Gdy słońce schowało się za horyzont, Ludwig zaczął nerwowo bawić się komórką. Roderich wiedział, że walczy z pokusą, by zadzwonić do brata i dowiedzieć się, dlaczego ten jeszcze nie dojechał do Berlina. Albinos miał długą drogę do przebycia, a w towarzystwie Feliksa Łukasiewicza wszystko mogło się wydarzyć.
Austriak nie zdziwiłby się, gdyby na progu nagle zjawił się policjant, prawnik albo żandarm wojskowy niosący nowinę o pobycie dwóch popędliwych mężczyzn w szpitalu lub areszcie.
Więc gdy zamiast tego zobaczył zmęczonych ale całych przybyszy, pozwolił sobie na ukradkowy uśmiech. Gilbert był rozczochrany. Miał dziwny gust, jeśli chodzi o dobór ubrań, a właściwie jego brak. Tak to jest, że jeśli przez całe dorosłe życie nosiło się ten czy inny mundur, zamiłowanie do wąskich spodni, dopasowanych koszul i mocnych butów przenosi się nieuchronnie do cywila. Na szczęście Roderich zapobiegliwie zatrzymał w szafie jeden z garniturów Prusaka.
Poza tym zachowywał się tak, jakby miał w kieszeni minę przeciwpiechotną, która może lada chwila eksplodować.
- Gilbert! – Ludwig rzucił się do niego z zupełnie nie pasującym na poważnej twarzy uśmiechem – Nareszcie jesteś! Jak minęła podróż? Wszystko w porządku?
- A co miało nie być? – odpowiedział pytaniem albinos przerzucając torbę przez próg i manewrując kulami.
Szybko wracał do siebie po 20 latach unieruchomienia w łóżku. Roderich mógł sobie pogratulować uporu, z jakim namawiał go na rehabilitację jeszcze podczas choroby. Wiedział, jak bardzo jest ważna dla szybkiego powrotu do dawnej sprawności. W końcu sam kiedyś spędził kilka bolesnych miesięcy przykuty do wózka inwalidzkiego i opuszczony przez Elizavietę w domu nadwyrężonym wojną.
- Dobry wieczór – powitał serdecznie Łukasiewicza widząc, że bracia są zbyt zajęci sobą, by dostrzec niepozorną figurę stojącą w drzwiach.
- Dobry – odburknął Polak.
Dzięki Bogu, chyba postanowił na dłużej zostać przy krótszej fryzurze. Nareszcie przestał wyglądać jak pensjonarka z katolickiej szkoły obdarzona niewyparzonym językiem. Gadatliwość Łukasiewicza była odwrotnie proporcjonalna do jego wzrostu i wprost proporcjonalna do złego humoru.
- A co on jeszcze tu robi? – Gilbert wskazał palcem na Roderich'a.
Łukasiewicz przewrócił oczami, a jego mina dobitnie wskazywała, co teraz myśli o inteligencji i wewnętrznej intuicji dawnego wroga.
Ludwig zająknął się i poczerwieniał zatrzymawszy się między nimi dwoma z bezradną miną. Dlaczego nie powiedział wcześniej bratu, Roderich nie miał pojęcia. Oszczędziłby sobie niezręcznych sytuacji... Chociaż nie. Z Gilbertem pod jednym dachem nigdy nie dało się uniknąć niezręcznych sytuacji.
Na Austriaka spadło wymyślenie wiarygodnego powodu, dlaczego jeszcze nie siedział w Wiedniu brząkając na fortepianie fragmenty Schuberta lub Mozarta.
- Doprawdy, Gilbert, mieszkałem tu 20 lat. Przez te 20 lat zebrało się tu tyle rzeczy, że nie da się ich spakować w jeden dzień.
Prusak zmarszczył brwi.
- Mnie spakowaliście w jeden dzień.
- Nie miałeś ze sobą fortepianu – odparł chorobliwie słodkim głosem Roderich słysząc jak za plecami Łukasiewicz parska śmiechem.
Dobrze, ze przynajmniej jednemu z nich humor się poprawił.
- Fortepian jest Ludwiga – odparował tym samym wrogim tonem albinos.
Austriacki arystokrata opuścił ręce.
- Gilbert, praktycznie połowa mojego domu z Wiednia jest teraz w Berlinie. W przeciwieństwie do ciebie nie umiem żyć z jedną walizką w ręku.
- Laluś – starszy Beilschmidt rzucił mu przez ramię i pokuśtykał do kuchni.
- Specjalnie na was Roderich czekał z kolacją. Dziś jest kaczka w pomarańczach – Ludwig spróbował rozładować napiętą atmosferę.
- Super! – zawołał Łukasiewicz idąc za nimi – Po prostu umieram z głodu! Dajcie coś ciepłego do picia, bo wieje tak, że głowę może urwać.
Rozpromienił się na widok zastawionego stołu jak choinka na Boże Narodzenie. Doprawdy Polakowi niewiele do szczęścia potrzeba. Wystarczy dobre słowo i dobre jedzenie. W tych dwóch kategoriach Roderich Edelstein uważał się za niekwestionowanego mistrza. Potrafił być miły. Inna sprawa, że często nie chciał.
Za to starszy z Beilschmidt'ów skrzywił się i odwrócił wzrok.
- Znowu bawisz się w kurę domową, Roddy. Mam już dość twojego żarcia.
Równie dobrze mógł go przewrócić i skopać. Dokładnie tak poczuł się Austriak. Nikt nigdy nie narzekał na jego umiejętności kulinarne. O ile posiadany przez niego talent muzyczny denerwował niektóre osoby, na przykład Elizavietę, to nawet ona uwielbiała wysyłać go do kuchni.
Do tej pory uważała, że w ich związku to on nosił spódnicę.
- Gilbercie, Roderich bardzo się starał – Ludwig zwrócił uwagę starszemu bratu – Mógłbyś to docenić.
- Chcę, ale mi nie wychodzi – przedrzeźnił ton jego głosu Gilbert.
Zapewne Ludwig, tak samo jak on, miał cichą nadzieję, że Prusak po przeprowadzce i odzyskaniu zdrowia stanie się bardziej przyjazny dla otoczenia. Jednak czas, odległość i poprawa samopoczucia nie utemperowały tej jednej przykrej cechy Prusaka. Ranił tak samo obcych i wrogów, jak najbliższych.
- Przynajmniej usiądź i pobądź trochę z nami.
- Przez 20 lat jadłem to, co ten laluś ugotował. Już mi bokiem wychodzi. Dobrze, że teraz mam wybór – albinos zawrócił na korytarz.
- Gilbert! Zaczekaj!
Ludwig pobiegł za nim, ale ciężkie wejściowe drzwi zamknęły się dokładnie przed jego nosem. Zamrugał.
Austriak podszedł do niego ostrożnie. Położył dłoń na ramieniu. Jasnoniebieskie oczy przyjaciela wypełniał smutek. Trwało to ułamek sekundy.
Ludwig sięgnął do klamki.
- Ja bym go tak zostawił – obaj odwrócili się do Feliksa.
Ten stał spokojnie opierając się o ścianę przy wejściu do salonu.
- Ja wiem, że to twój brat i w ogóle – zatoczył ręką w powietrzu okrąg – Ale, sorry za szczerość, wysłałeś go na zabitą dechami wiochę. Przedtem też pewnie nie miał okazji wychodzić.
Ludwig zmarszczył groźnie brwi.
- Do czego zmierzasz?
- Nie rób takiej miny, bo ci zostanie – wtrącił Polak ale posłusznie wrócił do tematu – Takiego dupka trzeba co jakiś czas wypuszczać na miasto, bo inaczej całą chatę rozniesie.
Słuszna uwaga. Gilbert nigdy nie należał do domatorów. Przez ostatnie lata był zmuszony żyć wbrew swoim przyzwyczajeniom, bez alkoholu, wypraw do barów, panienek i bójek na tyłach klubów. Jako istota ruchliwa i gadatliwa nienawidził spokoju.
Roderich w sekrecie uważał, że takie słowo nie istnieje w słowniku pojęć Gilberta Beilschmidt'a.
Ludwig niechętnie, ale w końcu dał się przekonać do powrotu do stołu. Długo wahał się, zanim wreszcie nałożył sobie jedzenie na talerz. W przeciwieństwie do niego Łukasiewicz był już w połowie posiłku. Łapczywie pochłaniał drugą porcję.
- Ma się rozumieć, że przynajmniej tobie smakuje – zagadnął go Roderich.
- Nigdy nie kręcę nosem na darmowe żarcie – wyjaśnił Polak machając widelcem, na którego nadział kawałek mięsa.
Ludwig podniósł wzrok na niego. Ręce zadrżały mu lekko. Nikt by tego nie zauważył, ale zadzwoniły cicho sztućce kładzione na talerzu.
- Przepraszam... – powiedział cicho.
- Och, nie, sorry! To ja przepraszam – Łukasiewicz tym razem gestykulował za pomocą noża i widelca wywijając fantastyczne figury w powietrzu.
No tak, długi kontakt z Ukraińcami. Zaporoże, Kozacy, tańce z nożami i hej sokoły. Pewnie dlatego Polak traktował ostre przedmioty jak niegroźne zabawki. Dobrze, że siedzieli wystarczająco daleko od siebie.
- Wymsknęło mi się. Kolacja jest super i w ogóle fajnie jest z wami posiedzieć dla odmiany nie kłócąc się. Ja nie chciałem wspominać teraz o wojnie.
- To dlatego Gilbert trzasnął drzwiami? – zapytał ostrożnie Roderich ważąc każde słowo – Bo czepiałeś się go za wojnę?
Zrobiło mu się niedobrze. Przypomniała mu się rozmowa dwóch braci, której był świadkiem. W 1939 roku przebywał w Berlinie pod nadzorem młodszego Beilschmidt'a. Starszy często znikał wzywany do siedziby wodza. Któregoś razu latem obaj wrócili ze spotkania z przywódcą wzburzeni. Słyszał krzyki Ludwig'a jeszcze zanim weszli do domu. Dowiedzieli się o planach wojennych tworzonych przez kierownictwo partii. Wódz kazał im wybrać, który pójdzie walczyć za naród na wschodzie, a który na zachodzie. Gilbert zgłosił się na ochotnika na wschód. Już wtedy wzrok dowódców wojskowych sięgał znacznie dalej niż wschodnie granice Polski. Wiedzieli o tym.
Ludwig był wściekły. Decyzja o pójściu na wschód równała się dla niego z samobójstwem. Gilbert jak zwykle tryskał energią i pewnością siebie, tym bardziej denerwując brata. Twierdził, że jeśli ktoś może pokonać Bragińskiego, to tylko on. Tym niemniej w oczach Gilberta Roderich wyczytał pogodzenie się z losem. Wyprostowany i dumnie noszący wtedy nienaganny mundur SS Prusak wiedział, że nie wróci żywy z tej wojny.
- Mam rację – odezwał się po dłuższej chwili Austriak, gdy Łukasiewicz ze wstydem pochylił głowę.
- Samo się ciśnie na język, kiedy go widzę.
- Feliks, nie uważasz, że już pora z tym skończyć? – zapytał surowym tonem Ludwig – Jesteście teraz sąsiadami, obywatelami jednego państwa i Unii Europejskiej. Lepiej jest budować szkoły niż pomniki.
- Wiem... – Polak pochylił się smętnie nad szklanką soku jabłkowego.
- Spróbuj się z nim dogadać, dobrze?
- Dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane – wymamrotał pod nosem, ale już głośniej powiedział – Postaram się, jeśli tylko przez pięć minut nie będzie się zachowywał jak totalny dupek.
Kąciki ust Ludwig'a uniosły się.
- Tyle chyba jestem w stanie załatwić.
- A tak w ogóle to nie miałeś ostatnio żadnych wizyt z Moskwy? Żadnych telefonów?
- Zostałem uprzedzony o ćwiczeniach wojskowych w Obwodzie Kaliningradzkim – wyjawił spokojnie Niemiec.
- Sama radość, normalnie – z Łukasiewicza zeszło całe powietrze.
- Więc teraz ja cię uprzedzam, że za miesiąc są ćwiczenia floty NATO na Bałtyku.
- Postrzelamy? – zapytał z nową nadzieją w głosie.
- A poza tym masz jakieś większe problemy, których nie nagłośniły jeszcze gazety? – wtrącił się Roderich.
Uważał, że rozmów o pracy nie należy prowadzić przy kolacji, jednak musieli czymś zająć Polaka, by temu znowu nie zebrało się na wspomnienia o wojnie. Dla żadnego z nich nie był to dobry temat.
Wkrótce Feliks opowiadał im z przejęciem o najnowszej awarii sieci komórkowej, kilku demonstracjach w Warszawie i postępach w poszukiwaniach złóż gazu łupkowego.
W związku z tym, że doszli już do deseru, wymachiwał im przed nosami nadgryzionym orzechowym ciastkiem. W mniemaniu Roderich'a było to znacznie bezpieczniejsze niż nóż.
Prawie zdążyli zapomnieć o scenie, jaką zrobił jeszcze godzinę temu Gilbert. Tylko Ludwig zerkał co chwila w kierunku wejścia nasłuchując powracających kroków.
: : : : : : : :
Był środek nocy, kiedy jego brat wrócił z eskapady do domu. Ludwig najpierw usłyszał stuk i szuranie przesuwających się kul. Potem z przedpokoju dobiegło niemieckie przekleństwo i smród alkoholu.
Odłożył na bok czytaną książkę i włączył górne oświetlenie w salonie. Już dawno nie miał chwili by posiedzieć w fotelu z gorącą, mocną herbatą i dobrą lekturą, albo tak zwyczajnie popatrzeć na dogorywające w kominku węgle.
Wszystkie bezsenne noce, które Gilbert spędzał przy jego łóżku, gdy małego sierotę budziły koszmary lub gorączka choroby, przyzwoitość nakazywała jakoś wynagrodzić. Dlatego teraz Ludwig czekał na jego powrót pomimo czającego się pod powiekami zmęczenia.
Nareszcie biała głowa starszego Beilschmidt'a ukazała się w wejściu do salonu, a zaraz za nią reszta wymiętej, chwiejącej się na nogach postaci.
- Öst...
- Weź nie zaczynaj... – jęknął Gilbert pokonując o własnych siłach kilka kroków i rzucając się ciężko na sofę – Nie praw mi kazania o drugiej rano na temat zalet abstynencji.
Miał potwornie pogniecione ubranie i ślad szminki na kołnierzyku. W dodatku krzywo zapiął koszulę.
- Dobrze – zgodził się Ludwig – Chciałem tylko zapytać, jak się czujesz?
- Mam już dość – odparł kwaśno albinos – od miesiąca, kiedy tylko dzwonisz albo mnie odwiedzasz, pytasz wyłącznie o to samo. To zaczyna być nudne, wiesz?
- Ale dla mnie jest to najważniejsze.
Prychnął głośno. Nie wyglądał na kompletnie pijanego. Najwyżej trzy piwa w barze, a to za mało żeby Gilbert skacowany skompromitował się na zebraniu Rady.
- Ważniejsze niż ratowanie portfeli tych bubków z południa i pilnowanie by nasi kochani koledzy z landów nie oskalpowali Silesii?
Ludwig zmarszczył brwi na tę ostatnią informację.
- Tak.
- Rany! Popatrz na siebie! – albinos rozłożył się na całą długość i szerokość sofy – Stałeś się zwykłym urzędasem jakich pełno. Spotkania, papiery, podpisy. Administrujesz firmą, która stoi w miejscu.
- Kraj to nie firma.
- Tak mówisz? – przekrzywił głowę – To dlaczego o tym zapomniałeś?
- Chcesz mnie po pijaku polityki uczyć? – zirytował się Ludwig.
Miał przeczucie, że jeśli nastrój jego brata utrzyma się do rana, spotkanie przedstawicieli Unii będzie można zaliczyć do kataklizmów pierwszej kategorii.
- Myślę, że nasz podręczny okularnik mnie wyprzedził – powiedział z namysłem Gilbert – Łeb mi pęka...
- Jeśli źle się czujesz, możesz zostać w Berlinie.
- Nigdy w życiu! – ta propozycja natychmiast otrzeźwiła Prusaka – Nie pozwolę, by Łukasiewicz wchodził sam z tobą na salony.
- On jest niegroźny – Ludwig prawie się roześmiał na przewidywalną reakcję brata.
- Ta... tylko stworzył mi państwo w państwie.
- Proszę, przestańcie choć przez pięć minut obaj mówić o wojnie.
- Mogę mówić o bałaganie, który mam teraz na Mazurach. Wiesz, że praktycznie walę głową w mur? Wszędzie układy i znajomości, a to, co powinno być ważne, nie liczy się. Nigdy nie widziałem takiego zaniedbania. Albo Bragiński zrobił Łukasiewiczowi pranie mózgu przez te 50 lat, albo Polaczek jest bezdennie beztroski z natury.
- Nie wtrącam się. Znasz go dłużej niż ja – Ludwig przerwał coś co zapowiadało się na dłuższą wyliczankę wad i przypadłości nowego sojusznika – Ale mam do ciebie prośbę.
Pochylił się w kierunku brata i spojrzał mu w oczy.
- Spróbuj go tolerować. Nie musisz nagle z nim się zaprzyjaźnić, ale przynajmniej nauczcie się współpracy.
- Łukasiewicz mi nigdy nie zaufa, więc nie masz na co liczyć.
- Mówisz, że coś jest niewykonalne? – Ludwig uniósł w górę brwi.
- Nie bierz mnie pod włos – ostrzegł Prusak.
- On też przez ostatnie lata raczej nie obracał się w wielkim świecie. Wyciągnij go gdzieś. Może łatwiej się przyzwyczai do tego, że znów jesteś w pobliżu.
- Tobie na tym zależy, nie mnie.
- Ale byłoby to z korzyścią dla nas wszystkich. Musimy pokazać, że jesteśmy zgranym zespołem. I tak będą nas jutro z każdej strony atakować w Strasburgu.
Gilbert pozieleniał. Przełknął powoli ślinę i opadł ponownie na poduszki. Niemiec rozumiał, że jego brat nie jest jeszcze gotów na postawienie stopy na francuskiej ziemi.
- Strasburg? Zwykle jeździcie do Brukseli. Co się stało?
- Francis dzwonił, że Beatrycze jest w szpitalu. Prawdopodobnie jakieś zatrucie. I w związku z tym organizuje z biegu spotkanie u siebie.
- Biedna laska – westchnął albinos – Lepiej jej było, jak trzymała z nami.
- Nie rzucisz się przypadkiem na Francis'a? – zapytał ostrożnie Ludwig.
Nie chciał, by Bonnefoy obraził się na nich. I tak coraz trudniej się dogadywali.
Gilbert wstał z trudem i posłał mu krzywy uśmieszek.
- Zobaczę. Muszę się z tym przespać.
Zostawił młodszego brata w salonie.
Ludwig nieco uspokojony mógł szykować się do snu. Przed samym sobą przyznawał, że wypatruje z ciekawością spotkania Gilberta z Francuzem. Chociaż brat mógł równie dobrze wziąć jego słowa do serca, zostawić Bonnefoy'a w spokoju i... komuś innemu zagrać na nerwach.
AN: Zastanawia mnie jedna rzecz. Dlaczego rozdział 6 Mega Serca jest taki popularny? Historia posuwa się do przodu, czasem wolniej, czasem szybciej, czasem zbacza na innych bohaterów, a rozdział 6 wciąż tak się ludziom podoba (albo tak bardzo się nie podoba). Ciekawe...
