III
04.01.2183, Normandia
John wyjrzał przez okno w pustkę. Z daleka widać było oddalającą się Ziemię – Normandia sunęła przez przestrzeń, cicha i szybka. Najnowocześniejszy statek Przymierza, zbudowany we współpracy z turianami zmierzał w kierunku przekaźnika masy na swoją pierwszą misję. Shepard odsunął się od okna, poprawił mundur. Za kilka minut czekał ich skok przez przekaźnik do Gromady Exodus, na Eden Prime.
Ruszył w stronę mostka, wciąż próbując się przyzwyczaić do nietypowego układu. Turiańscy projektanci umieścili CIB z tyłu, tak, aby dowódca mógł z góry obserwować wydarzenia. Olbrzymi rdzeń napędu, Tantal, zajmował znaczną część statku, ale zapewniał olbrzymi zapas mocy. Trochę nienaturalna była także wysokość pomieszczeń – turianie, z natury wyżsi od ludzi średnio o niecałe pół metra, zaprojektowali nieco wyższe sufity i szersze korytarze. Dawało to efekt przestronności, tak niespotykany na standardowych ludzkich statkach.
Nawigator Presley skinął mu głową. John minął go, omal nie wpadł na innego żołnierza, przebiegającego obok. Przeszedł korytarzem i stanął wreszcie w kokpicie za fotelem pilota. Joker nie zwrócił na niego uwagi, ale drugi żołnierz, porucznik Alenko, do tej pory rozparty wygodnie w fotelu drugiego pilota, poderwał się na jego widok, zasalutował i stanął za jego plecami.
– Tu wszystko w porządku, komandorze.
Shepard skinął głową, zerknął przez odsłonięte okna na przestrzeń. Gwiazdy przesuwały się szybko, zbliżali się do przekaźnika Arkturus–Prime. Za nimi rozległy się ciężkie kroki – turiańskie Widmo, Nihlus Kryik, również wszedł na mostek. Nie powiedział ani słowa, wlepił tylko oczy w konsoletę, obserwując pojawiające się dane i współrzędne. John spojrzał na niego ukradkiem. Gadzia twarz turianina nie wyrażała niczego konkretnego – albo po prostu komandor nie umiał nic z niej wyczytać. Jedna ze szczęk uniosła się, odsłaniając ostre, rekinie zęby. Odwrócił wzrok – gapienie się na drugą istotę było uznawane za niegrzeczne u większości ras.
– Przekaźnik Arcturus–Prime w zasięgu. Rozpoczynam procedurę skoku. – Joker przesunął dłońmi po konsoli, poprawił się w fotelu.
John pochylił się i wyjrzał przez okno. W oddali widać było już szybko powiększające się niebieskie światło. Zbliżali się do przekaźnika, masywnej konstrukcji o obłym, niemal lekkim kształcie z rdzeniem złożonym z czystego piezo. Ta obca technologia, będąca dziełem Protean, pozwalała na podróż po całej galaktyce tylko w kilka sekund. Arcturus–Prime był pierwszym przekaźnikiem odkrytym przez ludzkość i popchnął jej rozwój o setki lat do przodu.
Przekaźnik był już wyraźnie widoczny. John wpatrywał się w niego z wyraźną przyjemnością: mało było w galaktyce podobnie niezwykłych widoków.
– Procedura rozpoczęta. Obliczam czas skoku oraz współrzędne celu.
Przekaźnik stał się już wielkim, jasnym monumentem przed nimi. Był na tyle wielki, aby przez tysiące lat uchodzić za księżyc Plutona. Coś pojawiło się na konsolecie przed Jokerem, rdzeń przekaźnika zaczął wirować.
– Przekaźnik gotowy. Uzyskuję wektor podejścia.
Przez okno widać było tylko oślepiająco niebieski rdzeń. Palce Jokera śmigały na konsolecie.
– Wszystkie systemy w gotowości. Rozpoczęto podejście. Skok za trzy… dwa… jeden…
Normandią szarpnęło, John poczuł znajome, nieprzyjemne uczucie, jakby każdy atom jego ciała osiągnął stan nieważkości i odsuwał się od sąsiada. Wrażenie znikło po sekundzie i już byli w innym systemie, otoczeni przez całkiem inne gwiazdy. Jane powiedziała mu kiedyś, że dalej nie jest w stanie przyzwyczaić się do widoku innych gwiazdozbiorów na każdej kolejnej planecie. Uśmiechnął się do siebie na to wspomnienie. Pili wtedy piwo i oglądali nocne niebo na Eden Prime z najwyższego punktu widokowego w Constant.
Joker odchylił się w fotelu, strzelił palcami, wyrywając Johna z zamyślenia. Znów sięgnął do konsolety.
– Silniki… sprawne. Systemy nawigacji… sprawne. Włączono wewnętrzny pochłaniać emisji. Wszystkie systemy włączone. Dryf… tuż poniżej 1500K. – W głosie Jokera zabrzmiała ledwo słyszalna duma.
Nihlus wyprostował się, skinął głową.
– Tysiąc pięćset to dobry wynik. Wasz kapitan będzie zadowolony.
Białe wzory na twarzy turianina zabłyszczały w świetle lamp, gdy odwracał się i odchodził. John odprowadził go spojrzeniem.
– Nienawidzę gościa – wymamrotał Joker, wpisując dane na klawiaturze.
Alenko zaśmiał się kpiąco, siadając z powrotem w fotelu.
– Nihlus cię pochwalił… więc go nienawidzisz.
Joker poprawił czapkę.
– Pamiętasz, żeby zapiąć rozporek po wyjściu z kibla? To dobrze. Ja właśnie przeskoczyłem pół galaktyki i trafiłem w cel wielkości szpilki. To jest osiągnięcie. – Machnął ręką w stronę porucznika, aby podkreślić swoje słowa. – Poza tym obecność Widma mi się nie podoba. To znak kłopotów, zapamiętaj sobie. – Odchrząknął. – Teraz możesz mnie nazwać paranoikiem.
– Jesteś paranoikiem – parsknął Alenko. – Rada wyłożyła pieniądze na ten projekt, nic dziwnego, że wysłali kogoś, kto obserwuje inwestycję.
– To wersja oficjalna. Wersje oficjalne są dla idiotów.
John uznał, że najwyższy czas się wtrącić.
– To jasne, że Widmo na pokładzie świadczy o czymś większym, ale najwyraźniej nie jest to coś, o czym powinien wiedzieć każdy na statku.
– Zrozumiano, komandorze – odpowiedział Alenko.
W kokpicie rozległ się głos kapitana Andersona.
– Joker. Poproszę o raport.
Pilot wyszczerzył się, z jakiegoś powodu zadowolony.
– Właśnie opuściliśmy przekaźnik masy, kapitanie. Systemy maskujące włączone, wszystko wygląda w porządku. – Odchylił się w fotelu, znowu przekrzywiając czapkę.
– To dobrze. Znajdźcie najbliższą kom–boję i podłączcie się do niej. Raporty mają zostać wysłane do dowództwa Przymierza jeszcze zanim dotrzemy do Eden Prime.
– Tak jest, kapitanie. I przygotujcie się, Widmo chce was nawiedzić.
Przez dwie sekundy w interkomie panowała cisza.
– Nihlus już tu jest, poruczniku – odezwał się sucho Anderson. – Przyślijcie komandora Sheparda do pomieszczenia komunikacyjnego na odprawę.
Joker i Alenko spojrzeli na siebie, John westchnął ciężko.
– Gratuluję, Joker. Wkurzyłeś kapitana, a oberwę za to ja.
– Wybacz, komandorze. – W jego głosie nie słychać było ani trochę skruchy. – Ale kapitan zawsze mówi w taki sposób. Tak jakby się wściekał, czy coś.
– Tylko wtedy, gdy rozmawia z tobą, Joker – mruknął Alenko.
John nie słyszał dalszej rozmowy, szybkim krokiem ruszył na odprawę. Doktor Chakwas i kapral Jenkins rozmawiali o czymś, stojąc pod ścianą.
– Urodziłem się na Eden Prime, pani doktor! To nie jest miejsce, gdzie Widmo miałoby czegokolwiek szukać! – Jenkins gestykulował gwałtownie, zauważył jednak Sheparda i zasalutował. Komandor skinął mu głową. W duchu zgadzał się z kapralem – Eden Prime było tak wyjątkowo spokojnie, że niemal nudne.
W pomieszczeniu komunikacyjnym znajdował się tylko Nihlus. Stał tyłem do wejścia i oglądał na ekranie film promocyjny kolonii. Odwrócił się do komandora, zmierzył go nic nie mówiącym spojrzeniem.
– Komandorze. Miło, że mamy okazję porozmawiać sam na sam.
– Gdzie jest kapitan Anderson? – John podszedł do turianina, spoglądając na niego uważnie.
– Zaraz tu będzie. Powiedzcie mi, co wiecie o Eden Prime? Słyszałem, że to piękny świat.
– Owszem, piękny. – John skinął głową.
– Byliście tam kiedyś?
John zawahał się przez sekundę, zanim odpowiedział.
– Mam tam mieszkanie.
– O, czyli mogę dostać informacje z pierwszej ręki. – Turianin przeszedł powoli kilka kroków. – Co sądzisz o tej kolonii?
– Jest piękna, dobrze prosperująca i dość nudna. – John nie spuszczał ostrożnego wzroku z Widma.
– Czyżby? – Nihlus zatrzymał się nagle. – To symbol waszego gatunku, Shepard. Jedna z najstarszych kolonii, doskonale prosperująca, położona w niebezpiecznym sąsiedztwie, ale trwająca! To wasze świadectwo wielkości. Idealny dla was symbol. – Zamilkł na chwilę. Jego idealnie okrągłe oczy wpatrywały się w komandora, jakby chciał przewiercić go na wylot. – Ale powiedzcie mi, jak bardzo jest tam bezpiecznie?
John skrzywił się.
– Czy ta rozmowa ma jakiś cel?
– Wasz gatunek jest tu nowy. – Głos turianina był zaskakująco spokojny. – Musicie się wiele nauczyć. Macie potencjał, komandorze. Ale czy Przymierze jest gotowe na zmierzenie się z galaktyką? – Zbliżył się nagle do Johna na odległość ramienia.
Shepard miał ochotę wyjąć broń.
Drzwi otworzyły się i wszedł przez nie kapitan Anderson. Wyglądał na zmęczonego – worki pod oczami oraz nienaturalnie szara cera postarzały go o kilka lat. Opanowany, jak zawsze, stanął obok turianina, pocierając czoło.
– Myślę, że czas już powiedzieć komandorowi, o co tu w ogóle chodzi.
Turianin skinął głową.
– Ta misja jest czymś znacznie większym, komandorze.
Shepard skrzyżował ręce na piersi.
– To oczywiste.
Anderson podszedł do Johna, stanął przed nim.
– Mamy przejąć tajny ładunek z Eden Prime, dlatego lecimy z aktywnymi systemami maskowania. – Zamilkł.
– Co to za ładunek? – Komandor wyprostował się, zmarszczył brwi.
Anderson i Nihlus spojrzeli na siebie porozumiewawczo.
– Nasz zespół badawczy od kilku lat prowadził poszukiwania na południowym kontynencie. Niedawno znaleźli tam jakiegoś rodzaju nadajnik. Proteański.
John potarł czoło ręką, zerknął na wciąż przesuwający się na ekranie wid. Panorama pokazywała teraz rozległe pola uprawne.
– Wykopaliska? – mruknął. – Proteański nadajnik? Myślałem, że po tylu latach wygrzebano już wszystko, co było do wygrzebania.
– Najwyraźniej nie wszystko. Co jakiś czas natykamy się na pozostałości po ich kulturze, znacznie mniej imponujące niż Cytadela czy przekaźniki masy. – Białe pasy wkoło szczęk turianina kontrastowały mocno z ciemną skórą. Johnowi przemknęło przez myśl, że mogło to spowodować u co wrażliwszych atak epilepsji.
– To duża sprawa, Shepard. – Głos Andersona był przyciszony i poważny. – Ostatnim razem, kiedy znaleźliśmy proteańską technologię, skoczyliśmy do przodu o dwa stulecia. Na Eden Prime nie mają sprzętu, aby przetransportować nadajnik na Cytadelę, dlatego my się tym zajmiemy.
– To odkrycie może wpłynąć na wszystkie rasy Cytadeli. Nie tylko ludzi. – Oczy turianina błyszczały i po raz pierwszy Shepard mógł rozpoznać jakąś emocję – Nihlus był w jakiś sposób poruszony.
John milczał przez chwilę, zbierając myśli.
– Jeśli to jest zwykła misja transportowa, to co tu robi turiańskie widmo?
Nihlus wzruszył ramionami.
– Uznajmy, że turianie zawsze spodziewają się kłopotów.
To nie mogło być wszystko. Jakby czytając w jego myślach, Anderson uśmiechnął się blado.
– Nihlus ma jeszcze jedno zadanie. Ma ocenić ciebie.
Shepard spojrzał na turianina, zdezorientowany.
– Ocenić mnie? Po co?
– Przedstawiono twoją kandydaturę na Widmo.
John poczuł, że musi usiąść na chwilę. Oczyma wyobraźni już widział minę Jane, kiedy się o tym dowie i słyszał jej narzekanie, że będzie musiała się mocniej martwić. Anderson kontynuował, nieświadomy tego, co działo się w głowie Sheparda.
– Przymierze od dawna próbowało przeforsować ten pomysł. Dzięki temu, jaką pozycję zajmują Widma, cała ludzkość mogłaby na tym skorzystać.
– Twoje poczynania na Elizjum robią wrażenie. – Nihlus skinął głową. – Odpowiednia doza umiejętności i brawury, która nie jest spotykana zbyt często, nawet wśród turian. Dlatego też zaproponowano ciebie na to stanowisko.
Shepard dalej milczał, próbując przetrawić wszystkie informacje. Sama kandydatura na Widmo to osiągnięcie, znacznie większe niż N7. Czy się to uda, było już inną sprawą, ale Shepard uśmiechnął się szeroko – taka okazja zdarzała się rzadziej niż raz w życiu.
– Dlatego spędzimy razem sporo czasu. – Szczęki Nihlusa poruszyły się. – Muszę cię dokładnie ocenić, więc Eden Prime będzie naszą pierwszą wspólną misją.
Misje z turianinem? Tego się nie spodziewał. Będzie musiał spytać Jane, jak się przy nich zachowywać – sam nie miał z nimi zbyt wiele do czynienia, a nie chciał popełnić jakiejś międzygatunkowej gafy.
Anderson jakby odetchnął lekko.
– Będziecie dowodzić oddziałem naziemnym. Zabezpieczycie nadajnik i dostarczycie go na statek. Nihlus będzie was obserwował.
Zanim komandor zdążył coś odpowiedzieć, Joker odezwał się przez interkom.
– Kapitanie? Mamy problem.
Anderson uniósł głowę.
– Co się dzieje, Joker?
– Otrzymaliśmy z Eden Prime sygnał SOS, wraz z przekazem. Proszę spojrzeć, sir.
Wid promocyjny, ukazujący właśnie pomnik Alana Sheparda, zniknął z ekranu. Przez chwilę nie było nic widać, potem usłyszeli czyjś wrzask, a następnie mechaniczny ryk, od którego zatrzeszczały głośniki. Pojawiło się też niewyraźne śnieżenie.
– Joker, zrób coś z tym – warknął Anderson.
Shepard zerknął na niego kątem oka – kapitan wydawał się bledszy niż zwykle.
– Staram się, kapitanie.
Ekran przygasł znowu, po paru sekundach pojawiło się kilka niewyraźnych kształtów. Dźwięk również się poprawił, dało się rozróżnić pojedyncze słowa. Zaraz zresztą utonęły wśród wystrzałów, ale udało się wreszcie oczyścić sygnał i na ekranie ukazał się obraz – rozdygotany i niewyraźny przekaz z kamery jednego z żołnierzy. Krzyki mieszały się ze strzałami i dziwnym, mechanicznym rykiem w tle. Ciężko było cokolwiek zobaczyć – wybuch zasypał kamerę i jej właściciela fontanną ziemi i przez moment nie było niczego widać. Czyjś wrzask zlał się z kolejną eksplozją, ktoś wrzasnął ,,padnij" i obraz wyostrzył się nagle. Kobieta w białym pancerzu dopadła kamery, ale odwróciła się, wystrzeliła serię z karabinu w stronę nadchodzącego przeciwnika.
– Jesteśmy atakowani! – krzyknęła. Jej twarz zastygła w wyrazie dzikiej furii. Żołnierz z kamerą obejrzał się na chwilę, uchwycił biegnącą ku niemu postać w niebieskim pancerzu.
Kolejna twarz pojawiła się na ekranie.
– Tutaj posterunek Charlie, jesteśmy atakowani! Przeciwnik nieznany! Ponieśliśmy poważne straty, potrzebne natychmiastowe wsparcie. Ewakuować cywili z... – Jego głowa rozbryznęła się w fontannie krwi. Ktoś wrzasnął, kamera uniosła się, ukazując na niebie statek o niespotykanym rozmiarze i kształcie. Na tym transmisja się urywała.
– Potem przekaz został odcięty. Zero komunikacji, nic. – Głos Jokera brzmiał niespodziewanie poważnie
– Zatrzymaj na trzydzieści osiem – rzucił Anderson.
Na ekranie ukazała się błyszcząca sylwetka. Robot – o ile można było to coś nazwać robotem – miał z grubsza humanoidalne ciało o nienaturalnych proporcjach. Obłą głowę kończyło jasne źródło światła, przywodząca na myśl starodawną latarkę. John nigdy nie widział czegoś takiego. Sądząc po minie Andersona, on też nie, ale szczęki Nihlusa drżały nerwowo.
– To geth – oświadczył napiętym tonem.
– Geth? – Anderson po raz pierwszy wyglądał na autentycznie zdziwionego. – Myślałem, że nie opuszczają Mgławicy Perseusza.
– Najwyraźniej teraz opuściły.
– Kurwa, kurwa mać… – zaklął cicho komandor. Anderson zerknął na niego.
– Siedemnaście minut do lądowania. W okolicy brak innych statków Przymierza, sir.
– Wprowadź nas. Szybko i cicho. – Turianin skinął głową, zgadzając się ze słowami kapitana. – Wszystko w porządku, Shepard?
John zacisnął dłonie w pięści, jego opalona twarz zbladła nagle, nadając mu chorobliwy wygląd.
– Czy Przymierze prowadzi wykopaliska na Eden Prime jeszcze w innym miejscu?
– Nie. Dlaczego pytacie?
John odetchnął głęboko, opanował jakoś emocje.
– Moja siostra tam jest, kapitanie. Dostała kontrakt na Eden Prime. Pisała, że pracuje przy ochronie proteańskich wykopalisk. – Mówił spokojnie i tylko błysk w oczach i zaciśnięte wargi zdradzały zdenerwowanie. Za nim Nihlus i Anderson spojrzeli na siebie.
– Wasza siostra jest dobrym biotykiem. Na pewno da sobie radę – odezwał się niespodziewanie Nihlus.
Shepard spojrzał na turianina. Najwyraźniej przestudiował również akta Jane.
– Nie martwcie się o siostrę, Shepard, jest bardziej zaradna, niż może się wam wydawać. Priorytety misji się nie zmieniają, macie dotrzeć do nadajnika i go zabezpieczyć. – Anderson spojrzał twardo na komandora. – Zrozumieliście?
Shepard tylko kiwnął głową.
– Wygląda na to, komandorze, że masz okazję udowodnić swoją wartość szybciej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. – Turianin wydał z siebie dziwny dźwięk, który mógł być śmiechem
– Bierz sprzęt. Spotkamy się w ładowni. – Anderson odwrócił się i wyszedł szybkim krokiem.
Pół godziny później John, porucznik Alenko i kapral Jenkins znajdowali się już na powierzchni Eden Prime.
Błękitne niebo i rozciągnięte aż po horyzont zielone pola nadawały planecie piękny i idylliczny wygląd. Ogólne wrażenie zakłócały dźwięki wystrzałów dobiegające z oddali oraz wielki pancernik gethów unoszący się przed nimi.
Mapa na interfejsie hełmu pokazywała północny zachód – centralnie w stronę pancernika. John zaklął dla kurażu, chwycił karabin. Za nim Jenkins i Alenko zrobili to samo.
Usłyszeli kolejną eksplozję i wyobraźnia natychmiast podsunęła mu obraz Jane rozerwanej na strzępy. Przyśpieszył, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce.
Pierwsze trupy dostrzegli już po trzech minutach. Ciemne i poskręcane zwłoki leżały gdzie popadnie, zupełnie jakby biegnący ludzie zostali spaleni w kilka sekund. Odór spalenizny uderzył w ich nozdrza.
– Kurwa mać… Co tu się stało? – Kapral odwrócił się gwałtownie. Oczy zaszły mu łzami, obiad podszedł do gardła.
– Nie mamy czasu na rzyganie, skupcie się – warknął John. Zwłoki były zbyt mocno zwęglone, aby dało się kogokolwiek rozpoznać – pocieszał się tylko tym, że Jane nie powinna się dać trafić w taki sposób.
– Tak jest, komandorze. – Jenkins jakimś cudem się opanował.
Nad nimi przetoczył się mechaniczny ryk, ten sam, który wcześniej widać było na przekazie. Na żywo brzmiał jeszcze gorzej. John nie zdążył nawet zakląć, bo nagle przed nimi kilka sond bojowych poderwało się do ataku.
– Kontakt! – wrzasnął komandor, rzucając się na ziemię. Usłyszał, jak Alenko robi to samo, a potem głośny, urywany krzyk i głuchy odgłos upadającego ciała.
– Jenkins! – Alenko obejrzał się i zaraz znowu przypadł do ziemi – kolejny pocisk przeleciał mu obok głowy.
Shepard spojrzał w górę. Jedna z sond zwróciła lufę w jego stronę – odruchowo uniósł broń i strzelił w jej kierunku. Białe światełko, widoczne nawet w świetle dnia rozprysło się i sonda spadła z cichym, metalicznym dźwiękiem na trawę. Druga zawirowała nagle i rozpadła się na dwie części w błysku błękitnego światła. Alenko szykował już kolejny biotyczny pocisk, ale dwie pozostałe sondy odwróciły się i szybko odleciały.
Leżeli jeszcze przez chwilę w trawie, nasłuchując odgłosów bitwy. Sondy uciekły na dobre, Shepard więc podniósł się i podszedł do Jenkinsa.
Kapral leżał na plecach z rozrzuconymi ramionami i twarzą zastygłą w wyrazie zdumienia. Pod nim zebrała się już duża kałuża krwi.
– Przebiły się przez tarcze, nie miał szans – mruknął Alenko, pochylając się nas ciałem i zamykając mu oczy. – Niech to szlag…
– Później się nim zajmiemy. – Shepard obrzucił kaprala ciężkim wzrokiem. – Mamy zadanie.
– Tak jest.
Ruszyli dalej z uniesioną bronią. Poskręcanych ciał było coraz więcej, choć nie wszystkie już były spalone. Niedaleko ujrzał zwłoki ciemnowłosej kobiety i żołądek podszedł mu do gardła. Nie mogła być to Jane – kobieta była w zaawansowanej ciąży – i ten fakt przyniósł mu dziwną, gorzką ulgę. Na ciało dziecka z roztrzaskaną głową nawet nie zwrócił uwagi.
Komunikator zatrzeszczał.
– Shepard. Jest tu mnóstwo spalonych domów i ciał. Zamierzam to sprawdzić. Mam też zdjęcie twojej siostry, będę się za nią rozglądać. Spotkamy się w rejonie wykopalisk. – Głos Nihlusa był zachrypnięty i zniekształcony.
– Przyjąłem. I dziękuję.
Pocisk odbił się od tarcz. John zaklął, padł za osmalony mur. Alenko tylko wrzasnął, biotyczna eksplozja rozdarła niebo, szczątki sondy posypały się na ziemię. John wychylił się, strzelił kilkukrotnie do następnej. Nie trafił, zamiast tego kolejny pocisk zniszczył mu tarcze. Pochylił głowę. Alenko obok strzelił kolejnym ładunkiem biotycznym, który obrócił sondę w powietrzu, ale poza tym nic więcej jej nie zrobił.
– Co to za cholerstwo? – warknął Kaidan.
– Nie wiem. – Shepard wzruszył ramionami. Tarcze włączyły się ponownie. Komandor odetchnął głęboko i płynnym ruchem wychylił się zza osłony. Oddał tylko trzy strzały – to wystarczało, dwie ostatnie sondy spadły na ziemię.
– Idziemy.
Gdzieś niedaleko słyszał strzały a mapa pokazywała, że zbliża się do nadajnika. Zdusił w sobie ochotę, aby wywołać Nihlusa i spytać, czy nie widział gdzieś Jane – nie miało to najmniejszego sensu. Wzgórze stawało się coraz bardziej strome i nierówne, Kaidan potknął się o czyjąś oderwaną nogę. Biała kość błyszczała w słońcu.
Przed nimi rozległ się krzyk. Przyśpieszyli i niemal wpadli na biegnącą w ich stronę kobietę w białym pancerzu. Zatrzymała się gwałtownie, wykonała ruch, jakby chciała zasalutować, zamiast tego jednak odwróciła się i strzeliła.
John pomyślał, że to musi być jakiś dziwaczny wid z zakresu si–fi. Trzy humanoidalne roboty z walcowatymi głowami zakończonymi białymi, jasnymi światłami zbliżały się do nich, unosząc broń.
– Czy to są… gethy? – Alenko zacisnął dłoń w pięść, szykując się do biotycznego ataku. Zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić, inna postać w niebieskim pancerzu wyskoczyła zza skał z bojowym wrzaskiem na ustach.
Pierwsza maszyna roztrzaskała się o skałę, druga wzleciała w powietrze i zawisła tam, bezwładnie machając kończynami. Trzecia zdążyła strzelić do biotyczki, ale nagle jej głowa oddzieliła się od ciała i odpadła w bok. Biotyczka schyliła się ciężko, najwyraźniej zmęczona i, kulejąc, ruszyła w ich stronę. Kiedy zbliżyła się, można było zauważyć paskudne pękniecie na hełmie.
– No tak, kogo innego mogłam się spodziewać.
Ciemna przesłona hełmu rozjaśniła się i zdumiony John rozpoznał Jane. Natychmiast do niej podszedł.
–Nic ci nie jest?
– Trochę otarć, nic poważnego. Dobrze cię widzieć. – Jej twarz była bledsza niż zwykle. Pochyliła się, opierając dłonie na kolanach. – Niech to, zmachałam się. Ty jesteś cała?
Kobieta w białym pancerzu skinęła głową. Stanęła na baczność przed komandorem.
– Sierżant Ashley Williams z 212-tej. Czy to pan tu dowodzi? – Dyszała lekko.
– Proszę o raport, Williams.
Ashley zgarbiła się nieco, zerknęła na Jane.
– Patrolowaliśmy te granice wykopalisk, kiedy nagle nas zaatakowano. To ja wysłałam prośbę o pomoc, zanim odcięto nam łączność. Od tego czasu walczymy o życie.
– Przeżył ktoś poza wami? – John zmarszczył brwi.
Jane podeszła do niego. Zdjęła hełm i zajęła się rozpakowywaniem batonika energetycznego.
– Z tamtego oddziału – nie. Same ledwo zwiałyśmy i to tylko dlatego, że pobiegłyśmy jak najdalej od tego artefaktu. – Ugryzła wreszcie batonik. – Przyleciałeś po niego, tak? Nie, nie mów, to ty, na pewno przyleciałeś po to. Wiesz, co nas zaatakowało?! – Wskazała ręką na wciąż lewitującą postać. – Pierdolone gethy! Czy to twój normalny, codzienny wojskowy dzień?
– Nie, niecodzienny – przyznał John, mimowolnie się uśmiechając.
– Przyszły po nadajnik? – odezwał się Kaidan.
Jane obdarzyła go szybkim spojrzeniem, zmarszczyła brwi. Nic jednak nie powiedziała.
– Nieważne, po co przyszły, nie dostaną tego. Williams, idziesz z nami. Jane…
– Tam wciąż są najemnicy z mojego oddziału, więc jeśli będziesz mi teraz pierdolił, że mam iść w jakieś bezpieczne miejsce, będziesz latał. – Kobieta założyła powrotem hełm, wepchnęła papierek po batoniku do kieszonki na udzie.
– Chciałem tylko powiedzieć, że cieszę się, że nic ci nie jest. – John uśmiechnął się blado.
Siostra skinęła mu głową. Jej twarz znów została zakryta przez przydymioną przesłonę.
Ruszyli w stronę wykopalisk.
– Był tu – mruknęła Jane, stając na środku placu. Był pusty, jeśli nie liczyć kilku zwłok, których krew powoli wsiąkała w ziemię. Przystanęła nagle nad jednym ciałem ze zmasakrowanymi nogami. – Cholera, Leo…
– Mam nadzieję, że przeżył ktoś jeszcze. – Ashley stanęła nad innym ciałem, kobiety w średnim wieku.
– Gdzie mogli zabrać ten nadajnik? – warknął John.
– Jeśli chcą go stąd wywieźć, muszą najpierw przewieźć go na lądowisko. – Jane podeszła do brata, ściskając pistolet. – Trzeba się pośpieszyć.
– Nihlus, tu Shepard. Nadajnik został zabrany, zmierzamy w stronę lądowiska.
Odpowiedziała mu cisza.
John zmarszczył brwi.
– Nihlus?
W komunikatorze słyszał tylko trzaski. Spojrzał ponuro na siostrę, która wzruszyła ramionami.
– Nie widziałyśmy żadnych turian. Jeśli był Widmem, to pewnie w ogóle nie chciał być zauważony.
– Może jest zajęty? – mruknął bez przekonania Kaidan.
– Nie mamy czasu na gdybanie. Idziemy po ten nadajnik, jak go nie odzyskamy, nie dostanę zapłaty.
John nie mógł dostrzec twarzy siostry, ale z całej jej sylwetki biły determinacja i gniew. Nie czekając na jego odpowiedz, ruszyła przed siebie, wciąż lekko kulejąc. John podbiegł do niej.
– Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
– Nic mi nie jest. Zacznę się martwić, kiedy mi się skończą batoniki.
– Ile ci jeszcze zostało?
– Wystarczająco wiele, żeby posłać tych durni do diabła – warknęła. – John, dam sobie radę. Skup się na nadajniku, nie na mnie, i wszystko będzie cacy. – Klepnęła go w ramię. – Ktoś musi mi pomóc rozwalić to dziadostwo. – Wskazała w stronę pancernika, wciąż zawieszonego bez ruchu nad nimi. Teraz było widać jego monumentalne rozmiary – miał około dwóch kilometrów długości. Działa Normandii były zdecydowanie za słabe, aby mu zagrozić.
Nie miał jednak czasu długo się nad tym zastanawiać, bo kolejna, o wiele bardziej niepokojąca rzecz pojawiła się przed nimi.
– Szeregowy Kowalski!
Mężczyzna, przytrzymywany przez dwa gethy otworzył nagle oczy, skierował mętne spojrzenie na Williams. Twarz miał zakrwawioną, ale nawet z tej odległości widać było jego przerażenie. Gethy na chwilę zwróciły w ich stronę swoje głowy, ale zaraz wróciły do żołnierza. Jeden z nich dotknął jego twarzy w niemal pieszczotliwym geście.
– O kurwa mać i święty Boże…
Kowalski wydał z siebie rozpaczliwy wrzask, kiedy pod nim wyrósł nagle wąski kolec i porwał go za sobą w górę. Zawisł tam, groteskowo kiwając się i drgając. Gethy odwróciły się w ich stronę, unosząc broń.
Pierwsza zareagowała Williams. Ruszyła na nich z wyciągniętym karabinem i wrzaskiem na ustach. Jane zaklęła, jej dłonie rozbłysły błękitnym światłem. Migotliwa tarcza wytrzymała kilka sekund, zanim rozprysnęła się, pochłaniając strzały gethów. John strzelił do bliższego getha, pocisk odbił się od gładkiego pancerza. Alenko szarpnął ręką do siebie, wyrywając przeciwnikom broń.
– Gińcie, skurwysyny! – Williams nawet nie próbowała się kryć, strzelała, póki gethy nie padły i póki ich głowy nie zmieniły się podziurawione stosy metalu. Na koniec rozgniotła butem każdą z nich. Dopiero po tym uniosła wzrok, spojrzała na komandora. Shepard wzruszył ramionami, nic nie powiedział. Jane stanęła przy kolcu, spoglądając w górę na ciało.
– Nie ma krwi? – spytała zdziwiona. Wyciągnęła rękę, omni–klucz błysnął. Zaczęła coś sprawdzać na konsolecie.
– Jest ich więcej. – John wskazał na cztery inne kolce, kilka metrów dalej.
– Co to za gówno?
Williams podeszła do Jane, przeżegnała się. Kaidan ruszył w stronę kolejnego kolca, zatrzymał się nagle.
– Co do…
Teraz wszyscy to zauważyli – jedno z ciał ciągle zaciskało i rozkurczało pięść.
– Boże, czy on jeszcze żyje? – Jane podbiegła do kolca, okrążyła go, szukając w podstawie przełącznika. – Da się go jakoś zdjąć?
Jakby w odpowiedzi na jej słowa mechanizm w podstawie syknął i kolec zaczął się chować w podstawie. Shepard rozejrzał się – pozostałe trzy robiły to samo. Przeczuwając kłopoty, uniósł broń.
Jane wrzasnęła, gdy bezwłose, szare ciało, wciąż w ubraniu, rzuciło się na nią i powaliło na ziemię.
– Jane! – wrzasnął Kaidan i rzucił się aby jej pomóc. John chciał zrobić to samo, ale następne zwłoki nagle wyskoczyło mu przed twarzą, wyciągając ręce do ataku i wyjąc potępieńczo. Strzelił dwukrotnie – każdy pocisk trafił w brzuch, ale na stworzeniu najwyraźniej nie wywarło to żadnego wrażenia. Rzuciło się na komandora, zębami próbowało przegryźć osłonę hełmu.
Jane chwyciła jedną z rąk trupa, próbowała drugą uwolnić ładunek biotyczny. Zawyła ze złości, kiedy zęby przeciwnika zatopiły się w jej dłoni – na szczęcie rękawica wytrzymała nacisk. W następnej chwili jego głowa eksplodowała, zalewając hełm kobiety ciemnym płynem i resztkami tkanki.
– Celować w głowę! – krzyknął Kaidan, odwracając się i strzelając do kolejnego trupa. Nie trafił, ale biotyczne ciśnięcie było już celne.
John zrzucił z siebie ciało i strzelił, trafiając w rozwarte usta. Przeciwnik znieruchomiał, drgał jeszcze tylko konwulsyjnie przez kilka sekund. Ostatni dostał nożem do Williams, prosto w oko.
Przez chwilę zapanowała okropna cisza.
Pierwsza poruszyła się Jane. Zerwała się z ziemi, gwałtownie zdjęła hełm, rozejrzała się po ciałach z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
– Jezu, jak to śmierdzi… Co te gethy im zrobiły? – wychrypiała, niezbyt wyraźnie.
– Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. – John podszedł do siostry. – Jesteś cała?
– Przestań o to pytać! – Zerknęła na niego wściekle, przesunęła palcem po pęknięciu na hełmie, które dzieliło go na dwie niemal równe części. Wskazała na ciało szeregowego Kowalskiego, wciąż wiszące na ostatnim kolcu. – Tym się trzeba zająć.
– Nie mamy czasu aby go ściągać.
– Och, na litość boską… – Zbliżyła się gwałtownie, odrzucając już nieprzydatny hełm i unosząc dłoń. Zacisnęła ją w pięść i głowa mężczyzny rozbryznęła się jak melon. Odwróciła się do brata z zaciśniętymi ustami. – Teraz już nie wstanie. Chodźmy po ten nadajnik i zmywajmy się stąd.
Ciało turianina leżało na schodkach, twarzą do dołu. Kaidan podszedł i obrócił go na plecy, ukazując charakterystyczne białe pasy tatuaży.
– Nihlus… Kurwa mać – zaklął Shepard, pochylając się nad nim. – Co tu się stało?
– To jest to wasze Widmo? – spytała Jane, przyglądając się turianinowi. – Ktoś go ładnie załatwił. Raczej nie gethy.
Williams nagle uniosła broń, wycelowała w stos skrzyń.
– Ktoś tam jest, komandorze – powiedziała spokojnie.
John chwycił własny pistolet, zrobiła krok do przodu.
– Nie strzelajcie! – Rozległ się męski głos. Zza skrzyni wyszedł nieogolony mężczyzna po czterdziestce. Miał małe, rozbiegane oczy i zaplamiony olejem kombinezon. – Ludzie! Jak dobrze! Myślałem, że nigdy już ludzi nie zobaczę… O, i panienka Williams, i panienka Shepard… Jak dobrze was widzieć!
– Czemu się tak czaiłeś? – warknął John, nie opuszczając broni.
– Ja…? Ja się nie czaiłem, ja się ukrywałem! Przed tymi stworami! Od czasu ataku się tu chowam!
– To Powell, komandorze – odezwała się Ashley. – Magazynier.
– Jakim cudem magazynier przeżył atak gethów?
Powell wytrzeszczył oczy.
– Gethy? Co pan pierdzieli… Znaczy ten, przepraszam. – Zreflektował się, widząc twarz Johna. – Przecież… Ech, do tej pory myślałem, że to tylko legenda.
– Powell, odpowiedz na pytanie – odezwała się sucho Jane. – Jakim cudem nic cię tu nie znalazło?
– Poszedłem się zdrzemnąć, panienko – wymamrotał mężczyzna. – Nie było nic do roboty… A potem, jak mnie wybuch obudził, to się nie ruszałem, bo i po co.
– Ha. Przeżyłeś, bo jesteś leniwy.
– Tak, jestem! – Powell wysunął nieogoloną szczękę wojowniczo do przodu. – I tchórzliwy. Nie wstydzę się tego. Dzięki temu przeżyłem. I wszystko widziałem! – Wskazał oskarżycielsko palcem na ciało Nihlusa. – Wszystko! I słyszałem! Tamten drugi go zabił!
Przez chwilę panowała cisza. John i Alenko spojrzeli na siebie niepewnie.
– Jaki drugi? – spytał komandor, opuszczając w końcu broń.
Powell wyraźnie odetchnął.
– To wasz kumpel? Spotkał tu drugiego turianina. Mówił na niego Seren czy Saren… Jakoś tak. Chyba Saren. Ten obcy powiedział, że Rada przysłała go do pomocy, no i ten wasz się chyba ucieszył, choć kto tam wie, jak to jest z turianami, ale kiedy się odwrócił, to tamten strzelił mu w tył głowy! Jak jakiś zdrajca pierdzielony! – Splunął. – Sami turianie mówią, że ci bez malunków na mordach są podejrzani i proszę, sprawdziło się…
– Czekaj, chcesz powiedzieć, że Nihlusa zabił inny turianin? Nie geth?
– No przecież mówię, nie? – zirytował się mężczyzna. – Widziałem wszystko jak na dłoni i tylko się modliłem, żeby mnie skurwysyn nie zobaczył. No. Zastrzelił kumpla i poszedł na lądowisko. Pewno poszedł po ten artefakt. Proteanie zniknęli, a i tak robią nam teraz problemy…
– Wiesz, gdzie on jest?
Powell spojrzał chytrze na komandora, jakby chciał ocenić, czy da radę namówić go na przekazanie kilku kredytów za tę informację. Kątem oka dostrzegł jednak jak Jane zaciska w pięść dłoń otoczoną błękitną poświatą. Zaledwie cztery dni temu widział, jak od niechcenia uniosła dwóch marines dla zakładu. Uśmiechała się teraz leniwie, z pancerzem utytłanym krwią i wszystkie głupie pomysły natychmiast wyleciały mu z głowy.
– Jest na lądowisku – powiedział z westchnieniem. – Kilku żołnierzy i tych najemników wiozło go w tamtą stronę. Pewno chcieli go gdzieś wywieźć.
– Dawno to było?
– A ze mniej niż godzinę temu… A ten Saren poszedł stąd dokładnie osiemnaście minut temu, patrzyłem! – Na potwierdzenie swoich słów pokazał starodawny zegarek ze wskazówkami. – Dopasowany do czasu Eden Prime. Cudeńko.
John obejrzał się na Jane.
– Gdzie to lądowisko?
– Chodź. Jak się pośpieszymy, może uratujemy jeszcze kogoś. A ty, Powell, zostań tutaj. Potem ktoś do ciebie przyjdzie.
– Oczywiście, panienko. Skopcie im tyłki, panienko. – Wycofał się za skrzynie, obserwując, jak cała czwórka biegnie w stronę lądowiska.
– Oprócz mnie, było tu jeszcze dziesięciu najemników – powiedziała Jane, gdy biegli po rampie. – Nie mogli wytłuc wszystkich.
– Na pewno nie – mruknął John.
Westchnęła ciężko, doskonale zdając sobie sprawę, że szanse na to są nikłe. Nie odezwała się już ani słowem.
– Jest nadajnik! – krzyknęła nagle Ashley, wskazując na jedną z platform załadunkowych.
– I zwłoki – dodała Jane ze ściśniętym gardłem.
Podeszli bliżej. Wkoło nadajnika leżało siedemnaście ciał. Jedenaście w ciemnych pancerzach Przymierza, sześć w niebieskich, takich samych jak pancerz Jane.
– Och, nie, nie, nie… – jęknęła kobieta. Wyrwała się do przodu, padła na kolana przy jednej z kobiet. – Diana! – Rozejrzała się bezradnie, na czworakach zbliżyła się do kolejnego. Oczy mężczyzny były nieruchome, pomiędzy nimi znajdował się dziura po kuli. – Rafał…
Usiadła ciężko pośród ciał, kryjąc twarz w dłoniach
– Jane? – mruknął John, podchodząc do niej. – Cholera, przykro mi.
Kiwnęła tylko głową, potoczyła nieco błędnym spojrzeniem po pobojowisku.
– Nigdy jeszcze… Kurwa, traciliśmy ludzi, ale jeszcze nigdy… nie było tak, żeby wszyscy nie żyli. Jedenastu, rozumiesz? – Wlepiła oczy w brata. – Jedenaście osób, cholera, zostałam tylko ja.
– Pomścimy ich, Jane. – Komandor kucnął obok niej, chwycił ją za ramię. – Słyszysz? Sprawimy, że ten Saren i gethy zapłacą za wszystko.
Jane potrząsnęła głową.
– A przywróci to komukolwiek życie? – powiedziała z goryczą. Niezgrabnie podczołgała się do kolejnego ciała. Mężczyzna miał ciemne włosy, zakrywające w tym momencie twarz. Jane odsunęła je niemal pieszczotliwym ruchem. – Nazywał się Thomas. Tydzień temu zamówił pierścionek zaręczynowy dla dziewczyny. Poznali się w Armstrongu, na Księżycu. Pierścionek miał kamienie księżycowe. A teraz on nie ma rąk. – Zachichotała nagle upiornie. – Nie ma dłoni, żeby włożyć na nią obrączkę. Nie ma palców…
– Jane? Jane! – John złapał siostrę za ramiona, potrząsnął nią. – To nie czas i miejsce na wspominki, weź się w garść!
Zamrugała gwałtownie, spojrzenie odzyskało ostrość. Potarła twarz, rozmazując po niej pot i brud, powoli skinęła głową.
– Pomóż mi wstać – wychrypiała.
Poderwał ją z ziemi. Zachwiała się lekko, wzięła głęboki wdech.
– Będę płakać później. Teraz muszę ci pomóc z tym nadajnikiem, tak?
John kiwnął głową, spróbował uśmiechnąć się pokrzepiająco do siostry. Nie do końca mu wyszło, ale doceniła gest.
Podeszła do nadajnika. Wyglądał inaczej niż rano.
– Czy on jest… aktywny? – Ashley zmarszczyła brwi.
– Najwyraźniej. – Jane włączyła omni–klucz. – Ale nie wiem jak. Cholera wie, co on teraz może zrobić…
Łączność wreszcie została przywrócona i John połączył się z Normandią.
– Chyba nie wybuchnie? – zaniepokoiła się Williams.
– Doktor Warren mówiła, że to coś w rodzaju zaawansowanego komunikatora, nie broni. – Jane podrapała się po karku. – Ale może mieć zabezpieczenia. Ciężko go będzie gdziekolwiek zabrać bez ryzyka zniszczenia.
Obejrzała się na Alenko, który właśnie przeszedł obok niej. Szedł wolno, ze wzrokiem wlepionym w nadajnik i dziwnie półotwartymi ustami.
– Kaidan? – odezwała się zaniepokojona.
Nie zwrócił na nią uwagi, wyciągnął tylko rękę w stronę nadajnika.
Urządzenie wyrzuciło z siebie nagle zielony promień, łapiąc mężczyznę w swojego rodzaju pole zastojowe. Krzyknął, nie wiadomo, czy z zaskoczenia czy z bólu i wygiął się w łuk. Jane, odruchowo, rzuciła się w jego stronę, z pomocą biotyki wypchnęła go z pola działania nadajnika. Nagle sama poczuła, że unosi się na kilka centymetrów z uczuciem, że jej własne oczy wbijają do czyjegoś mózgu.
Krzyknęła.
Widziała serce galaktyki.
Niebezpieczeństwo. Śmierć i zagłada. Czuła niepokój przy całkowitej świadomości, że nie należał on do niej.
Rozpacz, brak nadziei i świadomość. Wróg, z którym nikt nie wygra. Wielki. Niepojący. Mnogi.
Ciało i nie–ciało, maszyna skąpana we krwi.
Stała teraz przed czymś monumentalnym, tak potężnym, że zakryło najpierw cały świat a potem całą galaktykę. Było wielkie, groźne, a jej i nie–jej głos mówił: oni nadejdą. Przygotuj się.
Potem była już tylko śmierć, zniszczenie i ból.
I rozpaczliwe, ciągle powtarzane słowo: nadchodzą.
A potem była ciemność, pełna koszmarów, zła i kałamarnic.
