Gdyby jego brat miał więcej sił, prawdopodobnie skakałby na poduszkach. Oczy świeciły mu podejrzanie, jak u kociaka, który właśnie schował ulubioną zabawkę. Powitał Ludwiga szerokim uśmiechem i otwartymi ramionami.
- Hej, West, jak się udało spotkanie G20? Żyjesz i w dodatku jesteś w jednym kawałku, więc pokazałeś innym, jaki z ciebie twardziel.
Niemiec przysiadł w nogach jego łóżka. Czuł dudniące pulsowanie z tyłu głowy, którego nawet dwunastogodzinny sen nie byłby w stanie wyleczyć. Następnym razem postanowił użyć wszelkich dostępnych środków, by przeforsować pomysł spotkania w Europie. Genewę, Londyn, nawet Moskwę mógłby znieść, byle nie przelatywać przez pół świata i kilkanaście stref czasowych.
- Ostatni raz udzieliłem tylu wymijających odpowiedzi na przesłuchaniach po zakończeniu wojny – powiedział.
- Moja szkoła!
- Raczej moja – wtrącił z progu Roderich.
Oparty o framugę trzymał w dłoniach dwie szklanki z grubo ciosanego szkła dzwoniące lodem. Połyskiwał w nich żółtawy trunek.
Gilbert uniósł brwi.
- Świętujemy?
- Zapijamy smutki – wyjaśnił ponuro Austriak.
- Bo?... – albinos znacząco zawiesił głos.
- Iwan mnie podejrzewa – powiedział Ludwig – Po występie Francisa w monakijskim klubie podejrzewałby nawet gdybym miał czyste ręce.
- Trzeba wam było latać do Wiednia? Mogliście sprowadzić Tonia i Elizavietę tutaj. Ograłbym go w karty.
- A Eliza ograłaby ciebie – dodał z przekąsem jej były mąż.
- Gdyby ludzie Iwana zauważyli Antonia lub Elizavietę w Berlinie, miałby pewność, że coś szykujemy.
- Na szczęście nasz piękniś znalazł dobrą wymówkę.
- Całą Europę co roku zapraszam na koncert. Wszyscy reagują tak samo – westchnął Roderich – Pojechałbyś z własnej woli?
- Phi! Pewnie, że nie!
- Więc oficjalna wersja jest taka, że zaciągnąłem ich czworo siłą, groźbą lub podstępem.
Prusak zmierzył wzrokiem wątłą sylwetkę kolegi znad Dunaju.
- Siłą, Roddy? – kąciki jego ust uniosły się nieznacznie – Serio?
- Dla twej wiadomości, gdybym był tak marnym oponentem, nie staczalibyśmy w przeszłości tylu wojen.
- Położyłbym cię jednym palcem.
- Marzyć zawsze można.
- Nawet teraz.
- I co byś beze mnie zrobił? – zapytał z politowaniem.
Ludwig odchylił głowę do tyłu. Trzasnęły przesuwające się kręgi szyjne, ale poczuł się nieznacznie lepiej.
- Muszę się napić.
Roderich wszedł do pokoju i podał mu bez słowa szklankę z alkoholem.
- Mówisz jak prawdziwy Polak! – stwierdził radośnie Gilbert – A teraz Roddy, bądź grzeczny i idź przygotuj mi drugiego drinka.
- Jedyne, co dziś dostaniesz, to antybiotyk.
- Zero morfiny przed snem?
- Robisz ze mnie pijaka a z siebie narkomana – powiedział z udawanym wyrzutem Ludwig.
W głębi serca cieszył się, że Gilbert ma się dziś tak dobrze. Oddychał równo, głos ani razu mu się nie załamał, a skóra na twarzy straciła ten chorobliwy żółtawy odcień.
Jego brat otworzył usta przybierając równie sztuczny wyraz oburzenia.
- Ja? – położył dłoń na sercu.
- Tak, ty.
- Jestem chory – usprawiedliwił się.
- Skądże – odparł Roderich usiadłszy wygodnie w fotelu – Twoja osobowość jest po prostu zbyt ogromna i wspaniała, by zniżać się do wstawania z łóżka.
- Wiesz, podoba mi się twój punkt widzenia. Czasem mówisz z sensem, lalusiu.
Ludwig upił łyk zimnego alkoholu, a potem przyłożył szklankę do skroni.
- Francis podobno dał prawdziwy popis w Monako.
- W towarzystwie starszego Vargasa to nieuniknione – zamyślił się Roderich.
- Kiedyś był rozważniejszy.
- Kiedy? – zapytał Gilbert – Bo ja pamiętam, że jak wyganiał Angoli z Normandii w 1453-cim, to pokazał Arthurowi na odchodnym goły tyłek.
- Byłeś przy tym? Nie miałeś w tamtym czasie swoich problemów?
- Ja nigdy nie miałem problemów.
- Możemy już z tym skończyć? – przerwał im Niemiec.
Dopił drinka i wstał.
- Ujawnię sprawę.
- Jest za wcześnie – Roderich nie zgadzał się z propozycją.
- Na to zawsze będzie za wcześnie. Zadzwonię do Feliksa i uzgodnię z nim zmianę daty.
Gilbert zaczął się wiercić niespokojnie. Spuścił wzrok, a jego uśmiech zrobił się mniej pojemny.
Roderich tylko rzucił na nich obu okiem i zajął się swoją szklanką udając, że nic nie widzi i nic nie słyszy.
- Wiesz... ja bym na twoim miejscu nie spieszył się tak. Zadzwoń jutro. Albo jeszcze lepiej za tydzień – zasugerował albinos.
- A to dlaczego?
- Oj, West, dałbyś się cherlakowi wyspać. Widać, że się słania na nogach.
- Öst, co tym razem zrobiłeś?
Gilbert zaczął skubać brzeg koca.
- Jestem chory – powtórzył – A chorzy ludzie mają tak ograniczony kontakt ze światem...
- Wysłałeś mu paczkę – zgadł Ludwig.
Jego brat miał tendencję do obdarowywania ludzi cokolwiek dziwnymi rzeczami. Vash'owi Zwingli wysłał rok temu pistolet na wodę z karteczką „od Mahmuda z Tunisu – za przysługę". Romano otrzymał ostatnio czarne koronkowe stringi z pozdrowieniami „od Beatrycze". A do Oslo zlecił przesłanie pary nart, rzekomo w imieniu Rodericha, z podpiętym bilecikiem – „Może w przyszłym roku nam doskoczysz".
- Co wysłałeś?
Błagalna mina nie pasowała do twarzy starszego Beilschmidt'a. Była jak zgrzyt paznokci po tablicy.
Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż Gilbert skapitulował.
- Matrioszkę. W porządku? – opuścił ramiona – Nawet kartki nie dołączyłem tym razem.
- Matrioszkę – powtórzył Ludwig.
Jego brat pokiwał głową.
- Bez kartki.
Kolejne przytaknięcie.
- I tak sobie myślę, że Łukasiewicz w tej chwili nie ma za bardzo telefonu, żeby go odebrać... Chyba że została mu komórka...
Sypialnię wypełnił głośny, serdeczny śmiech. Zaskoczeni bracia odwrócili się do Rodericha. Ten śmiał się tak bardzo, że ledwie mógł złapać oddech. Taki widok zdarzał się raz na stulecie i w związku z tym nie wiedzieli, jak zareagować.
Gdy Austriak trochę spoważniał, zdjął okulary by otrzeć łzy z kącików oczu.
- Mein Gott, Gilbert. Skoro teraz wyprawiasz takie rzeczy, co będzie, kiedy wkroczysz na europejskie salony?
- Z miejsca oślepię wszystkich moją błyskotliwością – szybko odparował Prusak.
W jego oczach i postawie nie było już najmniejszego śladu niepewności.
- Kiedy ludzie dowiedzą się, że przeżyłem, nikt nie będzie się przejmował taką drobnostką jak akcesja Polski. Zamówiłem już nawet odpowiednie gadżety. Tylko dla wybranych przyjaciół. Chcecie zobaczyć?
::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::
Elizavieta wzięła głęboki oddech.
Spóźniła się na spotkanie robocze przedstawicieli Unii Europejskiej w Brukseli.
Zwołano je na prędce, więc nie spodziewała się zastać kolegów w wyprasowanych garniturach. Langwedocja nie będzie tym razem błyszczeć sukienką wyszywaną cekinami z dekoltem do pięt. Vargasowie nie zdążyli założyć ciuchów prosto od włoskich kreatorów mody. Ona też nie przygotowała się specjalnie. Jeśli Roderich oburzy się widząc ją w jeansach i podkoszulku, tym lepiej.
Z daleka słyszała krzyki Francisa. Na sali obrad szumiały wzburzone i zaskoczone głosy.
- Jak możesz, Ludwig? Sacre bleu! To nie może być! Zaprzepaszczasz ideały wspólnej Europy! Tyle lat ciężkiej pracy, budowania zaufania. Na marne!
Gdy podeszła bliżej, dał się słyszeć cichszy, ale także pełen emocji głos Arthura.
- Feliks, dlaczego? Jak miałeś aż takie duże kłopoty, trzeba było powiedzieć wszystkim. Zrobilibyśmy jakąś zrzutkę, załatwili pomoc, tanie kredyty, prewencyjny skup obligacji.
- Pomagamy Heraklesowi i tobie też byśmy pomogli – mówił Tino.
Potem znów wszystko inne utonęło w morzu francuskich przekleństw.
Elizavieta zatrzymała się przed ogromnymi podwójnymi drzwiami i ponownie nabrała powietrza w płuca. Mogła pogratulować sobie wyczucia czasu. Prawdziwa kobieta wie, kiedy i ile może się spóźnić.
Położyła dłonie na mosiężnych klamkach i pchnęła mocno. Wiadomość, jaką miała przekazać, powinna przyćmić tę o akcesji Polski i odciągnąć uwagę państw Unii od skandalu politycznego. Kilka osób liczyło na nią. Obiecywała sobie, że ich nie zawiedzie.
- Witam wszystkich! – powiedziała głośno.
Zastała ciekawy obrazek. Francis niczym gradowa chmura wisiał nad Feliksem, który z kolei miał najwidoczniej ochotę obić mu gębę. Roderich i Berwald przytrzymywali wściekłego Romano przed atakiem na Niemca. Toris gapił się tępo przed siebie. Feliciano beczał. Antonio próbował go uspokoić. Beatrycze wołała, by się opanowali.
Powoli uwaga zebranych skupiła się na nowo przybyłej.
- Cześć – przywitała się – Przepraszam za spóźnienie.
Patrzyli na nią w niemal absolutnej ciszy. Dopiero Francis złamał czar.
- Chce ci się żartować? W takiej chwili?
Elizavieta wyprostowała się i spojrzała na niego hardo.
- A wydaje ci się, że z czegoś żartuję? Jestem jak najbardziej poważna.
- A to?...TO!... - Francuz tracił głos.
Palcem wskazał na jej podkoszulek. Na ciemnoniebieskim materiale wyraźnie się odznaczały duże białe litery. Razem tworzyły napisy w języku angielskim, francuskim i niemieckim. Ich treść była taka sama: „Gilbert żyje".
- Gilbert zginął... – Feliciano zaszlochał – Zginął na wojnie...
- Bzdury! – odparowała Elizavieta – Gilbert żyje. Rozmawiałam z nim wczoraj.
Arthur odwrócił się do młodego Beilschmidt'a.
- Ludwig, to prawda?
- Tak – Niemiec nieznacznie skinął głową.
Nagle wszyscy zapomnieli o tym, że dziesięć minut temu Ludwig Beilschmidt i Feliks Łukasiewicz zaanonsowali rozpoczęcie przygotowań do połączenia ich krajów i przedstawili oryginalny egzemplarz umowy. Zebranych w Brukseli nurtowało teraz tylko jedno pytanie: Dlaczego nikt nic nie wiedział o duchu, którego Europa pogrzebała ponad pół wieku temu.
A.N.: Koniec tego rozdziału to mój mały ukłon w stronę twórców jednej z najoryginalniejszych kampanii promujących film w ciągu ostatnich lat – Flynn lives.
