Feliks kręcił się po miasteczku dwie godziny. Nie, żeby było tu aż tyle atrakcji do zwiedzania. Ot, kawałek parku i rzędy przedwojennych odremontowanych kamienic. Nie zaszedłby daleko z wypchanym plecakiem, ale nie chciał zaglądać do domu Gilberta.
Ludwig zadzwonił kilka dni wcześniej i pełnym zakłopotania głosem przedstawił swoją prośbę, by pomóc jego bratu dotrzeć do Berlina. Wszyscy trzej mieli tam się spotkać i omówić bieżące sprawy zanim następnego dnia wyskoczą na naradę do Brukseli.
A Feliks mieszkał najbliżej. Trzeba było wyprowadzić się do Wielkopolski zamiast siedzieć na wiosce pod Janowem. I tak nie miał zbyt wiele czasu na oglądanie koni.
Zjadłszy obiad, który mu nie smakował, i podziękowawszy kelnerce, która bardzo mu się podobała, powlókł się niechętnie na przystanek autobusowy. Wchłonęła go grupa skautów z międzynarodowego obozu integracyjnego. Od kilku lat włóczyli się tacy po całych Mazurach. Wciśnięty między matkę z dzieckiem i polskiego drużynowego wypatrywał niecierpliwie autokaru do Olsztyna. Potem tylko przesiadka na pociąg do Warszawy, a stamtąd na kolejny – do Berlina. Prawie jak Tour de Pologne, tylko bez pełnego Pologne w tytule.
Traf chciał, że przystanął obok wąskiej ławeczki, na której siedział pewien albinos. Torba podróżna zapomniana walała się między jego nogami. Jedną ręką przytrzymywał parę zwykłych białych kuli. Zadziwiające, jak szybko cholerny Prusak stanął na nogi. Musiał mieć rehabilitanta przez te wszystkie lata w Niemczech, żeby nie doznał zaniku mięśni. Widać było, że teraz jedyny problem stanowiło wprawienie ich w ruch.
Gilbert zdawał się czuć świetnie wśród otaczających go ludzi. Miejscowi nie zwracali na niego uwagi. Pewnie okręcił ich już sobie wokół palca.
Pewien niepokój budziły jednak przelotne spojrzenia, jakie kierował w stronę siedzącej obok niego staruszki. Babcia ubrana była nawet elegancko w kwiecistą sukienkę i trzymała na kolanach niewielki pakunek, który zapewne miała przekazać kierowcy autokaru.
I tak przez dobre pięć minut Gilbert zezował na starszą panią, a starsza pani na Gilberta.
Kobietka pierwsza przełamała milczenie.
- Kapitan Beilszmit?... – zapytała niepewnie.
- Zosieńka? – upewnił się Prusak.
Feliks miał ochotę rozpruć mu flaki. Mimo przypływu agresji stał w miejscu za bandą skautów. Tylko dziecko na rękach młodej mamy zaczęło się wiercić.
- Pan kapitan znowu w Polsce?
- Ach, jak widać. Jak tam zdrowie?
- A dziękuję, dziękuję. Jeszcze nie mam co narzekać – starsza pani uśmiechnęła się serdecznie.
Feliksowi skoczyło ciśnienie.
- Zofia jedzie do Olsztyna? – zagadnął Gilbert.
- Oj, nie. Chciałam zostawić paczkę kierowcy, żeby zawiózł córce.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
- A co się kapitanowi w nogi stało?
Feliks nadstawił uszu. Gaworzące obok dziecko przeszkadzało w dokładnym podsłuchiwaniu.
- Wypadek samochodowy. Długo leżałem w szpitalu. Potem rehabilitacja. Szkoda gadać – westchnął Prusak.
- Ach wy młodzi. Za szybko jeździcie!
- Akurat wtedy szedłem piechotą. Tylko pech chciał, że jakiś Rusek nie patrzył na drogę i grzał, ile fabryka dała.
- No, no... Straszne, co się teraz na tych drogach dzieje – zgodziła się staruszka – Ale to dobrze, że się wszystko szczęśliwie skończyło.
Gilbert miał minę jak kot, który się dorwał do dzbanka ze śmietanką. Feliksowi zrobiło się niedobrze. Na szczęście zza zakrętu wypłynął lśniący bielą w słońcu kształt autobusu. Babcia życzyła Gilbertowi szczęśliwej podróży i pierwsza dopchała się do kierowcy, gdy tylko ten otworzył drzwi.
Polak uznał ten moment za odpowiedni, by ujawnić albinosowi swoją obecność. Chwycił leżącą na chodniku torbę.
Gilbert spojrzał na niego wrogo.
- Mam ci pomóc – wyjaśnił szybko Feliks – Pomysł Ludwig'a nie mój. Pewnie obawiał się, żebyś nie potknął się o własne nogi w drodze do Berlina.
- A ty tak grzecznie robisz wszystko, co ci każą.
Nie brzmiało to jak pytanie. Gilbert pokuśtykał do autokaru zostawiając mu upychanie toreb w luku bagażowym. Jeśli ten dupek myśli, że da mu spokój przez całą drogę do Warszawy, to się grubo pomylił.
Feliks ciężko upadł na siedzenie obok albinosa. Ten skrzywił się i udawał, że interesuje go widok kamienic za szybą.
- Odczepiłbyś się od staruszek zamiast robić im pranie mózgu.
- A ty byś się zamknął.
- Miesiąc w Polsce i już starasz się przekabacić wszystkich wkoło – powiedział surowo Polak – To moja ziemia i moi ludzie. A ty wcale nie jesteś u siebie.
- Jestem. Nawet bardziej niż ty.
- O! I dlatego mydlisz oczy poczciwej babci? - zapytał złośliwie – Pewnie zastrzeliłeś jej rodziców na wojnie, co? Jak ci nie wstyd?
- O niczym nie wiesz – trzeba było przyznać, że Prusak dosyć długo zachował zimną krew, choć zaczęła mu nerwowo drgać powieka.
- Wtedy kulka w łeb albo wywózka do Oświęcimia, a teraz myślisz, że wszystko będzie pięknie i ładnie?
- Ty głupi Polaczku, siedziałeś w warszawskich ściekach jak szczur i gówno cię obchodziło, co się dzieje poza twoją norą – odpowiedział Gilbert – Wiedziałeś, że na wioskach koklusz kosi dzieci jak zboże? Piątka chudych bachorów chowająca się przez kilka tygodni z matulą w lasach. A ta najmłodsza i tak chora, że jej matka przyszła do nas, obcych, prosić o pomoc. Zabrałem ją do naszego lekarza. Nic więcej.
Feliks zdumiony otworzył usta. Jakoś starszy Beilschmidt nie wyglądał na faceta, który pomaga małym dziewczynkom. Gdyby nie pionowa zmarszczka na czole częściowo zasłonięta białymi kosmykami, pomyślałby, że to wszystko bujda.
Gilbert umiał kłamać. Za godzinę może wyśmiać go za łatwowierność i wyzwać od żałosnych naiwniaków.
- Więc zamknij gębę, bo nic mądrego z niej nie wyleci.
: : : : : : : :
Jeśli mieli dotrzeć do Berlina w stanie nienaruszonym, powinien zachować się odpowiedzialnie. Feliks miał jeszcze wiele do powiedzenia. Słowa po prostu same cisnęły się na język, kiedy widział tę zadowoloną pruską gębę.
Należało mu się te 60 lat życia w ukryciu, odosobnienie i choroba. Za to zupełnie nie zasługiwał na takiego brata jak Ludwig i na oddanych przyjaciół. Dlaczego ten wrzód na dupie obchodził więcej ludzi, niż losy Feliksa Łukasiewicza?
Polak nastroszył się. Wsłuchał się w monotonną pracę silnika autokaru i po raz kolejny stwierdził, że życie jest cholernie niesprawiedliwe.
: : : : : : : :
Do kolejnej rundy obrzucania się przekleństwami doszło w pociągu. Feliks postarał się wybrać przedział sąsiadujący z przedziałem Prusaka i, gdyby miał troszkę więcej szczęścia, nie oglądałby go do momentu wysiadki w Berlinie.
Nie miał szczęścia.
Trafił na młode małżeństwo z dwójką dzieci. Naprawdę lubił małe szkraby i potrafił bawić się z takimi całymi godzinami, ale prywatnie uważał, że środowiskiem naturalnym ludzi poniżej piątego roku życia jest piaskownica a nie międzynarodowy ekspres.
: : : : : : : :
Świat zdawał się zastygać w ciszy i wilgoci. Jedynie sunący przed siebie pociąg zakłócał naturalny spokój pól, miast, miasteczek i wiosek czerniejących w dali. Widok za oknami zamazywała cienka siateczka szarej mżawki. Pasażerowie pod wpływem niskiego ciśnienia i monotonnych dźwięków zapadali w letarg.
Feliksa bolała głowa. Trochę się denerwował przed spotkaniem w Brukseli. Wciąż miał w pamięci ostatnią naradę, a raczej kompletne fiasko. Bonnefoy nie potrafił opanować wzburzenia, więc w efekcie nic nie załatwili. Nie spodziewał się, że teraz będzie lepiej, nie z bratem Ludwig'a obrażającym na lewo i prawo wszystkie nacje, ich przedstawicieli i polityków.
Wstał by rozprostować nogi i wyszedł z przedziału. Natychmiast pożałował tej decyzji. W wąskim korytarzu oparty o okno i uzbrojony w parę kuli stał starszy Beilschmidt. Feliks miał zawrócić, ale zatrzymało go szydercze spojrzenie czerwonych oczu. Równie dobrze Beilschmidt mógł wyzwać go od tchórzy. Tylko małe dzieci, pijacy i wariaci nie odczuwają strachu, a on nie zaliczał siebie do żadnej z tych kategorii. Istniało kilka rzeczy i osób, których w pewnych okresach życia Polak się bał, ale zarzucanie mu tchórzostwa to gruba przesada. Między tchórzostwem a strachem istniała poważna różnica, a Feliks nigdy nie tchórzył.
Wciągnął powietrze, wyprostował się i podszedł do okna. Przezornie zachował dystans metra od nieobliczalnego Prusaka wyczuwając burzowe chmury zbierające się nad jego głową. Gilbert był wściekły. Miał ten sam obojętny wyraz twarzy i gapił się za okno jak woda zbiera się na opustoszałych polach. Ręce zacisnął na uchwytach kul, aż pobielały mu knykcie. I to zdradzało jego nastrój.
Feliks już rozważał w myślach męską decyzję o wycofaniu się, kiedy usłyszał suchy głos:
- Spartoliłeś sprawę.
- Słucham?
- Spartoliłeś sprawę, Łukasiewicz – powtórzył tym samym oskarżycielskim tonem Gilbert – Jedyne, co miałeś zrobić, to dbać o to, co zostało. Jesteś albo kompletnie skretyniałym głupkiem, albo zwyczajnym, leniwym skurwysynem.
- Hej! – oburzył się Polak – Tylko mi bez takich!
- Ty skurwielu!... – jedno ostre pchniecie metalowego, powleczonego plastikiem kija i Feliks znalazł się w kompletnie pustym przedziale.
Torba Beilschmidt'a walała się na siedzeniu. Widocznie wszyscy potencjalni towarzysze podróży dawali drapaka, kiedy tylko spojrzeli w te czarcie, czerwone oczy.
Nic dziwnego, że dziadek wszystkich Niemców, Germania, wysłał Gilbercika pod opiekę rycerzy zakonnych w Ziemi Świętej, gdy tylko ten zdołał udźwignąć sztylet. Z takim wyglądem i temperamentem w początkach średniowiecznej Europy mały Gilbert prędko trafiłby tam, gdzie jego miejsce. Czyli do piekła.
- Zostawiłeś wszystko, żeby zgniło i się rozsypało! – syczał Prusak – Drogi, rzeki, lasy, miasta. Wszędzie dziury! Wszędzie śmieci! Bo się wam, Polaczkom, zachciało bawić w wolność i politykować, zamiast brać się do roboty!
Nie, no to już przesada! Zupełnie jakby albinos zrobił inspekcję Mazur i teraz miał pretensje za każdą kałużę na chodniku.
- Wypchaj się! Co ty możesz wiedzieć o odbudowywaniu? To wy zbiliście mi Warszawę! Zniszczyliście mi kraj! Kiedy my tutaj harowaliśmy, ty się sobie w Hiszpanii opalałeś! Ała!...
Koniec kuli wbił mu się boleśnie pod mostek. Feliksowi na moment zabrakło tchu i łzy nadbiegły do oczu. Instynktownie uniósł ręce chowając za nimi głowę.
- Pojebało cię? – zawołał.
Kolejne uderzenia zostawiły dwa formujące się siniaki. Na lewym przedramieniu i na prawym boku pod żebrami.
- Dopóki was Ruscy trzymali za mordy, był jaki taki porządek. A jak sobie poszli, to hulaj dusza, piekła nie ma. Marnujecie każdą szansę. Banda gnojków i nic więcej!
- A ty to niby lepszy? – Feliks miał dość.
Odsunął się z bezpośredniego zasięgu ciosów. Z jaką rozkoszą rozkwasiłby tę bladą gębę i wytarł podłogę zadufanym Prusakiem.
Dwa przedmioty nieustannie będące w zasięgu jego wzroku hamowały mordercze żądze Polaka. Gilbert poruszał się o kulach. Wciąż nie mógł samodzielnie chodzić, a to czyniło z niego inwalidę. Inwalidów się nie bije.
- Masz cholerne szczęście, że masz brata takiego jak Ludwig. Bez niego już dawno gniłbyś w piachu zastrzelony przez jakiegoś Anglika albo Ruskiego.
- Za to ciebie nie miałby nawet kto pozbierać.
Dopiero to stwierdzenie zabolało. Dobrze, że Prusak nie wiedział, jak bardzo.
- Nieprawda!
Gilbert uniósł brwi.
- Twoje kobiety? – zaczął wyliczać – Nie... Są za słabe. Katiusza? Za bardzo boi się brata. Toris? Prędzej wbiłby ci nóż w plecy niż podał rękę. Elizavieta? Jest ciut za daleko i ma własne sprawy na głowie. Czyli zostajesz sam – uśmiechnął się upiornie ukazując dwa rzędy ostrych zębów niczym rekin przed frontalnym atakiem – Tak żałośnie, nędznie sam.
- Powinieneś był zdechnąć – wyrzucił z siebie Feliks opluwając się przy tym śliną – Może i uratowałeś jedną osobę na wojnie, ale ile zabiłeś w to miejsce? Jesteś zwykłym, śmierdzącym mordercą.
- I, w przeciwieństwie do innych, potrafię się do tego przyznać – odparł tym samym tonem Gilbert.
Drzwi przedziału rozsunęły się i konduktor zajrzał do środka. Przypatrzył się im obu podejrzliwie. Jego mina nieznacznie złagodniała na widok kul, którymi się podpierał albinos.
- Wszystko w porządku, panowie? Pasażerowie z sąsiedniego przedziału skarżyli się na hałas.
Feliks poprawił na sobie ubranie. Miał nadzieję, że nie wyglądają jak kibice przeciwnych drużyn jadący na ten sam mecz.
- Kolega się potknął i przewrócił. Pomogłem mu wstać.
- Tak. Wie pan, to frustrujące, że rehabilitacja nie przynosi szybko efektów – zawtórował mu Gilbert – Czasem zdarza mi się wkurzyć i podnieść głos. Przepraszam.
- No dobrze – mężczyzna nie kwestionował ich tłumaczenia – Więc życzę przyjemnej podróży. Za 2 godziny będziemy w Berlinie.
Feliks starł z twarzy uśmiech, gdy tylko konduktor zniknął za drzwiami.
- Módl się, żeby w Brukseli było chłodno, bo inaczej będę musiał założyć koszulę z krótkim rękawem – odepchnął Gilberta i skierował się do wyjścia – I wtedy wszyscy zobaczą, że Niemcy mnie biją.
Głośno zasunął za sobą drzwi. Dopiero teraz mógł głębiej odetchnąć.
Jeśli tak dalej pójdzie, narada w Brukseli zakończy się totalną katastrofą.
AN: Co do wzmianki o Tour de Pologne, to oczywiście mam na myśli pociąg o takiej nazwie. Miałam nawet przyjemność nim jechać. Trasa jest po prostu obłędna ;)
