II
02.06.2177 rok, planeta Epho, Mgławica Półksiężyc – Zelene
– Co u Johna?
Louil, Jane i Thun siedzieli w baraku, próbując się ogrzać po zmianie w temperaturze minus trzydziestu stopni Celsjusza. Wykopaliska na Epho trwały już cztery miesiące i miały trwać jeszcze ponad pół roku. Dziesięć miesięcy spędzonych na zamarzniętej i targanej śniegiem planecie, żeby przeszukać stare, przedproteańskie ruiny. Jane byłaby tym wszystkim mocno zainteresowana, gdyby nie fakt, że przez ten czas ani razu nie zobaczy się z bratem.
– Przymierze złożyło mu znowu jakąś dziką propozycję – mruknęła, chuchając w dłonie. – Kiedy to wreszcie zacznie grzać?
– Ubierz i nie jęcz. – Asari rzuciła w nią rękawiczką. – To chyba nieźle, nie?
– Wydawał się zadowolony. – Kobieta kiwnęła głową, wsuwając ręce pod pachy. – W ogóle po Blitzie co chwila coś mu proponują.
– Może za kilka lat zacznie przypominać prawdziwego żołnierza. – Thun wyciągnął się na łóżku.
– Och, zamknij się. – Łypnęła na niego nieprzychylnie.
– Dlaczego? Mówię prawdę. Wy, ludzie, nadajecie się do czegoś tylko wtedy, kiedy ktoś podda was morderczemu treningowi i… Heeej!
Jane uniosła rękę, zła, i turianin wziósł się nagle o kilka centymetrów. Opadł zresztą natychmiast ciężko i na tyle boleśnie, żeby stęknąć i zakląć.
– A wy, turianie, macie tak wielkie ego, że mogłoby wam służyć za broń, gdyby skończyła się wam amunicja.
– Oj, Jane, słabo, słabo. Starzejesz się. – Thun usiadł, masując kolano.
– Nie mam ochoty na przepychanki słowne. – Kobieta wstała, przeciągnęła się i zaczęła zdejmować pancerz. – Weź się nie gap.
– Nie bój się, kosmitki mnie nie pociągają. – Turianin sięgnął po datapad, odwrócił się jednak tyłem.
– Skąd wiesz, może ją kosmici pociągają – zachichotała Louil, zagrzebując się pod kocem. – Nie ma co się wstydzić, u nas to norma. Zdrowsza niż interesowanie się własnym gatunkiem.
– Dlatego interesujesz się moim bratem? – Jane rozpuściła włosy, zerknęła na przyjaciółkę.
Asari nie odpowiedziała, wydęła tylko błękitne wargi.
– Ja naprawdę nie chcę tego słuchać. – Thun zerknął na przyjaciółki. – Naprawdę.
Jane spojrzała na niego ciężko i położyła się na łóżku. Podłożyła ręce pod głowę, wbiła wzrok w sufit. Barak, postawiony pod skałą, był nieduży – miał trzy pomieszczenia: kuchnię, łazienkę i sypialnię z czterema piętrowymi łóżkami. Kilka podobnych baraków stało obok siebie, osłaniając teren wykopalisk. Nie było to najlepsze miejsce na utkwienie na prawie rok, ale zapłata… zapłata była dobra. Mogłaby potem wreszcie pojechać na Thessię z Louil. I na Ziemię z Johnem. A potem poszukać mieszkania z Johnem. Wspominał w ostatniej wiadomości, że myśli o wyprowadzce ze służbowego mieszkania na Eden Prime i kupnie swojego. Może na którejś z większych kolonii, ludzkich lub asari, gdzie były jakieś muzea? W takim miejscu znalazła by zatrudnienie bez żadnego problemu. Mogliby mieć ładne, dwupoziomowe mieszkanie – każde miałoby swój pokój. Oprócz tego duży salon, dzieła sztuki, może mała siłownia… I jacuzzi. Jane przymknęła oczy – tak, pomysł z jacuzzi bardzo się jej podobał. Na razie było jeszcze za wcześnie, żeby o tym myśleć, ale nie zamierzała rezygnować z przyjemnych wizji.
– Co za dziura! – Rith wszedł do środka, otrzepując się ze śniegu.
– Ej, nie tutaj, znowu wszędzie będzie mokro! – Asari zmarszczyła z niesmakiem nos.
– Śnieg. Mokro. Kogo to obchodzi. Wyschnie za godzinę. Prawdopodobnie mniej. – Salarianin odłożył broń. – Moja rasa źle znosi zimno.
– Żadna rasa nie lubi zimna – odezwała się Jane, dalej nie otwierając oczu.
– Ale ja łatwiej się wychładzam! Jedna awaria w pancerzu i natychmiast się zamrożę! To skandal!
– Sam wziąłeś tę robotę, przestań skrzeczeć. – Turianin zerknął na Ritha. – My też nie lubimy tego miejsca, a nie jęczymy.
– Ale co to dla was dziesięć miesięcy? Chwila! Nic! A dla mnie? To kawał życia! Dobrze że to ostatnia robota.
– Tym bardziej przestań pieprzyć. Przejdziesz sobie na emeryturę a my co? Będziemy odmrażać nasze tyłki na podobnych światach jeszcze długo, długo, długo.
– Mów za siebie. Ja zamierzam się w końcu ustatkować. – Louil usiadła gwałtownie na łóżku. – Będę miała duże mieszkanie, najlepiej na Illium albo Cyone…
– Duży rozstrzał – zauważyła Jane. – Metropolia albo kolonia rolnicza.
– Jedno nie przeszkadza drugiemu. Może coś pośredniego, jak Nevos? Poza tym – zamieszkam z kimś miłym. Turianie są mili. – Obdarzyła Thuna olśniewającym uśmiechem.
– Turianie to sztywniacy.
– Och, Jane, nie bądź zazdrosna, nie mogę spędzić całego życia z tobą.
– To cokolwiek niezręczne. –Turianin spojrzał na nie rozbawiony.
– Hormony. Tym kierują się wszystkie rasy. Zero rozsądku. Cieszę się, że salarianie są inni.
– A ktoś cię prosił o zdanie? – Louil skrzywiła się. – W każdym razie – mam dopiero sto dwa lata i chcę się jeszcze bawić. Ale przyjdzie taki czas, kiedy założę rodzinę, zobaczysz.
– TO już było wredne. – Jane spojrzała na nią z wyrzutem. – Wypominać, że nie będę żyła tak długo jak ty. To się nazywa rasizm.
– Yep. Zazdrosna.
Thun zaśmiał się tylko.
Jane nie odpowiedziała. Sięgnęła po swój datapad i zaczęła pisać wiadomość.
John.
U mnie nic ciekawego – mróz, śnieg i wiatr. Nic ciekawego też nie dzieje się w ruinach. Profesor Mindorep wiązał z tym duże nadzieje, ale póki co nie znalazł nic wartego uwagi. Wszyscy chodzą źli i zmarznięci, a te pieniądze, które mamy dostać, nagle przestały być aż takie atrakcyjne. Marzy mi się robota w jakimś ciepłym miejscu. Sur'Kesh mogłoby być odpowiednie, ale za dużo tam salarian. Salarian nie lubię.
Jak będziesz miał czas, to napisz coś więcej. Cokolwiek. Nie wiem, co się u Ciebie dzieje, czy jesteś bezpieczny, czy nie urwało Ci nogi. Nie oczekuję szczegółowych informacji, chcę tylko wiedzieć, czy wszystko jest OK.
Louil Cię pozdrawia.
Jane
Zamieć nie ustawała już czwarty dzień. Najemnicy nie mieli nic do roboty – wiatr i śnieg zmusiły wszystkich do przerwania wykopalisk i schowania się w barakach. Pogoda uniemożliwiała też komunikację ze światem zewnętrznym – ledwo działała łączność między barakami. Prognozy przewidywały jeszcze pięć lub sześć dni takich rozrywek, ale nie mogli nic poradzić – zostało im tylko kręcenie się po pomieszczeniach, granie w karty, oglądanie kilku kopii widów lub spanie. Ewentualnie seks, czemu namiętnie oddawali się teraz w sypialni Nef i Leo – dwójka najemników, młode małżeństwo. Pozostała szóstka siedziała więc w kuchni, nudząc się i narzekając. Jane i Thun grali w karty, Louil i Frey, druga asari, rozmawiały o czymś cicho. Rith majstrował przy radiu, próbując wzmocnić sygnał a Zaery, turianka, drzemała na krześle.
– Wygrałem. – Thun rzucił karty na stół. Jane zaklęła brzydko i odłożyła swoje, nachmurzona.
– Oszukujesz.
– Nigdy nie oszukuję, dziecinko. – Turianin przeciągnął się. – To ty się nie skupiasz.
– Drażni mnie ten śnieg. Uderza w dach. – Machnęła ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. – I bębni.
Rith uderzył w radio, zupełnie nieprofesjonalnie. Zaery poderwała się, gwałtownie rozbudzona.
– Rupieć. Nie sprzęt. Nadaje się tylko na złom. Kto załatwiał sprzęt?
– Siostry – mruknęła Louil. – Jak zawsze. Nie ich wina, to ta pogoda i burze. Zagłusza wszystko.
– Ale nie na dystansie kilku metrów! Powinno działać! Nie ma kontaktu z innymi barakami. Jeśli się komuś stanie cokolwiek, nawet nie mamy jak zawiadomić lekarza!
Frey zaśmiała się, sięgnęła po wodę.
– Ja jestem lekarzem. To inni mają przesrane.
– Uch, szlag mnie już tu trafia! – Louil poderwała się nagle gwałtownie, zaczęła krążyć pod ścianami.
– A mnie trafia, jak tak się kręcisz. Weź usiądź. – Turianka wskazała krzesło. – Albo odsuńmy stół. Będzie trochę miejsca na sparring.
– Sparring. – Thun uniósł głowę zaintrygowany. – To dobry pomysł. Kto jest chętny?
– Ja podziękuję. – Jane odsunęła się gwałtownie od stołu, wstała. – Nasza parka dość się już sobą nacieszyła. Idę spać.
Wyszła szybko z kuchni, przeczesując rozpuszczone włosy palcami. Louil zerknęła za nią, westchnęła ciężko.
– Nie dostała wiadomości od Johna od ponad trzech tygodni i zaczyna wariować.
– Podobno jest na tajnej misji. Normalne, że do niej nie pisze. – Thun przesunął stół pod ścianę. – Nie ma tu dużo miejsca, ale starczy. Kto pierwszy?
Jane leżała na swoim łóżku, przeglądając datapad. Połączenie z ekstranetem było niemożliwe, czytała więc stare maile. Miała rzadki przywilej przebywania w samotności – reszta zebrała się w kuchni na sparingu. Przymknęła oczy, zła i zaniepokojona jednocześnie. Przyzwyczaiła się do wiadomości od Johna, nawet jeśli to były dwa zdania, zawierające tylko „wszystko w porządku, nie musisz się martwić". Ich brak od prawie miesiąca zaczynał ją dręczyć. Do tego dochodziła zwykła bezsilność związana z byciem uwięzioną na lodowym świecie z szalejącą burzą. Odłożyła datapad, przymknęła oczy. Sen, pełen koszmarów, nie przyniósł ulgi.
– To twoja siostra? – Thomas spojrzał przez ramię Johna na zdjęcie roześmianej kobiety. – Ładniutka. Zupełnie do ciebie niepodobna.
John prychnął tylko, wyłączył omni–klucz.
– Chcesz czegoś?
– Dałbyś patrzeć. Twoja siostra to najprzyjemniejsza rzecz na tej parszywej skale.
Znajdowali się w ambulatorium w jednej z placówek Przymierza na Marsie. Standardowe badania dłużyły się niemiłosiernie, ale nie było wyjścia – stanowiły część procedury związanej z rekrutacją do programu N7. John jeszcze nie do końca wierzył, że został wzięty pod uwagę. Nie mógł nawet napisać o tym Jane, siedział więc bezczynnie i czekał, bezmyślnie przeglądając zdjęcia od siostry. To akurat przedstawiało ich dwójkę, stojącą przed szpitalem, z którego kilka minut wcześniej odebrali wyniki testów DNA. Ich pokrewieństwo zostało potwierdzone i Jane powiedziała, że ta chwila musi zostać uczczona. Zanim John zdążył zaprotestować, objęła go i zrobiła im zdjęcie. On miał na nim rozczochrane włosy i nieszczególnie mądrą minę, a ona… Jane uśmiechała się szeroko, jakby nagle ogłoszono wcześniej Gwiazdkę. Zielone oczy błyszczały intensywnie a z całej jej twarzy biło niesamowite wprost szczęście.
– Jest extranet, znajdź sobie jakąś dziwkę do oglądania.
– Jak znajdę jakąś dziwkę, która wygląda jak twoja siostra, dam ci znać.
John nie odpowiedział. Podłożył dłonie pod głowę i przymknął oczy. Skoro miał już czekać, równie dobrze mógł się zdrzemnąć.
– Może mnie jej przedstawisz na przepustce? – Thomas z kolei zszedł z kozetki i krążył teraz po pomieszczeniu.
– Taa. Co najwyżej jako miłośnika krogan.
Thomas roześmiał się, ale nie zdążył odpowiedzieć. Do ambulatorium weszła lekarka z wynikami.
– Wszystko w jak najlepszym porządku. Wyniki sprawnościowe powyżej normy, więc możecie zgłosić się do waszego dowódcy po dalsze instrukcje.
Trzy godziny później pakowali już swoje rzeczy – zostali przyjęci do programu N7.
25.06.2177, Mars
N7.
Uwierzysz w to? Mało kogo biorą do programu N1, a co dopiero N7. To będzie długi trening – około dwóch lat. Mam nadzieję, że spotkamy się podczas którejś z moich przepustek. Potem dostanę miesiąc wolnego, więc obiecuję, zwiedzimy Thessię, jeśli będziesz chciała.
Będę też o wiele mniej pisał. To ostatni mail przed dotarciem na miejsce. Nie wiem, kiedy wyślę następną wiadomość. Postaram się jak najszybciej. Nie panikuj i nie martw się o mnie – to raczej ja powinienem o Ciebie.
Trzymaj się tam.
John
26.06.2177r, Epho
John.
N7… Naprawdę? Próbuję się cieszyć, ale nie umiem się nie martwić. To niebezpieczny trening, a potem będziesz wysyłany na kolejne niebezpieczne misje. Mógłbyś się wreszcie ustatkować, zająć czymś spokojnym. Nie wiem, mógłbyś składać modele statków.
Może za bardzo się martwię. Może za mało. Może powinnam wszystko ignorować dla własnego zdrowia. Uważaj na siebie, dobrze? Zrób to dla mnie.
Jane.
04.07.2177, Epho
John.
Przestało wreszcie tak wiać, prace się posuwają. Kilka dni temu archeolodzy dotarli do zamkniętej od ponad trzystu pięćdziesięciu tysięcy lat komnaty. Zimno zachowało całość w świetnym stanie, więc profesor mało nie oszalał z radości. Wyobrażasz to sobie? Trzysta tysięcy lat, a ja byłam jedną z pierwszych osób, które tam weszły. Jestem bardzo wdzięczna za to profesorowi. W załączniku masz zdjęcie.
Mam nadzieję, że u Ciebie wszystko w porządku. Napisz mi choć kilka słów.
Jane
15.07.2177, Epho
John.
Ta planeta to istny skarbiec. Arthennowie byli bardzo rozwinięci pod względem sztuki. Ich freski są niesamowite i takie… Piękne! Chciałabym Ci wysłać zdjęcia, ale klauzula tajności i takie tam. Profesor obiecał mi darmowy egzemplarz monografii, kiedy ją napisze. Czyli za jakieś dziesięć lat. Wtedy Ci wszystko pokażę.
Są interesujące teorie na temat tej rasy. Wiadomo, że była zaawansowana technologicznie. Ich ślady znaleziono w wielu miejscach galaktyki, a nie wiadomo, ile zostało zatarte przez czas czy późniejsze rasy. Tyle teorii, tyle możliwości i w ogóle… Czasem żałuję, że jestem biotykiem, może zostałabym archeologiem. Wtedy Ty mógłbyś być moim ochroniarzem!
Dalej nie mam od Ciebie żadnych wieści. Daj znać, czy żyjesz.
Jane
30.08.2177, Epho
John.
Pracuję z idiotami. Dwie archeolożki, asari i turianka wybrały się na spacer (co za idiotki, w taki mróz!) i oczywiście zgubiły drogę. Szukaliśmy ich przez trzydzieści godzin. Żyją i wczoraj odleciały. Przynajmniej uciekły z tej dziury.
Zdarzyło się kilka wypadków, jak to na wykopaliskach, i już zaczyna się szeptanie o klątwach. Norma, choć irytująca.
Mam nadzieję, że żyjesz.
Jane
13.09.2177, lokalizacja nieznana
Jane.
Nie mam dużo czasu, za chwilę mam drugą operację. Kilka dni temu naszedłem na minę, urwało mi obie nogi i ręce.
Żartuję. Nic mi nie jest. Naprawdę, możesz zacząć oddychać.
Trafiła ci się fajna robota. Nigdy nie słyszałem o tych o tych Arthennanach, czy jak im tam. Może poczytam coś w extranecie. Dzięki też za zdjęcia. Ta twoja koleżanka, Louil, jest całkiem ładniutka. Możesz mi podesłać jeszcze kilka zdjęć z nią?
Muszę kończyć. Wiem, że krótki ten mail, ale nie mam więcej czasu. Idę po prostu spać.
Trzymaj się tam.
John.
13.09.2177, Epho
John!
Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam z Twojej wiadomości! Miło wiedzieć, że mój brat żyje i ma wszystkie kończyny.
Nie żartuj sobie tak ze mnie więcej, bo specjalnie wezmę urlop, pojadę do twojego mieszkania i schowam gdzieś stare jajko. To cała finezja, na jaką mnie stać.
Louil cieszy się z Twojego zainteresowania i nawet chciała Ci wysłać nagie fotki, ale wybiłam jej to z głowy. Nie będzie mi deprawować brata. Sam wybrałeś żołnierskie życie, więc teraz cierp przez brak bab. Albo się nim ciesz. Niektórzy się cieszą z braku bab. Ostatecznie żołnierze są przeważnie przystojni, a te długie, samotne godziny sprzyjają męskiej przyjaźni. Nie ma się czego wstydzić!
Muszę kończyć – właśnie dostaliśmy cynk o piratach. Wlecieli w atmosferę, co prawda daleko stąd, ale nie będą mieli problemu ze znalezieniem nas. Może się zrobić ciekawie.
Uważaj na siebie, proszę.
Jane
16.09.2177, Epho
Tak, to byli piraci.
16.09.2177, lokalizacja nieznana
Jane.
Szybka wiadomość – nie będę miał extranetu przez co najmniej pół roku. Nie panikuj, nie martw się i tak dalej. Uważam na siebie.
John.
03.12.2177, Cytadela
Bracie mój!
Chyba jestm lekko pijana, ale co tsm, wróciłam do cywilizacj i się cieszę.Szkoda, że niem a ciebie. Byłoby fajniej. Louil mówi, że też by chciała, żebyś tu był. Co to w ogole za imie – Louil? Asari mają dzinwe wróciłam. I mam wolne a tyyy nie? Czemu? Bawisz się w komndosa. Szkoda. Wróć. Domsiostry. Już za długo Cie nie było w moim życiuz i jak umrzesz to Cię znajdę i zabije.
Kończe, bo Loil przyszła z winem asari, Tego wjeszcze nie pilan. Pa. Wroc do siostry.
Siopstra.
04.12.2177, Cytadela
Zignoruj poprzednią wiadomość!
John, pisałam tamto po pijaku. Cieszyłam się z powrotu na Cytadelę i dałam się napoić winem asari. Łeb mi pęka, idę leczyć kaca.
Nigdy więcej nie tknę wina asari.
Jane
07.12.2177, lokalizacja nieznana
Cześć, pijaczko.
Może powinnaś częściej pić wino asari, bo właśnie się dowiedziałem, że dostanę przepustkę na święta. W zeszłym roku się nie udało, ale może w tym spędzimy je razem? Counstant powinno Ci się spodobać, Święta i Nowy Rok zawsze są kolorowe i huczne. W centrum staje choinka, taka prawdziwa, sprowadzana z Ziemi. W ogóle moglibyśmy też kupić choinkę do mieszkania. Ostatni raz taką widziałem jeszcze za gówniarza, w jednej rodzinie zastępczej. Miała nawet aniołka na czubku, dasz wiarę?
Napisz, co o tym sądzisz.
John
07.12.2177, Cytadela
Pijaczki Ci nie daruję.
Czasem wymyślisz coś dobrego, wspólne święta to świetny pomysł. Daj znać, kiedy będziesz na Eden Prime, to przyjadę ze dwa dni wcześniej, żeby Ci mieszkanie ogarnąć. Jak chcesz choinkę, to kupię, choć Bóg mi świadkiem, ni w ząb tego zwyczaju nie rozumiem.
Kupię Ci coś fajnego, na przykład termobieliznę z trąbą słonia. Widziałam ostatnio takie cudo na Ebayu i słowo daję, kupię to nawet tylko po to, żeby się na to gapić i dziwić. A myślałam, że stanik z polami efektu masy do podtrzymywania biustu był czymś dziwnym.
Poza tym chcę wreszcie odwiedzić to cholerne muzeum!
Jane
12.12.2177, lokalizacja nieznana
Moja droga pijaczko!
Mam przepustkę od 23 grudnia do 2 stycznia. Bieliznę ze słonikiem wyrzucę od razu, uprzedzam. Ale wiem, co kupię Tobie. Na pierwszej przepustce po złożeniu przysięgi poszliśmy z kumplami do baru i tam, nachlani, założyliśmy się, kto pójdzie do sex–shopu i kupi najdziwniejsze i największe dildo. Wygrał taki jeden Amadeusz bo kupił prawie metrowy odlew krogańskiego przyrodzenia.
Myślę, że będzie Ci pasować jako ozdoba do sypialni.
John.
13.12.2177, Cytadela
Ha!
Trzymam Cię za słowo.
Jane
Ps: Kto w dzisiejszych czasach nazywa dziecko imieniem Amadeusz?!
10.01.2178
John.
Żebyś widział minę Louil, jak przywiozłam to cholerstwo do mieszkania… Ma teraz nowe postanowienie: zamiast turianina chce wyrwać kroganina. Nie mam pojęcia, kto był jej ojcem, ale musiał to być niezły kosmiczny Casanowa.
Jane
13.03.2178, lokalizacja nieznana
Jane
Mam na chwilę dostęp do extranetu. Piszę Ci tylko, że żyję i mam się dobrze. Nie wiem, kiedy znowu dorwę terminal. Trening jest ciężki, ale daję radę i nic mi jeszcze nie urwało. Sporo osób odpadło, ale to norma przy takim szkoleniu.
Napisz mi coś więcej, co u Ciebie. Odczytam, jak będę miał okazję.
John
20.03.2178, Cytadela
John.
Cieszę się, że dajesz radę. Jestem z Ciebie dumna, nawet jeśli co jakiś czas wyobrażam sobie, jak jesteś pożerany przez miażdzypaszczę.
Dostałam list od profesora Mindorepa. Zapamiętał, że bardzo interesowałam się badanymi i wysłał mi zdjęcia oraz fragmenty swojej pracy. Naprawdę to doceniam: jest turianinem, dość starym a tacy zazwyczaj nie lubią ludzi. On mnie chyba polubił, pytał się o ludzką kulturę i chętnie opowiadał o swoich badaniach. Muszę mu w każdym razie podziękować. Może jeszcze kiedyś będę mogła z nim popracować.
Louil jest marudna, bo zakochała się w jakimś kroganinie, a on jej nie chce, bo ma jakąś inną, na Illium. Recytuje poezję, dasz wiarę? Krogańska poezja! Ale powinno szybko jej przejść.
Muszę iść na zakupy, oczywiście nie ma niczego w domu do jedzenia. Trzymaj się tam.
Jane
11.04.2178, Cytadela
John!
Najlepszego! Ziemia po raz kolejny okrążyła Słońce, a my jesteśmy coraz starsi i piękniejsi!
Trzymaj się tam i napisz coś.
Jane
25.04.2178, Omega
John
Nigdy, przenigdy nie jedź Omegę. To dziura, okropna i straszna a ja muszę wytrzymać tu dwa tygodnie. Thun mówi, że bywał w gorszych miejscach, ale chyba po prostu chce mnie pocieszyć. Jestem tutaj zaledwie cztery dni, a już mieliśmy napad vorchów, które myślały, że to skład z jedzeniem.
To paskudne miejsce, brudne i biedne. Ludzi jest tu niewielu, w większości to najemnicy, którzy są w robocie albo wydają pieniądze na dziwki. Po raz pierwszy zresztą zobaczyłam krogańską dziwkę. To widok, którego nie da się wyprzeć z umysłu.
Thun próbował mi niby poprawić humor i poszliśmy się napić do ,,Zaświatów". To w sumie ciekawy rozdźwięk: Zaświaty są niesamowicie kolorowe i głośne (a przy tym czyste, jak na standardy Omegi). Po wyjściu stamtąd jeszcze bardziej tylko widzisz ten chłam i biedę.
Omega to smutne miejsce. Naprawdę, bracie, jeśli kiedyś Cię tu coś przywiedzie, zostań jak najkrócej. I noś maskę.
I nie korzystaj z usług miejscowych prostytutek. Jak Cię nie zarażą kosmicznym świądem, to okradną, jak nie okradną, to pobiją.
Wracam do roboty. Ktoś musi ochraniać ten pierdolony magazyn.
Jane
01.05.2178, lokalizacja nieznana
Jane.
Dzięki za życzenia. I nawzajem. Wybacz, że tak późno odpisuję, ale wiesz, jak to jest.
Nie myślałaś o powrocie do Przymierza? Odwiedził nas kapitan Anderson, wspominałem Ci ostatnio, że go znam. Pytał się o Ciebie. Otwierają nowy program szkolenia biotyków i szukają tych, którzy odeszli z Przymierza albo nawet nigdy tam nie wstąpili. Chcą też wszepiać nowe implanty, znacznie lepsze i bezpieczniejsze od L2. Pomyśl o tym, co?
John.
03.05.2178
John.
Tak, wiem o tym nowym szkoleniu. Pisali do mnie, a ponieważ wytrwale ich ignorowałam, przylazło takich dwóch zakapiorów. Nowy trening, nowe implanty, nowe standardy, bla, bla, bla. Byłam w BWiA i starczy mi tego pierdolnika do końca życia. Nie obraź się, John, wiem, że Przymierze jest dla Ciebie ważne, ale ja mam bardzo niemiłe wspomnienia, nie mówiąc o tym, że byłam beznadziejnym żołnierzem. Niech biorą te swoje implanty i wsadzą je sobie w dupę. Może zaczną przynajmniej latać od tego.
Poza tym mój były dowódca był totalnym palantem.
Także ten. Wiem, że chciałeś dobrze, ale dobrze mi tu, gdzie jestem. Wystarczy, że jedno z nas jest zajebiście dobrym żołnierzem, równowaga w świecie musi być. Dwójki Shepardów Przymierze by nie utrzymało.
Trzymaj się tam w tej ,,nieznanej lokalizacji". Czy oni naprawdę muszą to cenzurować?
Jane
27.05.2178, Quana, Attykańska Beta – Tezeusz
John.
Louil jest chora. Złapała jakiegoś bakcyla i wróciła na Cytadelę, leży tam w szpitalu. Lekarze mówią, że nic jej nie będzie, ale wiesz… Martwię się teraz i o nią. Jakby mi mało było martwienia się o Ciebie.
Tutaj jest nudno i oczywiście, zimno. Naprawdę, że tym wszystkim szabrownikom chciało się tutaj lądować i szukać czegokolwiek… Na Quanie żyli kiedyś Proteanie, zostawili tu bardzo dużo ruin i szczątków. Większość została już dawno splądrowana albo poniszczona, ale profesor Wiatr Tańczący Wśród Srebrnych Fal wierzy, że znalazł osadę zagrzebaną głęboko w jaskiniach i jeszcze nieznalezioną przez nikogo. Na razie mamy tylko w chuj nieciekawych skał. Z tej planety już dawno wygrzebano, co można było wygrzebać, ale kto tam zrozumie hanarów…
Jane
09.06.2178, lokalizacja nieznana
Jane.
Jak tam chcesz, ale szkoda, że nawet tego nie rozważasz. Akademia Grimmsona to naprawdę dobre miejsce i mogłabyś się więcej nauczyć. A implanty L2 są niebezpieczne, co chwila wychodzą na jaw nowe efekty uboczne, włącznie z chorobami psychicznymi. Powinnaś regularnie przechodzić testy psychologiczne, wiesz o tym w ogóle?
Za miesiąc będę miał kolejną przepustkę. Mam nadzieję, że urwiesz się wtedy z tej proteańskiej skały choć na kilka dni.
John
12.06.2178, Quana
Mój L2 zagnieździł się wyjątkowo dobrze, grzebanie mi teraz w mózgu byłoby głupotą. Nie potrzebuję też psychologa. Przestań więc kadzić, to ja w końcu jestem od Ciebie starsza (9 minut, ale jednak!) i zajmij się trenowaniem czy co tam robisz w tej nieznanej dziurze.
Nie wiem, czy się urwę, zobaczę, jak mi datę podasz. Ale zobaczę, co da się zrobić.
Jane
14.08. 2178, Quana
John.
Durniu, zabrałeś mój kubek. Ten z kręcącą się Ziemią. Ja mam Twój z tym napisem o snajperach. Weź mi wyjaśnij, jak to się stało?
Dasz wiarę, że ten hanar miał rację? Wczoraj jeden z drelli dokopał się do nienaruszonej komnaty. Jeszcze nie wszyscy w to wierzą, ale to naprawdę niesamowite odkrycie. Profesor Wiaterek chyba tańczy, ale kto go tam wie, może ma atak serca. Czy co tam te meduzy mają zamiast serca.
Teraz trzeba będzie wzmocnić ochronę, bo jeśli się to rozejdzie, to pojawi się od cholery szabrowników. W takich chwilach bardzo gwałtownie reagują asari, nie zdziwię się, jeśli w ciągu kilku dni wrócę na Cytadelę, bo Rada przejmie ochronę nad wykopaliskami.
W sumie to szkoda.
Jane
14.09.2178, lokalizacja nieznana
Jane.
Mam minutę, zanim mnie zawołają. Nie będę miał dostępu do extranetu do końca szkolenia. Nie pytaj o nic i nie martw się. Zaczyna się po prostu ostatni etap.
Trzymaj się, siostra, i nie daj się wykurzyć tym mackogłowym.
John
21.09.2178, Quana
John.
Nie dałam się. Współpracuję z komandoskami asari, ale będę mieć zajebisty wpis do CV.
Wiem, że przeczytasz to dopiero po zakończeniu szkolenia, ale co tam.
Trzymaj się i uważaj.
24.12.2178, Quana
John.
Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt. Louil też Cię pozdrawia. Chyba podoba się jej idea Świąt Bożego Narodzenia, cholera wie, czemu.
Jane
11.04.2179, Cytadela
John.
Wiem, że nie powinnam się martwić, ale i tak to robię. Mam nadzieję, że niedługo się odezwiesz do mnie.
Wszystkiego najlepszego, bracie.
Jane
27.05.2179, lokalizacja nieznana
Jane.
Kończę. Za dwa tygodnie będę na Eden Prime. Przywieź piwo.
– Jane!
– John!
Rzucili się sobie w ramiona, śmiejąc się i przekrzykując wzajemnie. Jane odsunęła się w końcu, chwyciła twarz brata w dłonie, spoglądając mu w oczy. Wokół nich miał kilka nowych zmarszczek, jedna blizna przecinała mu brew, druga biegła przez prawy policzek i dosięgała ust.
– Po czym to? – spytała cicho, przesuwając palcem po jego skórze.
Nie odpowiedział. Zacisnął usta, spoglądając na jej czoło. Dotknął czerwonej jeszcze blizny, biegnącej skosem od linii włosów i kończącej się nad lewą brwią.
– Kto ci to zrobił? – warknął.
Jane roześmiała się krótko.
– Mamy sobie dużo do opowiadania. Chodź. Zamówiłam pizzę, powinna być u ciebie za jakaś godzinę.
– Kto ci to zrobił? – powtórzył John. Oczy błyszczały mu wściekle.
– Och, daj spokój – zniecierpliwiła się kobieta. – Głodna jestem. Zbieraj rzeczy i idziemy, wszystko ci opowiem. I nie musisz się tak wściekać, już dawno gryzie ziemię.
Port w Counstant był duży i w większość przeszklony. Czerwona koszulka lepiła się do pleców Jane; mimo klimatyzacji, wciąż było niesamowicie gorąco. Najgorętsze lato od założenia kolonii trwało w pełni i prognozy mówiły, że temperatury nie spadną jeszcze przez miesiąc.
Drzwi otworzyły się przed nimi i wyszli na nasłonecznioną ulicę. Gorące powietrze uderzyło ich w twarze. Jakiś dzieciak przebiegł obok nich z radosnym krzykiem na ustach, trzymając w rękach model Destiny Ascension.
– No, opowiadaj, jak to było bawić się w komandosa? – spytała wesoło Jane, gdy złapali wreszcie taksówkę.
– A jak było bawić się w najemnika? – John zerknął na nią kątem oka.
– Mnie lepiej zapłacili.
– Mnie wciąż płacą.
Jane prychnęła, zmarszczyła nos.
– Mam ci teraz mówić jakoś oficjalniej? Stopniem wojskowym, czy jak? Może „Panie N7"? Albo „komandosie"? „Panie komandosie N7"?
John westchnął ciężko, jakby spełniły się wszystkie jego obawy.
– Wróciłem właśnie z dwuletniego treningu. Marzę o spokoju, dobrym jedzeniu…
– A trafiła ci się upierdliwa baba. – Jane odrzuciła głowę do tyłu, roześmiała się. – Rozumiem, już się zamykam. Ale doceń, że żarcie ci załatwiłam.
– Doceniam. – W nagłym przypływie czułości objął siostrę. – Dobrze tu wrócić. Nawet nie wiesz, jak przyjemnie jest oddychać normalnym powietrzem i grzać się w normalnym słońcu. I prześpię się wreszcie w normalnym łóżku. Marzę o łóżku.
– Nie bój się, pościeliłam ci i przewietrzyłam mieszkanie. A, tak w ogóle to jesteś idiotą, zostawiłeś w lodówce mięso. Nie chcesz wiedzieć, jaka cywilizacja się tam przez ten czas rozwinęła.
Wysiedli przed blokiem. John otworzył drzwi, rzucił torbę na podłogę. Jane weszła za nim, nucąc coś pod nosem.
Mieszkanie Johna było niedużą kawalerką, z aneksem kuchennym i malutką łazienką. Jane podobało się, mimo prostoty i wrażenia, że jest niezamieszkane. Znajdowały się tam tylko podstawowe sprzęty i meble, bez osobistych ozdób czy akcentów. Jedynym wyjątkiem była ramka ze zdjęciem na stole, przedstawiająca Johna zaraz po przysiędze. Całość sprawiała surowe wrażenie i Jane obiecała sobie, że poradzi coś na to przez najbliższy czas. Co z tego, że John spędzał tu najwyżej dwa miesiące w roku – mogły być to dwa miesiące spędzone w milszym otoczeniu. Dobrze, że chociaż okno wychodziło na park.
Odruchowo podeszła do lodówki, zajrzała do środka
– No tak, nie masz przecież jedzenia. Pizza powinna być niedługo. Weź odpocznij czy coś, ja skoczę do sklepu. Chcesz coś konkretnego?
– Przecież nie musisz iść. – John spojrzał na siostrę.
– Nie muszę, ale chcę. Zaraz przyjdę.
Wieczorem siedzieli we dwójkę przy stole, jedząc i rozmawiając. John pochłaniał olbrzymie ilości pizzy i smażonego kurczaka, jakby miałby to być ostatni posiłek jego życia. Jane podśmiewywała się z niego, jedząc niewiele, popijając za to piwo.
– Więc? – spytała.
– Nie powiem ci. Nie mogę.
– Och, daj spokój, siostrze nie powiesz? Skały? Doliny? Może jakieś dzikie rośliny czy zwierzęta? – Nachyliła się ku niemu z uśmieszkiem na ustach.
Spojrzał na nią kątem oka.
– Nie. To tajemnica służbowa.
Coś w jego twarzy powiedziało, że mówił prawdę, Jane więc westchnęła ciężko, uniosła butelkę do ust.
– Ale tak generalnie, to nic ci nie jest? – Wbiła w niego spojrzenie, nagle poważniejąc. – Mało pisałeś, robiłeś bóg wie co… Mogło ci nogę urwać.
– Hej, nic mi nie jest. Wiadomo, byłem ranny kilka razy, ale to nic wielkiego I miałem lekarza pod ręką. Ty nie.
– Też miałam. – Jane zachichotała. – Zazwyczaj na sąsiednim łóżku.
– Ta, miałaś w tych barakach ambulatorium…
– Oooo, martwisz się o mnie? – Roześmiała się.
– Skąd ta blizna? – Wskazał czoło siostry.
Jane spoważniała, skrzywiła się.
– Błękitne Słońca – mruknęła, bawiąc się butelką. – Lubią atakować wykopaliska i zawsze są wrzodem na tyłku. Tym razem przysłali naprawdę duży oddział, ledwo udało się ich odeprzeć.
John milczał z zaciśniętymi ustami.
– Ilu?
– Prawie dwudziestu. Regularna bitwa. – Uśmiechnęła się przelotnie. – Daliśmy sobie radę, ale jeden zaszedł mnie z boku i trafił nożem. – Przesunęła kciukiem po bliźnie. – Były ważniejsze obrażenia, poza tym uważam, że z coś takiego jest całkiem… seksowne.
– Seksowne? – wykrztusił John po kilku sekundach. – Blizna na pół twarzy?
– Nie na pół, co najwyżej na jedną czwartą – oburzyła się. – Nie uważasz, że wyglądam teraz na bardziej charakterną?
– Wyglądasz jak kryminalista.
– No wiesz co… – Spojrzała na niego z urazą. – Ty też mógłbyś się pozbyć swoich blizn, to nic trudnego ani drogiego.
– Ale ja jestem żołnierzem.
– A ja najemnikiem.
Milczeli przez chwilę, popijając piwo.
– Może powinnam zrobić sobie jakiś tatuaż? Żeby się komponował z moim wizerunkiem kryminalisty – mruknęła z przekąsem Jane, prostując się na krześle.
– Będziesz się teraz obrażać?
Zastanowiła się przez kilka sekund.
– Nie – przyznała. – Ale bliznę i tak lubię. Wyróżniam się na ulicy.
– I bez tego się wyróżniałaś… – westchnął John.
– Czy naprawdę bardziej zaskoczył cię fakt, że mam bliznę niż to, że jakiś bandyta mógł mi wsadzić nóż w oko? – zirytowała się nagle.
– Ale nie wsadził, nie? Jesteś w końcu potężnym biotykiem i tak dalej.
– I tak dalej? – Jane uniosła brwi.
– Popytałem trochę. – Zerknął na nią. – Na temat twojej biotyki, kiedy Anderson pytał się o ciebie.
– Popytałeś? – Wyprostowała się, nagle sztywniejąc. – Po co? Nie mogłeś się mnie zapytać?
– Powiedziałaś, że jesteś biotykiem, ale nie powiedziałaś, jakim. – Nachylił się ku niej. – Anderson twierdz, że jesteś w dziesiątce najsilniejszych ludzkich biotyków!
Jane milczała, bawiąc się butelką i wlepiając spojrzenie w szary blat stołu. John przyglądał się jej, kończąc swoje piwo. Cisza przedłużała się.
– Jestem podobno czwarta – mruknęła w końcu. – Nie wiem. Nie interesuje mnie to.
– Czwarta? Łał. – John odchylił się na krześle, wyraźnie pod wrażeniem. – Przecież… Przecież mogłabyś mieć w wojsku dowolną posadę! Robić, co byś chciała, służyć na kolonii, szkolić innych biotyków, werbować… Po co…
– Nie chcę służyć w wojsku, okej?! – warknęła gniewnie. – Nie znosiłam wojska! Nie chcę narażać karku na jakimś zapomnianym światku, nie chcę szkolić innych wykolejeńców ani tym bardziej werbować naiwniaków, którzy myślą, że wojsko jest fajne! Tak, może i jestem jednym z najpotężniejszych biotyków… I co z tego? – Zgarbiła się, w jej głosie zabrzmiała gorycz. – Ty jesteś żołnierzem, masz kontakt z biotykami, wiesz, że jesteśmy normalnymi ludźmi. Ale inni? Mój pierwszy chłopak rzucił mnie po trzech tygodniach, gdy zobaczył, jak przesuwam siłą woli stukilowy ciężar! Myślisz, że chcę o tym rozpowiadać? Kiedy ludzie wiedzą, że jestem biotykiem, cofają się i boją, że im czytam w myślach, czy coś… Gdyby się dowiedzieli, że jestem w ścisłej czołówce, uciekaliby na mój widok! Dziwisz mi się, że nic nie mówię?!
Przerwała, żeby nabrać powietrza, przygryzła wargę. Wydawała się teraz lekko zażenowana.
– Naprawdę potrafisz podnieść sto kilo?
– Miałam wtedy siedemnaście lat. Teraz umiem trochę więcej. – W jej głosie dało się słyszeć dumę.
John wyszczerzył się. Jane zerknęła na niego, wciąż z zaciśniętymi ustami.
– Serio sądziłaś, że będę się bał? Daj spokój – parsknął. –Ja jestem N7, ty jesteś czwartym biotykiem ludzkości. Pasujemy do siebie. – Wzniósł butelkę, rozbawiony. Jane zawahała się, ale podjęła toast z bladym uśmiechem.
– Nie rozpowiadaj o tym, dobrze? Wolę być postrzegana jako zwykły, ludzki biotyk.
– Nie istnieje coś takiego jak "zwykły ludzki biotyk".
Thessia była… piękna. Jane z tęsknotą spoglądała przez okno promu na wysokie, smukłe i niemal filigranowe budynki.
– Wiesz co? Na starość się tu przeprowadzę.– Jane odwróciła się do brata.
John wzruszył ramionami.
– Ja bym nie mógł tu długo mieszkać. Wszystko wygląda, jakby miało się zawalić od podmuchu wiatru.
Jakaś asari, siedząca za nimi, prychnęła cicho. Jane zerknęła najpierw na nią, potem na brata.
– Są wytrzymalsze od ziemskich. Mnie się podobają. Są takie… – Wykonała dziwny ruch rękami. – Delikatne i obłe. Ładne. Te dziesięć dni to zdecydowanie za krótko.
– Mnie wystarczy. Ale fajnie, że tobie się podobało.
– Na następny urlop pojedziemy na Ziemię, no. A potem… Może Palaven? – Jane usadowiła się wygodniej w fotelu.
– A może Sur'Kesh? – John zapiął pasy ze złośliwym uśmiechem.
– O, teraz jesteś po prostu wredny.
Prom szykował się już do startu. Jane westchnęła ponownie ze rozrzewnieniem. Te dni na Thessi były jednymi z najpiękniejszych i najciekawszych w jej życiu. Poza tym były to wakacje z bratem, same z siebie więc miłe i pełne wrażeń. John co prawda nie wyglądał na poruszonego, wyciągnął się na fotelu i szykował właśnie do drzemki. Jane pokręciła głową zdegustowana i w duchu pożegnała się z najpiękniejszą planetą, jaką miała okazję oglądać do tej pory.
John zamknął oczy, wsłuchując się w cichy szum silników. Thessia nie wywarła na nim aż takiego wrażenia – według niego była zbyt delikatna i słodka. Jedynym pozytywnym akcentem było mnóstwo niebieskich ślicznotek, kręcących się dosłownie wszędzie i przeważnie bardzo miłych dla turystów. Uśmiechnął się na wspomnienie drobnej Rareri, którą poznał w barze – dała mu nawet swój numer i rozczarowała się słysząc, że niedługo wyjeżdża. Nie wrócił do hotelu przez dwie ostatnie noce. Trochę się obawiał, że Jane będzie narzekać, ale podeszła do tego z zadziwiającym spokojem. John – powiedziała przy śniadaniu – póki nie próbujesz poderwać Louil, mam wszystko w nosie.
– Dlaczego właściwie wstąpiłeś do Przymierza? – spytała nagle, prostując się.
John otworzył niechętnie oko.
– Co to za pytanie? I czemu w ogóle teraz?
– Mamy przed sobą jakieś trzy godziny lotu to i możemy pogadać.
– Dobry Boże, kobieto, czy ty się nigdy nie zamykasz? – Spojrzał na nią zdumiony. – Mieliśmy tyle na rozmowy!
– Dziesięć dni po dwóch latach. Całe mnóstwo – rzuciła z przekąsem. – Nigdy o tym nie rozmawialiśmy i tak jakoś… mnie naszło.
Westchnął, doskonale wiedząc, że teraz nic jej nie powstrzyma.
– A co miałem robić, co? Chciałem się wyrwać z tego całego biedowiska – mruknął. – Wojsko wydawało się okej, więc się zaciągnąłem. Koniec historii.
– Ha. – Zamilkła na chwilę. Niemal odruchowo przesunęła do siebie biotyką swój datapad, nie była jednak w stanie czytać. – I naprawdę uznałeś wojsko za dobrą alternatywę?
– Cóż, ja mogłem iść albo na ulicę, albo do wojska. Serio chce ci się o tym rozmawiać?
Jane wzruszyła ramionami, odpaliła jakąś książkę. Wyjrzała przez okno, kilkukrotnie zmieniła pozycję. John westchnął ciężko.
– No dobra, wal. O co ci chodzi?
– Zastanawiam się po prostu, jak by to było, wiesz? Gdybyśmy byli razem od dziecka. Razem adoptowani, albo nawet i nie…
– Ej, Jane. – John nachylił się ku niej. – Właśnie zakończyliśmy świetne wakacje, za tydzień znowu zaczniemy misje na osobnych światach. Ciesz się chwilą, zamiast gdybać. I daj mi spać.
Jane zamilkła wreszcie. Nie odzywała się przez resztę podróży na Cytadelę. Tylko gdy rozstawali się w dokach, przytuliła nagle mocno brata i wyszeptała:
– Cieszę się, że cię odnalazłam.
Jane z zaciekawieniem obserwowała wiadomości. Ambasador Udina wygłaszał mowę przed Radą, podkreślając rolę ludzkości w galaktyce. Kobieta siorbnęła kawy, słuchając pełnych zapału słów – Udina wiedział, jak przyciągnąć uwagę. Thun usiadł obok niej ze swoim śniadaniem.
– Ten wasz ambasador jest bardzo przekonujący. – Turianin również wbił wzrok w ekran.
– Ano. Czasem można się go przestraszyć, ale odwala dobrą robotę.
– Dobrą z waszego punktu widzenia. – Jeśli Jane dobrze odczytała mimikę turianina, to właśnie na jego twarzy pojawiła się niechęć.
– Wy też mieliście takich mówców, gdy staraliście się o miejsce w Radzie. – Kobieta dopiła kawę. – Prom za dwie godziny. Dobry Boże, mam już dość tej dziury.
– Nie ciesz się, za trzy tygodnie wysyłają cię do następnej.
Jane zamarła przy zlewie, zmarszczyła brwi. Odwróciła się do Thuna.
– A ty skąd niby o tym wiesz?
– Siostry coś wspominały. – Wzruszył ramionami.
– Patrz, mnie nie wspomniały, a tobie tak? – Uniosła sceptycznie brew.
– Cóż mogę rzecz, lubią mnie. – Szczęki turianina poruszyły się, odsłaniając ostro zakończone zęby.
– A mówiły chociaż, gdzie mnie wysyłają?
– Na proteańskie wykopaliska. Na Eden Prime.
