AN: Leto położyła swoje łapki na nowej książce Ciszewskiego, więc zapewne następny rozdział pojawi się dopiero kiedy skończę czytać.


Zmrużyła oczy w pełnym słońcu. Pogodny jesienny dzień zachęcał robotników do ubrania się lekko, jednak żaden nie prezentował już o tej porze roku nagiej, opalonej klaty.

Wanda Silesia zeszła z motocykla. Schowała okulary przeciwsłoneczne do kieszeni i chwilę przyglądała się wznoszonej konstrukcji. Na betonowych fundamentach powoli, ale systematycznie rosły ściany. Mężczyźni pracowali sprawnie. Czasem któryś głośno zaklął, czasem się roześmiał z żartu kolegi. Wszyscy wiedzieli, ze muszą zrobić jak najwięcej nim nastaną mrozy.

Zaczepiła jednego ze starszych robotników o Gilberta Beilschmidt'a. Zmierzył ją pełnym ciekawości spojrzeniem, a potem gwizdnął w kierunku budowy.

- Ej, Gilbert! Kobieta do ciebie!

Rozległo się więcej gwizdów, ale Silesii nie drgnęła nawet powieka. Od grupy ludzi odłączyła się jedna osoba.

Albinos zdjął rękawice i żółty kask. Otarł rękawem pot z czoła. Ledwie ją zobaczył, na jego twarzy pojawił się ten znienawidzony, perfidny uśmieszek.

- Witam szanowną panienkę. Czym mogę szanownej panience służyć?

Oparł się o błotnik stojącej obok motocykla zakurzonej ciężarówki. Jego ubranie miało ten sam nieokreślony kolor. Z daleka śmierdziało smarem i cementem.

- Nie używasz już kul – zauważyła lekko zaskoczona Silesia.

Spodziewała się, że Prusak będzie kuśtykał przynajmniej do świąt, potem złamie nogę na lodzie, co go bezpiecznie unieruchomi do końca zimy.

- Krępowały moją osobowość.

Racja, brat Ludwig'a miał wyolbrzymione pojęcie indywidualizmu. Pewnie zignorował polecenia swojego lekarza. Nie jej sprawa. Silesia chętnie widziałaby go przykutego do łóżka przez następne 20 lat.

- Co tutaj robicie? – zagadnęła próbując wybadać jego nastrój.

Perfidny uśmiech ogarnął pół twarzy.

- Spalarnię śmieci.

- W szczerym polu?

- Przecież nie wybuduję jej pod samym miastem. Ludzie będą narzekać na smród i dym nawet jeśli założę najlepsze filtry. Wiesz, ile musiałem zapłacić ekologom by siedzieli cicho?

Wanda wytrzeszczyła oczy.

- Przekupiłeś ekologów?

Prusak zaczął nonszalancko obserwować swoje brudne paznokcie.

- Cóż, widać kilkadziesiąt hektarów wysypiska jest bardziej ekologiczne. Za postawienie tego pod Allenstein inwestor zapłaciłby dwa razy tyle.

- Olsztyn – Wanda uparcie przypomniała mu.

- Słucham?

Głupia mina w wykonaniu Gilberta Beilschmidt'a wyglądała bardzo nieprzekonująco.

- Olsztyn, nie Allenstein.

W sekundzie, gdy kąciki ust Prusaka nieznacznie drgnęły, wiedziała, co będzie dalej. Każda z nich zareagowałaby tak samo słysząc nazwę tego miasta.

Niestety Gilbert uwielbiał im grać na nerwach.

- Danzig.

- W twoich snach! – prychnęła.

Albinos wyprostował się i nagle dwa kroki bezpiecznej przestrzeni dzielącej ich przestały istnieć.

- Wierz mi, Wando – powiedział cicho patrząc jej w oczy – Ja mam bardzo bujną wyobraźnię.

- Więc przypomnę o tym Marysi – wycedziła.

Pomerania zawsze była dla niej młodszą siostrą. Nieco naiwną, często zastraszaną, ale o sercu ze złota. Jej kłopoty uruchamiały instynkt opiekuńczy Silesii, choć nigdy nikomu się do tego nie przyznała.

- Proszę bardzo. Czuję, że przy odrobinie perswazji chętnie oddałaby połowę wybrzeża.

- Trzymaj łapy z daleka od niej – ostrzegła grobowym głosem.

Stali teraz tak blisko siebie, że od zapachu cementu zaczął ją swędzieć nos.

- Przecież jej tu nie ma – powiedział Prusak jeszcze bardziej zniżając głos – Poza tym to nie ona, ale ty przejechałaś specjalnie do mnie taki kawał drogi ze Śląska, ubrana jak ze snu sado-maso każdego porządnego Niemca.

Wanda nie wytrzymała. Chwyciła go za kołnierz jednocześnie przyciągając bliżej. Ich nosy niemal stykały się.

- Wyrwać ci język, czy jaja? Jak myślisz, co będzie bardziej bolało?

Nienawidziła takiego podejścia mężczyzn do kobiet. Już nie byli władcami wszechświata, tylko ten fakt wciąż nie docierał do ich zakutych łbów.

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem testując siłę woli przeciwnika. Coś się zmieniło w czerwonych oczach Prusaka. Ulotnił się lekki nastrój i chęć do chamskiego flirtowania. Uśmiech zniknął z jego twarzy zastąpiony przez coś zimnego i twardego.

Zacisnął kościste palce na jej dłoni. Odruchowo puściła jego kołnierz.

Roderich Edelstein uważał się za honorowego mężczyznę. Nigdy w życiu nie uderzył kobiety. Ludwig Beilschmidt twierdził, że jest praktycznym człowiekiem. Jeśli ktoś go atakował, bronił się i płeć atakującego nie miała dla niego znaczenia. Gilbert był zupełnie inny. Wystarczył cień zagrożenia, by oberwać. I nie liczyło się dla niego, czy podejrzenia okazały się później zgodne z prawdą, czy nie. Jeśli Gilbert kogoś bił, nigdy nie przepraszał i nigdy nie żałował.

- Po co tutaj przyjechałaś?

Nerwowo przełknęła ślinę.

- Mój najlepszy przyjaciel potrzebuje pomocy...

Prusak błyskawicznie znalazł się przy jej motocyklu zapominając o kłótni. Pochylił się nad obudową silnika.

- Chyba ma depresję, choć bardzo stara się to ukryć... – zaczęła, ale zachowanie starszego Beilschmidt'a wprawiło ją w konsternację – Co ty robisz?

- Mówiłaś przecież, że...

- Och, do ciężkiej cholery! Czy wy myślicie tylko o cyckach i maszynach?

- West chyba ostatnio nie myśli o cyckach.

- Nieważne... – machnęła ręką nie chcąc wdawać się w szczegółowe wyjaśnienia – Chodzi mi o to, że... No, kurde!...

Gilbert uniósł w górę brwi. Uśmieszek satysfakcji znów tańczył mu na ustach.

- Wanda Silesia zapomniała języka w gębie?

- Wyciągnij gdzieś Feliksa – wyksztusiła czując się głupio.

Z taką elokwencją raczej świata nie podbije. Wanda w duchu usprawiedliwiła brak słów adrenaliną wciąż krążącą we krwi i zwyczajnym wstydem. Feliks potrzebował odmiany, nowej twarzy w otoczeniu, nowych tematów do rozmowy. Politycy zarzucali mu brak patriotyzmu, zaprzedanie się obcym. Widziała, że dopadły go wątpliwości, a wątpiący Polak to słaby Polak. Nie mogli sobie teraz pozwolić na taki luksus.

Gilbert powrócił do podpierania ciężarówki. Schował dłonie w kieszeniach i popatrzył na nią kpiąco.

- Chętnie wyciągnę go w sam środek lasu. Potem zamknę w szopie i dopilnuję, by zabarykadować wszystkie wyjścia.

Silesia znów miała ochotę złamać mu nos.

- W bajce o Jasiu i Małgosi zagrałbyś wilka – powiedziała z przekąsem.

Niestety nawet ta uwaga nie zbiła go z tropu.

- W bajce o czerwonym kapturku skończyłabyś jak czterdziestu rozbójników.

Skopiowała pozę albinosa i oparła się o motocykl. Nie podobało się jej, gdy ktoś podejrzany kręcił się wokół maszyny. A Gilbert Beilschmidt był bardziej niż podejrzany.

- To jak? Zabierzesz go do miasta?

- To ma być prośba?

- Ludwig powiedział, że powinniśmy się bardziej integrować.

- Chętnie zintegruję się z Pomeranią.

Silesia zgrzytnęła zębami i wsiadła na motocykl bez słowa pożegnania. Cóż, jak widać z Prusakiem wciąż nie dało się normalnie porozmawiać.

: : : : : : : :

Bycie pupilkiem kanclerza, mimo licznych sytuacji przyprawiających o wyrzuty sumienia, miało też swoje zalety. Jedną z nich była możliwość sprowadzenia w każdej chwili szofera i czarnej rządowej limuzyny za pomocą jednego telefonu. Ludwig zyskał czas, by ochłonąć i jeszcze raz przeanalizować zebrane przez Łukasiewicza dane. Nic nie wskazywało na fałszerstwo, czy zwykłe wprowadzenie w błąd. Polak umiał dokopywać się do ciemnych sekretów historii równie sprawnie jak ta Żydówka Ariel. Mogło to w przyszłości okazać się przydatne, choć na razie wywoływało jedynie ból głowy.

Eryk von Meklemburg był mężczyzną o bardzo bujnej i niejasnej przeszłości. Po zjednoczeniu Niemiec Ludwig dał mu szansę na wyjawienie prawdy i obdarzył zaufaniem, jak wszystkich współpracowników z odzyskanych landów. Meklemburczyk tę szansę zmarnował.

Posiadłość wyglądała bardzo dostojnie. Wybudowano ją na uboczu dwa wieki temu, kiedy już mieszkanie w zamkach przestało być modne. Stare dęby osłaniały ją przed ciekawskimi oczyma. Całe wschodnie skrzydło porastał bluszcz i czerwone wino. Podpełzało aż do okien drugiego piętra. Z daleka wydawało się, że ta część budynku stoi w ogniu.

Koła limuzyny zaszurały na wysypanym tłuczonymi kamieniami podjeździe. Niemiec chwycił swoją teczkę i wysiadł. Nie planował zabawić długo w rezydencji von Meklemburga.

Gospodarz wyszedł mu na spotkanie. Dobrze ukrywał zaskoczenie. Nie silił się na uśmiech, który w jego sytuacji wyglądałby nieszczerze.

- Ludwig'u, co cię sprowadza tak nagle? – uścisnął mu na powitanie rękę.

- Musimy poważnie porozmawiać – odpowiedział cicho Niemiec.

Szatyn ujął go za ramię i poprowadził do domu.

- Przy kawie czy przy brandy? – zapytał powoli Eryk, gdy milczący lokaj odbierał od jego gościa płaszcz i szalik.

- Szczerze mówiąc to nie mam dziś ochoty spożywać czegokolwiek pod twoim dachem.

Gabinet Meklemburczyka wyglądał jak biblioteka. Dwie ściany od podłogi po sufit zapełniały książki z rożnych epok pisane w rożnych językach.

Eryk rozkazał służbie, by im nie przeszkadzano. Ludwig rozsiadł się w fotelu i uważnie obserwował język ciała kolegi. Szatyn wydawał się spięty, choć nie znał powodów tej wizyty. Usiadł po drugiej stronie ogromnego, mahoniowego biurka w każdej chwili gotów zerwać się na nogi.

Młody Beilschmidt pochylił się do przodu i wbił w niego zimne spojrzenie niebieskich oczu. Wiedział, że potrafi wyglądać groźnie i wzbudzać strach. Nauczył się tego od mistrza.

- Eryku, powiedz mi, co zrobiłeś Beatrycze la Mar.

Meklemburczyk drgnął i uciekł na moment wzrokiem w bok.

- Byłem u niej z wizytą. N...nie rozumiem, co insynuujesz.

- Beatrycze zapadła w śpiączkę po tym, jak ją odwiedziłeś.

- To... doprawdy smutne...

- Raczej żałosne – stwierdził Ludwig.

Gdy arystokrata spojrzał na niego pytająco, postanowił przejść do ataku.

- Twoje tłumaczenie jest żałosne. Byłeś w szpitalu wczesnym popołudniem. Przyniosłeś Beatrycze bukiet herbacianych róż i pudełko czekoladek. Nikt inny jej później nie odwiedzał. O północy była już nieprzytomna. Mam kontynuować?

- Nie widzę związku... – Eryk wciąż się bronił.

- Módl się, by przeżyła następną dobę i żeby Bonnefoy'owi nie przyszło do głowy zbadać tych czekoladek na obecność toksyn.

Meklemburczyk opuścił ramiona w geście bezradności.

- Miała tylko poczuć się słabo. Nie przypuszczałem, że reakcja będzie aż tak gwałtowna...

Ludwig zamknął oczy i pochylił się do tyłu. Miał wrażenie, że pod stopami otworzyła się bezdenna otchłań. Jeden krok i zapadnie się nie pozostawiając po sobie śladu. Musiał rozegrać to stanowczo i ostrożnie.

- Dlaczego?

Eryk zaczął wiercić się w fotelu. Cała fasada dobrego gospodarza legła w gruzach.

- Chciałem ciebie odciążyć.

To były ostatnie słowa, jakich spodziewał się po arystokracie. Zaczął mu się przyglądać uważnie.

- Widzę, co się ostatnio dzieje wokół Niemiec. Rozzłościłeś Bragińskiego zagarniając Polskę dla siebie. Poza tym raczej nie skakał z radości na wieść, że twój brat przeżył wojnę – kontynuował Meklemburczyk – A do tego masz całą Unię na głowie. Bonnefoy nie ma żadnego pomysłu na ratowanie sytuacji, ale sprzeciwi się tobie wyłącznie dla zasady.

- Więc podtrułeś Beatrycze, żeby odwrócić jego uwagę – wymruczał z niedowierzaniem Ludwig.

Nigdy nie posądziłby swoich podwładnych o taką bezwzględność. Wymówka wydawała się szczera, a już na pewno patriotyczna.

- Jest gdzieś na to jakieś lekarstwo? – zapytał cicho.

- W Instytucie Max'a Planck'a w Monachium... Mam zaaranżować przekazanie? – Eryk patrzył na niego z nadzieją licząc zapewne na rychłe ułaskawienie.

Ludwig miał jednak co do niego inne plany.

- Saara się tym zajmie. Już pokazałeś, że subtelność nie należy to twoich mocnych stron. Powiedz mi tylko, dlaczego Beatrycze a nie na przykład Natalia?

- Ty chyba żartujesz! – gospodarz zerwał się z fotela i podszedł do okna – Orłowska nienawidzi mnie i nigdy nie przyjęłaby z moich rąk żadnego prezentu. A Bragiński jest z nią równie mocno emocjonalnie związany, co z Eduardem. Poza tym, gdyby się dowiedział, zabiłby mnie.

- Och, z pewnością jakoś byś się wykręcił. Raz już to przecież zrobiłeś – powiedział Niemiec.

Arystokrata obrócił się i splótł ręce na piersiach. Po jednej celnej uwadze wydawał się być kompletnie zdruzgotany. Pochylił głowę kryjąc oczy w cieniu ciemnych loków.

- Wiem o wszystkim – dodał Ludwig.

Eryk, o ile to możliwe, jeszcze bardziej się skulił.

- Kto?

- Feliks – odpowiedział krótko.

W pomieszczeniu rozległ się suchy, podbarwiony rozpaczą śmiech.

- A ty uwierzyłeś w dobre intencje Polaczka! Skąd wiesz, że nie chce nas skłócić? Kiedy Niemcy były rozbite, on rósł w siłę.

- Od 500 lat wyłącznie traci.

- Europa – von Meklemburg zakreślił ręką w powietrzu okrąg – to system naczyń połączonych – Władza i prestiż przepływają z jednego miejsca w drugie. Z Rzymu do Konstantynopola, z Amsterdamu do Londynu, z Francji Ludwika XIV do II Rzeszy. Zawsze tak było.

- Teraz wszyscy jesteśmy słabi – odparł Ludwig – Dałem ci szansę na rozliczenie się z przeszłością, a ty mnie oszukałeś.

- A co by ci dała ta wiedza? To zamknięty rozdział w moim życiu.

- Kiedy patrzę na to, co zrobiłeś w Belgii, mam wątpliwości. Stasi stosowało identyczne metody.

- Mossad i CIA nadal je stosują. Czy ktoś potępia Jones'a?

- Połowa Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Eryk usiadł ponownie za biurkiem i potarł nasadę nosa. Gest ten oznaczał nasilający się ból głowy, ale Ludwig nie miał zamiaru dbać o komfort psychiczny nierzetelnego podwładnego. Dobrze, że ukrył Gilberta przed światem. Dobrze, że tylko kilka osób wiedziało, że przeżył wojnę i gdzie przebywał.

- Ja tylko przekazywałem informacje – powiedział cicho Eryk – Nigdy nikogo nie zabiłem...

- To się jeszcze okaże – rzucił Ludwig.

Wstał i podniósł swoją teczkę.

- Roderich niedługo jedzie do Moskwy na premierę nowego przedstawienia baletowego. Oczekuję, że będziesz mu towarzyszyć. Odśwież w pamięci wszystkie sztuczki z czasów Stasi. Przydadzą ci się.

- Nigdy w życiu nie pojadę do Moskwy! To samobójstwo! – zawołał rozpaczliwie Meklemburczyk.

Ludwig miał już dość narzekania i kwestionowania jego poleceń. Oparł dłonie na biurku gospodarza.

- Jeśli tego nie zrobisz, zastosuję areszt domowy do odwołania. Żadnych kontaktów ze światem zewnętrznym. I poinformuję o wszystkim Wandę Silesię. Powinna wiedzieć, z kim się zadawała przez ostatnie 20 lat. Zastanów się jeszcze i skontaktuj z Roderich'em w sprawie szczegółów.

: : : : : : : :

Pogrążał się w coraz czarniejszych myślach. Podatki, zamieszki w Warszawie, kryzys, zamieszki w Krakowie.

Dla odmiany wujaszek Wania siedział podejrzanie cicho.

Tymczasem Ludwig kazał mu się przygotować do podróży. Za tydzień leciał na coroczne zebranie państw należących do Rady Bezpieczeństwa ONZ i zabierał Feliksa ze sobą.

Polak zaczynał uważać ten zapis w ich umowie za poważny błąd. Młody Beilschmidt był do bólu wierny przepisom. Ciągnął go na każde spotkanie – od Cannes po Pekin. Feliks miał po dziurki w nosie chodzenia w garniturze i chowania się za plecami Niemca na widok uśmiechniętego Bragińskiego.

Na podwórku rozległ się warkot. Jakaś maszyna błysnęła światłami po oknach i zakręciła przed progiem.

Feliks wstał zza biurka i przetarł oczy ze zdumienia. Pod jego domem stała najprawdziwsza „mydelniczka". Trabant miał oryginalny kanarkowo-żółty lakier i wyłupiaste reflektory. Całości dopełniała powycierana figurka pieska kiwającego łepkiem przymocowana do deski rozdzielczej i tęcza miniaturowych flag podczepiona nad przednią szybą. Silnik mruczał cicho na luzie.

- Ej, Łukasiewicz!

Kierowca stał obok wehikułu czasu i darł się, ile mu sił w szwabskich płucach starczyło.

- Łukasiewicz! Rusz dupę!

Feliks rozjuszony z trzaskiem otworzył okno. Zimne powietrze natychmiast uderzyło go po twarzy.

- Czego?

- Wyskakuj z tej swojej szopy. Jedziemy.

Psy najbliższych sąsiadów zaczęły szczekać. Pół wioski na pewno stało teraz w oknach i nasłuchiwało ich krzyków.

- Nigdzie z tobą nie jadę, kretynie!

- Jak się nie ruszysz w ciągu minuty, to ci zaraz zrobię Blitzkrieg!