Cholera! Nie robi się takich rzeczy innym, wiesz? – zawołał Feliks.

Zaczynał zachowywać się histerycznie.

- Bo co? Jones tak powiedział na ostatnim zebraniu ONZ? Bragiński i Wang i tak mają to w dupie. Robią co chcą.

Feliks zazgrzytał zębami. Miał ochotę zerwać połączenie, ale powstrzymały go wyczekujące spojrzenia Łucji i Marii.

- Słuchaj, frajerze – odezwał się ponownie Gilbert – Jak teraz tracisz nerwy, to co będzie dalej? West'owi zaczęło zależeć na tej umowie, więc postaraj się bardziej. I przestań się mazgaić. Bragiński i tak zrobiłby ci coś gorszego. A tak w ogóle to chodzą plotki, że coś podejrzewa. Miłego dnia! – zawołał radośnie kończąc rozmowę.

Westchnął oddając telefon Pomeranii.

- Ja mu kiedyś łeb urwę – stwierdził ponuro – Nie dziś i nie jutro, ale kiedyś urwę. Jeśli tego nie zrobię, jego głupie żarty mnie wykończą.