Swietłana Pietrowa poprawiła w rękach torby i spojrzała z niechęcią w niebo. Pogoda tego dnia nie dopisywała. Już wydawało się, że pojawi się słońce i rozgrzeje trochę jej powoli starzejące się kości, jednak prognoza z telewizji znów nie sprawdziła się. Ciężkie chmury wisiały nad Mińskiem. Wiatr szarpał nagimi gałęziami drzew i bawił się pustymi reklamówkami rozdymając je i goniąc po ulicach. Wrony krakały żałośnie przycupnięte na gzymsie i patrzyły z wysokości dziesiątego piętra na opatulonych jeszcze po zimowemu przechodniów.

Swietłana skinęła głową znajomej, która prowadziła osiedlowy warzywniak, jednak jej myśli skupiły się wyłącznie na planowaniu obiado-kolacji dla męża. Znów pracował na popołudniową zmianę i miał wrócić dopiero wieczorem. Temperatura spadała.

Przed wejściem do jej klatki stał młody mężczyzna. Nie widziała go wcześniej w okolicy, a miała bardzo dobrą pamięć do twarzy. Był wysoki i chudy. Wyglądał na zbliżającego się do trzydziestki. Wiatr z jego ciemnych włosów zrobił dzikie gniazdo. Skórzana wytarta kurtka narzucona na śnieżnobiałą koszulę raczej nie dawała wiele ciepła. Dobrze, że przynajmniej rękawiczki założył.

Jednak nie sam wygląd przykuł uwagę kobiety. Nieznajomy trzymał w ręku bukiet dwunastu czerwonych róż. Kwiaty gryzły się z szaroburym otoczeniem.

- Pan do kogo? – zagadnęła Swietłana.

Odwrócił się i posłał jej zakłopotany uśmiech.

- Ech... Dzień dobry. Ja do Natalii przyszedłem.

- Natalii Orłowskiej?

Swietłana rozpromieniła się. Nareszcie jej sąsiadka z siódmego piętra znalazła sobie faceta i to całkiem przystojnego. Orłowska mieszkała sama, odkąd wprowadziła się do ich bloku. Nigdy nie zapraszała do siebie przyjaciół, z nikim się nie spotykała i sąsiedzi wiedzieli o niej tylko tyle, że pracuje w ministerstwie. Aż szkoda było takiej ładnej i inteligentnej dziewczyny.

Nieznajomy nieśmiało skinął głową.

- To czemu nie zadzwonicie do domofonu? Nataszka powinna już być u siebie.

- Widzi pani... – podrapał się w głowę – Nie zapowiedziałem się. Właściwie to chciałem zrobić jej niespodziankę. Wie Pani, stanąć w drzwiach z kwiatkami i w ogóle...

Swietłana rozmarzyła się, jak przystało na namiętną, wieloletnią oglądaczkę telenowel.

- To wchodźcie – zaproponowała wygrzebując z torby klucze.

Podziękowała mu za pomoc we wniesieniu zakupów na drugie piętro i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku pożegnała wsiadającego do windy mężczyznę.

: : : : : : : :

Dzwonek do drzwi oderwał ją od zalatującego nudą raportu o stanie białoruskiego rolnictwa, które jej szef uważał prawdopodobnie za najbardziej wydajne i proekologiczne na całym świecie, a może nawet i poza jego granicami. Panie Boże, chroń nas przed nauczycielami, którzy zabierają się za politykę.

Natalia roztarła bolące skronie i ponownie zgarnęła włosy w luźny kucyk by nie właziły jej do oczu. Kto mógł przyjść do niej o tej porze? Nie spodziewała się gości. Wania poleciał do Ameryki na spotkanie Rady Bezpieczeństwa ONZ, a Katiusza zawsze uprzedzała ją o planowanej wizycie.

Pozostawał jeszcze Toris. Głupiutki, wiecznie wystraszony i zakompleksiony Litwin nie potrafił przyjąć do wiadomości, że nie była zainteresowana spacerem po parku, kolacją przy świecach i trzymaniem się za rączki na ulicy.

Uchyliła drzwi, a widząc znajomą szopę ciemnych włosów wystającą zza bukietu róż, otworzyła je szerzej.

- Laurinaitis, czy ty musisz już mnie nachodzić nawet w środku tygodnia?...- urwała łapiąc rzucone w nią kwiaty.

Znajomy, szeroki uśmiech nie należał jednak do Litwina. Oto stał przed nią we własnej osobie duch, żywa śmierć o czerwonych oczach tym razem zamaskowanych błękitnymi soczewkami kontaktowymi.

- Co ty tutaj robisz? – zapytała prostując się i groźnie marszcząc brwi.

- Kurtuazyjna wizyta sąsiedzka, nic więcej – przybysz wzruszył ramionami.

Uśmiech nie tracił na intensywności, ale powoli zaczynał przypominać grymas gniewu. Natalii zrobiło się zimno. Zastawiła sobą wejście postanowiwszy, że nie wpuści wroga do swojego domu, chyba że po trupie.

- Ty odwiedzasz nas, więc to zrozumiałe, że także powinniśmy odwiedzić ciebie.

- Ja ciebie nie nachodzę na Mazurach.

- Nie wiesz, że Niemcy i Polacy to teraz jedna wielka rodzina? – zapytał ironicznie – Wystarczyło, że odwiedziłaś Łukasiewicza. Szkoda tylko, że aż tak się zapaliłaś zobaczywszy, że wyjechał.

- Zarzucasz mi coś? – wytknęła go palcem zdenerwowana – Ty?

Jak śmiał insynuować, że zrobiła coś złego? On! Intrygant i morderca, który uwikłał pół świata w największą w historii wojnę.

Uśmiech zgasł.

- Tak, ja.

Nagle chwycił ją za rękę i ścisnął mocno w nadgarstku. Wolną dłonią zakrył jej usta tłumiąc krzyk i wyciągnął na klatkę schodową.

- Posunęłaś się o rok za daleko, Nataszko – wyszeptał jej do ucha – Dogadywać się to ja się mogę z Iwanem, ale nie z takimi śmieciami jak ty.

Zatrzymał się z nią przy samych schodach. Natalia zamarła obawiając się najgorszego. Mięśnie porażone strachem odmówiły współpracy. Mogła próbować się wyrwać i zawołać pomoc lub zamknąć się w mieszkaniu. Nie zrobiła jednak nic.

Już zapomniała, jak straszny potrafił być Gilbert Beilschmidt. W pamięci pozostały wywołane przez niego wojny i dojmujące poczucie straty. Kiedyś Słowianie byli wielcy, potężni i bogaci, a jeden marny Prusak rozszarpał ich szczęśliwą przyszłość. Jego Państwo było wrzodem rozrastającym się na Europę, niszczącym spokój. W Königsbergu pojawiali się kolejni cesarze i królowie, a on niezmiennie stał w ich cieniu za tronem.

Gilbert dworzanin był jednak stworzeniem łagodnym i towarzyskim w porównaniu z Gilbertem wojownikiem. Ktoś, kto znaczną część dzieciństwa spędził w Ziemi Świętej karmiąc się okrucieństwem krucjat, patrząc na najwymyślniejsze tortury i wynalazki ułatwiające zabijanie, nie mógł pozostać normalny. Ta druga natura często dawała o sobie znać, a wtedy ktoś ginął.

- Zapewne nie masz nic konkretnego na usprawiedliwienie... – zawiesił głos.

Natalia spróbowała zaprotestować, ale z jej gardła wydobył się tylko słaby jęk.

- ... A więc możesz zamilknąć na wieki – to mówiąc popchnął ją w dół.

Przez zasłonę bólu promieniującego na całe ciało z połamanych kości widziała jeszcze jak ściąga z głowy perukę. Zszedł do niej na półpiętro. Przykucnął i ujął w dłonie jej twarz.

- Trzeba było pilnować własnego podwórka.

Do bólu wyniesionego z upadku ze schodów dołączył drugi z tyłu głowy dławiący gwałtownością. Świat pociemniał wokół. Gdy bezwładne ciało Natalii wysuwało się z poluzowanego uścisku, nie czuła już nic.

: : : : : : : :

Klimatyzacja na sali konferencyjnej działała bez zarzutu. Mimo to Feliksowi było duszno. Walczył z przemożną chęcią poluzowania krawata i pozbycia się marynarki. Marzył o wydostaniu się na świeże powietrze, najlepiej gdzieś do parku albo nad rzekę. Przez Nowy Jork musiała płynąć jakaś rzeka, tylko z głowy wywietrzała mu jej nazwa.

Wodził wzrokiem po twarzach obecnych przedstawicieli państw. Indira posłała mu mały uśmiech. Francis miał skupioną minę. Yao kiwał potakująco głową, co w jego kulturze mogło równie dobrze oznaczać, że nie zgadza się z tezami przemawiającej właśnie Izraelitki.

- Ta ziemia należała niegdyś do naszych przodków. Mamy prawo jej bronić, tak samo jak ja mam prawo stać po stronie moich ludzi. Nie możecie przyznać Palestynie statusu państwa.

- Palestyńczycy to naród jak każdy – wtrącił obojętnym tonem Francis.

Feliks przewrócił oczyma. Jak na zadeklarowanego ateistę chwalącego się dorobkiem Rewolucji Francuskiej jego kolega miał niepokojącą tendencję do przygarniania każdego opalonego imigranta, który modlił się pięć razy dziennie i używał pisma przypominającego wykres EKG.

- Palestyna nie ma żyjącej duszy – powiedziała Ariel.

Musiał przyznać, że życie w odzyskanej ojczyźnie służyło jej. Z zahukanej młodej kobiety przeistoczyła się w wytrawnego polityka umiejętnie manipulującego faktami i potrafiącego przemawiać.

- Dwadzieścia lat temu był zdaje się ktoś, kto mógł reprezentować interesy tego ludu – przypomniał wszystkim Yao.

- Więc gdzie on jest teraz? - odparowała Ariel.

Nikt nie wiedział, co się stało z przedstawicielem narodu palestyńskiego. Nawet tacy, jak oni, czasem ginęli bez wieści.

Chińczyk próbował subtelnie zdobyć większe poparcie dla własnej polityki w rejonie Bliskiego Wschodu. Tamtejsi ludzie nie przepadali zbytnio za Izraelem ani za Amerykanami i widział w tym swoją szansę.

- Uznając istnienie tego państwa skrzywdzicie mój naród. Konsekwencje waszej decyzji odbiją się echem w całym Lewancie. Poza tym – Ariel odwróciła się do niego – Od kiedy dopuszczacie wszystkie żyjące dusze do głosu?

- Gdyby kiedyś pojawili się ludzie... – powiedział powoli Yao – Za którymi nie stałyby narody, ani żadna legalna władza państwowa... Gdyby uważali, że należy im się miejsce, gdziekolwiek by nie przebywali... Z pewnością nie przywiązywaliby wagi do dobra żyjących w naszych granicach ludzi.

Atmosfera zrobiła się niezręczna. Żydówka przywołała temat Tybetu, co było Chińczykowi bardzo nie w smak. Feliks miał ochotę zaklaskać, ale nie wiedział, czy byłoby to poprawne politycznie.

Ariel miała teraz prawdziwy dom, choć otoczony uzbrojonymi nieprzyjaciółmi. Gdy w jej okna wycelowano rakiety, odpłaciła tym samym. Spór pozostawał nierozwiązany od ponad 50 lat.

Tymczasem Polak nieustannie czuł na sobie wzrok Iwana Bragińskiego. Rosjanin miał minę jak pedofil stojący w drzwiach przedszkola. Z tego powodu Feliksowi robiło się niedobrze. Jeśli Ludwig będzie nalegał, by pozostali na wspólnym lunchu tradycyjnie lekko zakrapianym alkoholem, to obudzi się rano łysy jak skinhead. Zastanawiał się już, czy namalować mu przy okazji czarnym flamastrem na czole swastykę, kiedy usłyszał z boku cichy głos.

- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, byśmy zjedli na mieście?

- Właśnie uratowałeś swoją głowę.

Niemiec popatrzył na niego nic nie rozumiejąc. To nawet lepiej.

: : : : : : : :

Następnego dnia rano Polak cieszył się znakomitym śniadaniem, którego dla odmiany nie musiał przygotowywać, ani po sobie sprzątać. Siedzieli z Ludwig'iem w hotelowej restauracji. Niemiec przeglądał miejscową gazetę, a Feliks szybko sprawdzał swoją pocztę na komórce i krzywił się popijając kawę. Wziął ją do śniadania tylko dlatego, że oferowane w menu herbaty miały kosmiczne nazwy i dziwnie wyglądały. Zapewne należały do tych ekologicznych gatunków, na które można sobie popatrzeć jak rosną, zanim zostaną przerobione na napój dla wybranych.

- Co będziesz dziś robił? – zgadnął Ludwig.

Feliks miał wolny dzień, bo zaplanowano spotkanie wyłącznie ścisłego składu Rady Bezpieczeństwa ONZ bez wszelkiej maści przydupasów i landrynkowatych pań do towarzystwa.

- Jeszcze nie wiem. Pokręcę się trochę po mieście. Obiecałem, że przywiozę coś dziewczynom.

- To może weź na zakupy Elsę.

Omal się nie opluł na tę propozycję. Przeprosił szybko i otarł usta serwetką.

- Ty mówisz poważnie?

Niemiec odłożył gazetę i popatrzył na niego wesoło.

- Feliks, jestem z ciebie dumny.

Zaskoczony odsunął się z krzesłem o pół metra przyciągając uwagę kilkunastu osób tak jak oni spożywających śniadanie. Czy aby młody Beilschmidt czuł się dobrze? Oberwał niedawno od Gilberta po głowie, ale nie wyglądało to wtedy groźnie.

- Ostatnio mieliśmy tyle stresujących sytuacji, a ty potrafiłeś zachować zimną krew. Cieszę się, że nasza współpraca wypada tak dobrze – kontynuował niezrażony zachowaniem Polaka.

Ten z niepokojem szukał w myślach przyczyn dobrego humoru młodszego kolegi.

- Spodziewałem się więcej oporu ze strony twoich ludzi i całej Europy, jednak udało się nam przezwyciężyć wiele historycznych zaszłości i to z pożytkiem dla wszystkich. Nasze wspólne państwo powoli wychodzi na prostą, ale wciąż musisz się wiele nauczyć.

Feliks nie wytrzymał:

- Ludwig, ty się dobrze czujesz?

- Właściwie tylko kilka razy czułem się lepiej – kąciki ust Niemca drgnęły w uśmiechu charakterystycznym dla człowieka spełnionego.

- Szczęściarz, normalnie... Jak szóstka w totka i Miss Polonia razem wzięte...– wymamrotał pod nosem Łukasiewicz.

- Feliks, jesteś dobrym przyjacielem, jednak strateg i dyplomata z ciebie żaden.

- Hej, przecież po to podpisaliśmy umowę – przypomniał mu.

- I dlatego teraz sugeruję, byś zabrał Elsę na zakupy – dokończył swoją myśl Ludwig – Musisz pielęgnować znajomości, także te nieoficjalne. Nigdy nie wiesz, kiedy okażą się potrzebne. Czasem wciąż zachowujesz się egoistycznie, niekulturalnie i nie potrafisz współpracować z innymi.

- Powiedz to swojemu bratu – obruszył się Feliks.

Młody Beilschmidt westchnął ciężko i popatrzył przez okno na ruchliwą nowojorską ulicę.

- Powtarzam mu to od lat.

- Z jakim rezultatem?

- Żadnym – przyznał.

Polak dał mu punkt za szczerość. Może rzeczywiście powinien bardziej się otworzyć na ludzi. Od lat obracał się w tym samym kręgu znajomych, a przecież czasem warto zmienić punkt widzenia. Nie będzie przecież zachowywał się jak Prusak, który kurczowo trzymał się przedwojennych przyzwyczajeń.

Dalej uważał Elsę Alzację za babę z żelaza o kamiennym sercu. Może zabrać ją do sklepu z bronią albo na wystawę mundurów w muzeum? Nie widział siebie w jej towarzystwie w wesołym miasteczku czy na zakupach dla Łucji.

Już miał z bólem zgodzić się na propozycję Ludwig'a, kiedy za plecami usłyszał znajomy, miękki głos:

- Dzień dobry, Ada.

Odwrócił się tak gwałtownie, że omal nie spadł z krzesła.

Ariel podeszła do nich cicho. Promienie słońca tańczyły w jej kruczoczarnych włosach opadających kaskadą na plecy. Mimo że i ona nie mogła być tego dnia obecna na zebraniu, ubrała się oficjalnie w granatową garsonkę. Jedynie różowy jedwabny szal dodawał koloru jej naturalnie jasnej cerze.

- Mówiłem ci, żebyś mnie tak nie nazywała... – bąknął Ludwig czerwieniąc się.

- Witaj, Feliksie. Mogę się przysiąść?

- Oczywiście.

Polak odruchowo odsunął jej krzesło ignorując wciąż pełną zażenowania minę kolegi.

- Świetnie wyglądasz, Ariel – zauważył – Tylko dlaczego nazywasz ojcem faceta, który jest od ciebie jakieś tysiąc lat młodszy?

Pominął fakt, że ten sam facet znacząco się przyczynił do zagłady milionów jej rodaków.

- Bo wciąż uważam Ludwig'a za rodzinę – posłała młodemu Beilschmidt'owi pełne uczucia spojrzenie – I mam nadzieję, że kiedyś również będziesz mnie postrzegał jako członka swojej rodziny.

- Jesteś za dobra, Ariel – powiedział cicho – Albo zbyt chytra.

- Obie te cechy przydają się w życiu – odparła szybko.

Gdzieś daleko pozostała nieśmiała dziewczyna w ciemnej sukience sprzedająca kwiaty przechodniom na Starym Mieście. Nie przetrwałaby wojny i obozów zagłady, nie stworzyłaby na nowo państwa dla swoich rodaków rozproszonych po świecie i nie umiałaby go obronić.

- Chciałam wam pogratulować, dopóki jeszcze jest czas. Robicie w Europie coś wspaniałego, bezprecedensowego, ale chyba nie zdajecie sobie sprawy ze wszystkich zagrożeń. Wielu politykom i przywódcom państwowym to się nie podoba.

- Znam nawet kilku osobiście – przyznał niezrażony Feliks.

Ariel spochmurniała. Zerknęła na Ludwig'a, a potem nagle chwyciła Polaka za dłonie i popatrzyła mu prosto w oczy. Miała lodowate palce i spojrzenie staruszki.

- Feliks, płakałeś ze mną, kiedy ja płakałam i kiedy tylko płacz nam pozostał. A kiedy zabrakło nam łez, chroniłeś mnie od zła, najlepiej jak umiałeś. Więc teraz ja będę płakać z tobą i za ciebie.

Spod gęstych rzęs spłynęły dwie duże łzy. Nie rozumiał jej zachowania, ale nagle zimno jej rąk zaczęło rozpełzać się po jego ciele. Spojrzał bezradnie na Ludwig'a.

- Ariel, co masz na myśli? – zapytał ten ważąc każde słowo.

- Wczoraj wieczorem Iwan Bragiński wsiadł w samolot do Moskwy.

Z twarzy Niemca odpłynęła cała krew.

- Jesteś pewna? Nic nie wspominał, że będzie dziś nieobecny.

Potrząsnęła głową i przytuliła mocno zaskoczonego Polaka. Trwało to zaledwie kilka sekund. Chwilę później widział plecy odchodzącej Żydówki i kurtynę jej ciemnych włosów. Śniadanie straciło smak. Zrobiło mu się niedobrze. Wyciągnął z kieszeni komórkę i wybrał pierwszy z brzegu numer – do Wandy. Odpowiedział mu jednostajny sygnał.

- Cholera...

- U nich już po południu. Może jest zajęta – powiedział ostrożnie Ludwig.

- Wierzysz w to?

Feliks czuł krew szumiącą w uszach. Pierwsza oznaka paniki. Ariel nie dzieliła się swoimi informacjami bez powodu. Zdarzy się coś złego.

- Może Iwanowi coś wypadło. Ma u siebie tylu potencjalnych terrorystów. Poza tym w Moskwie często dochodzi do protestów, jest niespokojnie... – pewnie starał się w ten sposób uspokoić siebie, bo na Feliksa jego słowa nie działały ani trochę.

Niemiec także wyglądał na zagubionego. Musiał zachować twarz przed kolegami z Rady Bezpieczeństwa, choć jego serce zapewne też wyrywało się do domu.

Polak wstał i stwierdził, że przez ciało przebiegają mu dreszcze.

- Nie zmuszaj mnie, bym został na tym durnym spotkaniu! Nie będę zachowywał pozorów wiedząc, że ten sukinsyn coś planuje!

- Więc leć. Prosto do Gilberta, dobrze? – w głosie Niemca wyczuł błagalny ton, zupełnie do niego niepodobny – Nie chcę, by mu coś się stało...

- Wani może zależeć nie tylko na twoim bracie.

Gdy podniósł wzrok, na Feliksa nie patrzył zwierzchnik ani sojusznik, ale zwyczajny człowiek panicznie bojący się o bezpieczeństwo najbliższych. Obaj zostawili kogoś po drugiej stronie Atlantyku.

Niebo tego poranka było dla nich zbyt błękitne.


AN: Jak widać, fragment tego rozdziału pokrywa się z opowiadaniem "Korporacje nie mają dusz", jednak nie będzie tu nic o moich hetaliowych wcieleniach twórców dwóch największych komputerowych korporacji ;)
Ostatnie zdanie to aluzja do pogody, która dopisała zarówno w dniu 9/11 jak i podobno 01/09/1939.