AN: Każdy człowiek, jakiego spotykamy w życiu, widzi nas inaczej. To o tym jest ten rozdział.

W związku z tym, że w ubiegłym tygodniu Mega Serce osiągnęło okrągły wynik jeśli chodzi o wejścia na stronę, chcę podziękować wszystkim czytelnikom, którzy pofatygowali się, by tu zajrzeć, dodać to opowiadanie do ulubionych i do alertów. Wrzucając w ubiegłym roku pierwszy rozdział na ff-net nigdy nie przypuszczałam, że zainteresuje się nim tylu ludzi.

Dziękuję.


Fale we wszystkich odcieniach szarości wściekle podmywały plażę, jednak wiatr nie dawał im tyle mocy, co w sezonie sztormów. Piasek był zimny. Ponura pogoda wypędziła wszystkich spacerowiczów do ciepłych domów i pensjonatów. Może to i lepiej, że nikt nie przeszkadzał Feliksowi w powolnej wędrówce brzegiem morza.

Maria z daleka widziała jego wątłą sylwetkę i długi wijący się ślad bosych stóp na mokrym piasku upstrzonym odłamkami muszelek i drobnymi śmieciami. Feliks podkasał nogawki spodni i zbliżał się ostrożnie do fal.

W tak pustym otoczeniu wydawał się jeszcze bardziej samotny niż zwykle.

Feliks Łukasiewicz zawsze był sam, czy to grzęznąc w śniegach tajgi, czy walcząc z paroma zapaleńcami o wolność Ameryki. Jones zapewne już nie pamiętał jego imienia, Alianci woleli przemilczeć jego udział w wojnie, państwa Osi wydały na niego wyrok.

Na przestrzeni setek lat kolejni przyjaciele i sojusznicy zdradzali go, a on wyciągał do nich rękę w geście pojednania. Widziała, jak się wtedy nienawidził. Za każdym razem rezygnował z cząstki siebie. Dla bezpieczeństwa. Dla wolności. Dla języka w szkołach i dla ciepłej wody w kranach.

Nie rozumiała, jak można w aż takim stopniu pogodzić się z losem.

Łucja i Wanda nigdy tego nie dostrzegały. Dla nich zawsze pozostawał wątłym i ciapowatym szefem o złotym sercu, który mówił zawsze to, co mu przyszło na myśl i nigdy się nie hamował.

W powietrzu rozległ się przeciągły gwizd. Maria odwróciła się tak gwałtownie, że przez moment kręciło jej się w głowie. Od strony Muzeum Marynarki Wojennej zbliżała się grupa młodych mężczyzn w wieku od około 18 do 25 lat.

- Feliks! Ej, Feliks! Cho no tu! – zawołał jeden z nich donośnym głosem.

Maria prawie uśmiechnęła się. Jeszcze jej nie zauważyli. Z resztą i tak pewnie dostrzegliby kobietę jedynie na ekranie monitora, jak to ludzie wessani przez wirtualny świat. Jej też obecnie łatwiej przychodziło porozumiewanie się przez internet niż rozmowa w cztery oczy. Przynajmniej nikt nie widział, jak rumieniła się ze wstydu lub zażenowania.

Feliks pomachał im wolną ręką. Drugą miał w gipsie.

Wszystkim opowiadał tę samą historię, że napadła go jakaś banda półgłówków. Zabrali portfel z dokumentami i trochę go poobijali. W efekcie wylądował na kilka dni w szpitalu z ogólnymi potłuczeniami i złamanym nadgarstkiem.

Być może to była prawda.
Być może bandyci jeździli czarną wołgą i mówili z wschodnim akcentem. A być może byli na tyle profesjonalni, że z łatwością pozbywali się obcego akcentu.

Maria nie pytała. Od przesłuchiwania mieli Łucję. Ona nawet dziennikarzy potrafiła owinąć wokół małego palca.

Wszystkie sondaże wskazywały, że wygrają.

Właściwie to nie bardzo wiedziała, z czego się cieszyć. Wygrana w referendum oznaczała utratę niepodległości, choć Feliks i tak utrzymywał, że na niepodległość to stać Amerykanów lub Francuzów, nie jego. Jednak nigdy nie kwestionowała jego wyboru. Nauczyła się w domu pruskim, że szefa się słucha, dba się o jego otoczenie, ale nigdy się z nim nie dyskutuje o ważnych sprawach. Feliks był dla niej kimś więcej niż tylko szefem. To brat i najlepszy przyjaciel, który nigdy niczego na niej nie wymuszał. Zawsze podejmując kluczowe decyzje pytał ją i pozostałe koleżanki o zdanie. Cieszyła się, kiedy on się cieszył i płakała, kiedy ogarniał go smutek.

- Stary, nie siedź tu tak, bo jeszcze wilka złapiesz.

Feliks dołączył do grupy. Zaraz ktoś go poklepał po plecach. Ktoś inny rozczochrał mu i tak rozwiane włosy.

- Następnym razem, jak będziesz miał problem z jakimiś totalnymi dupkami, daj znać, okey?

- Jasne...

- Hej, Maryśka! – najmłodszy z grupy podbiegł do niej cały zziajany – Zabieramy na trochę Felka. Zdejmiemy mu gips, wyciągniemy do baru i znajdziemy fajną laskę.

- Tylko nie spuszczajcie go z oka – powiedziała cicho nie zwracają uwagi na jego propozycję spędzenia wolnego czasu w męskim gronie.

- Słowo harcerza - chłopak zasalutował szczerząc zęby.

- Michał, ty nigdy nie byłeś harcerzem.

- Ale za to w CS'a jestem najlepszy na roku!

- To nic nie znaczy!

Machnął jej ręką na do widzenia i tyle ich widziała.

Może jednak Feliks nie był taki osamotniony.

::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

Tygodnie mijały zbyt szybko, jak krajobrazy za oknem pędzącego samochodu. Zlewały się w niekończący się ciąg spotkań i negocjacji w ścisłym gronie. Ciągle towarzyszył temu lub innemu ministrowi w spotkaniach roboczych z przedstawicielami polskimi. Pani kanclerz uznała, że jego doświadczenie będzie nieocenione przy przygotowaniach do akcesji.

Nadzór nad sprawami wewnętrznymi chwilowo przekazał Saarze, a Bayern przeganiał rzesze nieproszonych gości, którzy za wszelką cenę starali się dotrzeć do Gilberta.

Dopiero teraz, u kresu męczącej wędrówki prowadzącej do unii dwóch państw, Ludwig widział, jak bardzo choroba odmieniła jego brata.

Przez wieki złośliwe trio, czyli Francuz, Hiszpan i Prusak, trzęsło Europą. Teraz Gilbert nie chciał oglądać Francisa ani rozmawiać z nim. Przebąkiwał coś o zdrajcy sprzedającym przyjaciół dla własnej wygody. Za to Antonia zawsze witał z otwartymi ramionami. Gdyby tylko było to możliwe najchętniej pewnie sprowadziłby na stałe Hiszpana do Berlina. Niestety tego lata Carriedo omijał Niemcy z daleka a Ludwiga unikał jak ognia. Nawet wieloletnia przyjaźń z jego bratem tu nie pomagała.
A wszystko dlatego, że młody Beilschmidt któregoś dnia na unijnym spotkaniu skrytykował hiszpańskie pomidory.

::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

Bolały go oczy. Sprawdzane raportu ze stanu wykonania budżetu i szacunkowych wyliczeń na przyszły rok przebiegało ślamazarnie. Zbyt długo zastanawiał się, gdzie i jak można by poprzesuwać środki i zmniejszyć wydatki, by ludzie nie wyszli na ulice. Niektórzy się cieszyli z połączenia dwóch państw. Żyła w nich nostalgia za niemiecką potęgą i Prusami Wschodnimi. Na tych też musiał uważać. Afiszowanie się z podobnymi poglądami było bardzo źle postrzegane nad Wisłą.

O pierwszej w nocy w domach w tej części miasta paliło się niewiele świateł. Ludwig przeciągnął się na krześle. Popatrzył z niechęcią na zimną kawę w delikatnej porcelanowej filiżance.

Przez otwarte drzwi do salonu widział niebieski poblask z laptopa Rodericha i zapaloną lampę na stoliku. Austriak miał w uchu bezprzewodową słuchawkę i żywo z kimś dyskutował przechadzając się po pomieszczeniu. Mawiał, że lepiej mu się myśli spacerując.
Ludwig nie miał siły, by skoncentrować się na tym, co mówi jego przyjaciel i kogo próbuje właśnie uspokoić. Słysząc jego głos o tak późnej porze miał tylko jeszcze większą ochotę na przyłożenie głowy do poduszki.

Roderich zakończył połączenie i wybrał słuchawkę z ucha. Zaklął cicho pod nosem.

Ludwig uśmiechnął się rozbawiony. Jego przyjaciel zawsze dbał o maniery i dlatego tym zabawniej wyglądał porzucając je.

Austriak usłyszał jego stłumiony śmiech. Zmarszczył brwi i ujął się pod boki.

- To cię nie powinno śmieszyć ani trochę.

- Zgadzam się z tobą całkowicie. I przepraszam – Ludwig pochylił głowę.

Roderich westchnął i wszedł do jego gabinetu.

- Usiłowałem przemówić do rozsądku tego idioty, ale najwyraźniej hiszpańskie słońce wypaliło mu go dawno temu z głowy – na moment zawiesił głos i popatrzył w górę – Chociaż będąc na jego miejscu zapewne postąpiłbym tak samo.

- Antonio obraził się – powiedział krótko Ludwig.

- Mówiłem, żebyś nie zaczynał z pomidorami. Podejrzenia, że jego ogórki są zakażone, jeszcze by zniósł, ale nie pomidory! Wiedziałeś przecież, że ma fiksację na punkcie tego warzywa. Równie dobrze mógłbyś nałożyć Francisowi pas cnoty, albo powiedzieć Vargasom, co o nich myślę. Efekt byłby dokładnie taki sam.

- Sprawa została wyjaśniona. Przeprosiłem i wierzę, że złość szybko mu minie. Antonio nigdy długo nie chowa urazy.

- On chce wnieść sprawę do sądu, a ciebie nie stać teraz na dodatkowe wydatki.

Czasem Ludwig zastanawiał się, który z nich zasługiwał na miano większego sknery i pocieszał się myślą, że do Vash'a Zwingli i brata Kirklanda wciąż im obu daleko.

- Poradzimy sobie. Pamiętaj, że niedługo będę miał specjalistę od improwizacji.

- Masz na myśli Gilberta czy Feliksa? – zapytał zmieszany Roderich.

Ludwig wstał i podszedł do niego.

- Obaj świetnie znoszą presję i zawsze coś wymyślą. Idź już spać – objął Austriaka ramieniem i wyprowadził z gabinetu – Dość pracy na dzisiaj.

- I mówi to mistrz Ordnung'u.

- Zgadza się.

Roderich zapewne miał przygotowaną jakąś błyskotliwą odpowiedź, ale szczere ziewnięcie przeszkodziło mu. Zażenowany pożegnał się i poszedł na górę do sypialni. Ludwig wrócił jeszcze na chwilę do gabinetu, by uporządkować dokumenty.

Na koniec pracowitego dnia zajrzał do pokoju Gilberta i długo patrzył na pogrążoną w głębokim śnie sylwetkę.

Gdy Gilbert wróci do zdrowia, razem poradzą sobie ze wszystkim.
Muszą.

Świat wokół nich stawał się coraz bardziej szalony. Niemcy potrzebowały kogoś takiego jak Gilbert.
Europa także.