Nie jestem szczególną fanką tzw. songfików, jednak gdzieś tam w tle pobrzękiwały nuty "Rage and Serenity" Henry'ego Jackmana


Nieregularne światło z dużego telewizora pełgało po ścianach stylowego salonu mieszając się z ciepłym blaskiem lamp. Gdzieś za nimi poprzez szum deszczu tykał staroświecki zegar.

Jakoś tak się złożyło, że spotkali się wszyscy tego dnia w jego domu. Ludwig nie do końca pamiętał, kto wyszedł z inicjatywą. Być może Roderich zasugerował, by zaprosili kolegów z Polski. Być może Gilbert rzucił sarkastyczny komentarz o zasmarkanym Polaczku przypominającym sobie podpisanie Układu Warszawskiego i beczącym w poduszkę.

Teraz jednak Feliks Łukasiewicz w sweterku, który widział lepsze czasy, narzuconym na nienagannie białą koszulę siedział w jego salonie popijając herbatę. Łucja Galicja stała za obszerną kanapą i rozmawiała z Roderich'em. Byli trochę za blisko siebie jak na gust Ludwiga. Jednak zarówno kobieta, jak i jej austriacki przyjaciel zachowali profesjonalne miny i ton rozmowy.

Ludwiga nie interesowała ani renowacja zabytków, ani repertuar Opery Berlińskiej. Uchwycił spojrzenie Polaka, który kątem oka zerknął na rozmawiającą za jego plecami parę, potem na niego, aż wreszcie przewrócił oczami.

Niemiec podszedł do niego i usiadł ciężko.

- Ciasteczko? – zapytał Feliks podsuwając mu pod nos oblane białym i różowym lukrem słodkości, nad którymi Roderich spędził połowę dnia.

- Nie, dziękuję – spróbował się uśmiechnąć.

Widząc niezbyt szczęśliwą minę sąsiada chciał coś powiedzieć, zapewnić, że dadzą sobie radę. Już szukał odpowiednich słów.

- Jak zaczniesz mnie teraz pocieszać, nie ręczę za siebie – ostrzegł cicho Feliks.

Nie wiedział, czy było to ostrzeżenie przed wybuchem gniewu, czy przed fontanną łez. Polak był zdolny do obu tych rzeczy. Równocześnie.

- Wiesz, co? Tak sobie myślę, że kiedyś, jak Wania przyjeżdżał często do Warszawy by mnie przypilnować... Gdzieś tam po drodze straciłem całą pewność siebie.

Ludwig nie wiedział, jak zareagować. Miał przed sobą kolejny przykład nieprzewidywalnego zachowania Feliksa, który mówił, co mu leżało na sercu, nie zwracając uwagi ani z kim rozmawia, ani kto może usłyszeć.

- I też tak sobie myślę, że wiem, do jakich rzeczy ty i Gilbert jesteście zdolni. Widziałem najgorsze, co mogliście zrobić.

Niemiec pochylił głowę. Ile razy ma jeszcze przepraszać za krzywdy wyrządzone przez jego naród? Ile lat jeszcze ludzie będą się krzywdzić słysząc słowa: „Deutschland, Deutschland über alles"? Zbyt wiele się stało, by zapomnieć. Jednak teraz nie żałował wcześniejszej decyzji. Nie wyparł się przeszłości jak Iwan albo Yao. Pogodził się z nią i szedł dalej. Wiedział, że każde imperium prędzej czy później zapłaci za wyrządzone zbrodnie. Każde imperium upada. Może się to wydarzyć za rok albo za tysiąc lat, ale historia jest nieubłagana.

- Jednak chyba jeszcze nie widziałem, do czego zdolny jest Wania. I nie spieszno mi, by się dowiedzieć.

- Przecież także cię przeprosił.

- Słowa nic nie kosztują – odparł cierpko Feliks – Dla ciebie moi ludzie mogą być robolami, darmozjadami.

Niemiec otworzył usta, by zaprotestować. Żadnemu Polakowi nie zamierzał bronić dostępu do kariery i wymarzonej pracy, jeśli tylko miał wystarczające umiejętności i siłę przebicia.

- ... ale mimo to pozostaną ludźmi. Dla niego nie – dokończył Feliks.

- Powinieneś się cieszyć – zwróciła mu uwagę Galicja, która zapewne usłyszała koniec ich rozmowy.

Polak uniósł brwi w niewypowiedzianym pytaniu.

- Nie wiemy, jak szczęśliwi naprawdę jesteśmy – stwierdziła – Mamy dach nad głową. Jesteśmy zdrowi. Mamy co jeść i nie marzniemy zimą. Mamy czas i miejsce, by prowadzić nasze infantylne sprzeczki. Nasi ludzie nie cierpią. Nigdy nie było lepiej, tylko że o tym zapominamy.

- Zawsze może być gorzej – odparł Feliks.

- I o tym trzeba pamiętać – powiedziała stanowczo.

Usiadła w fotelu i sięgnęła po filiżankę.

- Ciągły progres nie jest możliwy – westchnęła – Gdyby zrozumieli to wszyscy nasi koledzy, bylibyśmy w połowie drogi ku lepszej przyszłości.

- Gdyby zrozumieli to zwykli ludzie, bylibyśmy w raju – dodał Roderich.

W jego głosie Ludwig wyczuł subtelną nutę ironii, zapewne niesłyszalną dla ich gości.

Od kwadransa trwała relacja na żywo z Warszawy z Pałacu Prezydenckiego przeplatana urywkami wywiadów z tym lub innym ministrem obu rządów. Często pojawiały się raporty z ulic Berlina lub Warszawy. W pierwszej stolicy było raczej spokojnie. W drugiej większość ludzi traktowała podpisanie umowy jako okazję do urządzenia wielkiego festynu. Znacznie ciekawiej prezentowały się grupki pań modlących się o zachowanie ojczyzny i śpiewających patriotyczne pieśni oraz młodych ludzi, którzy niecenzuralnymi okrzykami oznajmiali światu, gdzie mają szefów obu państw i Unię Europejską.

- Nie pójdziesz po niego? – zapytał cicho Feliks wyrywając Ludwiga z zamyślenia.

Racja. Przecież nigdy nie zaszliby tak daleko, gdyby nie jego troska o dobro brata. Gilbert był wszystkim, co miał. Jedyną osobą, która nigdy go nie zawiodła i nie odeszła.

Jedyna ciągła obecność w czasach biedy i luksusów, wojny i zabawy. Bez Gilberta byłby nikim. To on przekonał pruskich władców do zjednoczenia Niemiec i dał dom dzieciakowi błąkającemu się na drodze gdzieś między Hanowerem a Magdeburgiem.

Byli braćmi i Ludwig nie słuchałby nikogo, kto śmiałby twierdzić, ze jest inaczej. Łączyło ich wszystko oprócz krwi.

Dlatego teraz wspiął się po schodach i uchylił drzwi do pokoju chorego. Już wkrótce... Wkrótce stanie na nogi. Zacznie normalnie żyć. I być może z czasem zniknie gorycz z jego uśmiechu.

- Nie oglądasz? – zapytał wskazując na ciemny telewizor naprzeciwko łóżka.

- Zapowiadały się straszne nudy, więc wyłączyłem.

Gilbert siedział w poduszkach niczym okaz wrażliwej tropikalnej rośliny sprowadzonej do szklarni gdzieś pod kołem polarnym. Skóra na jego twarzy ściągnęła się uwydatniając kości policzkowe i podbródek. Lekko podkrążone oczy wydawały się zbyt duże i zbyt czerwone. W zasięgu jego ręki na nocnym stoliku leżał pilot od telewizora i stał plastikowy kubek ze słomką.

- Widziałem Gilbirda – powiedział po dłuższej chwili.

- Gdzie? – Ludwig natychmiast wpadł w popłoch.

Alergia jego brata na sierść i pierze mogła być groźna w skutkach.

- Za oknem – odpowiedział ponuro Gilbert – Odleciał.

Niemiec odetchnął z ulgą.

- Na pewno wróci. Za bardzo zżył się z tobą.

- Nie znajdzie mnie. Nie wie, gdzie będę mieszkał. Nawet głupi pisklak poleciał sobie szukać równie głupiej kury albo gęsi.

Na to naburmuszone stwierdzenie zachciało mu się śmiać.

- Öst, to sokół.

- Nie wyglądał mi na sokoła, kiedy go znalazłem... – Gilbert zawiesił głos, ale zaraz kąciki jego ust uniosły się w całkiem szczerym uśmiechu.

Popatrzył znacząco na brata.

- Ty też mi nie wyglądałeś na orła, i to czarnego. A popatrz, jak daleko zaszedłeś.

Ludwig spuścił wzrok zażenowany. Prędzej znalazłby wodę na najsuchszej pustyni niż usłyszał pochwałę z ust Gilberta nie podszytą sarkazmem. Choć były ogromnie rzadkie, każdą z nich wiernie przechowywał w sercu.

- Nie chciałbyś zejść na dół?

Albinos spojrzał znacząco na swe okryte kołdrą nogi, po czym uniósł w górę prawą brew.

Teraz Ludwig musiał walczyć z uśmiechem, który starał się rozciągnąć jego usta.

- Nie byłem na dole od pięciu lat...

- Zaniosę cię.

- Nie jestem sparaliżowany! – oburzył się Gilbert.

Poczerwieniał po czubki uszu.

- Wiem.

- West, tam są Polaczki. Nie ośmielisz się!

- Jak na razie widzę, że to ty się wstydzisz.

Roześmiał się sucho.

- Niezły chwyt, West. Naprawdę niezły. Ale ja się nie dam na to złapać.

Cóż, skoro odwoływanie się do jego ducha rywalizacji i przekory nie odniosło skutku, Ludwig miał jeszcze jednego asa w rękawie.

- Chciałeś zobaczyć, jak Feliks się popłacze. To jedyna szansa. Nie pokażą tego w telewizji.

Gilbert wymamrotał coś niezrozumiałego i splótł ręce na piersiach jak uparty pięciolatek.

- Coś mówiłeś, Öst? Bo nie dosłyszałem.

- Głupek może się w ogóle nie pobeczeć. Nie chcę widzieć, jak skacze z radości.

Ludwig wyciągnął do niego rękę.

- Jeśli zaraz nie zejdziemy, nie dowiemy się tego na pewno.

- Cholera by to wzięła – westchnął Gilbert i podał mu dłoń.

: : : : : : : : : : : :

Łucja i Roderich z zainteresowaniem patrzyli, jak Ludwig zanosi brata do salonu i sadza w fotelu przy oknie. Feliks tylko obejrzał się na niego, zaklął cicho pod nosem i wlepił wzrok w telewizor.

W Berlinie lało już drugi dzień, a Warszawa cieszyła się piękną pogodą, co widać było w ujęciach kamery na placu przed Pałacem. Z długich limuzyn zajeżdżających przed budynek wychodzili ostatni ważni goście.

Potem obraz zmienił się. W dużej, zdobionej złotem i marmurem sali było wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich zgromadzonych osób. Mniej ważni członkowie obstawy i asystenci stali z boku i to oni przykuli uwagę Galicji.

- Nie – jęknęła – No ręce opadają...

- Cycki też? – zapytał kąśliwie Gilbert, ale najwyraźniej nie usłyszała go.

Roderich posłał albinosowi ostrzegawcze spojrzenie i także skupił swą uwagę na tym, co pokazywano w telewizji.

Za stołem, który przygotowano dla dwóch najważniejszych tego dnia osób, stał szpaler ludzi, którzy zapewne byli odpowiedzialni za techniczne przygotowanie całego wydarzenia. Krótko mówiąc kilkanaścioro kobiet i mężczyzn ubranych bardziej niż oficjalnie podpierało ścianę tworząc efektowne tło dla podpisujących umowę.

Pomiędzy nimi znalazła się Wanda Silesia w prostej śnieżnobiałej bluzce, długich czarnych spodniach i dyskretnym makijażu. Ostatni raz równie kobieco wyglądała 80 lat temu. Obok niej równie dobrze prezentował się wysoki trzydziestolatek w ciemnym garniturze i bladoniebieskiej koszuli. Jego naturalna opalenizna ładnie komponowała się z czarnymi, zaczesanymi do tyłu włosami. Wanda szepnęła mu coś. On coś odpowiedział i, zanim realizatorzy pokazali inne ujęcie, zebrani w Berlinie mogli zobaczyć rumieniec na twarzy zatwardziałej wojowniczki. Przez chwilę wyglądała jak zakochana nastolatka.

- Eryk! Mój wzrok tego nie zniesie! – zawołał Gilbert zasłaniając oczy dłonią.

Ludwig nie odzywał się, ale prywatnie uważał, że Silesia i Eryk von Meklemburg stanowiliby całkiem dobraną parę.

- Tak upada legenda – westchnęła Galicja.

- To, że stali obok siebie, nic nie znaczy – powiedział Feliks.

- Na szczęście – wtrącił swoje trzy gorsze Gilbert – Nikt nie chciałby mezaliansu. Arystokrata, który ma więcej nazwisk niż może spamiętać i przodownica pracy!

Jednak stanowiliby idealny przykład współpracy i przyjaźni polsko-niemieckiej. Jego starszy brat na siłę próbował wywołać kłótnię. Ludwig mógł tylko się modlić do opatrzności, by Polak dalej ignorował odzywki Gilberta.

Widać było, że nie ma ani siły, ani ochoty, by wdawać się w nikomu niepotrzebny spór. Eryk i Wanda znali się od wielu lat, oboje spotkali się w Warszawie na polecenie swoich zwierzchników. Nie należało dopatrywać się w tym dodatkowych znaczeń.

: : : : : : : : : : : :

Łucja odgarnęła pasmo włosów z czoła i zignorowała kolejną odzywkę Gilberta. Chorych ludzi się nie bije. Chorych ludzi się nie kopie, choćby byli natrętni jak stado komarów w upalny lipcowy wieczór. Jeśli będzie o tym pamiętać, nikomu w domu Ludwiga nie stanie się krzywda.

Z Wandą nie zamierzała rozmawiać na temat jej niemieckiego kolegi. Uważała, że nie warto marnować na podobne dyskusje czasu. Związki międzypaństwowe rzadko wytrzymywały próbę czasu. Widziała jak Toris opuszcza Feliksa, jak Elizavieta trzaskając drzwiami wyprowadza się z Wiednia. Słyszała o tym, jak rodzeństwo Yao Wanga mówiło mu do widzenia i jak Alfred Jones zapewnia Arthura Kirklanda, że zawsze będzie mile widzianym gościem na jego ziemi, tylko gościem. Największa miłość może się wypalić. Najlepsi przyjaciele mogą się rozejść, a sojusznicy zapomnieć, co obiecywali.

: : : : : : : : : : : :

W złoconej sali Pałacu Prezydenckiego skrzypiało wieczne pióro, choć w telewizji nie było tego słychać. Wieczne pióro zawsze lekko skrzypi podczas pisania, nawet gdy używają go osoby przyzwyczajone do ciągłego składania swojego podpisu pod różnymi dokumentami.

: : : : : : : : : : : :

Zerknęła na Feliksa. Jej najlepszy przyjaciel lekko przygryzał dolną wargę i zacisnął dłonie w pięści. Całą swoją uwagę skupiał na obrazie z Warszawy. Zapewne nie słyszał już ani docinków Gilberta, ani cichych słów Ludwiga.

W tej jednej chwili zrozumiała wszystko, co Feliks czuł.

Napięcie ostatnich lat, balansowanie na granicy depresji, noce pełne koszmarów, ból pleców od zbyt długiego ślęczenia nad stosami dokumentów, których nie chciało się nikomu innemu przeglądać. Ślady pozostały ukryte w jego umyśle pod strachem przed przyszłością i śmiercią. Ostatnio jej przyjaciel ciągle wyglądał, jakby się czegoś bał, jakby spodziewał się, że coś w ostatniej chwili się zawali i pogrzebie go na zawsze. Jednak codziennie zbierał się w sobie i wychodził do ludzi. Prosił, namawiał, a kiedy trzeba było – nawet oszukiwał. Cała kampania i wyniki referendum to była jedna wielka szopka. Ostatecznie koledzy Feliksa z wybrzeża zmodyfikowali elektroniczny system liczenia głosów. Statystyki i procenty były im znane zanim do urn wrzucono pierwszą kartkę.

Łucja podeszła do niego. Położyła mu dłoń na ramieniu zauważając, że Feliks drży.

: : : : : : : : : : : :

Ostatnie pociągnięcie wiecznego pióra wywołało stateczne oklaski. W Warszawie politycy ściskali sobie ręce przed kamerami.

: : : : : : : : : : : :

Feliks wstrzymał oddech, po czym skierował na nią spojrzenie pociemniałych zielonych oczu.

- Już po wszystkim, Lusiu... – szepnął tłumiąc szloch.

- Tak. Wiem.

- Już... już po wszystkim... – łzy jak groch potoczyły się po jego twarzy.

Kurczowo zacisnął palce na jej bluzce i pociągnął Galicję na kanapę. Wtulił się w jej ramiona jak dziecko szukające pocieszenia.

- Nareszcie... jesteśmy bezpieczni – powtarzał – Jesteśmy bezpieczni, Lusiu. Już nas nie rozdzieli... Nikogo nie zabierze.

Położyła dłoń na jego głowie i zaczęła przeczesywać krótkie kosmyki jasnych włosów w nadziei, że to trochę go uspokoi. Potem uniosła wzrok na zebranych w salonie mężczyzn. Roderich i Ludwig mieli zaskoczone i zażenowane miny. Gilbert dla odmiany nie mówił nic i nic nie dało się wyczytać z jego twarzy. Patrzył na krople deszczu rozbijające się o szybę.


Mogę śmiało powiedzieć, że ten rozdział napisał się sam. Pisząc go odnalazłam inspirację, która wcześniej popchnęła mnie do wrzucenia Mega Serca na ff-net, zamiast jak zwykle do szuflady.