Szybkie kroki rozlegały się głośnym echem po korytarzu. Feliks przestraszony odsunął się od drzwi. Gdy to zrobił, przytłumione głosy Ludwig'a i Iwana przestały zupełnie być słyszalne. Za nic nie chciał, by nakryto go na podsłuchiwaniu spraw wagi państwowej, nawet jeśli rozmowa częściowo dotyczyła jego samego. Gdyby Iwan wyszedł w tej chwili z gabinetu, Ludwig znalazłby się w niezręcznej sytuacji. Przynajmniej tyle Feliks był mu winien. Niemiec ostatecznie wywiązał się z obietnicy i ratując brata przy okazji ocalił i jego tyłek.

Miał trochę szczęścia, a młody Beilschmidt – rozumu i taka kombinacja wydawała się działać bez zarzutu. Po zaimprowizowanej przez Polaka akcji odbicia albinosa z rąk rosyjskich komandosów Ludwig przejął pałeczkę oszczędzając mu tym samym ciągnących się godzinami negocjacji. Musieli uwolnić Edelstein'a i oczyścić z wszystkich zarzutów przebywającą w areszcie Galicję, a do tego sprowadzić ciało Eryka von Meklemburg'a do kraju. Niemiecki arystokrata był jedyną tak wysoko postawioną ofiarą jednodniowej wojny.

Przynajmniej teraz Feliks nie miał dylematu, czy powiedzieć Wandzie o jego szemranej przeszłości, czy też pozostawić ją w przekonaniu, że Eryk do końca pozostał dobrym człowiekiem.

Nagle, pierwszy raz od kilku lat, państwo zachodnioeuropejskie zyskało tak dużą przewagę nad Rosją i teraz Ludwig wspinał się na szczyty dyplomacji próbując wykorzystać ją w jak najlepszy sposób, by jednocześnie zanadto nie upokorzyć wielkiego sąsiada. Tyle rzeczy mogło się jeszcze nie udać. Tyle niewiadomych i wariacji...

Feliks odtrącił od siebie ponure myśli. Nie pora na gdybanie.

Nerwowe kroki zbliżały się nieuchronnie.

- Gdzie on jest?

Zamarł na ułamek sekundy. Jeszcze tylko tego nadętego dupka tu brakowało.

Choć najchętniej sam powiedziałby Bragińskiemu, co myśli o jego małym wypadzie z Obwodu Kaliningradzkiego, musiał wyhamować złość Gilberta i powstrzymać go przed wywołaniem kolejnego międzynarodowego skandalu.

Zmełł w ustach brzydkie słowo. Poderwał się do biegu.

Wpadł na Gilberta akurat gdy ten wyłonił się zza zakrętu korytarza. Siłą rozpędu wepchnął go do najbliższego pomieszczenia i szybko zamknął drzwi. Był to kolejny gabinet, jeden z wielu na tym piętrze pałacu prezydenckiego. Za oknami rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na kwitnące ogrody. A wewnątrz pruska gradowa chmura zawisła nad uosobieniem narodu polskiego.

- Gdzie jest ten skurwysyn?

Gilbert nie bawił się w fałszywe uprzejmości. Nie silił się też na swój charakterystyczny sarkazm. Zapewne był zbyt wściekły, że coś załatwiano ponad jego głową.

- Nie możesz im teraz przerywać.

- Nie mogę? – uśmiechnął się brzydko – To patrz!

Feliks został brutalnie popchnięty na podłogę. Zdążył w porę przekręcić klucz w drzwiach i schować do kieszeni spodni. Teraz pozostało mieć nadzieję, że niemiecki kunszt stolarski wytrzyma atak pruskiej furii.

- Oddawaj!

- Nie!

Przez moment czuł się jak szmaciana lalka, podniesiony za kołnierz i przyciśnięty do ściany. Jak na kogoś, kto powinien jeszcze leżeć w szpitalu na oddziale neurologicznym, Gilbert odzyskał wyjątkowo dużo sił.

- Oddawaj! – wysyczał.

- Nie ma mowy – Łukasiewicz silił się na jak największy spokój i profesjonalizm – Zrobiłbyś teraz coś, czego potem możesz żałować... Poprawka, czego na pewno będziesz żałować.

Pomyślał o młodszym Beilschmidt'cię, który przez tyle lat musiał znosić ciągłą obecność brata pod swoim dachem. Chory albo zdrowy, Prusak zawsze dla otoczenia był równie przyjemny, co wrzód na dupie.

- Znalazł się mistrz rozsądku! Cholerny Polaczek! Ja ... nigdy niczego nie żałuję.

Tym razem Feliks przygotowany na szarpnięcie zdążył złapać równowagę i nie upaść.

- Ale Ludwig będzie!

- Gówno mnie to obchodzi!

Doskonale rozumiał, czemu Prusak jest zły. Dał się zaskoczyć we własnym domu. Jednym uderzeniem został pozbawiony przytomności przez swego największego wroga. Najeźdźcy przez kilka godzin panoszyli się po ziemi, którą uważał za swoją. To stanowiło ujmę na honorze. Kiedyś takie plamy zmywało się wyłącznie krwią.

Prusak był w tej kwestii równie wrażliwy jak on. Wieki całe wyśmiewano go na salonach jako prostaka, a potem dorobkiewicza. Niemal całe życie musiał walczyć o to, by zaistnieć w oczach otoczenia. Gdy w Paryżu jego umiłowany władca koronował się na cesarza, Gilbert Beilschmidt stojąc u jego boku mógł nareszcie spojrzeć na wszystkie dworskie kliki z góry.

Historia znów zakręciła kołem fortuny. Zbyt pewny siebie Prusak został boleśnie upokorzony i nie pogodzi się z tym łatwo.

- Chcesz nas wpakować w wojnę? – zawołał Feliks blokując jego ręce.

Gilbert spróbował wytrząsnąć z niego klucz. Zrobił unik.

- Chcę! Chcę, żeby ten zapity sukinsyn udławił się ropą i własną krwią!

Szarpnął kilkakrotnie za klamkę, ale drzwi wytrzymały. Czerwone, błyszczące wściekłością oczy szybko zlustrowały pomieszczenie szukając czegokolwiek, co mogło mu się przydać w ucieczce.

- Ale ja nie chcę wojny.

- Głupich i biednych nikt nie pyta o zdanie. Tacy jak ty nadają się tylko na mięso armatnie.

Tego już było za wiele. To on nadstawia karku, ciąga jego bezwładne ciało po lasach po to, by tak nim pomiatano? Feliks zacisnął zęby. W jego oczach także rozbłysł ogień gniewu. Z całej siły uderzył Gilberta w twarz.

Tamten zatoczył się i wpadł na stół. W rozciętym łuku brwiowym zaczęła zbierać się krew i sączyć nieregularną strużką w kierunku oka. Albinos dotknął rany wierzchem dłoni i skrzywił się. Blada twarz stanowiła upiorny kontrast dla żywej czerwieni.

Polak przełknął ślinę. Miał wrażenie, że właśnie zamieszał kijem w gnieździe szerszeni.

- Może to ty zamieniłeś strony, co? – zapytał z przekąsem albinos – Znudziło ci się pukanie do bram Europy, więc poleciałeś do tego śmierdzącego skurwiela całować go po piętach.

Feliks zacisnął pięści, na co tamten zareagował perfidnym uśmiechem.

- Mam rację?

- Wypluj te słowa! – Łukasiewicz rzucił się na niego z szybkością godną lepszej sprawy.

- Taki cherlak jak ty nigdy długo nie pociągnie sam.

- Pilnuj swojej białej, aryjskiej dupy, bo ci ją ukradną!

- Bez nas byłbyś nikim!

- U was też jestem nikim! Pierdolone Szwaby! Szkoda, że Jones nie wykończył cię ostatecznie w czterdziestym siódmym. Obaj bredzicie o odpowiedzialności, a jesteście tak samo uparci i nadęci jak przed wojną!

- Tak? – Gilbert nawet po otrzymaniu kilku bolesnych ciosów zdobył się na demoniczny uśmiech – No to jesteśmy kwita. Życie za życie. Spłaciłeś swój dług.

Zanim ogłupiony Polak zdążył się otrząsnąć, albinos chwycił jedno z pięknych, zdobionych krzeseł i rzucił nim w okno. Odłamki szkła posypały się z wysokości drugiego piętra.

- Nie daruję mu tego – powiedział cicho Prusak biorąc rozbieg.

- Nie!

: : : : : : : :

Dwóch mężczyzn leżało na trawie wijąc się z bólu. Wokół nich błyszczały większe i mniejsze odłamki szkła. Dużo stłuczeń, kilka połamanych żeber, zwichnięty nadgarstek, złamana noga, rozcięty łuk brwiowy, rozbita dolna warga.

Gilbert zwymiotował, gdzie leżał, brudząc przy okazji włosy Feliksa.

- Kto jest głupszy... Ten, kto skacze, czy ten, kto skacze za nim? – wycharczał.

- Nienawidzę cię... – wydukał Polak starając się nie wyć z bólu.

Znaleźli ich patrolujący ogrody ochroniarze i wezwali pogotowie. Polak, zanim środki znieczulające nie wyłączyły mu mózgu, zdążył pomyśleć filozoficznie, że bliższa znajomość z Prusakiem wiąże się z częstszymi wizytami w szpitalu. Pocieszał się jednak tym, że lato zapowiadało się piękne tego roku, a Hitler i Stalin w dalszym ciągu nie żyli. I nic nie wskazywało na to, by cokolwiek się w tej kwestii miało zmienić.

: : : : : : : :

Kilka tygodni później...

Ludwig otarł pot z czoła. Na pierwszy rzut oka wydawał się być typem faceta, który dobrze się czuje nosząc garnitur nawet w tropikach. Południowa Italia w środku lata bardzo przypominała tropiki. Ulica była rozgrzana jak patelnia. Większość tubylców pochowała się w domach albo chroniąc się przed upałem, albo bojąc się miejscowej mafii. Nie wykluczał żadnej z tych możliwości.

Spojrzał ponuro na szary budynek, którego kontury rozmazywały się w drżącym powietrzu. Po raz kolejny zadał sobie pytanie, dlaczego tu przyjechał. Odpowiedź nie zmieniła się.

Pół minuty później na szerokich granitowych stopniach schodów zatrzymała się młoda kobieta w garsonce, która idealnie komponowała się z garniturem Niemca. Jej gęste długie włosy były spięte w ciasny kok. Na twarzy malował się wyraz determinacji.

- Dzień dobry, Ludwig'u.

- Dzień dobry, Michelle – zerknął na nią kątem oka – Jak podróż?

- Gdyby nie telefony Francis'a o drugiej w nocy, byłabym w raju.

- Wcześnie wróciłaś.

- Wolę twardo stąpać po ziemi.

Nie wnikał głębiej w prawdziwe motywy jej powrotu na ląd.

Minęło ich dwóch policjantów w tych nie do końca poważnie wyglądających włoskich mundurach.

- Wchodzimy? – zapytała cicho Monakijka.

Ludwig otworzył jej drzwi.

Na posterunku policji uderzył ich zaduch. Klimatyzacja pracowała tu tylko teoretycznie, podobnie jak opalona panienka za wysokim biurkiem recepcjonistki malująca sobie paznokcie różowym lakierem. Michelle podeszła do niej odważnie.

- Wpłaciłam kaucję i chcę odebrać pięć osób. Francis Bonnefoy, Romano Vargas, Feliciano Vargas, Arthur Kirkland i Sean Finnegan-Kirkland.

Panienka uniosła w górę brwi i ogarnęła jej sylwetkę ciekawskim spojrzeniem.

- A... To pani po tych świrów, co pół stadionu rozwalili. Prosto korytarzem, a potem w lewo.

Wyraz jej twarzy zmienił się całkowicie, gdy zobaczyła wysokiego, dobrze ubranego Niemca. Zatrzepotała rzęsami.

- A pan?...

- Ja przyszedłem po resztę – uśmiechnął się zdawkowo.

Dziewczyna westchnęła, przewróciła oczyma i wyciągnęła rękę w kierunku oddalającej się Michelle Monaco.

- Ta sama droga. Dwie cele bliżej.

- Dziękuję.

Wśród wielu niezbyt przyjemnych zapachów na pierwszy plan wybijał się zapach potu. Umieszczeni w areszcie delikwenci przysypiali. Niektórzy mieli jeszcze siłę, by oglądać powtórkę jakiegoś głupawego teleturnieju na zawieszonym po drugiej stronie korytarza telewizorze. Wartownik spał. Budził się tylko po to, by odgonić czapką natrętne muchy.

Ludwig poczuł się jak w trzecim świecie a nie w cywilizowanym europejskim kraju z historią liczoną w tysiącach lat na piśmie.

- Francis – usłyszał niedaleko twardy głos koleżanki z Monako – Nie minęła nawet doba od momentu, kiedy postawiłam stopę na lądzie, a ty już zdążyłeś się wpakować w kłopoty. Wytłumacz mi, proszę, jak to możliwe.

Niemiec zignorował stłumione odgłosy. Zatrzymał się przy innej celi i zajrzał za kraty. W szaroburym pomieszczeniu na pamiętającej lepsze czasy pryczy siedziały trzy osoby.

Antonio gapił się na ścianę z nieobecnym wyrazem twarzy. Obok niego lekko zmierzwiony Feliks Łukasiewicz ugniatał kulki z papierowych samolocików. Przy Polaku Gilbert kończył przerabiać ostatnią kartkę z kolorowego czasopisma na mały szybowiec.

- Cześć, West – nie podniósł nawet wzroku, choć usta rozciągnęły mu się w uśmiechu.

- Tak, cześć, Ludwig – przywitał się wesoło Feliks.

- Podajcie mi choć jeden sensowny powód, dla którego miałbym was stąd wydostać.

- Skoro już się tu fatygowałeś, to myślę, że wpłaciłeś za nas kaucję – odgadł Polak – Nie szkoda ci kasy?

Ludwig uniósł dłoń i ucisnął lekko nasadę nosa. Czuł zbliżającą się migrenę.

- A chociaż obejrzeliście mecz?

- Nie zdążyliśmy – burknął Gilbert i splótł ręce na piersi – Te fagasy dorwały nas przed pierwszym gwizdkiem. Na szczęście Vargas'owie to kompletne cieniasy.

- No – Łukasiewicz pokiwał entuzjastycznie głową – Spuściliśmy im niezły łomot.

- A poznam chociaż powód?

Zastanawiał się, czy to pytanie zabrzmiało rozsądnie. Jak znał własnego brata, zaraz dostanie zestawienie najbardziej absurdalnych przyczyn łącznie z lądowaniem kosmitów na dachu krzywej wieży w Pizie.

- Bonnefoy powiedział dwa słowa – zaczął cicho Polak.

- A potem starszy Vargas dorzucił jeszcze dwa – dokończył Gilbert.

- Öst, nie bijemy kolegów z Unii Europejskiej – skarcił go Ludwig.

Albinos posłał mu niewinne spojrzenie godne nowo narodzonego dziecka.

- Nawet jeśli ciebie obrażają? Sorry, ale nie będę stał z założonymi rękami i patrzył jak opluwają imię mojego brata. Zasłużyli sobie, to dostali wpierdol.

Ludwig przeniósł wzrok na Feliksa.

- A ty go broniłeś – stwierdził oskarżycielskim tonem.

- Broniłem dobrego imienia mojego kraju – ten wyłgał się gładko – Wykazałem się postawą patriotyczną. Powinieneś być z nas dumny.

- Nie bijemy kolegów z Unii Europejskiej – powtórzył bezsilnie Ludwig.

Chciał już wrócić do Berlina i pochylić się nad kuflem zimnego piwa.

- Okey – powiedział pojednawczo Feliks – Ale to oni pierwsi zaczęli.

Otrzymał łokieć pod żebro i aż się zachłysnął.

- Nie mówimy tego głośno – syknął do niego Gilbert – Tak robią tylko mięczaki.

Łukasiewicz zrobił wielkie oczy, ale w jego postawie nie było ani grama szczerości.

- Chcesz oszukiwać rodzonego brata? – zapytał teatralnym szeptem.

- Jestem adoptowany – przerwał im Ludwig – Mam jeszcze dwa pytania.

- Dawaj, chłopie! – albinos puścił w jego stronę ostatni z papierowych samolocików.

- Gdzie jest Elizavieta?

- Cele dla kobiet są na pierwszym piętrze – odpowiedział Feliks prawie skacząc na pojękującej pryczy – Normalnie tak dała czadu, że szok! Ni z tego ni z owego, jak Romano skoczył na mnie, to wyciągnęła taki madafakerski wałek i jak go nie grzmotnie!...

Z boku Prusak uśmiechnął się z przekąsem.

- Zafundowała chłopaczkowi wycieczkę na księżyc i z powrotem w pół minuty.

Ludwig nie chciał wiedzieć więcej.

- A co z nim? – ruchem głowy wskazał na oderwanego od rzeczywistości Hiszpana.

- Szok pourazowy – Łukasiewicz wzruszył ramionami – Próbował rozdzielić Gilberta i Francis'a.

- Ta... dzielny był – wzruszył się Prusak, po czym zamachał ręką przed nieruchomymi oczyma Latynosa – Tonio?... Yo, Tonio!

Ten ocknął się po bolesnym pstryczku w nos.

- Co?... – rozejrzał się półprzytomnie po pomieszczeniu – Ja...

- Wychodzicie stąd – poinformował go Ludwig – Zbierajcie się.

: : : : : : : :

Godzinę później opuszczał areszt ze śpiewającym Prusakiem uwieszonym jego ramienia. Przed nimi szedł Łukasiewicz wznosząc oczy do rozpalonego nieba i deklamując coś w stylu:

- Piekielne moce zwojował... Nieprzyjaciela podeptał...

Obok niego Elizavieta żonglowała odzyskanym wałkiem do ciasta strasząc gołębie.

Skromny pochód zamykał Antonio. Ludwig nie mógł wyjść ze zdumienia, że tym trzem tak dobrze się współpracowało. Nie był pewien, czy Europa jest przygotowana na tę nową wersję Zakręconej Trójki. Oficjalnie jego brat nienawidził Polaka z całego serca, a Łukasiewicz narzekał, że musi chodzić po tej samej ziemi, co on i oddychać tym samym powietrzem. Nieoficjalnie przebyli rozklekotanym trabantem pół kontynentu by obejrzeć mecz.

Stracił nadzieję w momencie, gdy Gilbert wyrzucił pięść w górę i zawołał gromkim głosem:

- Hurra! Wir leben noch!

KONIEC


AN: Można już odwołać alerty. To ostatni rozdział. Nie zamierzam w najbliższym czasie wracać do świata Hetalii. Chcę spróbować sił w innych fandomach.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy znaleźli czas i chęć by śledzić losy Gilberta i spółki.