Danny czeka na niego, kiedy Steve wychodzi z posterunku. Ich spotkanie jest tak nieoczekiwane, że McGarrett prawie potyka się na ostatnim schodku, bo Williams stoi na chodniku, z rękami zaplecionymi na piersi i najbardziej zaciętą miną, jaką Steve kiedykolwiek widział . I wie, że to oznacza kłopoty, ale z drugiej strony nareszcie mogą porozmawiać sam na sam.

- Steve – zaczyna Danny, nawet nie dając mu dojść do słowa. – Śledzisz mnie? Wiem, że Chin chciał wpaść do ciebie później, bo dzisiaj rano przesłuchiwał mnie – informuje go mężczyzna. – Nie wystarczy ci, że jesteś bohaterem dnia? Musisz mnie jeszcze upokarzać na oczach kolegów, którzy, przypomnę ci, i tak już mnie nie cierpią, bo jestem pieprzonym haole w tym ananasowym piekle! – warczy Williams.

Steve otwiera usta, ale w jego głowie zieje potworna pustka. Nie ma pojęcia, jak Danny doszedł do tych wniosków, ale to okropne nieporozumienie. Znaczy, kwestia stalkingu na nieszczęście się zgadza, więc tego nijak nie wyjaśni.

- Powiem ci jedno – mówi nagle Danny. – Wyciągnąłem cię stamtąd i należy mi się przynajmniej odrobina spokoju.

- Daj się zaprosić na kolację – rzuca Steve pospiesznie, bo to idealna okazja.

Williams patrzy na niego w czystym szoku, jakby właśnie przerwano mu cholernie długi wywód, który przygotowywał od pewnego czasu. Może nawet wtedy, gdy Steve odpowiadał na pytania China, a to oznacza dobrą godzinę planowania.

Odczuwa pewną satysfakcję, że potrafi go jednak zaskoczyć, ale na twarzy Danny'ego pojawia się dobrze znajomy cień.

- Nie jestem omegą – mówi Williams i wydaje się naprawdę zmęczony. – Nie obchodzi mnie, co ci mówią twoje pokręcone zmysły. Nie jestem omegą, Steve. Nie wrzucisz mnie do tej szufladki, nie wymusisz na mnie zachowań, których nie mam zaprogramowanych biologicznie… to… - urywa, bo chyba brakuje mu słów.

- Nie jestem idiotą. Zapamiętałem po pierwszych dziesięciu razach – prycha. – Nie jesteś omegą. Danny Williams to nie omega – powtarza jeszcze raz, tak dla pewności. – Ja nie… - urywa i bierze głębszy wdech. – Co do stalkingu masz trochę racji – przyznaje. – Ale to nie dlatego, że jesteś omegą, bo nie jesteś omegą. Wiem o tym, Danny, na miłość boską – ciągnie dalej, czując tylko większą irytację z tego powodu, że zakręcili się wokół jednego tematu i to cholerny błąd.

Danny marszczy brwi i unosi podbródek, jakby chciał spojrzeć na niego pod innym kątem. Jakby to miało jakoś ujawnić ukryte zamiary Steve'a i McGarrett ma ochotę się roześmiać, bo sądził, że był dostatecznie żałośnie oczywisty. Kelly zapewne właśnie opowiadał chłopakom o tym, jak przez ostatnich dwadzieścia minut zerkał w kierunku biurka, które musiało należeć do Danny'ego, bo stało na nim zdjęcie Grace.

Williamsa jednak nie było i założył, że Danny wyszedł. Nie chciał znowu wracać do domu z niczym, więc starał się zagadywać China, czekając jednocześnie na to, aż Williams wróci, ale Kelly go przejrzał i wykopał, zasłaniając się robotą.

- Czy ty też chcesz puknąć moją żonę? – pyta Danny retorycznie i w jego głosie słychać tak wiele obrzydzenia, że Steve'owi przewraca się w żołądku.

- Co? – mówi, nie wiedząc nawet, skąd się to wzięło.

- Zastanówmy się. Byłeś wczoraj u niej na kolacji. Wdałeś się w jakąś alfa-bójkę o władzę ze Stanem, a Rachel nie mogła oderwać od ciebie oczu. Wiem, jak to się odbywa, bo już raz to widziałem – warczy Danny. – Nie obchodzi mnie, Steve, co zamierzasz robić z Rachel. Nie chcę o tym wiedzieć. Nie chcę…

- Zwariowałeś?! – krzyczy w panice, bo to się zaczyna wymykać spod kontroli. – Wiedziałem, że ty tam będziesz… Chciałem… Chciałem porozmawiać - kończy słabo i Williams patrzy na niego jeszcze bardziej zaskoczony.

Przez chwilę milczą i Danny znowu ma tę zmarszczkę, która oznacza chyba, że rozważa właśnie wszystkie możliwe scenariusze, opierając się na zeznaniach świadka – czyli w tym przypadku Steve'a. I może trochę przegapił fakt, że Danny po samych poszlakach wytropił Wo Fata. Musi być cholernie dobrym detektywem i to sprawia mu pewną satysfakcję. Dziwi go jedynie, że najbardziej prawdopodobne scenariusze według Danny'ego są tak szalone, bo chyba wszyscy na posterunku już wiedzą, że próbował uwieść Williamsa pączkami.

Kiedy unosi głowę, nawet widzi w oknie partnera Danny'ego i China, którzy uśmiechają się do niego, wcale nieskrępowani faktem, że oglądają to małe przedstawienie.

- Chciałem... – zaczyna znowu i pojęcia nie ma, dlaczego słowa sprawiają mu taki ból. – Chciałem się z tobą umówić – przyznaje w końcu.

Tym razem Danny wydaje się ogłuszony i mruga kilka razy, zanim potrząsa głową z niedowierzaniem.

- Steve – wzdycha po raz kolejny. – Ja nie jestem…

- Wiem, że nie jesteś omegą – wchodzi mu w słowo. – Jedna kolacja – prosi i to brzmi żałośnie nawet w jego własnych uszach.

- Ale… - zaczyna Danny i ku jego zaskoczeniu wyraz twarzy Williamsa się zmienia.

Mężczyzna wydaje się mniej spięty. Puszcza nawet dłonie wolno wzdłuż ciała, nie oddzielając się od niego fizycznie żadną barierą. A Steve potrafi czytać mowę ciała. Widzi jakąś łagodność, która pojawia się na twarzy Danny'ego, zanim jej miejsce po raz kolejny zajmuje obawa. Teraz wie, że musi się baczniej przyglądać mężczyźnie, bo nie zawsze chodzi o to, co on mówi, ale o to, co dopowiada sobie Danny. Zapewne tak objawia się jego skrzywienie zawodowe.

- Żadnego 'ale' – mówi Steve trochę pewniej, bo instynkt podpowiada mu, że jednak coś tam jest między nimi, że nie wyobraził sobie tego w tej cholernej piwnicy. – Wiem, że chcesz ze mną wyjść. Co cię powstrzymuje? – pyta całkiem poważnie i robi krok do przodu.

Danny instynktownie się cofa i na jego twarzy pojawia się coś nieprzyjemnego.

- Nic nie wiesz – prycha Williams, ale cofa się o kolejny krok, gdy Steve stara się do niego zbliżyć, więc po prostu chwyta go za rękę, ponieważ to śmieszne i pewnie goniliby się tak po pieprzonym chodniku przed komisariatem. – Puszczaj – warczy Danny.

- Nie, dopóki mi nie powiesz, co zrobiłem nie tak – odpowiada. – Było dobrze, dogadywaliśmy się, a potem się wkurzyłeś. I potem znowu zaczęliśmy się dogadywać i znowu się wkurzyłeś. Chcę się z tobą umówić i byłem pewny, że nawet się ucieszyłeś… Znaczy, może nie ucieszyłeś, ale… - urywa, bo nie bardzo wie jak to wyrazić. – Czemu masz jakieś 'ale' ? – pyta.

Szczęka Danny'ego pracuje, gdy mężczyzna przełyka ślinę i wzdycha.

- Jedna kolacja – mówi Williams w końcu. – Dobra?

Steve puszcza jego nadgarstek, bo w zasadzie dostał to, po co przyszedł. Danny nie wygląda jednak na szczęśliwego i to już mniej mu odpowiada.

- Okej. Mógłbym przyjechać po ciebie dzisiaj o siódmej – proponuje i Williams kiwa głową, a potem odchodzi.

Steve ma nadzieję, że Danny nie zauważy tego, że wyciągnął jego adres z akt.

ooo

Danny wskakuje na siedzenie pasażera z cichym 'cześć', które jest do niego niepodobne. Steve stara się nie zauważać, jak spięty jest drugi mężczyzna, ale to trudne, gdy Williams wgapia się uparcie w przestrzeń przed sobą, nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego.

- Ładnie wyglądasz – mówi, ponieważ pamięta jeszcze zasady dotyczące randek.

Poza tym Danny ma na sobie jasnoniebieską koszulę, która podkreśla kolor jego oczu, a to naprawdę ładny widok.

Williams zerka na niego i odchrząkuje, ewidentnie nie wiedząc, co powinien zrobić.

- Dziękuję – odpowiada spokojnie. – Ty też… uhm… - urywa, kiedy jego wzrok pada na bojówki Steve'a i może to nie był najlepszy wybór.

- Moje ubrania są w bazie wojskowej – informuje go, bo powinien to wytłumaczyć.

Normalnie postarałby się, ale nie miał z czego wybierać. Przynajmniej spodnie są na tyle dopasowane, że jego tyłek na pewno dobrze w tym wygląda.

- Och – wyrywa się Danny'emu. – Wracasz… tam? – pyta i jest w tych cholernie dużo wahania.

- Nie, przeszedłem do Rezerwy – odpowiada i to jest jakiś początek.

Rozmawiają, więc powinien się cieszyć. Parkuje samochód i Danny wyskakuje czym prędzej na zewnątrz. I kiedy siadają przy stoliku, znowu zapada to nieprzyjemne milczenie, gdy Williams stara się patrzeć na wszystko, tylko nie na niego. To nie jest coś ,do czego jest przyzwyczajony i sam zaczyna zachowywać się nerwowo, bo od Danny'ego bije coś takiego, co dławi go od środka. Musi się natychmiast czymś zająć, ale nie ma pojęcia, od czego zacząć.

- Nie byłem na randce od dobrych dziesięciu lat – przyznaje, bo Cath twierdziła, że szczerość to podstawa. – Jeśli będę beznadziejny, musisz mi wybaczyć. Nie wychodzę zbyt często – dodaje.

Coś przebiega po twarzy Danny'ego, gdy znowu porusza szczęką w tak charakterystyczny sposób.

- To nie jest randka tylko kolacja – mówi Williams.

I Steve normalnie czułby się zawiedziony, gdyby nie to, że dostrzega, iż Danny jest świeżo po prysznicu i nawet się ogolił. Jego koszula jest nowa, wyprasowana i bije od niego przyjemny zapach męskich perfum. Gdyby miał cokolwiek w domu, zapewne przygotowałby się na ich randkę tak samo, ale skupił się głównie na ogoleniu się i znalezieniu ubrań, które nie miały logo Kamekony.

- Próbujesz okłamać mnie czy siebie? – pyta, ponieważ jest dupkiem, a jego niepewność znika. – Świetnie wyglądasz i jakoś wątpię, żebyś ubierał się tak na co dzień. Widziałem cię dzisiaj rano w pracy – przypomina mu, zanim Danny zdąża otworzyć usta. – Chcę, żeby to była randka i ty też tego chcesz – dodaje i nagle dociera do niego, że trafił w dziesiątkę. – Podobam ci się – stwierdza, co nie jest aż tak odkrywcze.

Danny przewraca oczami i chwilowo to napięcie znika.

- Trudno, żebyś się nie podobał – prycha Williams. – Jesteś relatywnie przystojny, Steve – przyznaje i chyba sporo go to kosztuje.

- Relatywnie? – pyta, bo to śmiesznie brzmi.

- Przeszkadza ci mój słownik? – kpi Danny. – Jesteś apetyczny, zadowolony? – pyta retorycznie. – A ja nie gustuję w jednorazowych przygodach – przyznaje i w jego głosie słychać dziwną gorycz.

Steve mruga, ponieważ w odróżnieniu od Danny'ego nie zajmował się zawodowo łączeniem faktów. A Williams mówi do niego szyfrem, który zaczyna dopiero rozpracowywać

- Chcę się z tobą spotykać, jeśli ty też tego chcesz. Po to poszliśmy na kolację – przypomina mu i jego serce bije tak głośno, że niemal nie słyszy nic oprócz niego. – Żeby się poznać.

Danny wydaje z siebie przeciągłe westchnięcie i nagle patrzy mu prosto w oczy. I Steve nagle zauważa, jak zmęczony jest Williams. W jego oczach brakuje blasku, który był tam wcześniej – nawet wtedy, gdy przemaszerowali przez cholerną dżunglę.

- Powiem ci, jak będzie – podejmuje nagle Danny. – Jestem betą, ale jestem na tyle głośny, że omegi sądzą, że jestem alfą, a alfy przez mój wygląd mylą mnie z omegami. Już raz dałem się na to nabrać, ale nie byłem na tyle dominujący, żeby moje małżeństwo przetrwało. Ciebie na razie rajcuje to, że rozstawiam cię po kątach, ale to się szybko skończy – informuje go i Steve otwiera usta, ale Williams unosi dłoń. – Nie jesteś nawykły do tego, żeby ktoś tobą rozporządzał, więc pewnie zaczniemy się kłócić i…

- Danno – wchodzi mu w słowo Steve.

Williams spogląda na niego zirytowany, ale ma to gdzieś.

- Przez ostatnie dziesięć lat słuchałem rozkazów i je wykonywałem – przypomina mu, ponieważ hello! Marynarka Wojenna. – I każdy normalny alfa po ośmiu godzinach twojego narzekania, zabiłby cię gołymi rękami na środku dżungli. Poważnie. Nie wiedziałem, że jest tyle rzeczy, które można nienawidzić w Hawajach, ale prawie obrzydziłeś mi własny dom, co jest pewnym dokonaniem.

- Macie ukwiały i…

- Danno – przerywa mu ponownie, bo kiedy Williams zaczyna mówić, przeważnie mijają długie godziny i lepiej w ogóle do tego nie dopuścić.

- Steven – odpowiada Danny i wyraźnie w jego głosie słychać groźbę.

Jednak nie chce już słuchać i pochyla się nad stolikiem, całując niezdarnie mężczyznę, który jest tak zaskoczony tym nagłym atakiem, że otwiera usta, wpuszczając go do środka. Coś spada ze stołu, gdy Danny chwyta się go kurczowo albo to on chciał pokonać dzielącą ich przestrzeń. Nie wie, czyja to wina, ale zostają wyrzuceni i Danny z zaczerwienionymi policzkami wsiada do jego samochodu, starając się z nikim nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.

Steve ma to w nosie i całuje go, gdy tylko zamyka za sobą drzwi auta.

- Nie możemy... – próbuje Danny, ale potem sam się na niego rzuca, co jest po prostu śmieszne.

I jest pewien, że Williams spędzi cały ranek narzekając na ich bezmyślność, ale teraz to nie ma znaczenia.

ooo

Kiedy zamyka za nimi drzwi sypialni, w zasadzie nie ma już na sobie koszulki, a guziki Danny'ego przeszły do historii w jego salonie piętro niżej. Udało im się nie przewrócić na schodach, ale to głównie zasługa tego, że mieszkał w tym domu i potrafił doskonale chodzić do tyłu. Danny napiera na niego całym ciałem i jeszcze nigdy nie czuł się w ten sposób. Williams nie jest ciężki, ale biorąc pod uwagę jego posturę – spodziewał się czegoś delikatniejszego. Tymczasem mężczyzna używa częściej zębów niż języka i cała klatka piersiowa Steve'a jest kąsana, co jest cholernie dobrym uczuciem.

Danny zwalnia nagle, jakby zdał sobie z czegoś sprawę i całe jego ciało wchodzi w stan, który Steve potrafiłby nazwać tylko pasywnym spięciem. Nie wie, dlaczego coś podobnego pojawia się w jego głowie, ale nie może pozbyć się tej myśli.

- Coś nie tak? – pyta.

Danny jednak kręci przecząco głową i kładzie się na plecach na jego łóżku. Przypomina ofiarę składaną bogom i pewnie by go to rozbawiło, gdyby nie fakt, że jego oczy mówią wszystko. I Steve'owi bardzo nie podoba się to, co widzi.

Układa się na nim, a potem unosi ich obu tak, że Danny jest na górze.

- Nie przestawaj – mówi. – Gdybym chciał zdobyć nad tobą przewagę, nie miałbym z tym najmniejszego problemu. Myślisz, że twoje słabe przeszkolenie policyjne… - zaczyna i to brzmi jak rzucenie wyzwania.

I Danny podejmuje je bez wahania, trochę bardziej rozluźniony, jakby nareszcie docierało do niego, że Steve nie pragnął kogoś, kto pasywnie pozwalałby mu robić z sobą, cokolwiek zechciał. Williams całuje go tak jak wcześniej, z pożądaniem i radością, które powoli opanowują ich obu. I Steve uwielbia czuć na skórze jego energię. Jest niczym wyładowania elektryczne, gdy mężczyzna przygryza jego sutek, a potem szarpie się ze spodniami.

Szamoczą się i to jest trochę jak walka albo wyścigi, które Steve wygrywa, bo pierwszy jest nagi. Danny jednak nie pozostaje daleko w tyle i spogląda na niego, klęcząc nad jego biodrami. Jego ciało jest trochę nieproporcjonalne. Szerokie barki boksera, płaski brzuch i dość szczupłe nogi. Steve nie widział jednak niczego bardziej doskonałego, więc chwyta go za pośladki, przyciągając go w stronę swojej twarzy.

Danny spogląda na niego trochę zaskoczony, gdy jego penis dotyka ust Steve'a. Kąt jest fatalny i Steve nie może poruszać głową , która jest oparta o ramę łóżka. Williams stara się nie wejść zbyt głęboko, ale jego fiut jest tak przyjemnie sztywny, że Steve jest pewien, iż Danny nie był tak podniecony od bardzo dawna. A może nigdy w życiu.

I Williams zaskakuje go trochę swoim milczeniem. Steve zerka więc w górę i dostrzega rozchylone usta, przez które Danny oddycha miarowo, starając się kontrolować wszystko, co robi. Jakby bał się skrzywdzić Steve'a. I okej, może minęło sporo czasu, odkąd robił to ostatnio, ale z tym jest jak z jazdą na rowerze, więc zaciska dłonie na pośladkach Danny'ego i ten wydaje z siebie przeciągły jęk. A potem agonalnie powoli wsuwa sobie jego penis do gardła, starając się oddychać przez nos. Czuje pod dłońmi, jak Danny sztywnieje i wycofuje go, biorąc głębszy wdech. Zaczyna żałować, że ułożył się w ten sposób, bo nie może wziąć całego członka do ust, ale to okazuje się najmniejszym problemem.

- Steve – wzdycha Danny i to jest chyba ostrzeżenie, bo głos Williamsa nie jest bynajmniej przyjemnie rozluźniony.

Mężczyzna brzmi tak, jakby cierpiał i odsuwa się od niego na tyle, aby sperma nie wytrysnęła w jego twarz. Danny osuwa się na niego, dysząc, jakby chciał nadrobić każdy wdech, którego nie wziął, gdy robił wszystko, co mógł, żeby nie dojść.

Leżą przez chwilę, wgapiając się w sufit i Steve czuje się coraz bardziej zdenerwowany, bo Williams nic nie mówi.

- Jeśli śpisz, obudzę cię – ostrzega lojalnie, a Danny gryzie go w sutek, który pewnie jest pokryty spermą.

Jego penis jest nadal twardy i nie zrobili nic, by się tym zająć. Nie jest egoistą w łóżku i nie liczy na odwzajemnienie, ale chciałby dojść jeszcze kiedyś w tym tygodniu, zanim jego jądra zrobią się sine i odpadną. Kiedy mówi to Danny'emu, mężczyzna śmieje się przez chwilę, a potem całuje go krótko w usta.

- Czego byś chciał? – pyta Williams i jego głos jest tak zachrypnięty, jakby to właśnie on jeszcze przed chwilą obciągał.

- Mogę? – odpowiada pytaniem, zsuwając dłoń między pośladki Danny'ego i mężczyzna wygina się lekko w tył, wpuszczając go głębiej.

- Taki był twój plan od samego początku? Doprowadzić mnie do orgazmu, żebym był bardziej skory do współpracy? – kpi Williams, ale nie mówi nie.

I Steve ma ochotę się roześmiać.

- Jutro, kiedy ty zaprosisz mnie na kolację i za nią zapłacisz, ja będę na dole – obiecuje mu, bo za wszelką cenę chce umówić ich kolejne spotkanie.

Nadal nie powiedział Danny'emu, że ma w domu jego akta, ale sądzi, że dobrze z tym poczekać do trzeciej randki. Albo drugiej rocznicy ślubu.

Williams śmieje się, a potem uderza go w ramię nie tak znowu żartobliwie.

- Wyrzucili nas – przypomina mu sucho Danny. – Nie płaciłeś za kolację.

- Zrobię ci śniadanie – obiecuje, ponieważ znał się trochę na negocjacjach.