IV
05.01.2183, Normandia
Leżała pod cienkim kocem, w samej bieliźnie i koszuli. Wszystko ją bolało, czuła wyraźnie każdy mięsień, jak po ostrym przetrenowaniu. Powoli otworzyła oczy, próbując skupić na czymś wzrok i zorientować się, gdzie w ogóle jest.
Nad sobą zobaczyła ciemny, obcy sufit. Na nadgarstku lewej ręki miała cienką bransoletę, z boku dobiegało regularne pikanie jakiejś szpitalnej maszyny.
A więc szpital. To na chwilę obecną wystarczało.
Wspomnienia wróciły gwałtownie, zalewając jej umysł ciągiem upiornych obrazów. Krzyknęła cicho, trochę z zaskoczenia, trochę ze strachu, potarła mocno oczy, jakby w nadziei na odgonienie widoku martwych twarzy. Nie udało się, a maszyna obok zaczęła pikać jeszcze szybciej.
Drwi rozsunęły się.
– O, obudziłaś się. To dobrze.
Głos był miękki i miły. Kobieta o całkowicie siwych włosach i ciepłym uśmiechu podeszła do niej z datapadem w ręce. – Wszyscy się tu martwili.
– Gdzie ja jestem?
Kobieta nie miała na sobie standardowego lekarskiego kitla.
– Na Normandii. – Jasne oczy spoglądały na uważnie, ale nie nachalnie.
– Normandii? – wymamrotała. W tle słyszała teraz szum silnika. – To jakiś statek?
– Tak, statek Przymierza. Komandor bardzo nalegał, aby cię tu zabrać.
Komandor? – Jane wytrzeszczyła oczy. – John tu jest?
Kobieta skinęła głową.
– Tak. I bardzo się niepokoił. Ucieszy się, gdy mu powiem, że się obudziłaś.
Jane uniosła się do pozycji siedząc, podrapała się po nadgarstku. Bransoleta monitorująca łaskotała ją przy ruchu.
– Ile spałam?
– Piętnaście godzin. – Lekarka zajrzała w datapad. – Fizycznie nic poważnego… O, komandorze.
– Jane? – W drzwiach pojawił się John. Podszedł szybko do niej. – Jak się czujesz?
– Dobrze. – Miał brzydkie zadrapanie na policzku i worki pod oczami. Najwyraźniej nie spał ani chwili. – Co się dzieje, John? Co się stało z tym nadajnikiem?
– Prawdopodobnie uruchomiłem jakiś mechanizm obronny. – Do ambulatorium wszedł Kaidan. Towarzyszył mu wysoki, postawny mężczyzna, którego nie znała. – Powinnaś była mnie tam zostawić.
– Pamiętam… – Zmarszczyła nagle brwi. Znowu zobaczyła nie–swój umysł i jego wizje. – Co się tam stało? Zabrałeś ten nadajnik?
– Nadajnik został zniszczony. – Nieznajomy stanął przed nią, uważnie obserwując jej twarz swoimi ciemnymi, ostrymi oczami. – Powiedz mi, co tam się stało.
Jane spojrzała na swojego brata, który skinął głową. Poruszyła się niespokojnie.
– Nie wiem. Ten nadajnik… Widziałam coś. Wizję czy… Nie wiem. Śmierć. Zniszczenie. Syntetycy i nie–syntetycy. A potem… – Złapała się dłońmi za głowę. – I ten głos, że oni nadchodzą! Ciągle i ciągle…
– Nadchodzą? Kto?
– A skąd mam wiedzieć?! – rozzłościła się nagle. – To coś włamało mi się do głowy i wyryło tam wspomnienia, ale nie oczekujcie, że będę wiedzieć jakie! Kim pan w ogóle jest?!
– Kapitan Anderson. – Odsunął się od niej na krok. – Doktor Chakwas?
– Pannie Shepard fizyczne nic poważnego nie dolega, ale zaobserwowałam nietypowe fale mózgowe podczas jej snu. Ponadto będę musiała sprawdzić funkcje mózgu powiązane z biotyką.
– Czyli możemy z nią rozmawiać. To dobrze.
Jak na komendę doktor Chakwas i Alenko wycofali się z pomieszczenia. Kapitan Anderson złożył ręce za plecami, na jego twarz pojawiła się troska.
– Nie będę ukrywał – jest źle. Nihlus nie żyje, nadajnik został zniszczony, kolonię najechały gethy. Rada będzie chciała poznać szczegóły.
– Szczegółem jest to, że niejaki Saren strzelił Nihlusowi w łeb, poprowadził najazd gethów i uruchomił nadajnik – warknęła Jane. – Nie wiem, co tu jeszcze więcej mówić.
Anderson spojrzał na nią ostro, ale westchnął, potarł czoło.
– Wierzę wam. Jeśli to ten Saren, o którym myślę, mamy większe kłopoty niż myślimy. – Urwał na chwilę. – Saren Arterius to Widmo. Bardzo znane, bardzo szanowane, bardzo nielubiące ludzi. Jeśli postanowił nam zaszkodzić, to nie spocznie, póki nie dopnie swego. Na dodatek ciężko będzie udowodnić jakąkolwiek winę – to cholerny bohater.
– Ale sprzymierzył się z gethami. I przybył konkretnie po nadajnik. – John zerknął na siostrę. Siedziała z pochyloną głową, intensywnie nad czymś myśląc.
– Przybył po tę… wizję… czy cokolwiek to jest – mruknęła, prostując się. Miała rozgorączkowany wzrok. – Wiedział o nadajniku. Do kurwy nędzy, on wiedział, co to jest! Umiał go uruchomić. Umiał! – Ostatnie słowo prawie krzyknęła. – Nasi naukowcy ponad miesiąc ustalali, co to w ogóle może być, a on umiał go uruchomić i wykorzystać. A potem to dziadostwo trafiło mnie. – Skrzywiła się, potarła bliznę na czole.
– Trzeba donieść o tym Radzie, panno Shepard.
– O wizjach? – Spojrzała na niego, zaskoczona. – Rada w życiu w to nie uwierzy.
– To już Rada osądzi. Nie wiemy, jakie informacje były w tym nadajniku. To mogły być proteańska sztuka, mogła i broń. Rada musi wiedzieć, co zostało stamtąd wydobyte.
– Będą zachwyceni. – Zerknęła na brata.
– Nie interesuje mnie ich szczęście. Saren jest zagrożeniem i bardzo zależy mu odebraniu ludzkości wszystkich praw. Teraz mając armię gethów… – Kapitan Anderson pokręcił głową. – Twoje szanse na zostanie Widmem bardzo zmalały – zwrócił się do Sheparda. – A Saren zrobi wszystko, aby do tego nie dopuścić. Lecimy na Cytadelę, może ambasador Udina załatwi nam audiencję u Rady. Miejmy nadzieję, że uda nam się do nich dotrzeć szybciej niż zrobi to Saren.
Wyszedł z ambulatorium, zostawiając rodzeństwo. Jane spojrzała ciężko na brata, pomasowała skronie.
– Jest szansa, że dostanę tu coś do jedzenia?
Spojrzał na nią z roztargnieniem, kiwnął głową.
– Najpierw dokończymy badania. – Doktor Chakwas weszła dziarsko do pomieszczenia. – Najbardziej mnie martwią twoje zdolności biotyczne. Nie patrz się tak na mnie, kochanie, nie zajmie to więcej niż godzinę. Komandorze, gdyby mógł pan nas zostawić same…
John kiwnął głową, poklepał siostrę po ramieniu.
– Z moją biotyką jest wszystko porządku, pani doktor. – Jane, na potwierdzenie swoich słów, uniosła jakiś dziwny przyrząd medyczny ze stołu obok.
– Nie rób tak, dziewczyno, L2 są niestabilne same z siebie. Nie rozważałaś zmiany? – Podeszła do kobiety ze skanerem, który Jane zawsze przypominał miniaturą patelnię.
– Nie jestem w Przymierzu, pani doktor. Musiałabym sporo zapłacić za L3. Poza tym jestem jedną z niewielu osób, które dobrze przyjęły implant. Niektórzy mieli pecha.
– Tak, to prawda. Porucznik Alenko też jest L2. Daje radę, choć miewa paskudne migreny. Tyle mu mówiłam, żeby rozważył chociaż zmianę implantu…
– Potem trzeba się przestawiać, a to zawsze jest kłopot – mruknęła Jane. – Pani doktor, naprawdę wszystko jest w porządku, jestem tylko głodna.
Doktor Chakwas westchnęła ciężko, odłożyła skaner.
– Powinnam dokładniej zbadać funkcje twojego mózgu, ale równie dobrze mogę zrobić to w szpitalu na Cytadeli. Tylko do tego czasu nie używaj biotyki. Dla bezpieczeństwa.
– Dobrze. – Kiwnęła głową, uśmiechnęła się blado. – Dziękuję za pomoc.
Zeskoczyła z łóżka i wyszła z ambulatorium. Rozejrzała się niepewnie, ale na szczęście za drzwiami stał Kaidan. Uśmiechnął się na jej widok.
– Hej, Jane.
– Hej, Kaidan. Miło wiedzieć, że nic ci nie jest.
– Dzięki tobie. – Odwrócił wzrok. – Słuchaj, chciałem cię jeszcze raz przeprosić za to. Gdyby nie ty to nie wiem…
– Możesz mnie w ramach rekompensaty zabrać do mesy. Nie wiem gdzie tu co jest, a muszę uzupełnić energię.
Biotyczna racja była dokładnie tak samo paskudna, jak Jane pamiętała. Była na tyle głodna, żeby nie wybrzydzać, ale jedzenie nie poprawiło jej humoru. Kaidan jadł obok niej, szybko, jak to w wojsku.
Słyszała wkoło siebie szepty i miała irytujące wrażenie, że każdy dyskutuje o niej. Wiedziała, że było to głupie i nieprawdziwe. Możliwe, że szepty były echem nie–jej umysłu z przekaźnika. Możliwe, że po prostu zaczynała wariować.
Kaidan coś niej mówił. Chyba.
– Hmm? – Uniosła na niego pytający wzrok.
– Dawno się nie widzieliśmy.
– Od czasów, kiedy ubiłeś tamtego sukinsyna. Tak – mruknęła. Westchnęła, pokręciła głową. – Przepraszam. Nie jestem dzisiaj w nastroju na towarzyskie rozmówki.
– Rozumiem. Po prostu myślałem, że jesteś w Przymierzu. Wydawało mi się, że wstąpiłaś.
– No wstąpiłam, wstąpiłam. Jedzenie było jedną z rzeczy przez które wystąpiłam. – Zdobyła się na naturalny uśmiech. Szepty z jej głowy znikły.
– O odejściu nie słyszałem.
– Nie było głośne. Odgrażałam się co prawda, że na koniec odwalę jakiś durny numer, ale… – Machnęła ręką. – Lepiej mi powiedz, co u Rahny.
Kaidan wyprostował się, odwrócił wzrok.
– Nie wiem. Nie widziałem się z nią od… dawna.
Jane spojrzała na niego zaskoczona.
– Zabiłeś dla niej – mruknęła cicho.
– Ano, zdarza się.
Zapadła niezręczna cisza, przerwana dopiero przez komunikat pilota, że zbliżają się do Cytadeli.
– Jane? – Ze schodów zszedł John. – Chodź. Za chwilę dokujemy i natychmiast idziemy do ambasadora. Poruczniku Alenko, ty też.
Mało rzeczy mogło równać z widokiem Cytadeli, wirującej spokojnie i delikatnie w ciemnej przestrzeni i na tle gwiazd. Napisano o tym mnóstwo wierszy, skomponowano tyle pieśni, a i tak piękno tego cudu techniki nie zostało opisane choć w połowie. Jane stała obok Ashley i Kaidana, spoglądając na wyświetlacz. Mimo wszystkich paskudnych rzeczy z ostatnich dwóch dni, poczuła radość, że wraca do domu.
– Jakie to wielkie! – krzyknęła z zachwytem Ash. – Jak Proteanie mogli to wybudować? I sprawić, żeby działało?
– Nikt nie wie. Większością rzeczy naprawczych zajmują się Opiekunowie. Dziwaczne stworzenia. – Jane wykonała nieokreślony ruch rękoma. – Takie zielone krabo–pająki z rybimi oczami. Nie śmiej się! – fuknęła na Kaidana. – Zobaczysz to opiszesz je w identyczny sposób.
– No dobra, dobra…
Normandia zadokowała szybko, bez czekania w kolejce. Ten szczegół uprzywilejowanego wojskowego życia mógł by się nawet Jane spodobać. Zeszli z pokładu i nie przechodząc żadnej kontroli, wyszli z portu. Na zewnątrz czekała na nich taksówka. Jane usadowiła się obok brata, bezwstydnie oparła głowę na jego ramieniu, przymykając oczy. Komandor, nie chcąc sprawiać siostrze przykrości, siedział sztywno i udawał, że wcale nie czuje się zakłopotany. Kaidan i Ashley unikali jego wzroku, każde z lekkim uśmiechem na twarzy. Anderson w ogóle nie zwracał na nich uwagi, zapatrzony w okno, był pogrążony w bardzo ponurych myślach. Nie palił się do spotkania z Radą, nie miał pojęcia, jak wyjaśnić im działania Sarena i przekonać do dowodów. Nie był też pewny, czy jego obecność nie zaszkodzi całej sprawie, ale nie było już odwrotu. Udina zgłosił też jego obecność w spotkaniu i wycofanie się teraz zrobiłoby więcej złego niż dobrego.
– Jesteśmy na miejscu.
– Wow. W Ambasadach nigdy nie byłam – przyznała Jane, wygrzebując się z taksówki. – Jakoś nie było okazji.
Ambasada ludzkości była duża, urządzona w minimalistycznym stylu i okropnie, okropnie, biała. Jane usłyszała, jak John klnie pod nosem. Przed nimi ktoś prowadził nerwową dyskusję.
– To niedopuszczalne! Rada wkroczyłaby, gdyby gethy pojawiły się na kolonii turiańskiej bądź asari!
Ambasador Udina stał przed trzema hologramami. Ich półprzeźroczyste postaci drżały lekko, nie zaburzając jednak ostrości.
– Ani turianie, ani asari, nie zakładają kolonii na skraju Układu Terminusa. – Radny salarian mówił szybko, prawie bez przerw, co utrudniało zrozumienie słów. Jego oczy błyszczały, kiedy mrugał.
– Ludzkość wiedziała, na jakie ryzyko się naraża. – Radna asari mówiła spokojnym, rzeczowym tonem. Złożyła przed sobą ręce, łapiąc się za łokcie, co u jej rasy oznaczało, że rozmówca ma szczere i pokojowe intencje.
Turiański radny, w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki, całym sobą wyrażał rozbawienie i coś na kształt satysfakcji.
– Nie masz prawa czegokolwiek żądać od nas, ambasadorze. – Mówił spokojnie, napawając się sytuacją.
Radna spojrzała na turianina z naganą.
– Ochrona Cytadeli bada pańskie oskarżenia względem Sarena i porozmawiamy o nich na przesłuchaniu. Nie przed.
Rada rozłączyła się. Ambasador pochylił się, a potem odwrócił gwałtownie. Obrzucił całą piątkę ostrym, nieprzyjemnym spojrzeniem, zanim potarł czoło dłonią.
– Kapitanie. Widzę, że przyprowadził pan połowę swojej armii. – Na żywo głos Udiny był znacznie mniej przyjemny niż w telewizji, pretensjonalny i lekko nosowy. Wyglądał również starzej niż wskazywałby jego wiek.
– Tylko zespół naziemny oraz najemniczkę, którzy byli na Eden Prime. Na wypadek wszelkich pytań.
– Mam raporty z misji. Jak rozumiem, zgodne z prawdą?
Anderson skrzywił się, zniesmaczony.
– Oczywiście, że tak.
– Rada zapoznała się już z nimi i zgodziła się udzielić audiencji. Nie spieprz tego, Anderson. – Oczy Udiny błysnęły gniewnie. – Już raz to zrobiłeś, a przekonanie Rady, że Saren, ich największy bohater, to zdrajca, będzie dostatecznie trudne.
Ku zdumieniu Jane, kapitan nie zaprotestował. Zerknął tylko w bok, unikając spojrzenia ambasadora.
– Jest niebezpieczny i trzeba go powstrzymać – wtrącił sucho John. – Jest zagrożeniem. Rada musi nas posłuchać.
– Rada nic nie musi, komandorze – parsknął Udina. – Proszę się tak nie gorączkować, pana kandydatura na Widmo jest dostatecznie zagrożona.
John spochmurniał jeszcze bardziej.
– Nie dbam o status Widma, a o powstrzymanie szaleńca!
– Nie zrobi pan tego bez wsparcia! – Udina uderzył pięścią w biurko, jego twarz wykrzywiła się w gniewie. – Gdyby został pan Widmem, mógłby pan bez problemu aresztować Sarena i podnieść status Przymierza! A zamiast tego mamy tragedię! Gethy na Eden Prime, martwy Nihlus i zniszczony nadajnik! Przez kogo? – Wyciągnął oskarżycielsko palec. – Przez pańską siostrę, która „przypadkiem" znalazła się na miejscu w odpowiednim czasie!
– Heeeej, czy pan sugeruje…? – zaczęła Jane, marszcząc brwi.
– Ty sukinsynu! – wycedził John. – Została zatrudniona przez jednego z inwestorów…
– Aby nie dopuścić do właśnie takich sytuacji! – Odetchnął głęboko. – Co najwyraźniej się nie udało. A panu, komandorze, radzę powtrzymać język, zanim stracę cierpliwość i zażądam dokładniejszego śledztwa odnośnie pana siostry!
John ruszył gwałtownie do przodu, zaciskając dłonie w pięść. Udina cofnął się, zaskoczony, Anderson złapał komandora za dłoń, spojrzał na niego ostrzegawczo.
– Uspokójcie się, na litość boską! – wysyczał wściekle. – To rozkaz!
John powoli opuścił rękę, cofnął się o krok, stając obok siostry. Jane wpatrywała się w niego z otwartymi ustami.
– To nie było konieczne – wyszeptała cicho, ale uśmiechnęła się blado.
– Nikt nie będzie sugerował, że Jane mogła dokonać sabotażu. – Oczy Johna błyszczały wściekle. – Nikt, a na pewno nie w mojej obecności.
– To był atak na przełożonego! – wybuchnął Udina, odzyskując rezon. – Powinienem wezwać SOC i kazać im cię aresztować! To niedopuszczalne i…
– Choć zachowanie komandora było karygodne, nie jest pan jego przełożonym i nic nie może pan kazać – warknął Anderson, wchodząc pomiędzy nich. – Poza tym mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie.
– Ambasadorze, cały mój oddział został zabity podczas obrony tego cholernego nadajnika. – Jane mówiła całkiem spokojnie, choć ciągle zaciskała dłonie w pieści. – Sugerowanie, że celowo dokonałam sabotaż, jest niedorzeczne.
Udina spojrzał na nią wrogo.
– Gdzie twoja kamera, panno Shepard? – warknął.
Odchyliła się do tyłu, złożyła ręce na piersi, obejrzała się na brata.
– Zniszczona. Przez chodzącego trupa. To też jest w raporcie.
Udina potrząsnął głową, zirytowany, ale odstąpił. Podszedł do swojego biurka, zabrał prywatny datapad.
– Spotkanie odbędzie się za dwadzieścia trzy minuty. Spotkamy się na miejscu.
Wyszedł z ambasady, nie oglądając się na nich. Anderson ruszył za nim sztywno. Ostatnia z pomieszczenia wyszła Jane, wciąż ze skrzyżowanymi ramionami i złością wypisaną na twarzy. Ashley poklepała ją pokrzepiająco po ramieniu.
– Nie martw się. To dupek, a takimi nie warto się przejmować. Szkoda tylko, że komandor nie dał mu w zęby.
– Gorzej, jeśli ktoś jeszcze ważniejszy uzna, że ta teoria ma sens.
Szum wody przepływającej pod mostem nie podziałał na nich kojąco. Wieża wznosiła się pośrodku Prezydium, wysoka i smukła, symbol władzy Rady nad całą galaktyką. Jane jeszcze nigdy tam nie była. Opuściła wreszcie ramiona i szła obok Kaidana. Nie–jej szepty narastały w jej umyśle. Potrząsnęła głową, zirytowana, odganiając je.
Wjechali na górny poziom. Zniknęła gdzieś irytująca biel, zastąpiona przez znacznie przyjemniejsze i dyskretniejsze kolory. Przed nimi, na środku, znajdował się starannie utrzymany ogród, zawierający rośliny ze światów ras należących do Wspólnoty Cytadeli. Specjalne lampy oświetlały go łagodnym światłem, eksponując rośliny. Kilka ziemskich róż właśnie kwitło.
John zatrzymał się nagle, odwrócił gwałtownie w stronę dwóch kłócących się turian.
– Coś się stało? – Jane zerknęła na niego, wyprostowała palce, szykując się do biotycznego ataku.
– Mam paranoję, usłyszałem słowo Saren i… – machnął zrezygnowany ręką.
– Nie bądź śmieszny, Garrusie, nie mogę odsyłać Rady z niczym, bo masz ,,przeczucie"! – Turianin, w którym Jane rozpoznała Egzekutora Pallina rozłożył szeroko ręce. W jego głosie brzmiała złość.
– Proszę tylko o dwanaście godzin! – Drugi turianin stał odwrócony do nich tyłem, więc nie widzieli jego twarzy.
– To koniec. Jeśli dalej będziesz grzebał w tej sprawie, zostaniesz zawieszony. – Egzekutor odwrócił się. – I weź sobie kilka dni wolnego. To rozkaz.
John i Jane spojrzeli na siebie. John uniósł brwi, Jane wzruszyła ramionami. Turianin odwrócił się, unosząc dłonie w bezradnym geście. Dostrzegł Sheparda, a jego oczy rozszerzyły się.
– Komandor Shepard? Podinspektor Garrus Vakarian, z SOC. Prowadzę sprawę Sarena. A raczej – odwrócił głowę w bok – próbowałem.
Jane przyjrzała się turianinowi z zaciekawieniem. Wydawał się całkiem młody, o ile można to w ogóle było ocenić. Miał niebieskie tatuaże i panel optyczny na lewym oku. Jego niebieski pancerz SOC był porysowany w kilku miejscach, jakby właściciel nie miał czasu bądź ochoty na jego naprawę.
– I dowiedziałeś się czegoś?
Garrus pokręcił głową.
– Nie. Saren jest Widmem, większość akt jest utajniona. Ale ja wiem, że on co knuje. Jak wy, ludzie, mówicie? Czuję to przez skórę. – Potarł dłonią czoło. – A teraz jestem odcięty od jakiejkolwiek sprawy.
– Komandorze, musimy się pośpieszyć. – Podszedł do nich Kaidan, lekko podenerwowany.
Garrus kiwnął im głową.
– Powodzenia. Może wam się uda przemówić Radzie do rozsądku.
Ruszył szybko do wyjścia.
– To ciekawe. Z jednej strony radna asari zapewniała, że śledztwo jest prowadzone, z drugiej śledczemu nic nie udostępniono. Takie typowe… – westchnęła Jane. Ashley szurnęła ją łokciem, bo na podwyższenie właśnie weszli Radni.
– Rozpoczynamy posiedzenie Rady – zaczęła asari. – Rozpatrzony zostanie wniosek o wydalenie z grona Widm Sarena Arteriusa, złożony przez ambasadora Udinę.
Podstawa komunikatora obok podwyższenia rozświetliła się nagle, ukazując hologram Sarena. Turianin zasalutował Radzie i stanął na baczność, nie spoglądając w dół, na ludzi.
– Zna pan oskarżenia, panie Arterius – Salariański radny dotknął swojej konsoli, sprawdzając coś na niej. – Został pan oskarżony o nawiązanie sojuszu z gethami, najechanie ludzkiej kolonii i zabicie innego Widma, Nihlusa Kryika. Co ma pan na swoją obronę?
– Te oskarżenia są wyssane z palca i śmieszne. Najazd gethów na jakąkolwiek kolonię jest niewątpliwą tragedią ale ludzie sami są sobie winni. Są zbyt nieudolni, aby się obronić.
– Ta istota zabiła drugie Widmo! – Udina wskazał palcem hologram. – Mamy naocznego świadka!
– Tak, zapoznaliśmy się z waszym raportem. – Głos radnego turian był wyjątkowo nieprzyjemny. – Naoczny świadek to przerażony pijak, który cały atak przesiedział ukryty za skrzyniami.
– To takie… ludzkie.
Jane z takiej odległości nie widziała twarzy Sarena, ale mogła się założyć, że widnieje na niej triumfalny uśmiech.
Radna asari spojrzała na Widmo z naganą, ale nie odezwała się. Turiański radny kontynuował.
– Służby Ochrony Cytadeli przeprowadziły śledztwo w tej sprawie i nie odnalazły żadnych dowodów, potwierdzających te oskarżenia.
– Śledztwo trwało jeden dzień, a śledczemu nie udzielono wglądu do żadnych akt! – Jane wystąpiła do przodu, wbijając wzrok w radnego turian. Otworzyła usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale Udina odsunął ją do tyłu.
– Akta Widm są utajnione nie bez powodu – odezwała się radna.
– To jakaś kpina!
Holograficzne oczy Sarena spoczęły na nim.
– Kapitan Anderson… Dlaczego zawsze kiedy jestem fałszywie oskarżany, pan pojawia się w pobliżu. A to musi być pana protegowany, komandor Shepard. – Zerknął na Johna. – Tak przynajmniej podejrzewam, wszyscy ludzie wyglądają tak samo. Ledwo można rozpoznać samca i samicę.
– To spotkanie nie dotyczy fizjonomii ludzkiej rasy! – Radna asari po raz pierwszy straciła nad sobą panowanie. – Proszę więc wszystkich o powstrzymanie się od wzajemnego obrażania!
– Oczywiście. – Saren skłonił się w jej stronę. – Faktem jednak jest, że komandor i jego… siostra… zniszczyli nadajnik.
– Akta z Eden Prime były utajnione. Skąd pan wie o nadajniku? – John mówił chłodno i spokojnie. Miał napięte mięśnie.
– Po śmierci Nihlusa uzyskałem dostęp do jego akt. Ta część o nadajniku była bardzo ciekawa. I smutna zarazem. No ale czego można się było spodziewać po człowieku…
– Chyba ktoś tu kogoś znowu obraża – mruknął Jane.
– Wasz gatunek, Shepard, powinien znać swoje miejsce! Nie jesteście w stanie utrzymać własnych kolonii ani tym bardziej zasiadać w Radzie czy należeć do Widm! Wasz gatunek powinien…
– Wystarczy! – Radna asari wyciszyła Sarena, spojrzała gniewnie na turiańskiego radnego, który najwyraźniej dobrze się bawi. – Powtarzam to ostatni raz, to sprawa dotycząca oskarżeń względem Sarena, nie względem ludzkości! – Odetchnęła głęboko.
– Pozostaje jeszcze kwestia wizji panny Shepard – wyrzucił z siebie Anderson, jakby sam bojąc się tego, co mogłoby się stać.
Jane nagle poczuła się bardzo małym obiektem, na który wszyscy się gapią. Obejrzała się z wyrzutem na Andersona.
Radny turian westchnął.
– Od kiedy dopuszczamy sny i wizje jako dowody?
– To jest nieistotne – wyjątkowo zgodził się Udina, ale umilkł, kiedy radna uniosła rękę.
– Panno Shepard, ma pani cos do powiedzenia na ten temat?
– Czegokolwiek bym teraz nie powiedziała, wyszłoby to na naszą niekorzyść – burknęła, nieco nieuprzejmie. – Kiedy znaleźliśmy nadajnik, był aktywny. Podeszłam za blisko, nadajnik mnie złapał i przekazał wizje. Tyle.
– Czyli sama pani przyznaje, że miała pani… wizję? – Radny salarian mrugał w wyjątkowo irytujący sposób.
– Hej, już dzisiaj mamy technologię umożliwiającą przesył wspomnień! – Uniosła gwałtownie głowę, jakby nagle olśniona. – Implanty neurologiczne, greybox. Dlaczego Proteanie nie mieliby mieć podobnej technologii?
– Greyboxy są nielegalne.
– Ich posiadanie jest nielegalne, nie wiedza o nich. – Pochyliła nagle głową.– Ale oczywiście nie uznacie tego, bo nie ma tego jak zweryfikować.
– Bo nadajnik eksplodował – dokończył Saren. – Wielka szkoda.
Jane nie skomentowała, potarła tylko skronie, nagle czując zmęczenie. Na szczęście nie–jej słowa nie nadeszły.
Radni spojrzeli po sobie, skinęli głowami. Każde z nich sięgnęło do konsol.
– Rada nie znalazła powiązań między Sarenem, a gethami. Ambasadorze, pański wniosek o wydalenie Sarena z Widm zostaje oddalony. – Radna asari stała wyprostowana, patrząc przed siebie.
– Cieszę się z triumfu sprawiedliwości. – Szczęki Sarena poruszyły się prowokująco, zanim się rozłączył.
– Jednak, jeśli zostaną dostarczone odpowiednie dowody, Rada ponownie rozpatrzy wniosek – dodała radna, spoglądając już teraz prosto na Sheparda Nie czekając na reakcję pozostałych radnych, odwróciła się i odeszła.
Jane spojrzała na brata. Stał z zaciśniętymi ustami, spoglądając w podłogę. Anderson stanął przy nich z dłonią obejmującą podbródek.
– Jeszcze jeden dowód? Co to miało oznaczać?
– To nieistotne. Istotne jest to, że przyprowadzanie pana było błędem. – Udina uderzył dłonią w barierkę. – Pańskie osobiste doświadczenia z Sarenem tylko podważyły naszą wiarygodność.
– Znam Sarena. – Anderson uderzył pięścią w otwartą dłoń. – Jeśli postanowił zniszczyć ludzkość, to w końcu to zrobi! Wszystkie nasze kolonie są zagrożone!
– Osobiste doświadczenia? Zna pan go, kapitanie?
Anderson spojrzał na Sheparda ciężkim wzrokiem.
– Dawno temu mieliśmy wspólną misję. Rzeczy się pokomplikowały. Ale nie powinniśmy o tym rozmawiać. Najważniejsze jest teraz znalezienie dowodów!
– Jako Widmo jest praktycznie nietykalny. Niewiele rzeczy może mu zaszkodzić.
– A co z tym śledczym z SOC? Mówił, że potrzebuje tylko więcej czasu – wtrącił się Kaidan. – Może miał jakieś podejrzenia?
– Nic lepszego nie mamy. – Udina wzruszył ramionami. – Komandorze, proszę się z nim skontaktować. A ty, Anderson, idziesz ze mną. Musisz trzymać się od tej sprawy z daleka.
Kapitan zacisnął zęby i przez chwilę wyglądał, jakby chciał kogoś uderzyć. Spojrzał ciężko na Udinę, kiwnął głową.
– Powodzenia, komandorze. Wygląda na to, że wszystko w waszych rękach.
Wyszli na ciepłe powietrze Prezydium w paskudnych humorach. John zmrużył oczy w ochronie przed światłem.
– Cóż, nie poszło aż tak źle. Mogli nas wszystkich zamknąć za obrażanie Widma czy coś podobnego. – Ashley podeszła do barierki i zerknęła płynącą w dole wodę.
– A spodziewaliśmy się, że poszłoby lepiej? – westchnął Kaidan. – To cholerne Widmo.
– Ale radna asari najwyraźniej ma ochotę go oskarżyć. – Jane podeszła do postoju taksówek. – John, rób co chcesz. Ja skończyłam robotę, to nic, że nie dostanę za nią pieniędzy. Muszę napisać do Kothve, będzie chciał wiedzieć, co się stało. – Na chwilę jej ręka zawisła bez ruchu. – I do Nef. Jak ja jej powiem, że jej dziecko straciło ojca jeszcze przed narodzeniem?
– Gdzie ty idziesz, mamy sprawę! – John zmarszczył brwi.
– Nie, braciszku, ty masz sprawę. Ja muszę się zająć swoimi.
– Myślałem, że też chcesz wytropić Sarena.
Taksówka podleciała do stanowiska, automatyczne drzwi otworzyły się. Jane wyraźnie się zawahała.
– Wiesz co? Idź do koszar czy gdzie tam śpisz i prześpij się. Ja zrobię to samo. Zadzwoń do mnie za jakieś dwanaście godzin, to porozmawiamy. Do zobaczenia. – Skinęła im głową i wsiadła do pojazdu.
John zaklął, ale nagle poczuł się strasznie, strasznie zmęczony. Pomysł ze złapaniem chwili snu nie był ostatecznie taki zły.
