AN: Nareszcie ukończyłam ten rozdział. Już dawo pisanie nie zajęło mi tyle czasu. Jaki jest tego efekt - sami ocenicie. Do końca jeszcze pozostało 1 - 2 rozdziały, wszystko zależy od edycji. Nie mam jeszcze konkretnego pomysłu na nowe opowiadanie i w związku z tym będę wdzięczna za ewentualne sugestie czytelników (zostawcie wiadomość).
Przygotowali się starannie do tej akcji. Osobiście wybrał odpowiedzialnych za nią ludzi i wtajemniczył ich w szczegóły. Zdawali sobie doskonale sprawę z konsekwencji podjętych działań. Cel miał być żywy lub martwy. Jeśli przeżyje, stanie się ważną kartą przetargową w podjętych później negocjacjach, jeśli zaś zginie, dostosują się do zaistniałej sytuacji.
Iwan wpatrywał się przez lornetkę w jasno oświetlone okna jednopiętrowego, niewielkiego domku. Miasteczko o trzeciej w nocy było pogrążone we śnie. To jedno z tych nudnych miejsc, gdzie życie zamierało po zmroku. Wszyscy sąsiedzi spali. Część lamp wygaszono na osiedlowych uliczkach. Gdzieś w oddali za chłodną mgłą i ścianą lasu odezwał się pociąg towarowy. W Rosji zima dopiero się kończyła. Tutaj ludzie już myśleli o wiośnie.
- Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica – zaśmiał się ktoś z tyłu.
Iwan w mroku ledwie wyławiał sylwetki swoich żołnierzy. Dwa zespoły, razem z nim dwunastu ludzi. Ich snajper ukrył się w dogodniejszym miejscu. Saper sprawdzał ostatni raz zapas ładunków wybuchowych, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak okazały się potrzebne.
O tej porze oddziały Specnazu w łącznej liczbie około 3500 ludzi powinny już kontrolować Warszawę. Przygotowywany przez lata plan wydawał się teraz dziecinnie prosty w realizacji. W polskim narodzie zawsze udawało mu się znaleźć chciwców, ludzi władzy, którzy za garść srebrników gotowi byli sprzedać swój kraj. Przychodziło mu to o wiele łatwiej nad Wisłą niż na Zakaukaziu czy Dalekim Wschodzie. Łotwę i Estonię się zastraszyło, Litwa na własne życzenie odcinała się od struktur zachodnioeuropejskich. Już niedługo wszystko będzie po staremu. Cierpliwość opłaciła się.
Zgodnie z danymi wywiadu Beilschmidt powinien spać. W jego domu powinny panować egipskie ciemności. Jednak o trzeciej w nocy był w pełni przytomny. Paradował po kuchni w znoszonych jeansach i świeżo wypranej polarowej bluzie. Zaparzył sobie kawę, sprawdził coś na laptopie, zrobił kanapkę. Pogwizdywanie i prowokacyjne ruchy bioder wskazywały, że słucha nocnej audycji w radiu. A przynajmniej słuchał, dopóki muzyki nie zastąpił biały szum.
- Siergiej włączył zagłuszanie – przysunął się do niego dowódca drugiej grupy i poinformował.
- Nie za wcześnie? – zapytał lekko podirytowany sytuacją Rosjanin.
W kuchni cel wstał od stołu. Zamknął nerwowym gestem laptopa i wyłączył radio. Przeczesał ręką białe włosy i zapatrzył się w okno.
- Ja dumaju, eto pora – odezwał się w słuchawce głos zastępcy dowódcy w grupie Iwana.
- Za godzinę ludzie zaczną wstawać. Tutaj sporo z nich musi wcześnie wyjeżdżać do pracy – wytłumaczył dowódca drugiej grupy.
To brzmiało logicznie. Nie chcieli na siebie zwracać uwagi. Przed wschodem słońca nie powinno być śladu ani po nich ani po ich celu. Znikną z tej mieściny niczym nocne zjawy.
- Szto dziełajem?
Cel sprawdził komórkę. Próbował zadzwonić, pewnie do brata. Przy włączonym zagłuszaniu każda komórka w promieniu 5 kilometrów była jednak bezużyteczna. Znów patrzył za okno z tym niezidentyfikowanym wyrazem twarzy.
Iwan westchnął bezgłośnie. Wstał i zapiął pod brodą hełm.
- Gotowimsia.
Jego zastępca także podniósł się z krzaków, które rosły przy podwórku sąsiadów.
- Słyszeliście Pułkownika. Cel jest sam w tym budynku. Może być uzbrojony, ale nie spodziewa się nas. Stosujemy wariant pierwszy. Grupa pierwsza, na stanowiska.
Sześć ciemnych sylwetek poruszyło się. Nocną ciszę rozdarło wściekłe szczekanie kilkunastu psów na całym osiedlu.
Iwan już biegł do frontowych drzwi, kiedy w całym domu nagle zgasło światło. W ułamku sekundy tuż przed nastaniem ciemności zdążył dostrzec, że Beilschmidt schyla się, by podnieść coś z podłogi.
Miał świadomość, że w tej misji nie uda się już wszystko, co się może nie udać. Rozległ się trzask wywarzanych frontowych drzwi. Żołnierze dwójkami wpadli do środka. Noktowizory wyławiały z ciemności zielonkawe kształty mebli. Żałował, że nie wzięli urządzenia wykrywającego podczewień.
- Czysto!
- Droga wolna!
- Założyć ładunki wybuchowe – Iwan wydał rozkaz z uśmiechem na twarzy.
Chciał wypowiedzieć te słowa od chwili, kiedy usłyszał, że starszy Beilschmidt żyje. Zastępca odwrócił się do niego, zapewne nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nie wyrzekł jednak ani słowa. To dobrze, że ludzie w Specnazie w dalszym ciągu pozostają zdyscyplinowani.
- I znajdźcie, do cholery włącznik światła!
- Tak jest!
Powinna się tym zająć druga grupa. To oni stanowili wsparcie dla pododdziału szturmowego.
W tym momencie z kuchni rozległ się strzał. Zaraz po nim krzyk i seria z karabinu. Dwa pojedyncze strzały, huk przewracającego się ciała. Żołnierze zaczęli szczodrze polewać dom kolejnymi seriami z AK i AN-ów nie zwracając uwagi na śpiących sąsiadów. Na miesiąc przed misją dostali nowe zabawki. Mieli okazję się z nimi dobrze zapoznać, a teraz mogli wreszcie użyć ich w terenie.
Nozdrza Iwana wypełnił zapach kruszącego się tynku. Pobiegł do kuchni po drodze omal nie przewracając się o nieruchome ciało. Noktowizor niewiele pomagał, więc zerwał go z głowy.
- Co z tym światłem? – zawołał.
Ból wwiercił się w prawą dłoń z kolejnym wystrzałem. Rosjanin zaklął przez zaciśnięte zęby. Domyślił się, że Beilschmidt rozpoznał go po głosie i wykorzystał tę okazję.
W słabym poblasku zza okna kłębiły się dwie sylwetki. W końcu jedna z nich upadła z jękiem. Dopiero wtedy grupa wsparcia przywróciła w domu elektryczność.
Oczom Iwana ukazał się chaos. Resztki potłuczonych kubków i talerzy walały się po podłodze. Pośród nich ekspres do kawy. Kuchenka mikrofalowa wyglądała, jakby ktoś próbował zabawić się w McGyvera i zrobić z niej bombę. Oberwane firanki, przewrócone i połamane krzesła. Za stołem, także odrzuconym na bok, dostrzegł ruch. Jedyne dźwięki, jakie słyszał pośród nocy, to szybkie oddechy żołnierzy i ciężki, bolesny oddech ich celu.
Gilbert Beilschmidt leżał na wznak. Jego bluza z prawej strony na piersi nasiąkła krwią. Miał przebite płuco i bąbelki czerwonej śliny spływały z kącika jego ust. Pół metra od zgruchotanej ręki albinosa leżał pistolet, a dalej ciało jednego z żołnierzy. Strzał prosto w głowę, żadnych innych oznak walki.
Nad Prusakiem pochylał się zastępca dowódcy grupy, a sam cel próbował złapać odrobinę tlenu z każdym chrapliwym oddechem.
- Budynek zabezpieczony – usłyszał w hełmofonie głos dowódcy drugiej grupy.
- Zdjął czterech naszych – powiedział spokojnie jego zastępca i powoli opuścił wycelowaną w Beilschmidt'a broń – Grisza jest ranny w ramię, ale się wyliże.
Czego nie dało się powiedzieć o Prusaku. Potrzebował pomocy lekarza, natychmiast. Iwan jednak nie zamierzał opatrywać jego ran. Los pokaże, czy Beilschmidt przeżyje tę noc, czy też jego ciało zostanie porzucone w lesie.
- Witajcie, towarzyszu – przywitał się z uśmiechem.
Chwilowy grymas na twarzy albinosa zniknął, gdy ten zobaczył go.
Nagle zdewastowaną kuchnię wypełnił maniakalny śmiech. Żołnierze patrzyli to na Bragińskiego, to na ich cel, nie rozumiejąc sytuacji. Iwan sam jej nie ogarniał.
- Jak widzicie – kontynuował niezrażony – Wygrywamy. I to na całej linii. Nasze planowanie było bez zarzutu.
- Przy okazji zdążyłeś wkurzyć kilku niebezpiecznych ludzi.
Mimo obrażeń Prusak znalazł w sobie siły, by żartować. Zupełnie zignorował intruzów skupiając się tylko na Rosjaninie.
- Doprawdy? – Iwan uniósł w górę brwi – A gdzież oni teraz są, bo ja żadnego nie widzę u twego boku.
Beilschmidt westchnął dramatycznie i zaraz potem przewrócił się na bok. Zdrową rękę położył na ranie.
- Wania, oj Wania… Ty niczewo nie ponimajesz. W końce końcow każdyj budziet sam za siebia – wyjaśnił szyderczo Prusak z najczystszym petersburskim akcentem, po czym zaniósł się kaszlem.
Iwan ściągnął usta. Jak ten cherlak śmiał do niego mówić. Był nikim, marną namiastką dawnej potęgi. Rosjanin już dawno nie czuł się tak silny jak obecnie. Był panem świata. Europa zrobiłaby dla niego wszystko. Jones zaczął go traktować jak przyjaciela. Nawet Yao Wang uśmiechał się do niego przychylnie na międzynarodowych spotkaniach. A jednak ten głupi Prusak uważał się za lepszego, jakby sam niemiecki rodowód mógł tłumaczyć, dlaczego patrzy na wschodniego sąsiada z góry.
Bragiński nie wytrzymał. Chwycił mocniej karabin i uderzył kolbą leżącego na podłodze albinosa w skroń.
- To za Nataszę.
Z satysfakcją patrzył, jak Prusak traci przytomność i milknie.
Wyciągnęli go na zewnątrz nie troszcząc się o nadmierną delikatność. Po prostu Wołodia, jako najsilniejszy w grupie, przerzucił sobie jego ciało przez plecy jak worek kartofli.
Zaminowali dom i uciekli do lasu pozostawiając za sobą senne miasteczko i wściekle szczekające psy, które zdążyły już obudzić połowę osiedla.
Iwan przestał zwracać uwagę na poczynania oddziału. Dowódca drugiej grupy praktycznie przejął jego obowiązki organizując odwrót. Siergiej przywrócił łączność. Dowiedzieli się wówczas bardzo niepokojącej rzeczy – transport nie mógł niezwłocznie po nich przylecieć. Przestrzeń powietrzna nie była pod kontrolą Federacji Rosyjskiej. Na niebie królowały polskie i niemieckie myśliwce. Druga niepokojąca informacja pochodziła z Warszawy.
Spodziewano się, że społeczeństwo bez szemrania podporządkuje się sytuacji. Tak było przez ostatnie 20 lat – choćby nie wiadomo jak się źle działo, większość pozostawała w domach przed telewizorami. Tylko nieliczne grupki wychodziły na ulicę, by wykrzyczeć, co ich wkurza. Jednak tym razem okazało się, że marionetkowy rząd pod wodzą jednego z byłych ministrów zdołał obronić jedynie okolice ulicy Wiejskiej i budynek Sejmu. Pozostałe lokalizacje opanowane wcześniej przez oddziały Specnazu, zostały odbite przez wiecznie znudzonych Gromiarzy, ich równie wyluzowanych kolegów po fachu znad Szprewy i rozgniewane tłumy Warszawiaków.
Wściekły miał ochotę posłać Prusakowi kulkę w łeb, tu i teraz. W tych lasach lata temu zginęło tylu dobrych, radzieckich żołnierzy. Byłoby to teraz doskonałe, choć spóźnione w czasie, zadośćuczynienie.
Otulone mgłą drzewa wyglądały jak idealna scenografia do tanich, amerykańskich horrorów. Mech i zgniłe ubiegłoroczne liście tłumiły ciężkie kroki. Poza nimi okolica wydawała się być pozbawiona życia. Nie spotkali na swojej drodze żadnego dzikiego zwierzęcia, żaden wybudzony ze snu ptak nie zaświergotał wśród drzew przed świtem. Musieli przeczekać do rana, kiedy to z Kaliningradu dowództwo obiecało przysłać śmigłowiec. Teraz sytuacja była zbyt napięta. Jeden zły ruch i katastrofa lotnicza gotowa, a tego nikt by nie chciał. Za dużo potem śledztw, komisji, tłumaczeń i emocji przesłaniających suche fakty.
Dowódca rozglądał się z niepokojem na boki. Jego nastrój udzielał się całej grupie, ale Iwan nie zwracał uwagi na urywki zdań wypowiadane szeptem.
- Coś tu nie gra…
- Nic nie widać…
- Za cicho tu…
- Da, za cicho.
Wyboista leśna droga wiła się omijając bagienne zagłębienia. Zostawili za sobą ostatnie domy. Za kolejnym zakrętem zniknęły nawet światła miasteczka. Niebo nad nimi powoli zmieniało odcień.
I wtedy właśnie coś niewidzialnego zwaliło z nóg Wołodię.
- Kryć się! – zawołał dowódca.
Żołnierze rozpierzchli się po poboczach drogi szukając schronienia. Las już nie był cichy i spokojny. Pośród drzew przemykały cienie.
I chciały odzyskać ten teren.
: : : : : : : :
Wyskoczył pierwszy, gdy tylko zobaczył, jak ciało albinosa upada pod ciężarem niosącego go żołnierza. Usłyszał za sobą kilka dosadnych słów, ale Jerzy ani razu nie wypowiedział na głos jego imienia. Obaj pobiegli do celu osłaniani przez sześciu kolegów. Tylu udało im się zebrać w pośpiechu. Każdemu z nich Feliks nie zawahałby się powierzyć swojego życia.
Przypadli do bezwładnego ciała.
- Musimy go stąd zabrać.
Polak kiwnął głową i spróbował postawić Gilberta do pionu. Ulżyło mu, gdy Jerzy chwycił go z drugiej strony. Razem wycofali się w krzaki.
- Nie podoba mi się to – wymruczał obmacując ciało Prusaka.
Złamana ręka, dziura w prawym płucu, zgruchotane żebra i uraz głowy. Prawdopodobny wstrząs mózgu. Starszy Beilschmidt miał talent do pakowania się w kłopoty. Z drugiej strony jednak Feliks mógł o sobie powiedzieć to samo.
Najlepiej poznał śmierć w 1944 roku, wczesnym latem, w Warszawie, na alei Szucha. Stanął w obronie kilku Bogu ducha winnych dzieciaków, które napaćkały na murze obraźliwe hasła pod adresem niemieckiego wodza. Nie żałował swojej decyzji. Zginęłyby, gdyby nie on. Jeśli choć jedno z nich przeżyło Powstanie i dotrwało w dobrym zdrowiu do końca wojny, to było warto. Każde życie jest cenne.
Niestety Gestapo nie rozumiało wyznawanej przez niego filozofii. Po trzech dniach przesłuchań czuł się i wyglądał jak zakrwawiony worek treningowy. Nigdy nie wyobrażał sobie, by w jego niezbyt dużym ciele płynęło aż tyle krwi. Wydawało się, że połamali każdą kość i naciągnęli każdy mięsień. Gdy stracił już przytomność, zostawili go na całą noc w piwnicy uwieszonego za ręce nad podłogą. W końcu doszło do przemieszczenia stawów, ale tego już nie pamiętał.
Obudził się na wsi pod Warszawą obandażowany i śmierdzący środkiem dezynfekującym. Ból rozrywał jego ciało. Nie mógł przełknąć nawet łyżki zupy przygotowanej przez Marię. Za to Julian Mazowiecki widząc go za każdym razem cieszył się jak dziecko, co zupełnie nie pasowało do ich obecnej sytuacji. Twierdził, że Polak jest największym farciarzem na świecie, że nikt nigdy przed nim nie miał i chyba już mieć nie będzie takiego szczęścia.
Feliks nigdy nie doczekał wyjaśnienia. Kilka tygodni później Julian zginął, a Warszawa została zrównana z ziemią.
Całe lata i wielu pracowitych rąk trzeba było, by usunąć gruz.
- Gilbert, obudź się! – syknął mu do ucha i potrząsnął lekko – Wierz mi, spanie w takim miejscu i o takiej porze to nie jest dobry pomysł.
Z gardła Prusaka wydobył się nieokreślony pomruk.
- No, Gilbert, ty pieprzony Szwabie, nie pozwolisz chyba, żeby Ruscy znowu ci ziemię zabrali – spróbował jeszcze raz.
- Co ty możesz wiedzieć… - ze spierzchniętych ust albinosa dobiegł ledwie słyszalny szept - … o pieprzeniu…
Feliksowi kamień spadł z serca. Nie umiałby stanąć przed Ludwig'iem i powiedzieć mu, że stracił brata. Nie na jego warcie. Po to wrócił wcześniej z Nowego Jorku. Po to wsiadał sam do cholernego samolotu, by przelecieć nad głębokim i zimnym oceanem.
Roześmiał się słabo i otulił szczelniej albinosa kocem termicznym.
- Jak się czujesz?
- Jak jesień średniowiecza… Ugh… Niedobrze mi…
Prusak przechylił się na bok i zwymiotował. Widać było po nim, że usiłuje stłumić kaszel. Musieli uważać.
Siedzieli obaj w zagłębieniu terenu częściowo przysłoniętym wyłamanymi sosnowymi gałęziami. Ich schronienie przypominało szałas, jakie często budowali chłopcy w czasach PRLu. Teraz dzieciaki miały bardziej zaawansowane zabawki.
Cała ta rozgrywka mogła wyglądać na kolejną strzelankę. Kilku żołnierzy Specnazu i kilku byłych polskich wojskowych ganiało po lesie z karabinami wykańczając się nawzajem. I choć serce Feliksa wyrywało się do walki, pragnęło dokopać Bragińskiemu, to rozum podpowiadał, że powinien zostać tu z Beilschmidt'em. Musieli wyjść żywi z tego lasu.
A do tego potrzebował dużo cierpliwości.
Tymczasem postanowił choć trochę opatrzyć rany albinosa.
- Co cię boli?
- A jak myślisz? – odpowiedź brzmiała jak syk żmii.
Spróbował zdezynfekować ranę głowy. O dziwo dostąpił nawet zaszczytu założenia bandaża. Takie ugodowe zachowanie świadczyło o bardzo poważnym stanie Prusaka.
- Musisz założyć kamizelkę – oświadczył po dłuższym czasie.
Las się rozjaśnił, choć w dalszym ciągu tonął we mgle. W tej spokojnej scenerii rozległ się jęk agonii rosyjskiego żołnierza, a po nim seria z karabinu rozłupała korę kilku świerków.
- Twoje ziomki wiedzą, jak używać noża.
- Noża, widelca, nawet zaostrzonym ołówkiem mogliby ciebie zabić – odparł z boku Jerzy.
Wraz z niskim i krępym kolegą zatrzymał się w ich ziemiance.
- Jaki mamy stan? – zapytał powoli Feliks.
Zimno wciskało się pod czarny, pokryty neoprenem kombinezon.
- Prowadzimy – padła zwięzła odpowiedź – Osiem do siedmiu.
- Bragiński jest ranny w dłoń – wtrącił słabym głosem Gilbert.
- A ty zaraz zapukasz do świętego Piotra jak nie założysz kamizelki – odburknął Polak.
Razem z Jerzym wspólnymi siłami naciągnęli gruby sztywny materiał na grzbiet Prusaka przy syczeniu, postękiwaniu i wtórze cichych przekleństw we wszystkich urzędowych językach Unii Europejskiej. Ich podopieczny zaimponował tym nawet dwóm starym wojskowym wygom.
- Macie amfetaminę?
Feliks ugryzł się w język na tę prośbę. Może ćpanie w czasach wojny było czymś normalnym dla tego białowłosego skurczybyka, ale teraz grał w jego drużynie i będzie trzeźwy jak wiosenny poranek, czy tego chce czy nie.
- A kokainę?
- On tak poważnie, czy jaja se robi? Bo go wyczuć nie mogę – odezwał się kolega Jerzego.
Głębokie hełmy i ochronne maski tłumiły głosy jego ludzi, ale była to konieczność – zapewniały im nie tylko ochronę ale i anonimowość.
- Mam adrenalinę – wyjawił niechętnie Jerzy.
- Chryste Panie, co ty ze sobą nosisz? – jęknął Feliks i ukrył twarz w dłoniach.
Jego przyjaciele w czasach kryzysu stali się równie zdeprawowani, co ten germański pomiot.
- W zastrzykach? – ucieszył się po raz pierwszy Gilbert – To dawaj.
Na twarzy Feliksa spoczęło pytające spojrzenie. Zacisnął zęby i potrząsnął głową.
- Damy radę go zaciągnąć na miejsce zbiórki i bez tego. Kiedy możemy się spodziewać transportu?
- Po wschodzie słońca. Przesłałem nasze namiary dowództwu w Berlinie… Cholera, to wciąż dziwnie brzmi – stwierdził Jerzy – Podrzucą nam coś.
Oby nie kilka galonów napalmu.
- Tylko że przed nami jakieś półtora kilometra kniei do najbliższej polany a we wsi Moskal stoi – rzucił drugi z żołnierzy.
- Pójdą za nami – powiedział Feliks zbierając całą odwagę – Oni też chcą się stąd wydostać.
Rozpoczął się powolny marsz, upiorny w nieruchomej ciszy. Pnie drzew wyłaniały się spośród mgły jak kolumny pozostałe po zapomnianej cywilizacji. Wilgotne zimno dawało się wszystkim we znaki. Rosjanie nie próbowali już otwartego ataku. Musieli zewrzeć szyki i przede wszystkim chronić żyjącą duszę swego narodu, choć możliwość zabicia takiej duszy innego narodu musiała być dla Bragińskiego kusząca. Łukasiewicz zaniepokojony stanem Prusaka zerkał na niego co chwila. Ten podparty dwoma krzepkimi polskimi wojakami wciąż trzymał pion, choć coraz bardziej pluł krwią. Na twarz wystąpiły mu krople zimnego potu, a skóra przybrała obcy, zielonkawy odcień. Robił się coraz słabszy.
Z każdą minutą Polak był coraz bliższy złamania wcześniejszego postanowienia. W końcu Beilschmidt miał wieloletnie doświadczenie poparte praktyką w zażywaniu półlegalnych i nielegalnych prochów i wspomagaczy. To przecież jego naród wymyślił i spopularyzował amfetaminę. I dopiero Angole z Amerykanami rozkręcili przeciwko niemu kampanię antynarkotykową. Dla Prusaka nie liczyły się skutki uboczne lecz końcowy efekt.
W koronach drzew wysoko w górze zaczęły pojawiać się przebłyski słońca. Zanosiło się na całkiem ciepły wiosenny dzień. Niemrawo zaćwierkał obudzony ze snu ptaszek, ale zaraz dołączył do niego cały chór mniejszego i większego tałatajstwa zamieszkującego miejscowe lasy. I w tę właśnie sielankową atmosferę wdarł się warkot śmigieł.
- Orły nadlatują! – zawołał cicho ktoś z ich grupy.
Feliksowi stanęły włosy na karku. Teraz nadchodził najtrudniejszy moment całej misji.
- Rozproszyć się! – krzyknął zasłaniając sobą Gilberta.
Podtrzymujący go mężczyźni na tę komendę padli w kępę zielonych krzaków osłoniętą dodatkowo z dwóch stron wysokimi suchymi trawami.
Polak odbezpieczył karabin i skierował lufę w stronę lasu. W ryku śmigłowca wymieniano jeszcze ostatnie strzały. Eksplodował granat, w powietrze poleciały flary.
Resztę tego pięknego dnia Feliks Łukasiewicz spędził w szpitalu wraz z pewnym nieprzytomnym albinosem, a grupa rosyjskich żołnierzy wylądowała w dobrze strzeżonej celi. W Berlinie.
