AN: Po naprawdę ciężkich trzech tygodniach wreszcie mam chwilę na oddech.
W niewielkim, zaciemnionym mieszkaniu na ostatnim piętrze jednego z apartamentowców Monako pachniało winem. Właścicielka nie podziwiała widocznego z okien morza, które skrzyło się światłami latarni rozmieszczonych wokół promenady. Siedziała skulona na sofie – jednym z modnych mebli stworzonych przez znanych włoskich projektantów, które zapełniały pokój dzienny.
Rozczochrane włosy zakrywały jej pół twarzy, ale nie zwracała na to uwagi. Na stoliku przy sofie stała pusta butelka i kryształowy kieliszek do wina. Michelle Monaco połykała łzy i ściskała mocno telefon komórkowy. Próbowała wiele razy wybrać ten sam numer, jednak po drugiej stronie słyszała jedynie monotonną informację, że abonent jest chwilowo niedostępny. Od godziny.
: : : : : : : : : : : :
Ludwig prawie się uśmiechał. Siedział w bardzo wygodnym i pojemnym SUVie. Kierujący samochodem arystokrata z Meklemburgii rzucał całkiem prostackimi przekleństwami, gdy wjeżdżał w kolejną dziurę. A siedzący z tyłu Gilbert ożywiał się z każdym kilometrem.
Być może ich teoria okazała się prawdziwa. Istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, że jego brat wyzdrowieje wracając na swoje dawne ziemie. Znaleźli mu odpowiednie lokum w jednym z miasteczek w okolicach dawnego Allenstein. Roderich przyjechał tydzień wcześniej, by przygotować niewielki, przedwojenny, murowany domek na przybycie nowego gospodarza.
Gilbert nie chciał wracać do Marienburga, choć pierwotnie planowali poszukać mu tam mieszkania. Narzekał, że rodacy Łukasiewicza zniszczyli kompletnie klimat miasta.
Gdy znudziła mu się zabawa GPS-em, ku uldze dwóch pozostałych towarzyszy podróży chwycił telefon.
Na dworze robiło się ciemno, tym ciemniej, że właśnie wjechali w las.
- Hej, West, moja komórka straciła zasięg. Twoja też?
Ludwig popatrzył na ekran swojego telefonu nieubłaganie pokazujący komunikat o ograniczonych usługach.
- Tak.
- Cholera, a tak chciałem zadzwonić do Elizaviety – westchnął – Pochwalić się, że Roddy mości mi gniazdko nad jeziorem. A mieliśmy żyć długo i szczęśliwie...
- Zostanę z tobą tak długo, jak to będzie konieczne – powiedział rozbawiony Niemiec.
- A ty, Eryk? – Gilbert wcisnął się w wolną przestrzeń między siedzeniami z przodu i popatrzył przeciągle na kierowcę – Też ze mną zostaniesz?
- Zaraz jak wjadę w dziurę to wszyscy tu zostaniemy do następnego lata.
Eryk von Meklemburg skrzywił się, gdy samochodem szarpnęło. Chwycił mocniej kierownicę.
- Nigdy więcej tu nie przyjadę. Nigdy.
- Zajmę się tym, jak tylko stanę na nogi – obiecał całkiem poważnie albinos.
- Potrafiłbyś?
- Ja wszystko potrafię.
To nie Ludwig wybierał kierowcę z lotniska. Jego brat nalegał, by złapać Eryka, związać i przesłuchać z zastosowaniem chińskiej tortury wodnej, jeśli zajdzie trzeba. Ostatecznie doszli do kompromisu. Ludwig miał święty spokój w samolocie do Warszawy, a Gilbert integrował się z jednym z jego podwładnych. Przerobił z nim ostatnie 50 lat z życia Meklemburgii, dwie wojny i jedno powstanie, wyciągnął informacje o tym, że Eryk wciąż mieszka w rodowej posiadłości (tak, tej obrośniętej bluszczem jak dom Drakuli), nie posiada żadnego interesującego hobby (doprawdy, hodowla róż to zajęcie dla panienek a nie prawdziwych mężczyzn), wciąż ma w garażu starego Volkswagena garbusa (serio, przy takim stanie konta czarne porsche to powinien być klasyk) i jakimś cudem Bragiński nie ograbił go zostawiając w jednej koszuli w szczerym polu (kreatywna księgowość i dobre znajomości to podstawa).
W końcu Niemiec nie wytrzymał krążenia wokół tematu. Rozmawiając z przedstawicielami innych nacji potrafił zdobyć się na anielską cierpliwość lub zręcznie unikać odpowiedzi na niewygodne pytania nie obrażając przy tym pytającego. Jednak w relacjach z podwładnymi wymagał od nich absolutnej szczerości. To szczerość była podwaliną zaufania, a dzięki wzajemnemu zaufaniu wyszli obronną ręką z kryzysu. Podwładni Ludwig'a wierzyli, że zrobi wszystko dla dobra kraju i pomagali mu, nawet jeśli początkowe rezultaty dalekie były od pierwotnych założeń.
- Więc ty i Wanda Silesia... – zawiesił głos.
- Tak.
- I nikomu nie pisnąłeś ani słówka? – zdumiał się Gilbert – Nawet West'owi? Nawet kiedy ogłosili połączenie państw?
Eryk posłał Ludwig'owi przepraszające spojrzenie.
- Nie pytałeś, nie mówiłem.
- I tak od ilu lat?...
- Od zburzenia Muru Berlińskiego. Była tam. Trzymała w dłoni kawałek betonu. Chyba miała ochotę rzucić nim komuś w głowę.
- I trafiło na ciebie – zaśmiał się albinos – Klepki ci się wszystkie poprzestawiały.
- Wbrew twoim przypuszczeniom niczym we mnie nie rzuciła. Wprost przeciwnie, uspokoiła się widząc znajomą twarz.
- Jak poważnie to wygląda? – Ludwig zadał kolejne pytanie.
Eryk wzruszył ramionami nie spuszczając wzroku z drogi.
- Różnie. Czasem jest dobrze, a czasem nie widujemy się i nie dzwonimy do siebie przez kilka miesięcy. Rozumiem, że to dlatego wyznaczyłeś mnie dzisiaj na szofera?
- Nie ja.
Spojrzał na odbicie zapadniętej twarzy we wstecznym lusterku. Ożywiały ją jedynie gorączkowo błyszczące oczy. Gilbert zrezygnowany rzucił telefon na siedzenie i odchylił głowę.
- Jesteś idiotą – skwitował krótko.
- Jestem – zgodził się Eryk.
Ludwig popatrzył na niego zaskoczony. Arystokrata miał zrezygnowaną minę.
- Od spotkania w Warszawie nie zadzwoniła ani razu.
- Biedactwo! – Gilbert znów wcisnął głowę między przednie siedzenia – Tylko mi się nie popłacz.
Obaj mężczyźni zignorowali go.
- Czy możesz to jakoś naprawić? – zapytał powoli Ludwig.
Związek Eryka i Silesii byłby ich państwu bardzo na rękę. Zepchnął wyrzuty sumienia na dalszy plan, by nie zakłócały racjonalnego biegu myśli. Gdyby stosował się do własnych porad, miałby teraz pewnego Włocha permanentnie przyklejonego do ramienia.
Eryk potrząsnął głową.
- Nie zrozumieliśmy się – powiedział spokojnie – Ja bardzo chciałbym to naprawić.
- A to zołza! – zawołał z tyłu albinos.
- Gdybym tylko wiedział jak, nie zawahałbym się ani chwili.
Czyli wina leżała tym razem po stronie kobiety. Cóż, Wanda Silesia była niespokojnym duchem, ale przecież nawet takie stworzenia potrzebują czasem oparcia i miejsca, do którego zawsze mogą wrócić.
Las ustąpił zasnutym mgłą łąkom. Gilbert jeszcze trochę narzekał na Silesię, ale ucichł, kiedy w oddali zobaczył większe skupisko świateł. Miasteczko zapewne ożywiało się latem, jednak sezon turystyczny powoli mijał i w chłodny wieczór niewielu ludzi wychodziło na ulice. Domki z czerwonymi dachami tuliły się do siebie, jakby wciąż zastygłe w trwodze sprzed siedemdziesięciu lat.
Kiedyś to miasto rozbrzmiewało inną mową i inne dzieci bawiły się na podwórkach. Potem opustoszało w ciągu kilku godzin. Podobno żołnierze, kiedy weszli do domów, zastali jedzenie na stołach, nie posłane łóżka, zwierzęta pozostawione w pośpiechu w zagrodach i porozrzucane zabawki. Miasto umarło.
Żołnierze jednak wkrótce odeszli. Na miejsce dawnych mieszkańców przyszli inni. Uczynili opuszczone domy swoimi i zapełnili je nowymi głosami. Miasto zmartwychwstało, zmieniło nazwę i z nadzieją patrzyło w przyszłość.
Było idealnym miejscem, w którym Gilbert mógł zacząć żyć od nowa.
- Taka ruina, że mucha nie siada – podsumował Prusak, gdy samochód zatrzymał się przed ślicznie wykończonym murowanym domkiem z białymi ścianami i dachem z czerwonej dachówki.
W miniaturowym ogródku od frontu rosło kilka iglaków. Z tyłu dało się zauważyć leżaki na równo skoszonym trawniku. Sto metrów dalej czaiła się wiata przystanku autobusowego z zasmarowanymi czarną farbą szybami. Gdzieś z oddali dobiegł gwizd przejeżdżającego pociągu.
- Nie przesadzaj – powiedział Eryk – Mi się podoba.
- Powiedział hrabia Drakula na widok chatki z piernika – Gilbert z hukiem otworzył drzwi samochodu wpuszczając do środka chłodne i pachnące maciejkami powietrze – Domie złoty!
- Och, zamknij się wreszcie!
Żółte światło wypełzło na próg i rozlało się szerokim strumieniem aż do metalowej furtki. Ludwig rozpoznał sylwetkę Roderich'a wychodzącego z domu. Natychmiast otworzył bagażnik i zaczął ostrożnie wyciągać wózek inwalidzki.
- Spóźniliście się – Austriak uścisnął krótko dłoń Eryka – Zaraz wam kolacja wystygnie.
- To przez dziury – stwierdził Gilbert – Widziałeś kiedyś takie dziury?
- Taa... Super. Dzięki za jazdę mojego życia – odparł ponuro Eryk.
- Lepsze to niż użalanie się nad swoim złamanym sercem.
Roderich posłał pytające spojrzenie Ludwig'owi i odebrał od niego walizkę. Jednak nie drążył tematu. Niemiec westchnął bezgłośnie. Mogli o tym porozmawiać, kiedy jego brat uśnie.
Niestety teraz Gilbert był równie przytomny, jak nastolatek w sylwestra. Przetransportowany z samochodu na wózek inwalidzki popatrzył przeciągle na Ludwig'a i na Roderich'a. Niemiec mimowolnie zaczął się czerwienić, zanim jego brat wypowiedział pierwsze słowo.
- A teraz możesz wziąć pannę młodą na ręce i...
- Zamknij się, Gilbert! – zawołał z tyłu ich kierowca.
Komórka Ludwig'a zawibrowała krótko w kieszeni. Wyciągnął ją zauważając, że dostał powiadomienie. Jeden numer próbował się z nim połączyć aż dwanaście razy w ciągu ostatniej godziny.
Przeprosił na chwilę towarzyszy, by zadzwonić. Ciężki zapach kwiatów oszałamiał. Cisza wieczoru była absolutnie doskonała w bezruchu. Tym razem to w Monako nikt nie chciał odebrać połączenia.
: : : : : : : : : : : :
Miał igły w oczach. Spróbował otworzyć powieki, ale nie był to najlepszy pomysł. Igły zmieniły się w stare zardzewiałe gwoździe wbijane w skronie gumowym młotkiem. Jęknął przewracając się na drugi bok. Jego nadwrażliwe uszy wychwyciły szelest i po chwili pokój pogrążył się w zbawczym półmroku.
- Merci...
- Nie ma sprawy.
Francis przełknął ślinę i skrzywił się czując jej nieświeży smak. Żołądek skręcał się nieprzyjemnie, ale dopóki przebywał w pozycji poziomej, nie miał problemu z utrzymaniem wczorajszej kolacji. Chociaż, jak się zastanowić, to nie pamiętał, czy w ogóle jadł kolację.
- Jak się czujesz?
Ponownie zaryzykował i otworzył oczy. Mglisty obraz powoli wyostrzył się i dopasował do głosu. W półmroku czaiła się sylwetka Michelle Monaco. Zabłąkany promień słońca oświetlał jej lewy policzek. Wiedział, że lubi jasne kolory, jednak tym razem miała na sobie czarny golf bez rękawów. Wyglądała jak własny cień.
A jednak to jego pytała o samopoczucie.
- Jak wycieraczka... – wychrypiał przez zaschnięte gardło.
- Hmm... Jesteś odwodniony. Musisz się napić.
Podeszła do łóżka.
- Nie dam rady...
- Francis – wymówiła jego imię prawie desperackim tonem.
Stęknął dając tym samym niechętne przyzwolenie na pomoc w zajęciu zbliżonej do pionu pozycji. Pożałował tego natychmiast czując protest żołądka.
Michelle podsunęła mu szklankę i podała dwie tabletki od bólu głowy. Półsiedząc na poduszkach przełknął pierwszy łyk wody.
- Zamówiłam zupę cebulową. Powinni ci przynieść za jakieś 15 minut.
- Kochane z ciebie dziecko... – westchnął zamykając na chwilę oczy.
Musiał poczekać, aż tabletki zaczną działać i przepędzą z jego głowy bandę krasnali uzbrojonych w młotki i kilofy. Póki co, nie próbował sklecić żadnej przytomnej myśli, ani rozsądnego pytania.
Michelle cisza nie przeszkadzała. Zawsze należała do tych spokojnych i nie wadzących nikomu dziewcząt.
Miała zbyt ponure myśli i czasem obawiał się, czy to nie początki depresji. Na szczęście był dobrym przyjacielem i wraz z Felicianem regularnie wyciągali ją na imprezy, kiedy tylko byli w pobliżu. W końcu co takiego ważnego mogła robić w życiu?
- Francis...
Odwrócił głowę w kierunku głosu. Michelle usiadła w fotelu w kącie pokoju. Miała poważną minę. Na jej twarzy bardzo rzadko dało się zobaczyć uśmiech. Pewnie wkrótce zapomni, jakich mięśni należy do tego używać.
- Za dwa dni z Marsylii wypływa żaglowiec szkoleniowy. Chciałabym popłynąć. Właściwie to już wstępnie się zapisałam.
- To świetnie. Podróż dobrze ci zrobi...
Michelle wreszcie ruszyłaby się z Monako. To był dobry znak.
- Rejs trwa rok – powiedziała cicho.
Przez chwilę gapił się na nią. Spodziewał się dwóch tygodni na Morzu Śródziemnym, nadmiaru słońca, błękitnej wody i drinków z parasolką. Prawdziwych wakacji a nie jakiegoś pokręconego survivalu.
- Dookoła świata?
Skinęła głową potwierdzając jego najgorsze obawy.
- Michelle... – zaczął.
- Francis, ja naprawdę tego chcę – nieznacznie podniosła głos.
- No dobrze... Nie będę ci przecież mówił, co masz robić.
Zawahała się. Nerwowo splotła dłonie, być może żeby nie drżały. Na jej ładnej ale surowej twarzy pojawił się cień rumieńca.
- Czuję się niezręcznie, ale mam do ciebie pewną prośbę...
- Skarbeńku, gdybym mógł, to bym ci gwiazdkę z nieba zerwał za jeden uśmiech.
Z satysfakcją zauważył, że rumieniec Michelle nabrał kolorów.
- Potrzebuję tysiąca euro – przyznała ze wstydem – Nie mam tyle pieniędzy na koncie by zapłacić za rejs.
Dlaczego zawsze wszystko na koniec sprowadza się do pieniędzy? Ludzie nie są stworzeni wyłącznie po to aby mieć. Powinni żyć pełnią życia, kochać, bawić się, utrzymywać kontakt z innymi ludźmi. To jest naprawdę ważne. Oby mała Michelle nie stała się nigdy taką materialistką jak Ludwig albo Berwald.
- Do wieczora będziesz je miała – obiecał.
- Dziękuję ci, Francis.
Uśmiechu się nie doczekał, ale przynajmniej życie wróciło do jej oczu.
Ktoś zapukał do drzwi. Michelle zadrżała, ale poszła je otworzyć. Po drugiej stronie czekał tylko zwykły kelner z tacą. Zapachniało zupą cebulową i świeżymi grzankami.
Odebrała posiłek i zaniosła Francis'owi do łóżka.
Uśmiechnął się do niej czule.
- Wiesz, że jesteś jedyna taka na świecie.
- Wiem, że umiesz prawić kobietom komplementy.
- To też.
Ucichła na moment i rozejrzała się po pokoju, jakby spodziewała się ataku.
- Pójdę już. Muszę się spakować a ty porządnie wyspać.
W ostatniej chwili chwycił ją za rękę i przytrzymał. Przez jej twarz przemknął cień strachu, który szybko zastąpiła codzienna obojętność.
- Michelle, co się stało? – zapytał z troską.
Coś ją gryzło. Wyczuwał to. Miała dość ich towarzystwa, polityki albo świata w ogóle.
- Nic. Dlaczego uważasz, że coś mogło mi się stać?
- Jesteś dziś jakaś taka nieswoja...
Wyrwała dłoń z jego uścisku.
- Kobiece sprawy – odpowiedziała szybko.
- Aha...
Akurat tego nie chciał się dowiedzieć.
- Uważaj na siebie, kiedy mnie nie będzie. Dobrze?
- Oczywiście – zapewnił – Zadzwonię czasem sprawdzić, gdzie jesteś.
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Francuz pozostał w łóżku ze stygnącą zupą, bólem głowy i uczuciem, że coś ważnego go ominęło.
AN: Zwykle tego nie robię przy kolejnych rozdziałach, ale tym razem chcę na koniec jeszcze raz podziękować problematic-child za wspaniały komentarz.
