AN: Uprzejmie informuję, że nie roszczę sobie praw do Hetalii, jak też do innych utworów filmowych/literackich, których echa pojawiają się czasem tu i ówdzie.
Podobnie Jureczek nie należy do mnie, lecz do Pana Marcina Ciszewskiego. A ja pędzę do księgarni po "Upał".


Jego umysł przebywał jednocześnie w dwóch różnych światach. Oczy Roderich'a Edelstein'a bolały od nadmiaru światła. Premiera nowego przedstawienia baletowego zasługiwała na jak najbardziej szykowną oprawę. Budynek teatru prezentował się jak zwykle cudnie. Nawet zbierający się widzowie wyglądali pięknie i bogato.

- Roderich! Elizavieta!

Jekaterina Bragińska zapomniała o sztywnych obyczajach gdy tylko zobaczyła znajome twarze. Austriak lubił jej naturalną spontaniczność, o ile nie naruszała jego przestrzeni osobistej. Niestety wszyscy Słowianie wykazywali w tej kwestii haniebny brak taktu.

Zmusiwszy się do słabego uśmiechu na powitanie pozwolił się wycałować rozradowanej Ukraince.

Pocieszał się jedynie tym, że Elizavieta znalazła się w znacznie gorszej sytuacji. Przyciśnięta mocno do obfitej ukraińskiej piersi prawie utonęła w szeleszczących szyfonach niebieskiej sukienki Katiuszy.

- Cze... Cześć, Katia... Jak się masz?...

- Och, nie mogę narzekać. Tyle się teraz dzieje – pociągnęła ich w kierunku loży dla wyższych rangą gości.

- U nas to samo – westchnął Austriak i poprawił okulary – Nawał pracy...

- Pewnie dlatego tak rzadko was widać.

- Teraz głównie spotykamy się w Brukseli.

Katiusza zaśmiała się perliście.

- Zapominacie, że poza Unią Jewropejską też jest życie.

- Właśnie sobie o tym przypomnieliśmy – zapewnił ją Roderich – I zamierzamy korzystać z każdej spędzonej tu chwili.

- To dobrze!

W ciągu kilkunastu minut, jakie pozostały do rozpoczęcia przedstawienia, Katiusza i Elizavieta zdołały nadrobić sporo towarzyskich zaległości. Roderich usiadł sztywno i rozłożył przed sobą program przedstawienia, jednak nie przeczytał nawet jednego słowa, nie widział zdjęć.

- W lewo… teraz w prawo.

- Zapamiętałeś plany całego budynku?

W miniaturowej słuchawce ukrytej w uchu toczyła się rozmowa dwojga ludzi oddalonych o kilka kilometrów. Dla Roderich'a byli w tym momencie równie nieosiągalni, co astronauci w podróży na Marsa.

- Na coś musiałem się przydać. Kamera – poinformował spokojny głos Eryka von Meklemburga.

- Zneutralizowana. 10 sekund.

- Ruszamy.

Poczuł dotyk ciepłej dłoni na ramieniu.

- Roderich, dobrze się czujesz?

Dopiero teraz zauważył, że zamknął oczy. Jekaterina przyglądała mu się z zatroskaną miną. Przedstawienie trwało od kilku minut. Grupa młodych, giętkich kobiet pobiegła w kąt sceny robiąc miejsce soliście.

- To tylko migrena – uspokoił ją.

Ścisnął lekko dłoń Ukrainki.

- Nie ma to jak gibający się faceci w trykotach – prychnęła z boku Elizavieta.

Roderich jednak nie dał się zwieść jej słowom. Przedstawienie podobało jej się, chociażby ze względu na wysportowane męskie ciała w obcisłych kostiumach.

- Co z zamkiem?

- Znam ten typ. Pilnuj, by nikt nas nie nakrył.

- Zrozumiałem.

Łucja Galicja i Eryk ograniczali wymianę uwag do niezbędnego minimum. Eryk zapewne był przerażony, ale brak ostrych jak brzytwa docinków ze strony nie przepadającej za nim Polki budził lekkie zdziwienie.

Jekaterina przysunęła się bliżej. Szelest jej sukni przywrócił go do świata spokoju i jasności.

- Szkoda że tak nieszczęśliwie się złożyło, że Iwan nie może tu dziś z nami być – wyszeptała.

- Rozumiem, że spotkanie Rady Bezpieczeństwa ONZ jest ważniejsze. Nie masz się czym przejmować. Powinnaś być dumna, że twój brat pracuje tak ciężko dla utrzymania pokoju i równowagi na świecie.

Słowa pozostawiły na języku piekący posmak. Roderich'owi zaschło w gardle.

Gdy przymykał oczy, przestawał widzieć główną scenę teatru i wirujące na niej pary. Przenosił się w inne, niebezpieczne miejsce.

- Ach, Roderich, jak zwykle z ciebie dżentelmen – stwierdziła Ukrainka.

Z drugiej strony Elizavieta dostała napadu kaszlu. Przynajmniej to na niej skupiła się cała uwaga ich gospodyni.

- Wchodzimy – usłyszał drżący głos Eryka.

Po kilku sekundach ciszę zburzył głęboki wdech Łucji.

- Znam ten obraz… To Kossak.

- Czy naprawdę chcesz tu i teraz zachwycać się dziełami sztuki?

- To jeszcze kilka tygodni temu wisiało w biblioteczce Feliksa.

Roderich ugryzł się w język. Nie pora na sentymenty. Musieli dowiedzieć się, jakie plany co do Polski i Niemiec mają Rosjanie. Jak bardzo je zmodyfikowali po połączeniu obu państw i kiedy zamierzają wprowadzić je w życie.

Na szczęście Eryk wziął się za przetrząsanie biurka.

- Łucjo, zrobisz zdjęcia?

- Oczywiście…. Hmm… To wygląda ciekawie….

- Boże… - dobiegł do niego stłumiony jęk Eryka – Wariant gruziński…

Ostatnim, co usłyszał, był krzyk Galicji i upadek ciała.

Zerwał się z krzesła ignorując zaskoczone spojrzenia towarzyszących mu kobiet.

- Najmocniej przepraszam... Muszę gdzieś zadzwonić.

- Teraz? – zapytała złośliwie Elizavieta.

- To bardzo ważne...

- Skoro musisz wyjść, idź – pokiwała głową Jekaterina.

Dla niego budynek teatru w tej chwili mógł stać w ogniu. Wydostał się najszybciej, jak potrafił bez zwracania na siebie uwagi. Musiał zadzwonić do Ludwig'a, powiadomić ambasadę niemiecką, zorganizować drużynę ratunkową albo negocjatorów. Jeśli zaś doszło do najgorszego, to odzyskać ciała.

Wyciągnął komórkę i popchnął masywne zewnętrzne drzwi. Prowadziły na szerokie schody i plac przed teatrem. Otoczył go wieczorny chłód.

Na schodach w wypłowiałym jasnym prochowcu stał Iwan Bragiński w otoczeniu kilkorga ludzi wyglądających jak pracownicy ochrony w cywilu.

- Ach, Roderich, piękny wieczór, da?

- Iwan... – wyksztusił słabo Austriak.

Dziś nic nie szło po jego myśli. Nerwowo poprawił ręką włosy i tym samym pozbył się z ucha miniaturowej słuchawki.

- Nie spodziewaliśmy się ciebie dzisiaj w Moskwie. Rozumiem, że Jones skrócił wasze spotkanie w Nowym Jorku.

- Niet – Rosjanin potrząsnął głową – Jak mogę siedzieć w Ameryce, kiedy tyle dzieje się w moim domu?

Bez pośpiechu pokonał kilka stopni i zatrzymał się przed Roderich'em. Zimno przeniknęło ubranego w smoking arystokratę do szpiku kości. Tylko dzięki żelaznej sile woli utrzymywał władzę nad mięśniami twarzy.

- Towarzyszu, rosyjskie zimno nie służy wam, zachodnim duszom. Proponuję, żebyście weszli z powrotem do teatru i cieszyli się przedstawieniem. Moskwa nocą jest niebezpieczna, dlatego moi ludzie później odstawią was do hotelu i przypilnują waszych apartamentów.

Bragiński mógł używać skomplikowanych słów i pełnych troski wymówek, jednak Roderich wracając do teatru dobrze wiedział, co one oznaczają. Już raz był internowany.

: : : : : : : :

Samolot z Nowego Jorku był ostatnim, który wylądował tego dnia na Okęciu. Wieczorne słońce brnęło w chmurach rzucając trupie światło na Warszawę. Feliks widząc poruszenie i pewną nerwowość w zachowaniu ochrony na lotnisku, czym prędzej opuścił to miejsce.

Coś wisiało w powietrzu i chciał jak najszybciej dowiedzieć się, co.

Po kilkunastu minutach jazdy taksówką znalazł się przy przechowalni bagażu, jednej z tych usytuowanych niedaleko lotniska, jednak dobrze kamuflujących się w otaczającym terenie. Ludzie zostawiali tu rzeczy, którymi niekoniecznie chcieli się chwalić przed władzami, szefem w pracy, albo żoną znudzoną kolejnym balem na rzecz biednych i potrzebujących.

Już wchodząc do budynku odniósł wrażenie, że jest obserwowany. Uczucie to nasiliło się, kiedy wyszedł z powrotem na ulicę wzbogacony o ciężar Glock'a za paskiem.

Chmury zgęstniały, a słońce zdążyło się całkowicie schować za horyzontem pozostawiając po sobie kilka brudnożółtych smug. O tej porze wszystko traciło naturalne barwy pogrążając się w szarościach i zgaszonych błękitach. Kierowcy samochodów poruszających się mozolnie zapchanymi ulicami tracili nerwy. Piesi maszerowali szybko do domów. Prawie nikt nie zatrzymywał się przy wystawach sklepowych mamiących okazjami, na które i tak nie było stać przeciętnego człowieka.

Feliks zwolnił pod sklepem ze sprzętem elektronicznym. Ściana płaskich telewizorów migotała różnokolorowymi reklamami i urywkami programów sportowych. W szybie łatwo zobaczyć cień człowieka towarzyszący mu od przechowalni bagażu.

Nagle serię najlepszych goli ostatniej kolejki przerwały wiadomości. Dziennikarka stała na tle Sejmu i ściskała kurczowo mikrofon. Potrząsała przy tym włosami, jakby występowała w reklamie szamponu przeciwłupieżowego.

- Oddział rosyjskiego Specnazu zajął budynek Sejmu. Nie wiemy jeszcze, czy napotkał opór ze strony straży marszałkowskiej ani też, ile może być ofiar. Mamy też informację z ostatniej chwili, że podobne oddziały wylądowały na placu przed Pałacem Namiestnikowskim i w dawnej siedzibie premiera...

Feliksowi serce uciekło w pięty.

- Kurwa! Kurwa! Kurwa...

Już zrywał się do biegu czując wokół poruszenie setek tysięcy ludzi, którzy wracali jak co dzień z pracy. Ten dzień miał być taki sam jak poprzedni, bez rewolucji.

Obraz z kilkudziesięciu telewizorów przygasł. Pojawiła się plansza informująca o tym, że za chwilę zostanie wyemitowane orędzie prezydenta do narodu. I ten właśnie komunikat zatrzymał Polaka w pół kroku.

Polska od przyłączenia do Niemiec nie miała prezydenta. Oficjalnym zwierzchnikiem całego państwa pozostał kanclerz, a w rządzie istniało nawet specjalne stanowisko ministra wyłącznie do spraw polskich.

- Rodacy... – pomnożona twarz znanego polityka i byłego ministra przemówiła pewnym siebie głosem – Dziś jest szczególny dzień dla całego polskiego narodu. Pora zrzucić narzucony nam sztuczny ustrój, niemieckie kajdany wiążące wolną polską duszę...

Z ekranu zaczęła sączyć się wizja Polski zubożonej o Śląsk i Pomorze ale za to pod protektoratem Moskwy.

- Cholera by to...

Coś zakłuło go pod sercem.

- Witaj, szefie.

Obejrzał się gwałtownie. Dwa kroki obok niego stał dobrze ubrany mężczyzna. Wyglądał jak pracownik średniego szczebla zatrudniony w jakimś banku. Jego garnitur, teczka, fryzura, a nawet twarz, pozwalały mu bez wysiłku wtopić się w tłum. Jedyne, co go wyróżniało, to postawa. Był trochę zbyt wyprostowany, trochę zbyt pewny siebie, jak facet, który nie ma żadnych kompleksów; niczego nie kryje, bo nie musi się niczego wstydzić, zna swoją wartość i siłę własnych mięśni.

Feliksowi drgnęły usta. Prawie się uśmiechnął widząc tę znajomą gębę.

- Co tu robisz, Jureczku?

Facet skrzywił się słysząc zdrobnienie swojego imienia. Właśnie dlatego wszyscy przyjaciele tak go nazywali.

- Twoja kobieta z Gdańska dała nam znać, że możesz mieć kłopoty.

Polak pokiwał głową.

- Prawie jak samospełniająca się przepowiednia.

- Co będzie ci potrzebne?

- Grób na Wawelu, najlepiej obok Piłsudskiego.

Jerzy uśmiechnął się od ucha do ucha.

- Feluś, takim jak my to tylko mogiła pod brzózką.

Feliks wybuchnął śmiechem. Sytuacja już nie wydawała mu się beznadziejna. Odzyskał jasność myślenia.

- Zbierz ludzi i trochę sprzętu. Nic ciężkiego, bo musimy się szybko zwijać.

- Jak znam życie, to połowa z nich właśnie jedzie do punktu zbiórki i klnie na korki.

- To niech ukradną rower jakiemuś dzieciakowi – zasugerował – Będzie szybciej.

- Telefony nie działają – poinformował spokojnie były żołnierz.

- Domyśliłem się. Zaraz i telewizję odetną.

- Najpierw ten pacan musi skończyć gadać.

Obaj spojrzeli na telewizory. Przemówienie samozwańczego prezydenta z plutonem rejdowików w tle dopiero nabierało tempa.

- Aha, i Jureczku... jeszcze załatw transport w okolice Olsztyna.

Mężczyzna uniósł w górę brwi z wyrazem zdumienia przemieszanego z radością.

- Na Mazury ci się zachciało? Teraz?

Feliks wzruszył ramionami.

- Mieszka tam brat wysoko postawionego niemieckiego polityka.

- Jak wysoko?

- Powiedzmy, że Herr Kanzlerin to przy nim pudelek.

- I Ruscy aż tak go nie lubią.

- Bardziej niż mnie.

- Feliks, jestem tobą zawiedziony – mężczyzna potrząsnął głową, ale w jego oczach tańczyły iskry wesołości – Opierdalasz się zamiast brać się do roboty. To Polska ma być odwiecznym wrzodem na dupie braci Moskali.

- ... W tym ważnym dniu wszyscy powinniśmy dziękować naszemu wschodniemu sojusznikowi, który przywrócił wolność Polsce i Polakom...

Za plecami wyczuł ruch, ale żołnierski refleks przyjaciela zadziałał szybciej. Feliks nagle znalazł się pod ramieniem Jerzego, a sklepowa witryna rozsypała się w burzy szklanych odłamków.

Jakiś chłopak, najwyżej szesnastoletni, uderzył czymś ciężkim w szybę.

- Jebać taką wolność! Zasrany komuch!

Popatrzył ostrożnie na dwóch mężczyzn, jakby obawiał się, że zaraz go pogonią albo zaczną krzyczeć.

Były żołnierz oswobodził Feliksa z bezpiecznego uścisku i wyprostował się.

- Jak chcesz jebać komuchów, gówniarzu, to leć pod Pałac Prezydencki – poradził spokojnie.

Ledwie skończył mówić, chłopaka już nie było.

Feliks otrzepał się dokładnie. Jakoś nie mógł pozbyć się myśli, że chłopak rzeczywiście posłuchał rady jego przyjaciela. I że po drodze weźmie kolegów.