Podróż taksówką nie trwa długo, a kierowca nawet nie ukrywa jak bardzo interesują go obie. Zerka we wsteczne lusterko, gdy tylko ma okazję, a te natrafią mu się raz po raz. Mary z przyzwyczajenia stawia wyżej kołnierz płaszcza, aby zasłonić część twarzy. Nigdy nie wiadomo z kim ma się do czynienia, a przez lata służby Królestwu narobiła sobie potężnych wrogów.

Przeważnie starała się, aby każdy prędzej czy później trafił kilka metrów pod ziemię, ale z wiekiem człowiek robił się leniwy. Niechlujny.

Molly milczy, poprawiając becik dziecku nerwowym ruchem, jakby chciała w ten sposób wypełnić ciszę między nimi. Czymś zająć ręce.

Gniotą się na tylnym siedzeniu taksówki, ale Mary nie komentuje tego. Płaci również bez słowa kierowcy, a potem pomaga kobiecie z torbami. Nie dotyka tylko nosidełka z dzieckiem, bo to teren jak najbardziej zakazany, a jeśli nauczyła się czegokolwiek w życiu to szanować cudze granice, dopóki nie będzie w stanie ich przesunąć na dobre. Igranie z nimi bez możliwości trwałego działania było bezsensowne i bezproduktywne.

Oczy Molly robią się odrobinę większe, gdy widzi budynek, w którym mieszka. Przeszklone lobby robi wrażenie na prawie wszystkich. Mary potrafi tylko myśleć o tym jak bardzo przysłużyła się departamentowi, że ukrywają ją na widoku. Po drugiej stronie ulicy, a nawet mieszkanie pod nią zajmują agenci, którzy zapewne czyhają na każdego kto skusi się na polowanie na agenta na emeryturze.

To zabawne, ale oni wszyscy na swoich stołkach myślą, że ona ma jeszcze jakąś wartość. Jakby nie przekazała wszystkiego, co miała do przekazania. Jakby nie zapomniała całej reszty dla własnego i ich bezpieczeństwa. Jest pustą płytą i każdy, kto uprawiał lub uprawia jej zawód wie o tym.

Jeśli ktoś miałby kiedykolwiek pojawić się pod jej drzwiami to z zemsty, a nie dla informacji, których posiadania się wyrzeknie.

Kiedy wjeżdżają windą na odpowiednie piętro, Molly spina się po raz pierwszy, jakby zdała sobie sprawę, że właśnie zamierza spędzić noc u kochanki jej męża. Reakcje ludzi w stresie bardzo trudno zrozumieć, dlatego zawsze zdawała się na swój instynkt.

- Jest bardzo późno, a motele są drogie – mówi, bo takie są fakty.

Molly nie ma pieniędzy i obie to doskonale wiedzą. I mówiła szczerze wcześniej – nie pozwoliłaby matce z dzieckiem tułać się w nocy po Londynie. Widziała to w Kairze, Belmopan i Damaszku.

- To nie jest litość – dodaje chłodno.

Molly sztywnieje i spogląda na nią ostro. Przez chwilę Mary zastanawia się czy przejdą jakąś bezsensowną rozmowę, która wypełni im wieczór, a i tak kobieta zostanie na noc w jej mieszkaniu, ale Molly zagryza zęby. Dociera do niej jak bardzo wyboru nie ma i Mary przez krótką chwilę żałuje, że w ogóle otworzyła usta.

Nie ma nic gorszego niż brak wyboru. Manipulowanie matkami nie jest też czymś, z czego kiedykolwiek była dumna.

Wchodzą do środka w milczeniu i Mary kieruje się wprost do drugiego pokoju. Spogląda na nieurządzone wnętrze, zastanawiając się w zasadzie co miało tam powstać. I po jej trzy pokoje w mieszkaniu, w którym tak rzadko bywa.

- Zaraz podam ci pościel – mówi do Molly. – Ręczniki są w łazience. Masz ochotę coś zjeść? – pyta.

Kobieta kiwa przecząco głową. Dziecko wciąż śpi, co paradoksalnie jest złym znakiem. Będzie płakało w nocy, a to oznacza brak czujności w dzień. Brak czujności przez całą dobę. Zmęczenie jest wrogiem każdego agenta, a przynajmniej tak nauczyło ją życie.

Mary zastanawia się jak długo Molly przebywała w szpitalu. Może od samego ranka, czekając na jakiekolwiek informacje. Próbuje się wczuć w jej sytuację, ale nie potrafi. Nie jest matką.

- Karmisz piersią – przypomina kobiecie. – Jeśli ty nie jesz, to dziecko też nie – dodaje, kierując się bez słowa. – Nie znam się na tym, co kobiety karmiące mogą jeść, ale gulasz powinien być w porządku? – pyta niepewnie, słysząc jak Molly w końcu wstawia swoje rzeczy do pokoju.

- Nie dodawaj zbyt wielu ostrych przypraw – mówi kobieta z dziwną niepewnością w głosie.

Mary zastanawia się o czym powinny porozmawiać, ale cokolwiek je łączy – jednocześnie je dzieli. Przygotowuje zatem jedzenie w milczeniu, wsłuchując się jak kobieta gaworzy z dzieckiem, które musiało się w końcu obudzić. John Junior nie płacze, ale nie śmieje się też. Mary nie miała okazji przyjrzeć mu się dokładnie, więc nie wie czy chłopiec jest tak bardzo podobny do Watsona, jakby chciała.

Kiedy wchodzi do salonu, Molly kołysze dziecko w swoich ramionach i wygląda dziwnie. Mary nazwałaby to pewną formą piękna, ale kobieta jest jednocześnie zmęczona, wyczerpana i szczęśliwa. To tak bardzo niezintegrowana mieszanka, że Mary przystaje w progu z talerzami w dłoniach.

- Nie obudzisz go – zapewnia ją Molly.

Kładzie zatem talerze na stole, spoglądając na chłopca bardzo ostrożnie.

Wygląda to na oswajanie dzikiego zwierzęcia, ale Mary z doświadczenia wie, że każda matka ma w sobie coś takiego, co nie jest do końca łagodne. Niedocenianie ich bywa zgubne, bo nie ma większej siły niż matczyne poświecenie.

Widziała to wcześniej, gdy zaczęła rozmawiać z Molly, a ta zamiast powiedzieć, żeby poszła w diabły, zmusiła się do kawy z nią, aby dostać jakiekolwiek informacje o śledztwie. Tak jest też teraz, gdy duma kobiety zostaje pokonana przez to, że obie doskonale wiedzą, iż dziecko nie może zostać na dworze przez całą noc.

Nie czuje się winna, bo obie robią to, co muszą.

- Próbowałaś zwrócić się do organizacji wspierających wdowy po żołnierzach? – pyta Mary.

- Ich środki są ograniczone – odpowiada Molly. – Nie pomaga fakt, że krążą pewne plotki – urywał i wpatruje się w swój talerz.

- O mnie i o Johnie czy o tym, że jest zdrajcą? – pyta Mary krótko.

- Wszystkie – odpowiada krótko Molly. – Poddają w wątpliwość to, że Junior jest dzieckiem Johna – dodaje kobieta i brzmi naprawdę zimno.

Z tym gniewem Mary nie chciałaby się spotkać w niewielkim pomieszczeniu bez okien, przywiązana do krzesła.

- Jakaś dalsza rodzina? Przyjaciele? – pyta dalej.

- Przyjaciele są najbliżej, gdy nie są potrzebni – odpowiada kobieta krótko, a potem zerka na nią tym swoim zmęczonym wzrokiem. – To śledztwo się nie skończy – stwierdza.

Mary przygryza wnętrze policzka, gdy udaje, że musi wyjątkowo długo gryźć ten kęs.

- Nie – odpowiada krótko. – To nie ja je prowadzę. Ktoś w departamencie musi prowadzić kontr śledztwo i będą chcieli porównać nasze wyniki – tłumaczy.

Sama doskonale wie jak to wygląda.

- Nie możesz gwarantować jakoś jego niewinności swoim słowem? – pyta Molly.

Nie jest to prośba. Nie jest to rozkaz. Kobieta nie próbuje też sugerować, że Mary jest jej cokolwiek winna. Zwykłe stwierdzenie faktu i badanie możliwości, co Mary odpowiada najbardziej. Żądaniowy sposób życia niektórych kobiet potrafił doprowadzić je w miejsca, z których nie było odwrotu.

- Nie jestem wiarygodna – odpowiada Mary, bo to musi być powiedziane na głos.

Molly kiwa głową, jakby rozumiała w pełni jak to wygląda z biurokratycznego punktu widzenia.

Mary zaświadczyłaby o niewinności Johna, gdyby mogła. Ma pewność, której nie mają inni, ale nie ma zdrajcy, a tylko to obchodzi wydział.