Danny chyba nie spodziewa się wizyty gubernator i Steve szczerze powiedziawszy także. Jameson pojawia się w ich sali po południu, kiedy detektywi oraz nieliczni znajomi Danny'ego znikają im z oczu. Williams nie jest lubiany – nietrudno się tego domyślić po tym, jak zostaje przesłuchany. Cała uwaga spada na Steve'a, gdy zaczyna się ta ciekawsza kwestia, czyli jak uciekli oraz dlaczego SEAL szukał Wo Fata.

Kłamie na temat tego terrorysty i nie wie dlaczego. Nie chce mówić tym obcym o śmierci matki i ojca, bo skoro nie pamiętają Johna McGarretta, to nie jego problem.

A potem dodaje, że uwolnił ich detektyw Williams i w sali zapada niewygodna cisza. Rachel i Grace wracają z obiadu i policjanci znikają jak kamfora, gdy mała kładzie się obok ojca i od-mawia odejścia choćby na metr. Może dlatego sądzą, że Danny jest omegą, ale prawdę powiedziawszy podejrzewa, że facet jest po prostu świetnym ojcem i to sprawia, że coś zaciska się wokół jego klatki piersiowej.

A potem przychodzi gubernator i Williams sztywnieje na swoim łóżku. Grace śpi, ale Rachel jest tak zszokowana, że spada jej torebka, kiedy wstaje pospiesznie ze swojego fotela, gdy Jameson wita się z nią z szacunkiem jak z każdym cholernym wyborcą.

- Komandorze – rzuca kobieta, podchodząc do jego łóżka.

Czuje się dziwnie, ponieważ nie ma na sobie bielizny. Rachel planowała skoczyć po ubrania dla Danny'ego, ale on był obcy. Proszenie nieznanej kobiety o kupienie mu bokserek nie było dla niego przekroczeniem granicy, ale to była żona Williamsa i trochę go to krępuje.

- Pani gubernator – mówi, skinąwszy jej głową. – Przepraszam, że nie wstanę na powitanie – dodaje.

Widzi kątem oka, jak Danny spogląda na niego zszokowany i sprawia mu to przyjemność przez ułamek sekundy. To zabawny widok na jego twarzy i coś mówi Steve'owi, że niezbyt częsty. Tym bardziej cieszy go, że potrafi zszokować Williamsa.

Odczuwa jakąś chorą satysfakcję, ponieważ jest alfą i cieszy go, że Danny widzi go w towarzystwie takich ludzi jak gubernator Hawajów. Osobiście nic to dla niego nie znaczy, ale na pewno robi wrażenie na Williamsie. I może nie chce tego przed sobą przyznać, ale polowanie na Danny'ego jeszcze się dla niego nie zakończyło. Nie, dopóki jest nadzieja, a Williams spogląda na niego teraz jakoś inaczej. Steve nie zdecydował jeszcze, czy to jest dobre 'inaczej', ale zawsze to jakiś początek.

- Komandorze, kiedy uczestniczyłam w pogrzebie twojego ojca dwa dni temu, nie sądziłam, że spotkamy się ponownie w takich okolicznościach – przyznaje kobieta.

I Steve widzi, jak w oczach Danny'ego po raz kolejny pojawia się zaskoczenie. Tym razem jednak przyćmiewa je smutek i pewnie kondolencje już formują się na języku Williamsa. A on nie chce słuchać o tym, jak bardzo wszystkim jest przykro.

- Na szczęście detektyw Williams był na miejscu, żeby mnie wyciągnąć – mówi, chociaż Danny zapewne nie uważa tego porwania za fartowne. Przemilczają, co ci ludzie chcieli zrobić z Williamsem i może tak jest lepiej.

Nikt go nie tknął, przynajmniej nie za bardzo, bo Steve sam poskręcałby im karki. Wie, że Danny nie jest bezbronny, ale to po prostu kwestia jego instynktu, żeby bronić tego, co raz uznał za swoje. A wtedy, w tej cholernej piwnicy, był odpowiedzialny za nich obu. Miał więcej doświadczenia w byciu przetrzymywanym i to liczyło się przez jakieś dwie minuty, zanim Danny zdecydował się załatwić alfę jednym kopniakiem, co było spektakularne i głupie zarazem. Steve wolałby udusić faceta własnymi nogami, bo miałby pewność, że załatwi sprawę za pierwszym razem.

Danny jednak nie jest SEAL, lecz mimo to imponuje mu swoim opanowaniem. Gdy akurat nie wrzeszczy na niego i nie narzeka na Hawaje.

- Detektyw Williams – mówi gubernator i wydaje się, że próbuje zapamiętać jego nazwisko.

Danny otwiera usta, ale widać, że nie wie, co powiedzieć. Nie może też za bardzo się ruszyć, gdy Grace śpi przytulona do niego, a nie chce obudzić córki. Mała musiała sporo przejść w ciągu tych kilkunastu godzin, gdy nie było wiadomo, co się dzieje z jej ojcem.. Steve nie wyobraża sobie nawet, jak musiała się czuć Rachel, mówiąc jej, że źli ludzie mają jej Danno.

- Zostawiam panów zatem. Proszę wracać do zdrowia – życzy im gubernator. – Liczę na telefon, panie komandorze – rzuca jeszcze Jameson przystając w drzwiach i Steve powstrzymuje się, żeby nie pomachać jej na do widzenia.

To na pewno nie byłoby na miejscu.

Danny patrzy na niego o wiele intensywniej, jakby mocno coś rozważał, a potem układa się wygodniej na plecach, całując córkę w głowę i nic nie mówi.

ooo

Rachel i Grace nie ma, kiedy budzi się w środku nocy. Byli tak wyczerpani po ucieczce, że musieli w pewnym momencie odpłynąć i Steve jest zaskoczony, że w ogóle się ocknął. Jego organizm przyzwyczaił się do nadrabiania snu, kiedy tylko może, a czyż najbezpieczniejszym miejscem do tego nie jest szpital, gdy pod twoją salą stróżuje dwóch policjantów?

Nie wie dokładnie, co przyciągnęło jego uwagę, ale szybko dostrzega stojącego przy oknie Danny'ego. Widzi tylko jego profil i nie wie, czy powinien dać jakoś znać, że też już nie śpi . Williams wydaje się pogrążony we własnych myślach i może nie należy mu przeszkadzać.

Jeśli jednak nadal siedzi zamknięty w tamtej pieprzonej piwnicy, to nie czas i miejsce na takie rzeczy, ponieważ muszą się wypocząć . Walczyli o życie, zabili kilku ludzi, a potem przeszli pieszo kilka długich kilometrów przez dżunglę - nawet Steve jest wyczerpany. I jest pewien, że jego szkolenie BUD/S przygotował go do tego, a treningi dla policjantów są niczym, w porównaniu z tym co przeszli.

Przez chwilę zastanawia się, czy Williamsa obudziły koszmary. PTSD nie jest czymś, co łatwo przewidzieć. Czasami przychodzi na sam widok wyciągniętej broni. Ofiary napaści tygodniami, latami nie są w stanie dojść do siebie. Wydaje mu się jednak, że Danny jest twardszy, więc wysuwa się z łóżka i staje obok niego.

Williams wzdryga się i wykonuje taki ruch, jakby chciał go uderzyć z półobrotu, ale po-wstrzymuje się w ostatniej chwili.

- Pieprzony ninja, nie uczyli cię w wojsku, żeby nie zachodzić ludzi od tyłu? Chcesz mi ode-brać kolejne dziesięć lat życia? – warczy Danny.

Jego głos jest silny, zdecydowany, nie drży i to jest wspaniałe. Pewność siebie Williamsa działa na niego jak magnes.

- Dlaczego nie śpisz? – pyta, ponieważ to oczywiste i nie powinien zadawać tego pytania. – Oraz, Marynarka, Danno – wtrąca krótko.

Williams marszczy brwi, ale milczy, co jest dziwne.

- Nie możesz zasnąć? – pyta Steve spokojnie. – To przejdzie – mówi i nie jest pewien, czy to nie kłamstwo.

Ma prawo zakładać, że po roku albo coś koło tego Danny zacznie sypiać normalnie. Przerwy między koszmarami staną się dłuższe i z czasem będzie silniej reagował tylko na sytuacje stresowe. Biorąc jednak pod uwagę pracę Williamsa, wie, że to nie będzie takie łatwe.

Danny prycha, jakby to słabe pocieszenie - które w rzeczywistości jest kłamstwem – uważał za naprawdę zabawną rzecz. Śmieje się nawet krótko, ale ten dźwięk się załamuje i Steve niemal czuje na skórze jego stres.

Danny wzdycha i może nie powinien przywiązywać tak dużej uwagi do reakcji Williamsa, ale nie potrafi ich nie katalogować. Mężczyzna nie zachowuje się według ustalonych schematów, a Steve widział naprawdę wiele w swoim życiu. Odbijał zakładników i agentów, ratował mat-ki z dziećmi, pomagał podczas przewrotów politycznych. Danny Williams jest jednak czymś innym.

- Steve – wzdycha nagle mężczyzna i spogląda na niego krzywo, już kompletnie opanowany. – Próbujesz stworzyć mi bezpieczną strefę przyjaźni? – prycha.

Nie może nie przewrócić oczami, bo to jest naprawdę fatalny tekst.

- Nie, jest nie wiadomo która godzina nad ranem i chciałbym iść spać – mówi i Danny kiwa głową, jakby przyjmował to do wiadomości. – Ale nie zaśniesz, bo coś ci chodzi po głowie, więc możesz mi powiedzieć i wtedy pójdziemy spać – proponuje i chce brzmieć jak dupek, ale Williams patrzy na niego tymi swoimi niebieskimi oczami, rozszyfrowując go w ciągu kilku sekund.

Nigdy nie był dobry w rozmawianiu z ludźmi w stresowej sytuacji i może dlatego Danny narzekający niemal cały czas, jest czymś, do czego lgnie. Wie, że Williams nie przyjąłby od niego pocieszenia i dobrze, bo Steve nie potrafi go ludziom dawać. Jest w tym tak fatalny, że przeważnie Cath przeprowadza go przez słuchawkę przez wszystkie takie zdarzenia, podając mu dokładnie, co ma robić i mówić. Czy już może położyć dłoń na ramieniu zakładnika, którego prawdopodobnie krzywdzono? Czy nie powinien w ogóle dotykać tej osoby, ponieważ ma broń, a to może się jej źle kojarzyć.

Wyciąga więc rękę, ponieważ Cath na pewno kazałaby mu zrobić coś podobnego, ale Danny łapie go za nadgarstek, zanim zdąża dotknąć jego ramienia.

- Steven, nie rozmawiamy o tym, o czym mieliśmy nie rozmawiać – przypomina mu Williams. – Jesteś najgorszym SEAL we wszechświecie? Słyszałeś o tajnych misjach? Potraktuj to jak jedną z nich – radzi mu cierpko.

- Okej, nie chcesz gadać, jasna sprawa – mówi Steve, wycofując się i próbując z trochę innej strony. – Ale musisz się wyspać.

- Jesteś w tym fatalny – odpowiada Danny. – Powinieneś udawać, że wiesz, co czuję, żeby nawiązać ze mną nić porozumienia .

- Mieliśmy taką – mówi Steve i nie wie, dlaczego tak naprawdę to powiedział.

Danny spina się, ponieważ podczas tamtych dziesięciu minut pomiędzy jego wybudzeniem a ucieczką, naprawdę się rozumieli. Co jest śmieszne i teraz sądzi, że nawet nierealne.

- Dlatego jesteś taki cholernie miły? – pyta nagle Williams i coś mówi mu, że to pułapka, więc wzdycha i odchodzi bez słowa.

Nie wie, co powiedzieć, a Danny przyjmuje defensywną postawę, co nie oznacza niczego dobrego. Williams patrzy w ślad za nim. Czuje jego wzrok na plecach, ale się nie odwraca, gdy wsuwa się pod cienkie szpitalne prześcieradło.

- Jeśli obudził cię koszmar, wiedz, że dotyk drugiej osoby uspokaja – radzi mu jeszcze, ponieważ to stara technika, której nauczył go dowódca oddziału.

Chłopaki starali się trzymać się w ryzach, żeby podczas pierwszej misji na środku dżungli ktoś w stresie nie zaczął wrzeszczeć przez sen, zdradzając ich pozycję. Nie jest to jakiś wielki tajnik, ale jednak pomaga. I udało im się przetrwać w niezmienionym stanie, chociaż byli narażeni na stres przez dwadzieścia cztery godziny na dobę przez prawie dwa tygodnie.

Danny prycha, jakby nie spodziewał się po nim niczego innego.

- Och, czyli teraz mam z tobą spać? – kpi Williams.

- Nie – mówi krótko Steve. – Widziałem, co zrobiłeś z ostatnim alfą – przypomina mu i jest w tym pewna doza humoru, ponieważ obaj wiedzą, że Williams zagrał omegę w kłopotach tak doskonale, że nawet on sam dał się nabrać.

Nawet jeśli Danny czuł się tym upokorzony, to jednak to uratowało im życie. I nie miało znaczenia. Steve nie szanował go mniej.

Gdyby jednak wtedy wszystko wymknęło się spod kontroli, nie żartowałby z naiwnego alfy, którego zapewne koroner dostarczył już do chłodni.

- Mówię tylko, że dotyk pomaga. To dzięki Grace zasnąłeś tak szybko – informuje go spokojnie. – Możesz przysunąć łóżko – dodaje ostrożnie i odpowiada mu cisza.

Przez chwilę sądzi, że Williams go zignoruje, ale w końcu słyszy zmęczone westchnienie, w którym jest tyle rezygnacji, że coś przewraca mu się w żołądku.

- Dobra – mówi Danny. - Ale to ty przysuwasz swoje łóżko, bo szedłem przez pieprzoną dżunglę osiem godzin. Poza tym przynajmniej udawaj dżentelmena.

- Nie jesteś omegą – przypomina mu Steve wrednie, ale posłusznie wstaje i odblokowuje kółka swoje łóżka.

- I to tak wiele zmienia – prycha Danny, ale w jego tonie jest coś dziwnego, czego Steve nie potrafi rozszyfrować.

Nie styka ich łóżek razem, ale są na wyciągnięcie ręki – dokładnie tak, jak powinno to wyglądać. Obraca się na drugi bok, żeby widzieć Williamsa, ale Danny leży plecami do niego, co jest śmieszne. Nie sądził, że Williams przystanie na jego pomysł, ale najwyraźniej była to zagrywka taktyczna, żeby Steve się odczepił. Kładzie się więc na plecach i robi głębszy wdech, wiedząc, że to będzie długa noc.

ooo

Budzi się wcześnie jak zawsze i przez moment pojęcia nie ma, gdzie jest. Kotary trochę blokują światło słoneczne, ale i tak wie, że nie może być później niż szósta. Jego wewnętrzny zegar działa doskonale.

Danny śpi skulony zaledwie metr od niego. Ściska kołdrę, jakby była żywym człowiekiem, co pewnie zostało mu po latach małżeństwa. Na jego palcu nie widnieje ślad po obrączce, więc albo nie nosił jej nigdy, albo rozwód odbył się dawno temu. Steve nagle zdaje sobie sprawę, że dalej nie ma pojęcia, jakiej orientacji jest Danny. I nie chodzi tutaj tylko o kwestię tego, że nie jest omegą. Po prostu miał żonę, a Steve nie ma kobiecych kształtów.

Williams porusza się nagle i otwiera oczy, przechodząc w stan gotowości w ciągu kilku sekund, co może być jedną z cech, które nabył w pracy w policji. Patrzą na siebie przez chwilę i Danny marszczy brwi, a potem ziewa i spogląda na zegarek, który Rachel przyniosła mu wczoraj. Najwyraźniej to jakaś pamiątka, którą zabrała mu po rozwodzie, ale po stanowiła jednak ją oddać.

- Steven – jęczy Williams. – Jest piąta – informuje go.

- Sam się obudziłeś – odpowiada, ponieważ taka jest prawda.

- Zawsze gapisz się na ludzi, którzy śpią? To jest niezdrowe – wytyka mu Danny. – To jest tak nienormalne, że nawet nie określę skali. I robisz to tak wymownie, że nie można się wyspać – dodaje, bo najwyraźniej dzień bez narzekania jest dniem straconym.

- Czy jest coś, czego nie robię źle? – pyta rozbawiony, bo Danny zdaje się na siłę szukać u niego wad.

I im dalej w las, tym bardziej stają się kuriozalne.

- Za głośno oddychasz – informuje go Williams śmiertelnie poważnie, więc Steve posyła Danny'emu krzywy uśmieszek, ponieważ to jest faktycznie coś nowego i też sięga całkiem nowego pułapu.

ooo

Wypisują ich jeszcze tego samego dnia. Grace i Rachel przyjeżdżają w towarzystwie mężczyzny, na widok którego Danny się spina. Steve już z końca korytarza rozpoznał alfę, więc nie jest zaskoczony silnym uściskiem dłoni mężczyzny. Zapada niezręczna cisza i nie bardzo wie, co powinien zrobić, bo miał nadzieję, że uda im się wymienić ze dwa zdania. Chciał poprosić Danny'ego o numer telefonu albo umówić się z nim na piwo pod jakimś sprytnym pretekstem.

Nie sądzi, aby dwie doby po porwaniu oraz dwadzieścia cztery godziny po ucieczce były odpowiednim czasem, ale czuje, że jeśli Danny teraz zniknie, to już się nie zobaczą. I chce wy-korzystać swoją szansę.

- Stan Edwards – przedstawia się tamten.

- Komandor porucznik Steve McGarrett – odpowiada niedbale, ponieważ jest SEAL, a to jednak sprawia, że stoi w tej hierarchii kilka pięter wyżej.

Danny wydaje się emanować dziwnym zadowoleniem, jakby fakt, że Steve był tak transparentny, naprawdę mu się podobał. Przynajmniej ten jeden raz. Nie przypomina sobie, żeby próbował ustawiać Williamsa do szeregu, ale w zasadzie nigdy nie próbuje tego z ludźmi nieoczywistymi . Zastraszanie omeg nie jest jego domeną. Nie zamierza im też imponować. Bety przeważnie zachowują się tak neutralnie, że jest im wszystko jedno, czy jego poziom testosteronu przekracza normę czy nie.

- Steve zna panią Jameson – wtrąca nagle Rachel i Stan zerka na niego z o wiele większym zainteresowaniem.

Na twarzy mężczyzny pojawia się też uśmieszek, który Steve'owi wcale się nie podoba, ale nie wie, jakie układy Danny ma z tymi ludźmi, a nie chce niczego popsuć. Williams co prawda jest zajęty tuleniem córki, ale Steve dostrzega, jak w ciągu paru sekund jego ciało się napina, co nie jest dobrym znakiem.

- Muszę wracać do mojego mieszkania. Pewnie czekają na mnie na posterunku –wtrąca po-spiesznie Danny i chociaż nie spieszyło mu się jeszcze kilka minut wcześniej, teraz jest niemal w pełnym biegu. – Zobaczymy się dzisiaj wieczorem, małpko, dobrze? Przyjadę do was – dodaje Danny i to jest już skierowane do Rachel, która marszczy brwi, jakby ta wizja nie do końca jej odpowiadała.

- Podwiozę cię – proponuje Steve, bo Kamekona powinien przyprowadzić jego samochód pod szpital.

Danny jednak nawet się nie zatrzymuje, wymijając kolejne pielęgniarki i Steve ma ochotę za nim pobiec, ale Rachel dotyka jego ramienia z tym okropnie słodkim uśmiechem. I po prostu przypomina sobie, dlaczego tak nie lubił Brytyjczyków.

- Komandorze, możemy porozmawiać? – pyta kobieta i Steve bierze głębszy wdech.

- W zasadzie nie – odpowiada niezbyt uprzejmie. – Czeka na mnie siostra – dodaje, chociaż to wierutne kłamstwo.

Mary Ann jest na kontynencie i mógłby do niej zadzwonić nawet stąd. Nie podoba mu się jednak, jak Stan patrzy na niego. I jego zmysły nie wariują, ale instynkt podpowiada mu, że ma do czynienia z całkiem innym drapieżnikiem.

Kiedy wychodzi przed szpital, dostrzega, jak Danny akurat odjeżdża w swojej taksówce, nie patrząc nawet w jego stronę.

ooo

Czuje się trochę dziwnie, bo to prawie na granicy stalkingu. Prosi Cath o wyciągnięcie akt Williamsa, udając, że chce się dowiedzieć, czy Danny nie ma powiązań z Wo Fatem. Rollins zgadza się bez mrugnięcia okiem i w ciągu godziny ma wszystko na swoim laptopie. Nie zerka nawet w stronę prywatnych informacji, jedyne czego szuka, to numer telefonu. I długo przygląda się rzędowi cyfr.

Minęło osiem godzin, odkąd wiedzieli się ostatnio i pewnie dzwonienie do detektywa, które-go porwano i przetrzymywano, korzystając z jego poufnych akt, to zły pomysł. Nie ma jednak pojęcia, co innego mógłby zrobić. I może Cath ma rację, że jest nienormalny, ale Marynarka zmienia ludzi i oboje o tym wiedzieli.

Danny'emu zresztą nawet nie drgnęła powieka, gdy zobaczył na własne oczy, jak Steve po cichu skręca ludziom karki, żeby nie zaalarmować całego bunkra. Cath śmieje się z niego, gdy jej o tym mówi, bo to nie jest jedna z tych romantycznych rzeczy, które potem opowiada się dzieciom. Sądzi, że jeśli im się uda, jeśli Danny go nie zastrzeli albo nie załatwi sobie zakazu zbliżania do siebie, będą musieli wymyślić coś lepszego niż bunkier w środku dżungli.

Może ich deski zderzyły się, gdy obaj surfowali. Problem w tym, że ma przeczucie, że Danny nienawidzi również plaży. Mógł coś na ten temat wspomnieć, gdy szli przez dżunglę, starając się dotrzeć do cywilizacji.

Nim zdąża nacisnąć zieloną słuchawkę, na jego wyświetlaczu pojawia się nieznany numer. Marszczy brwi, ponieważ liczba osób, które wiedzą, że wrócił, jest ograniczona. Chociaż Kamekona ma długi jęzor, więc może i całe Oahu już o tym wie.

- McGarrett – mówi krótko.

- Och, komandorze, tutaj Rachel Edwards – zaczyna kobieta i jakoś nie jest zaskoczony, że zmieniła nazwisko. – Pomyślałam, że nie podziękowałyśmy z córką za uratowanie Danny'ego. Pewnie uważa mnie pan za okropną osobę, ale cieszy mnie, że ojciec mojej córki żyje, ponieważ to znaczy, że ona jest szczęśliwa.

Ma ochotę spytać, skąd ona ma jego numer, ale to nie tak, że na wyspie cokolwiek dawało się ukrywać zbyt długo.

- Miałby pan ochotę wpaść na herbatę dzisiaj popołudniu? – pyta Rachel nagle i to jest tak zaskakujące, że przez chwilę nie wie, co powiedzieć.

A potem zdaje sobie sprawę, że Danny też tam będzie, bo zamierza odwiedzić Grace. Obiecał małej, a Steve ma przeczucie, że Williams nigdy nie łamie słowa danego córce.

- Mówimy o późnym popołudniu? – pyta, ponieważ nie chce się minąć z Dannym i może jego motywy są nazbyt oczywiste, bo Rachel przez krótką chwilę milczy.

- Albo może pan wpaść na kolację – proponuje w końcu kobieta, jakby naprawdę wiele ją to kosztowało.

ooo

Większość jego ubrań jest w bazie w Pearl, ale znajduje coś, co wygląda przyzwoicie i nie ma logo knajpki Kamekony. Grubas uczynił z niego żywą reklamę, gdy podrzucił mu ciuchy do szpitala, ale był wdzięczny nawet za ten gest.

Jego koszulka jest trochę zbyt obcisła, bo przybrał na wadze od czasu, gdy był ostatni raz w domu, ale kiedy spogląda w lustro, stwierdza, że efekt wcale nie wygląda fatalnie. Nie dostał w twarz, gdy ludzie Wo Fata go ogłuszyli i zastanawia się, czy powinien facetowi za to po-dziękować. Ten jeden raz nie ma opuchniętej twarzy ani przeciętego łuku brwiowego. To miła odmiana.

Rachel otwiera mu drzwi w letniej sukience. Nie komentuje faktu, że to piękny dom i że to jedna z lepszych dzielnic w Waikiki. Nie chciał prosić Cath o drugą przysługę w ciągu dnia, więc pojęcia nie miał, czym zajmował się Edwards, ale podejrzewał, że nie była to nisko płatna posada policjanta.

Śmiech Grace dochodzi z wnętrza domu, więc automatycznie rusza w tamtym kierunku i zamiera w progu, gdy dostrzega, jak mała wpada w ramiona Danny'ego. To musi być jakaś ich prywatna zabawa, bo Williams wypuszcza ją, a ona jak bumerang wraca z jeszcze większym impetem. Danny nie widzi go, ale Grace zatrzymuje się i marszczy brwi w tak charaktery-styczny sposób, że nie ma wątpliwości co do tego, kto jest jej ojcem.

Mężczyzna odwraca się i otwiera usta najwyraźniej zaskoczony. I to nie tak, że Steve spodziewał się, iż Rachel uprzedzi Danny'ego. Może i wprosił się na kolację, ale ta kobieta ma własne plany. I nie widział nic zdrożnego w tym, żeby wykorzystać sytuację, gdy najwyraźniej Edwardsowie zafascynowali się jego znajomością z Jameson. Nie umknęło to jego uwadze już w szpitalu.

To zaproszenie jest przypadkowe i Danny musi o tym wiedzieć, bo jego usta zaciskają się w wąską kreskę.

- Steven – wita go Williams zaskakująco chłodno.

Nie oczekiwał uścisków, ale nie wie za bardzo, jak zareagować na to.

- Danno – rzuca z pewną nadzieją i coś pojawia się w oczach mężczyzny, by po krótkiej chwili zgasnąć.

- Komandor przyjął moje zaproszenie na kolację – dodaje Rachel i to najwidoczniej jedyne wyjaśnienie, jakie dostanie Danny. – Siadamy do stołu za dziesięć minut. Mój mąż jest w gabinecie, ale proszę rozgościć się w salonie, zaraz do pana przyjdzie. Danny… - zaczyna kobieta.

- Idziemy z Grace wymyć ręce – wchodzi jej w słowo Williams i jego ramiona sztywnieją jeszcze bardziej, gdy go mija.

ooo

Stan zajmuje się nieruchomościami, co jakoś go nie dziwi. Danny w ciszy słucha ich rozmowy i wydawać by się mogło, że nie zwraca na nich uwagi, ale Steve wie lepiej. Grace macha nogami przez cały czas, lekko go rozpraszając. Danny zabiera marchewkę z jej talerza, a Rachel krzywi się na ten widok, ale nie mówi ani słowa, gdy napotyka jego wzrok.

- Co pan o tym myśli, komandorze – mówi Stan nagle, co oznacza, że padło jakieś pytanie.

- Nie interesuje mnie polityka ani gospodarka – odpowiada, bo to jedyna rzecz, którą może rzucić i nie przyznać otwarcie, że nie słuchał przynudzania tego faceta.

- Dziwne – wtrąca Rachel. – Odniosłam wrażenie, że jest pan bardzo zorientowany w tutejszych…

- Moja rodzina mieszka na Oahu od kilku pokoleń. Dziadek zginął na 'Arizonie' podczas bombardowania Pearl – odpowiada i bierze głębszy wdech. – Jednak nigdy nie interesowałem się i nie będę interesował polityką – mówi z pewnością w głosie.

- Sądziłam, że pan jako komandos, ma pan rozeznanie w sytuacji na świecie – próbuje jeszcze raz Rachel.

- SEAL – wtrąca Danny, przegryzając marchewkę. – Komandosi są w armii. Steve jest z Marynarki Wojennej. Oni mają foki – tłumaczy jej spokojnie i Steve nie może ukryć krzywego uśmieszku .

Był pewien, że Williams drażnił się z nim specjalnie przez ten cały czas, ale dostać potwierdzenie tego to inna sprawa. I sprawia mu ogromną satysfakcję, że się nie pomylił.

- Grace - mówi do małej. – Zatkasz na chwilę uszy? – prosi.

Dziewczynka uśmiecha się do niego, odkładając widelec i wykonuje jego polecenie bez mrugnięcia okiem.

- Ja nie jestem od polityki, jestem od strzelania – wyjaśnia i Rachel wygląda na zszokowaną, ale za to Danny bawi się coraz lepiej.

Grace stroi do niego miny, więc pokazuje jej język, a ona kopiuje wyraz twarzy matki, co jest po prostu przekomiczne. I nadal nie wyciąga palców z uszu, więc Danny lekko klepie ją w ramię, żeby skończyła z tymi wygłupami, chociaż widać, że wcale tak nie myśli.

Przy stole zapada nieprzyjemne milczenie i Steve wie, że kolacja zaraz dobiegnie końca. Nie jest pewien, czy Danny wyjdzie razem z nim, czy zostanie z córką i nagle uświadamia sobie , że jutro rano będzie dokładnie w tej samej sytuacji, co przed kilkoma godzinami.

- Uhm – zaczyna, nie wiedząc, co teraz zrobić.

Danny przygląda mu się z drugiej strony stołu ze stoickim spokojem, więc robi większy wdech, bo przeżył Kambodżę, a kolacja z rodziną Williams-Edwards nie może być gorsza niż tamto doświadczenie.

ooo

Patrzy tępo na numer telefonu, który dała mu Cath, gdy dzwoni Chin Ho Kelly. Prawie nie rozpoznaje jego głosu. Nie widzieli się dobrych kilka lat. I kiedy Kelly proponuje wpaść do niego po zeznania, Steve odpowiada pospiesznie:

- Nie, przyjadę na posterunek.

- Okej – rzuca Kelly tym niby obojętnym tonem, w którym jednak wyraźnie słychać, że czuje, iż coś wisi w powietrzu.

Steve stara się nie myśleć o tym, że znowu wymyśla jakąś marną wymówkę, żeby spotkać się z Dannym. I udaje przed sobą, że zatrzymując się po malasadas , naprawdę nie myśli o Williamsie i jego miłości do pączków, o której mężczyzna poinformował go podczas ich długiej przeprawy przez dżunglę. Wbrew temu, co Danny sądził, Steve uważnie go słuchał.

Chin wita go drzwiach i spogląda podejrzliwie na spore pudełko malasadas. Między jego brwiami pojawia się zmarszczka i Steve stara się udawać, że wszystko w porządku, wzrokiem jednak skanuje pomieszczenie w poszukiwaniu znajomej twarzy.

Danny i drugi detektyw pochylają się nad aktami sprawy, najwyraźniej pochłonięci rozmową. I nie przewidział tego, że nie zostanie zauważony. Nie może tak po prostu podejść i wręczyć Danny'emu pączków. Sądził raczej, że Williams namierzy go w drzwiach i sam je zabierze.

- No więc Danny - zaczyna dość głośno – powiedział mi, że udało wam się namierzyć tych ludzi od Wo Fata – rzuca.

Chin unosi brew tak wysoko, że niemal ginie w jego grzywce, co jest pewnym osiągnięciem, bo facet ma cholernie wysokie czoło. A potem na twarzy Kelly'ego maluje się zrozumienie, gdy Danny patrzy na niego lekko zirytowany z drugiego końca pomieszczenia. Wie, że zwraca na siebie uwagę, ale udaje, że nie widzi, iż Danny już wie, że tutaj jest. I to nie miało być tak skomplikowane, gdy kupował pieprzone malasadas.

- Wiesz, jakie jest moje zdanie o policjantach… Macie słabe szkolenie, zero znajomości walki wręcz… - wymienia i kątem oka widzi, jak Danny czerwienie. – A facet załatwił naszego strażnika jednym kopniakiem – kończy i odwraca się, udając, że dopiero co dostrzegł Williamsa. – Danno! – mówi radośnie i na posterunku robi się nagle przeraźliwie cicho.

- Steven – warczy Danny przez zęby. – Mówiłem ci, że tak może zwracać się do mnie tylko moja córka. Jesteś moją córką, Steven? – Pytanie jest retoryczne i ten jeden raz Danny wydaje się naprawdę wściekły.

Może dlatego, że zaczynają się szepty i kilka osób spogląda z zaciekawieniem w jego stronę. Jego nazwisko jest oczywiście znane, ale teraz mieszają je z imieniem Danny'ego, czego mężczyzna chyba chciał uniknąć. I może to nie do końca było przemyślane – podobnie jak pączki, ale podaje Williamsowi pudełko z przepraszającym uśmiechem.

- Przyszedłem złożyć zeznania – tłumaczy, starając się nie brzmieć zbyt desperacko.

Chin przewraca oczami, a potem wpycha malasadas wprost w ręce Danny'ego, a jego ciągnie za łokieć w stronę swojego biurka. I to nie było dokładnie coś, co planował Steve. Stara się sprawdzić dyskretnie, czy Danny patrzy w ślad za nim, ale to trudne, gdy wszyscy mu się przyglądają.

- McGarrett – wzdycha Kelly, jakby nie miał słów.