Rozglądał się nerwowo, przeskakiwał wzrokiem od jednej twarzy do drugiej, nigdy nie zatrzymując się na tak długo, by wzbudzić czyjąś uwagę. Wprost przeciwnie, Toris Laurinaitis pragnął być niewidzialny. Zwykle mu się to udawało. Tylko czasem, gdy siedział przy stole obrad obok Feliksa, ten uparcie ciągnął go za język.

W obecnej sytuacji nie miał nic do powiedzenia i skrycie cieszył się, że już nie będzie musiał siedzieć na spotkaniach Unii obok Łukasiewicza. Wreszcie stare państwa Zachodniej Europy zostawiły ich w spokoju. Mógł się skupić na własnych problemach i układach z sąsiadami. Taki Holender czy Irlandczyk nie potrafiłby wyobrazić, jak to jest żyć ciągle z oddechem wschodniego wiatru na plecach i zawsze w cieniu zachodniego sąsiada; widzieć, jak ktoś, kto stał się przez lata najlepszym przyjacielem, stacza się na samo dno. Łukasiewicz nigdy nie wykorzystał wielkości i chwały Rzeczpospolitej Obojga Narodów, a jego miękkie serce i naiwność przyczyniły się do klęski ich obu.

Sto lat temu Toris zrozumiał, że nadeszła pora, by odciąć się od Polaka i podążać własną drogą. Tym razem będzie odpowiadał wyłącznie za własne błędy.

Nie chciał przygarniać chudego jak szczapa albinosa i dawać mu za dom ziemi, która nie należała ani do niego, ani do Łukasiewicza. Tak oto na dobrej wierze i krwi wyhodowali sobie w średniowieczu pruskiego wroga, który wplątał ich w niekończące się wojny, spalił ich domy i gnębił ich ludzi.

Tak samo nie chciał wysyłać do Moskwy posłów po śmierci rosyjskiego cara, kiedy to Feliks ubzdurał sobie, że uczyni z butnego Iwana Bragińskiego swojego sługę. Tamta wyprawa była początkiem ich upadku, bowiem Bragiński wyzwoliwszy się spod mongolskiego panowania nie kłaniał się już nikomu.

Toris splótł nerwowo ręce, czując, że zaczynają mu drżeć. W sali panował chłód, co nie przeszkadzało Bonnefoy'owi paradować w obscenicznie wąskich spodniach i półprzeźroczystej białej koszuli. Obejmował w pasie Langwedocję, która także miała na sobie niewiele materiału. Praktycznie nie odklejał się od niej, a wszystkie jego ruchy wskazywały, jak niepewnie się naprawdę czuje w roli gospodarza. Gdyby miał zgadywać, postawiłby na Elsę Alzację, jako osobę odpowiedzialną za przygotowanie spotkania. Stanowiła zupełne przeciwieństwo Langwedocji, ubrana w zieloną garsonkę, żadnej biżuterii, modne buty, prosta fryzura. Ze szklanką wody mineralnej w ręku rozmawiała cicho z Antoniem i Lovinem. Choć zachowywała się po francusku swobodnie, coś germańskiego pozostało w zdecydowanej linii jej ust i chłodnym spojrzeniu niebieskich oczu. Nawet Bonnefoy lubił żartować z niej nazywając Alzację zaginioną siostrą-bliźniaczką Eryka von Meklemburga.

Chwycił szklankę z wodą, by zająć czymś ręce. Nie nadawał się na obserwatora, ale musiał mieć oczy otwarte. To ważne spotkanie, nie wypadało przegapić żadnego słowa.

Z niemiecką precyzją o godzinie 10.55 drzwi do sali obrad otworzyły się, a oczy wszystkich pogrążonych dotychczas w rozmowach osób zwróciły się w ich stronę.

Ludwig Beilschmidt wszedł pierwszy, jak zwykle ani jednego pyłku na idealnie skrojonym garniturze, najmniejszego zagniecenia na niebieskiej koszuli i z gładko zaczesanymi do tyłu włosami. Jednak całą uwagę skupił na sobie idący obok niego Prusak.

Gilbert właściwie nie szedł, lecz podskakiwał balansując kulami, by nie stracić równowagi. Udawało mu się to całkiem zgrabnie. Podniósł głowę do góry i spojrzał wyzywająco na zebranych. Niech by tylko ktoś spróbował coś powiedzieć o jego stanie. Niech by się ktoś tylko wychylił. Na szczęście Carriedo przełamał złowrogą ciszę podbiegając do przyjaciela, obejmując go ramieniem i pytając o jakieś bzdury.

Ludwig przywitał się ze wszystkimi. Podchodził do każdego z przyjaznym uśmiechem na ustach, by uścisnąć rękę i zamienić kilka słów. Dołączyli do niego Edelstein i Feliks. Torisowi zrobiło się nagle bardzo smutno.

Dotychczas obecność Polaka nadawała kolorytu raczej nudnym zebraniom. Teraz jednak wyglądał jak wszyscy. Skrócił włosy i założył szary garnitur. Nawet uśmiechał się jak Germanie.

Już nikt więcej nie umieści tabliczek z ich nazwiskami obok siebie gdzieś na końcu stołu z daleka od ważnych tego świata. Łukasiewicz siedział dziś między Berwald'em i Gilbertem. Dalej Ludwig Beilschmidt blokował widok na Elsę Alzację i siedzącego za nią przygnębionego Francuza.

Kirkland splótł dłonie przed sobą i z ojcowskim wyrazem twarzy pochylił się ku Heraklesowi.

- No, Karpusi, to co masz nam dziś do powiedzenia?

: : : : : : : :

Znudzony jednym uchem słuchał wyjaśnień Greka o reformach przeprowadzanych w jego kraju. Sam miał już serdecznie dość zmian. Od 20 lat nic, tylko reformy, plany i ciągły rozwój. Nie zawsze to wychodziło jego ojczyźnie na lepsze. Ostatnio coraz częściej zadawał sobie pytanie, czy jest sens w gonieniu kolegów z Zachodu. Co z tego, że Romano jeździ Ferrari i urządza wielodniowe imprezy? Co z tego, że Tino i Berwald wymieniali między sobą najnowsze elektroniczne gadżety, o których nawet ich sąsiedzi jeszcze nie słyszeli? Alfred Jones wciąż był niespełnionym astronautą, Francis Bonnefoy doskonale orientował się w świecie mody i gwiazd, Arthur Kirkland dzielił czas pomiędzy kosmopolityczne projekty i zarabianie pieniędzy.

Czy naprawdę musiał się do nich upodabniać? Feliks już przestał im zazdrościć. Nigdy nie będzie taki jak potęgi zachodniego świata. Powinien skupić się na budowaniu szczęścia swojego i swoich ludzi.

Teraz jednak ze znudzoną miną wysłuchiwał problemów bankruta jeżdżącego Mercedesem. Ludwig i Francis czasem przerywali Grekowi zadając niewygodne pytania. Feliciano wyskakiwał co pięć minut z kolejnym głupim pomysłem na ożywienie turystyki.

A Gilbert Beilschmidt siedział obok Feliksa równie znudzony i przyglądał się swoim paznokciom. Polak w przypływie czarnego humoru pomyślał, że jego nowy sojusznik musi wciąż widzieć krew na rękach. I dobrze mu tak! Po albinosie nigdy nie dało się poznać, czy ma jakiekolwiek wyrzuty sumienia na dnie duszy, więc niech chociaż podświadomość pomęczy go trochę.

Feliks popatrzył na koniec stołu. Elizavieta miała spuszczony wzrok i złożone dłonie. Wyglądała, jakby modliła się. Albo dyskretnie pisała sms-a. Z boku Roderich Edelstein nerwowo zerkał na zegarek pewnie licząc minuty do przerwy. Oboje, tak jak on, czekali na wybuch.

- A może tak międzynarodowa reklama? Taka promocja na świecie, jakie to kraje śródziemnomorskie są fajne. Bo przecież jesteśmy fajni, nie? – ćwierkał Feliciano – Albo igrzyska sportowe dla seniorów. Starzy ludzie przecież lubią ciepło.

Feliks wyczuł ruch i ciarki przebiegły mu po plecach. Prusak przeciągnął się leniwie jak drapieżnik wybudzony z poobiedniej drzemki.

- Romano, zatkaj gębę swojemu bratu zanim się jeszcze bardziej skompromituje.

- Co?... – młody Włoch stracił wątek i bezradnie rozejrzał się wokół.

Natomiast starszy z Vargas'ów zjeżył się.

- Przynajmniej zabiera głos! W przeciwieństwie do ciebie mamy jakieś propozycje!

- Ty to nazywasz propozycjami? – Gilbert uniósł brwi.

Nie pomogła dłoń Ludwig'a ostrzegawczo położona na jego dłoni.

- Możesz pokazać coś lepszego, ty niemiecka skamielino?

Gilbert wyszczerzył zęby w uśmiechu godnym żarłacza ludojada.

- Skoro już Karpusi przesiadł się z osiołka do Mercedesa, to mógłby zainwestować w energię. Na tym się nigdy nie traci.

Bonnefoy nerwowo przełknął ślinę.

- Może sami byście się zabrali do realizacji własnych pomysłów – powiedział cicho zwracając się do Ludwig'a i zupełnie ignorując jego brata.

- Decyzja już zapadła – odparł zdecydowanym tonem Ludwig – Odchodzimy od rozwiązań atomowych.

- Mogłeś nas chociaż wcześniej uprzedzić.

- Nie widziałem potrzeby. To nasza wewnętrzna sprawa.

- A od kogo będziesz wyciągał energię, ty szwabska pijawko? – zawołał już wystarczająco rozgniewany Lovino – Od nas! Oczywiście od nas! Ty to zawsze potrafisz się ustawić, co?

- Zmieniłem zdanie – przerwał mu Gilbert – Feliciano, bądź kochany i kopnij brata tam, gdzie boli najbardziej. Zrobiłbym to z chęcią osobiście, ale siedzę za daleko.

- A... – mały Włoch otworzył szeroko usta w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia.

Elizavieta dostała ataku śmiechu, a Lovino się opluł.

- Cała Europa pracuje na dobrobyt zadufanych, spasionych kartofli! Wasze bogactwo pochodzi z naszej krwawicy, z pracy naszych rąk!

- Twoich rąk? – zagadnął pogodnie Feliks.

Uchwycił spanikowane spojrzenie Ludwig'a. Czego tu się bać? Przecież jednym z warunków ich umowy była swoboda zabierania głosu na zebraniach międzynarodowych. Czy Niemiec doprawdy łudził się, że Feliks z tego nie skorzysta? Potrafił stać z podniesionym czołem przed wściekłym Iwanem Bragińskim. Przeżył Postanie Warszawskie. Jakimś cudem wydostał się nawet z gestapowskiego więzienia.

Nie umiał siedzieć cicho i nie planował uczyć się tej sztuki w najbliższej przyszłości.

- A powiedz mi, Lovino, kiedy ty ostatnio pracowałeś? Kiedy, tak uczciwie, zrobiłeś coś używając swoich rąk? Narzekasz na Niemców, ale oni przynajmniej pracują. Narzekasz na Greków, ale nie chcesz widzieć, jak bardzo starają się przystosować do obecnej sytuacji.

- Ty masz teraz obowiązek trzymać ich stronę – wybąkał zażenowany Włoch – Stałeś się taki, jak oni.

Prusak roześmiał się, jakby usłyszał pieprzny kawał.

- Łukasiewicz? Nigdy w życiu! Ale co do Karpusi'ego to ma trochę racji – zniżył znacząco głos – A ty, Romano, uważaj, bo możesz być następny.

- To... może wrócimy do energetyki? – zaproponował Holender skutecznie odwracając uwagę zebranych od albinosa i jego pogróżek.

: : : : : : : :

W przerwie Gilbert pokuśtykał do spokojnej grupki złożonej z trzech Skandynawów i jednego Holendra. Już po chwili dało się słyszeć śmiech z tamtego końca sali. Feliks został przy Ludwig'u. Obaj częstowali się szaszłykami na ciepło i mocną kawą. Zwykle trzymał się spódnicy Elizaviety. Niestety Węgierka podjęła się w przerwie zadania udobruchania Włochów, a wolał teraz nie przebywać w pobliżu Romano.

Ludwig minimalnie się rozluźnił. Widać to było w linii jego ramion i wyrazie twarzy.

- Nie było chyba tak źle? – zaryzykował Feliks.

- Nie – Niemiec potrząsnął głową – Muszę przyznać, że przebiegło to całkiem dobrze. Ale wiesz, że nie musisz nas bronić.

- Phi! – prychnął Feliks – Jeszcze nie nastał taki dzień, bym się wstawił za Prusakiem. Jeśli nadejdzie, zaznaczę go sobie na czerwono w kalendarzu.

Podszedł do nich Edelstein. Dotknął pleców Ludwig'a, by zwrócić na siebie uwagę. Jego dłoń została tam przez dłuższą chwilę.

- Jedno muszę przyznać – powiedział wesoło – Jedzenie u Bonnefoy'a jest o niebo lepsze niż w Brukseli.

- Wiadomo coś nowego o Beatrycze? – zapytał Feliks.

Austriak potrząsnął głową.

- Eryk miał dziś odwiedzić ją w szpitalu – powiadomił ich krótko Niemiec.

- Coś szybko się pozbierał po tym, jak mu Wandzia dała kosza.

- Oficjalnie to mu nie dała kosza – odparł z wyższością Roderich – I to pewnie jego największe zmartwienie. Tak to jest z feministkami. Nigdy nie mogłem ich zrozumieć.

- Dlatego jesteś rozwiedziony – przypomniał mu Feliks szczerząc zęby od ucha do ucha.

Austriak splótł ręce na piersi w obronnym geście.

- Dziękuję bardzo, nie narzekam. Odpowiada mi obecny tryb życia.

- Nie wątpię.

Ponownie zwrócił się do Ludwig'a. Tym razem dotknął jego ramienia.

- Wiesz, że Gilbert kupił już dla was trzech bilety na pociąg? Doprawdy, nie wiem, dlaczego nie chce lecieć samolotem do domu.

Akurat Feliksowi to odpowiadało. Ostatnio nie miał zaufania do samolotów i nie czuł się dobrze w powietrzu.

- A ty nie wracasz z nami?

- Mam kilka spraw do załatwienia w Wiedniu. Powinny mi zająć najwyżej trzy dni.

- Trzeba było to powiedzieć przy Gilbercie – wtrącił Feliks.

Austriak wlepił w niego nieruchomy wzrok.

- Dla twojej wiadomości, jesteśmy z Gilbertem bardzo dobrymi przyjaciółmi.

- Ja nic nie mówię – Polak uniósł dłonie – Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. A skoro on nic nie widział przez te 20 lat, kiedy mieszkałeś w Berlinie...

Temperatura spojrzenia Roderich'a obniżyła się o kilka stopni.

- Czyżbyś ty wiedział coś więcej?

Feliks odpowiedział przepraszającym uśmiechem. Nie jego sprawa, co się dzieje w prywatnym życiu Ludwig'a, choć osobiście uważał, że obaj Germanie są zbyt przewrażliwieni na tym tle.

- Roderich – Niemiec objął go krótko ramieniem – Zapominasz, ze Feliks ma doskonały wywiad.

: : : : : : : :

Od jakiegoś czasu widział, że Toris kręci się w pobliżu ich grupy. Nie robił sobie z tego nic.

Litwin należał do skrytych osób. Rzadko zabierał głos w towarzystwie, tak jak jego dwaj sąsiedzi. Teraz chyba zebrał się na odwagę, by podejść bliżej.

Feliks dziwił się, że po niezapowiedzianej wizycie Natalii Orłowskiej kilka miesięcy temu, Toris nie poszedł w jej ślady. Był przekonany, że dawny przyjaciel i sojusznik przynajmniej podejmie próbę przemówienia mu do rozumu, serca lub sumienia, lecz Litwin go zignorował i długi czas zachowywał się, jakby byli sobie obcy.

Dobrze, niech tak zostanie. Polak nie wypłakiwał tym sobie oczu po nocach. Ich przyjaźń była już tylko cienką, prawie niewidoczną blizną po długo gojącej się ranie. Pora oddzielić historię od teraźniejszości.

- Cześć, Feliks – Toris Laurinaitis przywitał się też ostrożnie z Ludwig'iem i Roderich'em.

- Szmat czasu, stary. Co u ciebie? – zagadnął Polak przywołując z trudem na twarz sztuczny uśmiech.

- W porządku...

Jego nowi sojusznicy odsunęli się nieco dając im miejsce na prywatną rozmowę.

- To dobrze. Sorry, że nasze wspólne projekty nie wypaliły.

- Nie ma sprawy.

- Choć i tak pewnie nic by z nich nie było – dodał ciszej.

Toris nerwowo oblizał wargi.

- Słuchaj, czy to naprawdę było konieczne? – zapytał – Czy naprawdę musiałeś się sprzedawać Niemcom? Twoja sytuacja nie różni się tak bardzo od mojej, a przecież jakoś daję sobie radę.

Feliks potrząsnął głową. Zrobiło mu się smutno, uśmiech zaczął ciążyć na ustach.

- Moja sytuacja jest zupełnie inna. Nie przeżyłeś tego wszystkiego, co ja przeżyłem.

- Mi też było ciężko – odpowiedział twardo Litwin.

- Nie byłeś tam, gdzie ja byłem. Nie widziałeś tego wszystkiego, co ja widziałem. Nie wrócę tam, nigdy.

- O czym ty mówisz? – zmarszczył brwi.

- O tym, że nie potrafię żyć tak jak ty.

Feliks wziął się w garść. Wyprostował się i posłał koledze kolejny fałszywy uśmiech. Toris nigdy nie umiał poprawnie zinterpretować jego nastroju. Nigdy nie wiedział, kiedy żartuje, a kiedy popada w cynizm.

Chciał wykrzyczeć cały swój żal. Dowiedzieć się, dlaczego Litwin się od niego odsunął; dlaczego wycofywał się z każdego ich wspólnego projektu w ostatniej chwili. Dlaczego wbijał mu szpile wybierając najbardziej drażliwe sytuacje. Lecz Feliks nie zamierzał urządzać scen. Nie otrzymałby odpowiedzi na swoje pytania i byłby tylko pośmiewiskiem i bohaterem plotek do następnych obrad państw UE.

Z pogodą ducha, której nie czuł, wyciągnął do Torisa rękę.

- Ale to nie znaczy, że nie możemy wciąż być przyjaciółmi – zapewnił.

Litwin wahał się tylko ułamek sekundy. Jednak nie zdążył uścisnąć jego dłoni. Świst kuli ortopedycznej przeciął powietrze. Toris oberwał po palcach. Krzyknął z bólu i odskoczył przyciskając poobijaną dłoń do piersi.

- Łapy przy sobie, Laurinaitis – warknął Gilbert całkowicie zasłaniając swoją kościstą osobą Feliksowi widok – Ty już miałeś swoją szansę.

- Gilbert! – zawołał Feliks bardziej zaskoczony niż oburzony.

- No co? – Prusak spojrzał na niego przez ramię – Przecież mam rację.

- Nie o to chodzi!

- To burak. Inaczej nie zrozumie. Gładkie gadki zostaw dla lasek na plaży.

Feliks chciał się dostać do Torisa. Zobaczyć, czy uderzenie było tak groźne, na jakie wyglądało. Przecież, na litość boską, Gilbert mógł mu połamać place!

Jednak Toris Laurinaitis już zniknął w drzwiach odprowadzony przez Raivisa i Elsę.


AN: SasameM wspomniała, że już najwyższy czas, by Toris pojawił się w Mega Sercu. Tylko że zamiast opiekuńczego i zazdrosnego Torisa wyszedł mi zazdrosny i prawie opiekuńczy Gilbert. Hmm...