AN: Realny świat mnie dopadł i nie wypuszczał przez trzy miesiące, ale myślę, że następne rozdziały powinny pojawić się nieco szybciej.
Podróż zajęła pół godziny. Feliks przezornie nie zabierał głosu. Gapił się na ruchomą główkę pieska przylepionego do deski rozdzielczej i tylko jedno pytanie nie dawało mu spokoju.
Nie, wcale nie chodziło o to, dlaczego Beilschmidt wyciągnął go z domu i dokąd jedzie w ciemną noc. Nie ciekawiła go ta nagła potrzeba bratania się z narodem polskim, jaką zdawał się odczuwać Prusak, ani też całkiem możliwy mentalny kataklizm, który ten białowłosy idiota musiał przeżyć, zanim usiadł za kółkiem.
Wybór piosenek w odtwarzaczu pasował jak ulał do kierowcy. Po prawie optymistycznym „Hurra, wir leben noch" nastąpiło przepełnione mrocznym fatalizmem „Du du hast du hast mich". Składankę germańskich przebojów zakończyło słodkie do bólu „I am from Austria". Feliks doszedł do wniosku, że Gilbert albo jest masochistą, albo boi się zasnąć za kierownicą. Łucja także wybierając się w dłuższą trasę nastawiała radio na podnoszącą ciśnienie audycję.
Wreszcie dojechali do pierwszej większej knajpy dającej pozory anonimowości, gdzie polewacz drinków nie znał na pamięć adresów wszystkich żulików i numerów telefonów wszystkich małolat udających zawzięcie osiemnastki.
Zemsta Honeckera wyglądała cudacznie między używanymi białymi BMW i równie używanymi błyszczącymi czarnym lakierem audicami.
I wtedy to Polak nie wytrzymał.
- Ty, Gilbert, powiedz mi, dlaczego trabant?
Albinos odwrócił się w drzwiach tancbudy i posłał mu spojrzenie cierpiętnika.
- No, dlaczego na przykład nie BMW? – drążył Łukasiewicz.
- Bo West nie dał mi kasy na nowy, porządny, niemiecki samochód – wycedził przez zęby Prusak i bez ostrzeżenia wepchnął go do środka.
W knajpie snuł się dym i śmierdziało alkoholem. Atmosfera była nieruchawa, bo tego typu przybytki ożywają dopiero w sobotnie wieczory. Mimo to zebrało się trochę ludzi.
- Nie gadaj, że Ludwig czegokolwiek ci poskąpił – odparł Feliks.
Wdrapał się na stołek przy barze i mrugał oczami starając się przyzwyczaić do skromnego światła.
Nad rzędami szklanek i butelek z alkoholem wielka plazma mrugała znajomymi obrazkami kablówki równie idyllicznie, co światła dyskotek z lat osiemdziesiątych.
Prusak zajął miejsce obok i szybko zamówił dwa piwa.
- Mówimy o Niemcu w czasach kryzysu – poinformował Feliksa gorzkim tonem, po czym jednym haustem opróżnił pół kufla, jakby ten fakt przygnębiał go nieznośnie.
- Jakoś ten Niemiec nie oszczędzał na niczym, by odzyskać twój dom.
- I to w dodatku z dobrodziejstwem inwentarza – prychnął albinos – Słuchaj, miałem do wyboru albo fioletowego volkswagena polo albo trabanta.
Feliks podniósł kufel i upił pierwszego łyka.
- Faktycznie, żadne wyjście.
Wszyscy w Europie wiedzieli, że Ludwig Beilschmidt lubi oszczędzać dla samego oszczędzania. Feliks, gdy już zbierał pieniądze, to na coś. Na lepszy zamek do drzwi, na komputer, na opał dla gminnej szkoły, albo na najbliższą stację pogotowia, by mieli za co paliwo kupić.
- Chociaż z drugiej strony pomyśl, ile można przy nim zrobić – zamyślił się – Tuning, podrasowanie silnika. Jak by tak wstawić koła od terenówki, na dachu halogeny i porządne zderzaki z przodu…
Tymczasem Gilbert zawiesił wzrok na trzech wielce obiecujących dziewczynach. Ładnie ubrane i rozchichotane siedziały przy stoliku niedaleko. Zapewne świętowały urodziny jednej z nich.
- A skoro już jesteśmy przy zderzakach…
- Nawet o tym nie myśl – potrząsnął głową Polak – Nawet nie myśl, że możesz o tym myśleć.
Odpowiedział mu bezczelny uśmiech.
- Dwie dla mnie, jedna dla ciebie.
- Boże… - Feliks przewrócił oczyma i spojrzał na sufit.
- Tak też mnie nazywają. Zwykle zaraz potem dodają coś w stylu „o, tak!", „jeszcze, mocniej…" – albinos podrapał się w głowę – Ale wolę, jak to mówią jakieś zgrabne laski, a nie pierwszy lepszy wymoczek.
- Nie masz odrobiny przyzwoitości.
- Ani trochę – zgodził się.
Potrafił zawrócić w głowie kobietom, które szukały towarzystwa na jedną noc i doskonale zdawał sobie sprawę z własnych atutów. Feliks nie zamierzał się zniżać do jego poziomu.
- Jesteś oderwany od rzeczywistości – Gilbert z rozmachem dopił piwo – Powinieneś zacząć się integrować z własnym narodem. Uczulić się na jego wewnętrzne potrzeby. Otworzyć serce.
- Obłapianie się w męskim kiblu nie ma nic wspólnego z integracją.
Prusak zaniósł się okropnym śmiechem i klepnął Feliksa po plecach.
- Więc siedź tutaj i oglądaj reklamy jak ten za pięć złotych.
Jakie to typowe. Po minucie śmiech albinosa dało się słyszeć od stolika dziewczyn. Polak przygarbił się i przywołał barmana.
- Daj pan coś czystego i mocnego.
Skoro już miał siedzieć w barze sam, to przynajmniej mógł się napić.
Gilbert wrócił godzinę później w koszuli przewróconej na lewą stronę i z rozanielonym uśmiechem na ustach, jakby co najmniej złapał Pana Boga za piętę i go połaskotał. Zanim wpakował się na stołek, uwiesił się całym ciężarem na Polaku prawie zwalając go na podłogę.
- Niedobrze mi – skrzywił się Feliks czując od niego zabójczą mieszaninę papierosów i damskich perfum.
Brwi albinosa uniosły się w górę.
- Po jednym piwie i dwóch wódkach z lodem?
- Niedobrze mi na twój widok.
- Ej! Byłem uczciwy. Chciałem się podzielić. Nie moja wina, że postanowiłeś być dzisiaj uosobieniem cnoty i moralności.
Gilbert wykonał dwa obroty na swoim stołku. Feliks łypnął na niego spode łba. Uosobienie cnoty? Akurat!
- Nikt ci nie mówił, że masz ADHD?
- A jak się to przenosi?
Niemal zagotował się na lekceważącą odpowiedź.
- Kiedy się urodziłem, nie wymyślono jeszcze czegoś takiego. Niegrzeczni chłopcy byli po prostu… - albinos sugestywnie zniżył glos - … niegrzeczni.
- Więc stary Germania lał cię za mało pasem.
- W przeciwieństwie do ciebie nie muszę usprawiedliwiać swoich niepowodzeń ogólnoświatowym spiskiem.
- Choć masz równie dużo powodów – zauważył cierpko Polak.
- Chyba za mało wypiłeś.
Po kolejnych wysokoprocentowych drinkach otoczenie wyglądało bardziej przyjaźnie i nawet Prusak wydawał się sympatyczny, choć trzeźwy jak zimowy poranek. W telewizorze nad barem po kwadransie reklam pojawiły się wiadomości sportowe. Relacja z otwarcia jednego ze stadionów. Obaj podnieśli w górę wzrok.
- Nie szkoda ci? – zapytał całkiem poważnie albinos celując szklanką w ruchomy obraz – Przez całą tę naszą aneksję straciłeś mistrzostwa.
Feliks wzruszył ramionami. Tego żałował najmniej. Jego drużyna i tak by się nie popisała, a koszty imprezy ciągnęłyby się za nim latami. Chciał jedynie odnowić przyjaźń z Ukrainą i organizacja mistrzostw wydawała mu się wtedy znakomitym pretekstem. Niestety Katiusza pozostawiła sprawy organizacyjne podwładnym.
- Jekaterina może je sobie sama urządzać. Myślę, że się jej uda. W końcu ma warunki…
- Och, tak. Katiusza i jej dwie piłki. To prawda, że z nimi rozmawia? Słyszałem, że nadała im imiona.
- Zmieniłbyś wreszcie temat.
- Przecież rozmawiamy o sporcie – Prusak wykrzesał z siebie najbardziej niewinną minę, na jaką może sobie pozwolić facet ze śladami szminki na kołnierzu.
Pewnie uważał to za dobry dowcip, ale Feliksowi zrobiło się smutno. Żal ścisnął serce. Chciał, by Katiusza uśmiechała się do niego jak kiedyś, kiedy był dla niej najwspanialszym facetem na świecie. Teraz rozdarta w wiecznym niezdecydowaniu między wschodem a zachodem już nie liczyła na pomoc dawnych bohaterów. Żyła z dnia na dzień i nie łudził się, że w najbliższym czasie wykrzesa na tyle odwagi, by przeciwstawić się bratu. A Iwan… Iwan traktował rodzinę jak swoją własność.
- Żal… żal za dziewczyną… za zieloną Ukrainą… - zamruczał pod nosem – Żal…
Pamiętał jeszcze jak echo zaczęło powtarzać słowa piosenki. Potem była „Głęboka studzienka" i eks-chłopak jednej ze znajomych Gilberta. Chłopak niestety nie wiedział, że jest już eks, ale miał przekonywujące poparcie ze strony trzech kumpli. Gdy zaczęli oni przedstawiać twarde argumenty, Polakowi urwał się film.
: : : : : : : :
- Wy moczymordy jebane! Wstawać! Sukinsyny dwa pier….
Głos Wandy wwiercał mu się w mózg z siłą i finezją urządzenia do wydobywania gazu łupkowego. W ustach czuł watę. Sklejone powieki nie chciały się otwierać.
Wanda zaczęła kopać w drzwi i drzeć się, jakby co najmniej wybuchła wojna. I ta myśl całkowicie obudziła i otrzeźwiła Feliksa Łukasiewicza. Usiadł gwałtownie na skrzypiącym rozkładanym łóżku i zlustrował nieznane pomieszczenie. Z boku starszy Beilschmidt przecierał oczy i gramolił się spod koca. Byli w jakiejś melinie, do której zapewne trafili późną nocą zdawszy sobie sprawę, że żaden z nich nie posiada na tyle rozwiniętej koordynacji wzrokowo-ruchowej, by wsadzić kluczyki do stacyjki trabanta.
Feliks otworzył drzwi pragnąc przede wszystkim powrotu ciszy. Po chwili znalazł się w objęciach histeryzującej Wandy Silesii. Stanowiło to niezwykle rzadkie i niepokojące zjawisko. Ślązaczka na co dzień była babą ze stali i kamienia.
Potrząsnęła nim, zapewne żeby sprawdzić, czy nie poluzowały mu się klepki. Dało to odwrotny efekt wywołując tępy ból pod czaszką.
- Och, Feluś! Nic ci nie jest?
- N… nie… - wydukał – Co się dzieje?
- Ty cholerny skurwysynie, ty… Ze wszystkich wieczorów musiałeś wybrać akurat ten, by się schlać!
- Ale za to „Szła dzieweczka do laseczka" jest dziś przebojem wszystkich okolicznych dyskotek – powiedział Gilbert.
Dopiął koszulę i przeczesał ręką włosy. Silesia warknęła. Prusak skrzywił się dotykając rozciętej wargi i posłał jej zimne spojrzenie.
- Jeśli Bragiński nie siedzi właśnie w Pałacu Namiestnikowskim z dziesięcioma oddziałami Specnazu, to chyba nie ma powodu do paniki.
- Wandziu? – zapytał ostrożnie Feliks.
Ślązaczce błysnęły łzy w oczach.
- Och, ty idioto… Twoja chata przez noc poszła z dymem.
- Co?..
- Łucja jest już na miejscu. Rozpytuje ludzi. Może ktoś coś widział.
Jego myśli zatrzymały się gwałtownie w jednym miejscu. Od pół wieku nazywał je domem. Przez lata ściany nasiąkły wspomnieniami, dobrymi i złymi. Na półkach przybywało książek, w albumach zdjęć, a w kuchni zapachów. I nagle wszystko zostało przekreślone. Już nie będzie kawy w ulubionym kubku, szalika, który dostał w prezencie od kolegi po meczu z Anglikami, płyty gramofonowej z dedykacją na okładce od piosenkarki, której usta zamilkły dawno temu. Nie będzie koni galopujących w porannej mgle na obrazie, który przetrwał najstraszniejszą z wojen. Zawsze, gdy na niego patrzył, odzyskiwał nadzieję i siły.
- Nie…
- Jedziemy tam – Gilbert rzucił w niego kurtką – Natychmiast.
: : : : : : : :
Takich widoków nie oglądało się zbyt często. Przynajmniej już nie w tej części świata. Resztki domu Feliksa przypominały tysiące innych domów zniszczonych podczas wojny. Zwęglone szczątki i popiół nasiąkły wodą. Rozdeptany i na wpół stopiony od ognia śnieg utworzył wokół pogorzeliska pas błotnistej brei, w której zapadały się buty. Ostatnie wozy strażackie odjechały wczesnym rankiem. Ugasili, co było do ugaszenia. Porobili zdjęcia. Teraz trzeba było uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż ustalą, co było przyczyną pożaru.
Feliks natychmiast po powrocie wypadł z samochodu i wbiegł w sam środek zgliszcz. Coś do siebie mówił, rozpaczał. Szukał czegoś między sterczącymi resztkami ścian w miejscu, w którym jeszcze wczoraj znajdowała się jego mała biblioteka. Nie zważał na wszechobecny brud i swąd spalenizny.
Gilbert zatrzymał się obok niej. Tak jak Silesia patrzył na utytłanego w sadzy i smole Polaka na kolanach rozgarniającego popiół. Z jego twarzy nie dało się wyczytać nic. Nie wyglądał na zasmuconego i współczującego kolegę, ani też na odwiecznego wroga cieszącego się z ludzkiego nieszczęścia. Oczywiście Wanda nie wykluczała tej możliwości, że Prusak w głębi duszy skacze z radości i zacznie się śmiać maniakalnie gdy tylko znikną mu z pola widzenia. Tymczasem otulił się cienką, niebieską kurtką i włożył rękawiczki.
- Gdzie on jest?... Nigdzie go nie ma… - lamentował Feliks – Zginął… To niemożliwe, żeby zginął! Nie…
Łucja niespiesznym krokiem zbliżyła się do nich. Właśnie wróciła ze wsi. W puchowej kurtce i wyblakłej czapce z warkoczami z włóczki nie przypominała szykownej paniusi z wielkiego miasta. Może to i lepiej. Ludzie nie chcieliby szczerze rozmawiać z kimś kompletnie oderwanym od ich rzeczywistości.
Wanda musiała jedno przyznać swojej siostrze – umiała się dostosować do każdych warunków.
- I co? – zapytała cicho Silesia przytupując na mrozie.
- Większość sąsiadów nic nie widziała.
- Jasne…
- Ale byli tacy, co widzieli.
Słysząc to Prusak odwrócił na moment wzrok od zgliszcz.
- Dwie godziny po tym, jak Feliks pojechał z Gilbertem, wokół jego domu kręciła się kobieta.
- Aż tyle ci powiedzieli? – zdumiała się.
Była przekonana, że Łucja wróci z kwitkiem.
- Wątpisz we mnie – stwierdziła Galicja – Doprawdy, czy kiedykolwiek nie stanęłam na wysokości zadania? Czuję się źle z tego powodu. Żeby moja własna siostra…
- Okej! – Wanda uniosła w górę ręce byleby tylko uciszyć potok słów – Skończ już z tym psychologicznym bełkotem. Zdecydowanie za często bywałaś na herbatce u Freudów.
- Blondynka. Średniego wzrostu. Długie włosy. Miała na sobie długi, ciemny płaszcz – kontynuowała beznamiętnie jej siostra – Łatwo zauważyć na śniegu.
Silesia pokiwała głową.
- Co robiłaś wczoraj wieczorem? – zażartowała.
Wcale nie było jej do śmiechu, ale wolała w ten sposób radzić sobie ze stresem. Tak samo Galicja ignorowała problemy, a Maria i Feliks nurzali się w cierpieniu. Oboje nigdy nie wychodzili na tym dobrze.
Łucja splotła ręce na piersi i głośno wypuściła powietrze z płuc. Wyglądało na to, że w słowach Ślązaczki nie dopatrzyła się ironii.
- Daruj sobie. Nie jestem jedyną blondynką w okolicy.
Obie myślały o tym samym. Znały jedną kobietę odpowiadającą takiemu rysopisowi. Nie przepadała ona ani za Germanami, ani za Feliksem. Jak się zastanowić, to zależało jej tylko na młodszym bracie.
- Czy Łukasiewicz trzymał w domu ważne dane? – zapytał nagle Gilbert.
Odezwał się po raz pierwszy od przyjazdu.
- Feliks wszystko kopiuje, więc nic nie straciliśmy – poinformowała Łucja – Kopie zapasowe są u jego kolegów z Trójmiasta.
- Nie pytam o to, co my wiemy, ale o to, co oni mogą o nas wiedzieć – odparł zimno.
- Och…- wzruszyła ramionami – Musiałbyś sam go o to zapytać.
Feliks przestał się rzucać. Siedział pośrodku zniszczonego domu niczym porzucone dziecko, które wie, że nie ma po co płakać, bo i tak nikt go nie pocieszy.
- Nie ma… Nie ma… Ne ma mojego Kossaka… - powtarzał chicho – Nie ma…
Spośród wszystkich rzeczy, które utracił, żeby żałować jakiegoś głupiego obrazu. Powinien martwić się teraz brakiem dachu nad głową i cieszyć się, że nie był w środku, kiedy szalał ogień.
- Luśka?...
- Co? – odburknęła Galicja.
- Wiesz, że ostatnio mieszkam kątem u znajomych.
- Twój dom to garaż. Przyznaj się, że chcesz mi go wepchnąć.
Obie nie spuszczały wzroku z Polaka zastanawiając się, co teraz z nim będzie. Wandzie nie uśmiechało się niańczenie i pocieszanie kogoś, komu zależało na kawałku zapaćkanego płótna.
- Jestem w trakcie remontu – odparła jej siostra.
- Kto robi remont zimą?
- Ten, komu sąsiad z góry zalał mieszkanie.
- Więc go nie weźmiesz? – Wandzie było tak jakoś niezręcznie.
- Mogę wziąć za tydzień.
- Gdzie on się podzieje przez cały tydzień?
Szurnęły ciężkie buty. Gilbert zostawił siostry i wszedł między osmalone kikuty ścian.
- Łukasiewicz, ja wiem, że babranie się w brudzie to twoje hobby, ale nie lepiej by ci było robić to latem?
- Mój Kossak… Nie ma… Nie ma… - Feliks nawet go nie zauważył.
- Jeśli zaczniesz ryczeć z powodu czyichś gryzmołów, osobiście dam ci w ryj.
Groźba nie przyniosła żadnych efektów. Albinos chwycił Polaka za kołnierz i postawił do pionu.
- Jesteś prosty, albo cię prostują. Nie chcesz chyba, żebym zaczął cię prostować, co?
Popchnął go w kierunku zaparkowanego trabanta.
Gdy mijał stojące w śniegu kobiety, popatrzył na nie zimno. Silesia mogła przysiąc, że nie odezwał się, ale z ruchu warg odczytała obelgę skierowaną do nich.
Wcale nie uważała się za bezduszną sukę.
AN: Cytat z "Rozmyślań" Marka Aureliusza został tu użyty celowo i z pełną premedytacją; tak samo, jak cytaty z kilku powszechnie znanych piosenek. Nie mam praw autorskich ani do "Rozmyślań" ani do "Hetalii", ale bardzo dobrze prezentują się na mojej półce ; )
Nie czerpię też żadnych materialnych korzyści z powyższego utworu.
