Mary siedzi przy swoim biurku w tak ukrytym przed oczami wścibskich pomieszczeniu, że jej zwierzchnik przeważnie się gubi. Ona nie ma z tym problemów – ma doskonałą orientację w terenie i wstukiwanie dziesiątek kodów, żeby dostać się do MI 6 nie jest dla niej wyzwaniem.
Po raz setny już chyba od czasu powrotu z Afganistanu, przegląda teczki całego oddziału i nie znajduje nic podejrzanego.
Wieloletnia oddana służba krajowi.
Wielokrotnie odznaczony…
Bla bla bla.
Standardowe formułki są poprzedzane przez inne suche zwroty, które nic tak naprawdę nie mówią o ludziach, którzy żyli z sobą przez ostatnie tygodnie. Wojna zmienia człowieka, ale żeby poznać różnicę – trzeba odkryć kim był w fazie początkowej.
Ann Shaw jest matką trójki. Pielęgniarką, którą sytuacja finansowa zmusiła do wyjazdu na misję. Rozwiedziona nie miała innej możliwości, aby utrzymać dzieci. Nigdy nikogo nie zabiła, ale Mary pamięta jak kobieta ściska broń eskortującego ich żołnierza, który został ranny.
I Mary wie, że Ann jest kochającą matką, ale w tamtej chwili zabiłaby każdego, kto nie wyglądałby na ich wojsko.
August Smith początkowo wydawał się jej podejrzany, bo kto chciałby tak skrzywdzić swoje dziecko. Jego rodzice chyba jednak całkiem świadomie zdecydowali, że tak zwyczajne nazwisko wyposażą w fatalne imię.
Augie Smith jest jednym z sanitariuszy i schował się pod furgonetką, gdy nastąpił atak. Chyba całkiem nieświadomy tego, że najdrobniejszy wyciek paliwa mógł spowodować wybuch. Wykreśliła go, bo nie szukała głupców ani tchórzy.
- Wciąż używasz czasu teraźniejszego mówiąc o nich – odzywa się Lestrade i Mary sztywnieje.
Nie wie nawet kiedy mężczyzna wszedł do środka, a to oznacza, że opuściła branżę w odpowiednim momencie.
- Żyją – odpowiada bez wahania i orientuje się też, że jeśli Greg ją słyszał, musiała mówić na głos.
- Zalecenia psychologa? – pyta Lestrade.
Mary na końcu języka ma, że sama jest psychologiem. A przynajmniej ma dyplom, którego mogła ten jeden raz użyć podczas tej misji. Twierdząc, że ma pomóc żołnierzom uporać się z traumą. Nigdy do niczego podobnego nie doszło.
Miała już tak wiele tożsamości, że sama nie jest pewna kim jest teraz i to jest główny problem. Wystrzały odzywają się tylko w nocy lub, gdy komuś strzeli gaźnik. Albo kiedy otwiera tubkę od pasty do zębów zbyt gwałtownie.
Z tym da się żyć.
- Nawyk z dzieciństwa – kłamie i Greg to widzi.
Wychodzi też bez słowa, a ona naprawdę to docenia. W ile korytarzy skręcił przypadkowo zanim tutaj dotarł? To pozostanie pomiędzy nim, a ludźmi, którzy obserwują korytarze dzięki stałemu monitoringowi.
Mary wyciąga kolejną teczkę i zamiera.
Sherlock Holmes.
Nie jest pewna co mężczyzna robił w tym oddziale, ale nie był pacjentem. John mówił o nim z taką radością, jakby znali się od lat. Może też tak było.
Sherlock jednak nie był wojskowym. Nosił się sztywno, a jego spięte ramiona dowodziły, że był zawsze na wszystko przygotowany.
Nie był lekarzem, ale wiedział wiele na temat spraw medycznych. Miał tak przenikliwy wzrok, że Mary chwilami czuła się tak, jakby była prześwietlana. Jakby on jeden wiedział kim ona jest i co tam robi. A tego nie wiedział nawet John, którego kochała, a który to uczucie odwzajemniał.
I jeśli Sherlock wiedział, nie powiedział o niczym nikomu. Tego była pewna. I to było dziwne, bo ludzie lubili chwalić się swoimi triumfami nad innymi.
To zabawne, ale te same niewielkie odstępstwa od normy wykreślały go z grona podejrzanych. Idealny szpieg – ten, którego poszukuje – wtapia się doskonale w tłum. Jak ona.
ooo
Ulice Londynu są zawsze zatłoczone. Nie ma takiej pory dnia czy nocy, żeby nie spotkać kogoś spieszącego się tu czy tam. Mary czasami chodzi w tę i z powrotem tylko po to, żeby nie siedzieć nad cholernymi teczkami, które doprowadzają ją do szaleństwa.
Nie ma odpowiedzi na pytanie, które dręczy ją od miesięcy. A tak bardzo chce poznać powód, dla którego John nie żyje. Chce poznać winnego i wskazać go palcem.
Psycholog był zdziwiony, że nie ma kompleksu jedynego ocalałego. Że nie płacze w poduszkę zarzucając sobie, że gdyby nie ona – John by żył. Oczywiście nikt nie przekazał lekarzowi jej pełnych akt, a wizyty były wyłącznie podkładką dla działu osobowego. Nowy pracownik w końcu był wciągany na listę płac.
Fakty to jedyne czym Mary się interesuje. A są takie, że winnym jest zdrajca – szpieg pieprzonych terrorystów i ona zamierza go dorwać. Może tym wszystkim, którzy są już w domu, będzie lżej, ale jej to nie obchodzi. Ma jasny klarowny cel i nową misję, którą musi wykonać. Może już nigdy nie znajdzie się na polu walki, ale są inne sposoby, aby przysłużyć się krajowi.
Zamyślona prawie mija młodą kobietę z nosidełkiem w dłoni. Szok jest tak duży, że zatrzymuje się na środku chodnika i ktoś potrąca ją ramieniem. Instynktownie sprawdza czy nie wstrzyknięto jej jednej z tych substancji, które zabijały nawet do dwóch tygodni, ale płaszcz wydaje się cały. A ona jest w Londynie, a nie Bukareszcie.
- Molly? – pyta niepewnie i gryzie się we wnętrze policzka, bo nigdy nie były po imieniu.
Ostatni raz widziała też kobietę na pogrzebie jej męża.
Molly Watson marszczy brwi, jakby jej nie rozpoznawała, a potem nagle jej oczy robią się wielkie jak lustra w Pałacu Buckingham. Kobieta sztywnieje i stoją naprzeciwko siebie bez słowa. W jej wzroku jednak brakuje wcześniejszej niechęci.
Mary nie wie co powinna zrobić. Może Molly odwróci się po prostu na pięcie i wróci skąd przybyła. Do jakiegoś przytulnego domku, który wybudowali z Johnem, a w którym wychowa jego dziecko.
Nagle orientuje się, że w nosidełku musi znajdować się potomek Watsona i jej wzrok mimowolnie zaczyna wędrować w tym kierunku.
Jest tak rozkojarzona, że prawie nie dostrzega tego, że stoją przed szpitalem wojskowym.
A to musi coś znaczyć.
Molly wygląda na zmęczoną, ale nie tym radosnym znużeniem spełnionych matek. Jej cera jest tak blada, że niemal przezroczysta i próbowała dzisiaj zatuszować fakt, że ostatniej nocy płakała.
Mary nie wie co z tym zrobić. To nie tak, że lubi Molly. Nie tak, że ją zna. Chociaż John opowiadał o niej wielokrotnie i kobieta wydaje się jej przeciwieństwem. Nie jest taka jak Mary – skryta i pewna siebie, ale jest twardsza niż John przypuszczał.
Jest tak późno, że ostatnie pociągi do Sussex musiały już odjechać, a Molly wciąż kręci się po szpitalnym chodniku, jakby nie wiedziała co teraz począć.
- Gdzie się zatrzymujesz na noc? – pyta Mary decydując i nagle orientuje się, że nie minęła nawet jedna minuta od kiedy się spotkały.
Czas znowu robi tę śmieszną rzecz, której ona się tak bardzo boi. Nie chciałaby przeżyć swojego życia, a potem obudzić się i musieć żyć ponownie. A jej myśli płyną tak zmiennymi torami, że czasami jest tak bardzo trudno się skupić.
Ulice Londynu pomagają, gdy odgaduje historie ludzi, którzy ją mijają.
Molly patrzy na nią, zaciskając usta w wąską kreskę i znowu nagle wszystko jest wiadome. Nosidełko do samochodu, ale brak auta na parkingu. Szpital wojskowy, ale brak karty przyjęcia. Młoda matka w stresie… Wdowa…
- Ojciec Johna po mnie zaraz przyjedzie – kłamie kobieta z czymś nieprzyjemnym w głosie.
Mary nie wie za bardzo co zrobić. Coś jest nie tak. Zna ogólny obraz sytuacji, ale szczegóły przydałyby się równie mocno. Nie jest przyzwyczajona wydawania opinii bez poznania sprawy dogłębnie. Odcienie szarości mają odcienie szarości, a w nich jeszcze kryje się tak wiele, że tylko ignorant używa pojedynczego słowa na określenie koloru.
Ona nie jest ignorantką i chociaż wiele można było o niej powiedzieć – zawsze była skrupulatka w tym co robiła. Za to ją szanowano.
- Dasz się zaprosić na kawę? – pyta w końcu z ociąganiem i Molly patrzy na nią w kompletnym szoku.
- Miałabym z tobą wypić kawę? – upewnia się kobieta z niedowierzaniem.
Teraz kiedy to mówi – brzmi to jak szaleństwo, ale Mary to nie obchodzi. Jest o krok od tego, żeby przekroczyć granicę. Równie dobrze może to zrobić, gdy będzie z wdową po swoim kochanku na kawie.
- Jest późno. Możesz zadzwonić do teścia gdzie jesteśmy – tłumaczy z łatwością udając, że wierzy z to wcześniejsze kłamstwo. – Lodnyn o tej porze nie jest najbezpieczniejszym miejscem. Szczególnie, gdy jesteś z dzieckiem, a twoja torebka zwisa w ramienia w ten sposób.
Molly niemal natychmiast poprawia się, ale to nic nie daje. Z nosidełkiem w dłoni nie ma zbyt wiele ruchu.
- Mogę – pyta Mary wyciągając dłoń w stronę dziecka.
Szybko poznaje swój błąd, gdy Molly cofa się gwałtownie.
- Jego nie dostaniesz – syczy kobieta wściekle.
To chłopiec – myśli Mary.
