Dziękuję za komentarze pod poprzednimi rozdziałami :)


V

Dom.

Słodki, nieduży, aktualnie pusty dom. Jane zrzuciła buty w korytarzu, przeszła do swojego pokoju. Musiała się w końcu przebrać, od dwóch dni nie zmieniała zapoconego i brudnego ubrania. Myśl, że w tej samej koszulce walczyła z gethami i pokazywała się Radzie wywołała niekontrolowany chichot. Chwyciła świeże ubrania z szafy i wpakowała się pod prysznic.

Wyszła spod niego wciąż zmęczona, ale już w trochę lepszym humorze. Wciąż wycierając włosy, zajrzała do lodówki, klnąc pod nosem. Nie chciało się jej iść do sklepu, złożyła tylko zamówienie na jej drzwiach. Czuła też coraz większą senność, ale zrobiła sobie kawy – musiała napisać dwa, trudne maile i trzeba było to zrobić jak najszybciej.

Przynajmniej kawa była prawdziwa, nie syntetyczna.

Mail do Kothve zajął jej tylko kilka minut; sucha, zwięzła relacja o tym, że nadajnik przepadł, że z jedenastoosobowej drużyny została tylko ona i że na pewno nie dostaną zapłaty. Poradziła mu jeszcze, na końcu, aby nie grzebał w sprawie, w której zginęło jedno Widmo. Miała nadzieję, że posłucha jej rady i powstrzyma siostry przed grzebaniem za informacjami. Drugi mail, do Nef, był dłuższy i znacznie mniej poręczny. Nie musiała informować jej o losie męża, ten obowiązek spoczywał na barkach Kothve, ale mogło minąć jeszcze kilka dni, zanim dostałaby oficjalne potwierdzenie, a niepewność była gorsza od najgorszych informacji.

Zasługiwała, żeby wiedzieć.

Odebrała dostarczone zakupy spod drzwi, napisała kilka słów do Louil, że żyje i wyłączyła komputer. Mimo kawy czuła piasek pod oczami. Nieco chwiejnie podeszła do konsoli, zasłoniła wszystkie okna, przyćmiła światło. Padła na łóżko, zostawiając niedokończoną kolację i natychmiast zasnęła.


Galaktyka rozciągała się u jej stóp. Piękna i majestatyczna, wiła się poddańczo, składała jej hołd. Przeszła kilka kroków, obeszła ją, ciesząc oczy widokiem. Uczucie triumfu wypełniło Jane, niepokojące i takie silne, tak podniecające… Przymknęła oczy, mrucząc z zadowolenia. Kiedy je otworzyła, krzyknęła.

Pędziła teraz ku galaktyce, która nagle przestała być poddańcza – wprost przeciwnie, wyglądała groźnie, wyzywająco, a jej ramiona otwierały się, chcąc ją pochwycić i zdusić w sobie. Coś uderzyło w jej bok, potem przepłynęło przed jej oczami. Bezwłose, szare ciało. Kolejne i kolejne… Było ich dziesięć. Wirowały wkoło niej, wyciągały ku niej ręce, wyjąc potępieńczo, puste oczodoły wpatrywały się w nią z rozpaczą. Próbowała je odgonić, przegnać, zatrzymać się, ale nie mogła. Chciała wyciągnąć przed siebie ręce, ale nie była w stanie.

Nie miała rąk.

Jej ciało było czymś wielkim, mechanicznym i nie mechanicznym. Miała coś na kształt rąk – zbyt wielu rąk, ale nie umiała nimi poruszać. Zamknięta w obcej skorupie mogła tylko spoglądać na zbliżającą się galaktykę i patrzeć w puste twarze trupów.

Miały twarze jej przyjaciół.

Leciała więc w dół i w dół, bez nadziei, zrozpaczona, a nie–jej głos krzyczał tylko rozpaczliwie: nadchodzą.


Komunikator dźwięczał.

– Och, spierdalaj… – jęknęła Jane, przewracając się na plecy.

Komunikator dalej dzwonił, wciąż i wciąż, bez przerwy. Zła, odebrała w końcu.

– Co jest?

– Miałem zadzwonić. – Głos Johna był nieznośnie dziarski. – Chciałem iść z tobą do tego Vakarianina, wpadnę po ciebie za kilka minut.

– Vakariana. Kilka minut? – wymamrotała. – Ja jeszcze śpię, braciszku.

– A ja próbuję ratować nasz gatunek, siostrzyczko.

– I potrzebujesz mnie do tego. – Jane poczuła, jak przez warstwę senności przebija się nikłe zadowolenie z tego faktu. – Będę gotowa za pół godziny.

Czterdzieści minut później jechali taksówką na posterunek. Jane drzemała na siedzeniu, wciąż senna, w przeciwieństwie do pobudzonego Johna.

– Nie wiem, czy warto tam jechać. Ten turianin chyba nie dowiedział się niczego konkretnego.

– Mówił, że potrzebuje czasu – mruknęła Jane. – Poza tym chyba naprawdę go ubodła ta sprawa.

– Szkoda, że nie wzięliśmy do niego żadnego kontaktu. Cholera wie, co nam powiedzą na posterunku. – John wyjrzał przez okno.

– Poszukamy Baileya. Facet nie lubi biurokracji i z radością złamie jakiś przepis, żeby tylko nam pomóc. – Jane uśmiechnęła się lekko na jakieś wspomnienie. – Ląduj tu, nie ma co lecieć bliżej, bo tam miejsca nie znajdziesz.

Na posterunku panowało zamieszanie – ktoś przebiegł obok nich, wrzeszcząc, a za nim ruszyło czterech policjantów: dwóch ludzi, turianka i asari. John spojrzał na siostrę, ta tylko wzruszyła ramionami. Komandor chwycił za ramię jednego funkcjonariusza.

– Gdzie znajdę Baileya?

Funkcjonariusz, rudy, grubawy człowiek z zaaferowaną minął przystaną i zmierzył Johna od stóp do głów.

– A kto pyta?

– Komandor Shepard, marynarka Przymierza – warknął zniecierpliwiony. – Mam sprawę do niego.

Funkcjonariusz westchnął, wskazał pomieszczenie za sobą.

– Tam siedzi. Nie będzie zadowolony, że ktoś mu przeszkadza.

– A to już nasz problem, nie twój – mruknęła Jane, mijając faceta i wchodząc do pomieszczenia.

Kilkanaście biurek, każde z komputerem, ruch, czyjeś podniesione głosy, radio grające skoczną melodię. Dwóch turian stało nad struchlałym batarianinem, podczas gdy asari spisywała zeznania. Jane pierwszy raz widziała batarianina, który wyglądał na struchlałego. Baileya znaleźli przy biurku pod oknem, klął, wpisując jakieś dane do komputera. Miał jasne, zmierzwione włosy i świeże zadrapanie na policzku pokryte było cieniutką warstwą medi–żelu. Uniósł na nich rozdrażnione spojrzenie, sięgnął do kubka. Okazał się pusty, podobnie jak dwie puszki po energetykach stojące na biurku.

– Taa? W czym mogę pomóc? – Głos miał zachrypnięty, a cała jego postawa mówiła ,,idźcie do diabła".

John stanął przed biurkiem, wbił spojrzenie w mężczyznę. Jane rozglądała się po posterunku, ziewając szeroko.

– Nazywam się komandor Shepard z marynarki Przymierza i potrzebuję informacji.

– Shepard, ha? – Bailey po raz pierwszy pokazał jakieś zainteresowanie. – Ciągle się tu przewija twoje nazwisko. – Wychylił się w bok. – A pani to ja czasem nie znam?

– Zgłaszałam napad i pobicie, kilka miesięcy temu.

– Ach, tak... – Mężczyzna oparł się łokciami o biurko. – Jeśli dobrze pamiętam, to pani pobiła tamtą trójkę.

– Ale to oni napadli mnie. – Żaden mięsień nie drgnął na twarzy Jane.

Bailey parsknął i w jakby lepszym humorze, odchylił się na krześle.

– Czego pan potrzebuje?

– Podobno jeden z waszych funkcjonariuszy, turianin, Vakarian, prowadził śledztwo w sprawie Widma.

Bailey spojrzał przeciągle na rodzeństwo.

– To prawda. Kiepsko mu zresztą szło.

– Czy wie pan, gdzie można go znaleźć?

Westchnął ciężko.

– Nie mogę wam podać jego namiarów. Nie mogę wam powiedzieć gdzie mieszka, to w końcu tajne. Jest na zwolnieniu, więc nie prowadzi żadnej sprawy. Ale… – Uśmiechnął się nagle do Jane, całkiem miło. – Panią znam. Dla nas, glin, osoby radzące sobie z napadami to w zasadzie znajomi. A ze znajomymi się rozmawia. O różnych rzeczach. I mogę pani, jako znajomej, powiedzieć, że rozmawiałem z Garrusem godzinę temu. Mówił, że zamierza odwiedzić przychodnię dla bezdomnych w Okręgu Tayseri na poziomie dwudziestym czwartym. – Schylił się, wydobył kolejny energetyk. – Nie ma to jak przyjacielska pogawędka.


– Przychodnia dla ubogich. Dziwne miejsce.

John bębnił palcami w okno. Jane siedziała obok niego, sztywno wyprostowana, przygryzała wargę. Od czasu do czasu wyzwalała drobne ładunki biotyczne na palcach, co powodowało irytujące pyknięcia.

– Możesz przestać? – zirytował się nagle mężczyzna.

Siostra spojrzała na niego skruszona, splotła palce na podołku.

– Wybacz. Pójdziemy później coś zjeść?

– Najpierw interesy. – Spojrzał na siostrę z irytacją. – I przestań ciągle myśleć o jedzeniu.

– Cóż mogę rzec, poraził mnie nadajnik Protean, wystąpiłam przed Radą i śnił mi się okropny koszmar, mam prawo być głodna.

– Poraził cię trzy doby temu. Rada i tak miała cię w dupie. Ja po Blitzie miałem koszmary przez pół roku. Przestań więc jęczeć jakbyś nie jadła od tygodnia.

Jane marszczyła nos, nadąsana, wyjrzała na ludzi poniżej nich. Odpowiedziała dopiero po chwili.

– Ile to ja zjadłam, coś na Normandii, trochę batoników i lekkie śniadanie. Potrzebuję dwa razy więcej kalorii niż ty! A mam ci jeszcze pomagać zapuszkować Widmo i zasługuję na trochę żarcia. No.

– Tam jest przychodnia. – John wskazał neon przed nimi. – Mam nadzieję, że złapiemy tego Garrusa czy jak mu tam…

– Parkuj, nie gadaj.

Wysiedli z wozu, wciąż kłócąc się na temat jedzenia. W zaułku nie było żywej duszy, co niemal natychmiast zaalarmowało Johna. Uniósł rękę, marszcząc brwi. Jane umilkła, sięgnęła do niedużego pistoletu tkwiącego na uchwycie magnetycznym na pasku. Cała sytuacja zaczynała wyglądać dziwnie i Jane miała tylko nadzieję, że nie będą zamieszani w żadną strzelaninę na mieście. I tak mieli za dużo kłopotów, jak na jej gust.

Weszli do środka. Wąski korytarz prowadził jedynego pomieszczenia przychodni. Jane nigdy tu nie była, ale wiedziała, jak takie przychodnie działają: każdy, kto przychodził, otrzymywał trochę witamin, medi–żelu i może kilka godzin snu na kozetce. Ci, którzy wymagali hospitalizacji, musieli się zgłosić do najbliższego szpitala. Ostatnio podnosiły się głosy, że to dyskryminacja biednych i że ta przychodnia powinna zostać zamieniona w szpital, ale mało kto przejmował się miejscem, do którego przychodzili tylko bezdomni po porcję witamin.

Przychodnia była całkowicie pusta, John omal co nie nastąpił na porzucony plecak. Zerknął na siostrę – stała przy terminalu extranetu , drapiąc się po policzku.

– Jeszcze nie wylogowało kogoś z poczty – mruknęła, wskazując na ekran. – Musiał tu coś robić mniej niż piętnaście minut temu. Co tu się stało?

– Tam ktoś jest.

Teraz usłyszeli kobiecy szloch i tupot ciężkich buciorów. Ruszyli zgodnie, pod ścianami.

– Ja jebię, przestań ryczeć, kobieto – rozległ się rozdrażniony głos. – I jeśli pojawi się Vakarian, to siedź cicho.

– Nikomu nic nie powiem! – Jakaś kobieta szlochała gwałtownie, ledwo będąc w stanie wypowiedzieć jakiekolwiek słowo.

– I prawidłowo, paniusiu. Może będziemy dla ciebie mili. – Rozległy się niezbyt przyjemne rechoty, od których Jane ścierpła skóra. Zerknęła na brata, który właśnie uniósł dłoń i zaczął odliczanie. Zaklęła w myślach, ale skinęła głową.

– Cofnąć się! – krzyknął John, wpadając do pomieszczenia.

Rudowłosa lekarka z twarzą mokrą od łez, stała otoczona przez czterech uzbrojonych mężczyzn. Jeden z nich, w pomarańczowym kombinezonie, przykładał jej broń do głowy, drugi bezwstydnie jadł batona energetycznego. Na ten widok Jane, zupełnie niestosownie do sytuacji, zaburczało w brzuchu.

– Spadaj, żołnierzyku. – Facet wyglądający na przywódcę odwrócił się w ich stronę. – To nie twój interes.

– Puść ją! – warknął John.

Jane kątem oka dostrzegła ruch przy drzwiach po drugiej stronie pomieszczenia. Mężczyzna w kombinezonie chwycił lekarkę i zasłonił się nią. Jego broń dalej tkwiła przy głowie kobiety.

– Odłóż broń, albo rozpierdolę jej łeb.

Rozległ się dźwięk strzału i mężczyzna nagle upadł na podłogę z groteskowo wytrzeszczonymi oczami. Lekarka wrzasnęła, rzuciła się w bok, kryjąc się za metalowym stołem. Przed Johnem nagle wyrosła błękitnawa bariera, powstrzymująca na jego oczach nadlatujące pociski. Obok niego Jane stała z wyciągniętą ręką i zaciśniętymi z wysiłku ustami.

– Zabić skurwysyna! – wrzasnął ktoś.

John strzelił w stronę napastnika z batonem, trafiając w klatkę piersiową. Upadł z głuchym uderzeniem, prosto pod nogi kolejnego zbira. Jeden pocisk od Jane trafił go w ramię, drugi w szyję. Czwarty mężczyzna wrzasnął, odwrócił się i stanął tuż przed wkurzonym turianinem. Ciężka pięść trafiła go prosto w nos.

– Ha, w samą porę, komandorze. Zapewnił pan doskonałą dywersję. – Turianin podszedł do nich, chowając broń. – Wyjątkowo zakuty łeb… Tak wy, ludzie, mówicie? Doktor Michel, wszystko w porządku?

Podszedł do lekarki, wyciągając do niej rękę. Chwyciła go, wstała, po czym rzuciła mu się na szyję, pociągając nosem. Poklepał ją niezgrabnie po ramieniu, najwyraźniej nie do końca wiedząc, co należy zrobić.

– Tak, w porządku – wydusiła w końcu, odsuwając się od turianina. Z kieszeni wyjęła zmiętą chusteczkę i wytarła głośno nos. – Dzięki wam. Dziękuję, ogromnie dziękuję.

– Kim byli ci ludzie? – John szurnął stopą jedno ciało.

Lekarka nie odpowiedziała od razu. Podeszła do jednej szafki, otworzyła ją i wyjęła butelkę tequili. Jane uniosła brwi, zerknęła na brata, powstrzymując śmiech.

– Zazwyczaj nie piję w pracy, ale co mi tam… – Doktor Michel nalała sobie trochę do kubka, wypiła szybko, rozkaszlała się. – To byli ludzie Pięści. Nie chcieli, żebym powiedziała Garrusowi o quariance.

– Jakiej quariance? – Garrus chwycił kobietę za ramię i posadził ją krześle.

Lekarka spojrzała na niego wdzięcznie.

– Dwa dni temu przyszła tutaj quarianka. Postrzelona. Opatrzyłam ją, dałam jej jedzenie… Nie chciała powiedzieć, kto ją trafił, nie chciała też iść do SOC. Ale była strasznie przestraszona i spytała tylko, czy wiem o kimś zaufanym, kto pracuje dla Handlarza Cieni.

– Handlarz Cieni? – Jane gwizdnęła przez zęby. – Ta quarianka pakuje się w okropne tarapaty.

Doktorka pokręciła głową, krzywiąc pełne, różowe usta.

– Handlarz dba o swoich informatorów, a ona nie chciała pieniędzy, tylko ochrony. Dałam jej więc namiary na Pięść. To jeden z jego agentów.

– Kim w ogóle jest ta… ten ktoś, Pięść? – John zerknął trochę podejrzliwie na siostrę, która bez większych skrupułów przetrząsała kieszenie zbira wciąż trzymającego w zaciśniętej ręce batonik.

– Właściciel Nory Chory. Podła melina – odezwał się Garrus. – Może i był agentem Handlarza Cieni, ale zdradził go i pracuje dla Sarena. Saren zresztą nie jest lepszy. Też pracował dla Handlarza, ale zdradził go jakiś czas temu. Zabił kilku innych agentów, kilku przeciągnął na swoją stronę… Generalnie mocno nabruździł najpotężniejszemu handlarzowi informacjami w galaktyce.

Jane prychnęła, wyciągając z kieszeni trupa dwa nieotwarte batony. Widząc wbity w nią wzrok pozostałej trójki, wydęła tylko wargi.

– No co? Potrzebuję energii, zwłaszcza jak mam się pakować w dalsze awantury. A wszystkie moje zapasy dla biotyka zostały zniszczone przez gethy.

John westchnął ciężko, Garrus wyglądał na zaskoczonego, o ile można to stwierdzić po turiańskiej mimice.

– Czy ta quarianka wspominała, jakie ma informacje? – John spojrzał na lekarkę.

– Mówiła coś o Widmie i gethach. Nie słuchałam jej za dokładnie, była ranna i myślałam, że bredzi w gorączce.

Garrus uderzył dłonią w blat stołu.

– Ma dowody na związek Sarena z gethami! Nic dziwnego, że tak bardzo chce ją dostać! Gdyby Egzekutor mnie nie odsunął, mielibyśmy ten pieprzony dowód już wczoraj!

– No ładnie. Lepiej się pośpieszmy, jeśli Pięść faktycznie pracuje dla Sarena, ta dziewczyna może mieć kłopoty. – Jane rozpakowała batonik, wepchnęła sobie prawie pół do ust. – Panie Vakarian, idzie pan z nami?

– Garrus wystarczy. I jeśli nie ma pan nic przeciwko, komandorze, chętnie pomogę.

John zawahał się na moment, spoglądając na turianina. Wzruszył w końcu ramionami.

– Nie zaszkodzi mieć funkcjonariusza SOC obok. Idziemy,

– Pani doktor, proszę zadzwonić na posterunek, zgłosić strzelaninę. I związać tego jeszcze żywego, albo co… Będzie z kogo zdzierać odszkodowanie. – Garrus wskazał na napastnika z rozwalonym nosem.

Lekarka odzyskała animusz, bo skinęła głową i podeszła do szafki z lekarstwami. Strzykawka, którą wyjęła, nie wyglądała przyjemnie, ale to nie był już ich problem. Odpowiedni środek mógł przecież pacyfikować znacznie lepiej niż jakiekolwiek kajdanki.


– Nie, nie mam pojęcia, gdzie to jest. Nie zwiedziłam całej Cytadeli, metr po metrze – burknęła Jane, wyrzucając papierek po drugim batoniku. – A na pewno nie mam w zwyczaju bywać w podejrzanych spelunach.

Jechali właśnie do Nory w nerwowej atmosferze. Kobieta czuła już nadchodzący ból głowy, będący normalnym następstwem przeforsowania się biotyką. Nie miała na sobie swoich ulubionych spodni z całym mnóstwem kieszeni, więc nie miała też leków przeciwbólowych. Żałowała, że nie poprosiła o żadne w przychodni – w końcu mogłaby dostać jedną tabletkę za pomoc w uratowaniu życia.

Garrus na tylnym siedzeniu siedział sztywno, spoglądając przez okno. John odchrząknął nagle.

– Więc, dlaczego turianin pomaga złapać turianina?

Garrus zaśmiał się krótko.

– Przestępca to przestępca, niezależnie od gatunku. Saren zdradził Radę, a tym samym turian, należy więc zrobić z tym porządek.

John skinął głową po chwili.

– Cóż, każda pomoc się przyda.

Garrus otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu odwrócił głowę. Jane odwróciła się do niego z uniesionymi brwiami.

– Coś nie tak?

– Tak się zastanawiam… Handlarz Cieni też nie jest zadowolony. Kiedy byłem na posterunku, odebrano zgłoszenie, że krogański najemnik, Urdnot Wrex, pojawił się na Cytadeli. Zastanawiam się, czy ma to jakiś związek.

– Myślisz, że ma zlecenie na Pięść?

– Znam to imię – mruknęła Jane. – Wrex, Wrex… Z czym mi się to kojarzy?

Przymknęła oczy, odchylając się na fotelu.

– Może z zabójstwami. To kroganin, niebezpieczny i zamieszany w sporo afer. Ale, co ciekawe, wszyscy mówią, że honorowy.

– Honorowy kroganin? – John uniósł sceptycznie brwi. – Nie chce mi się w to wierzyć.

– Cóż, pojęcie honoru różni się wśród różnych ras – mruknęła Jane. – Nie mogę sobie przypomnieć, nieważne zresztą. Rozglądajmy się za kroganinem, jeśli został nasłany na Sarena, może nam pomóc.

– Jako świadka przed Radą go nie powołamy.

– A czemu nie? – Jane wyszczerzyła się do brata, nagle rozbawiona. – Przynamniej byłoby śmieszne zamieszanie. Ostatni raz, kiedy jakiś kroganin występował prze Radą musiał być gdzieś zaraz po Rebeliach Krogańskich.

Ku jej zdumieniu, Garrus również się roześmiał. Obejrzała się na niego z uśmiechem. Nie była pewna, ale chyba mrugnął do niej.


Drzwi do Nory były zablokowane. Garrus wydał z siebie dźwięk, który chyba był westchnieniem i uniósł omni–klucz. Kilka sekund później zamek magnetyczny strzelił iskrami i puścił, a drzwi rozsunęły się z sykiem.

– Chyba zainwestuję w nowy omni–klucz – mruknęła Jane, wyciągając broń.

– A co, chcesz się częściej włamywać do podejrzanych klubów? – Garrus stanął obok niej.

– Nah, może kiedyś zmienię profesję.

John syknął na nich, żeby byli cicho i ruszył przodem. Jane westchnęła, na próbę strzeliła z palców malutkim ładunkiem biotycznym.

– Zamknięte, nie widać? – Kolejne drzwi otworzyły się same i na korytarzu pojawiło się dwóch krogan. Każdy był w pełnym pancerzu i trzymał strzelbę.

– Garrus Vakarian, podinspektor SOC. Chcemy mówić z Pięścią. – Turianin stanął przed rodzeństwem, niedbale wskazując na emblemat na pancerzu.

– PANA Pięści nie ma. – Jeden z krogan uniósł ostrzegawczo strzelbę. – A SOC nie może sobie bez nakazu wchodzić do prywatnego lokalu. Tak mówi prawo, nie? – Spojrzał na drugiego, wyraźnie zadowolony z własnej wiedzy.

– O, mądrala się znalazł. A wiesz, że prawo mówi, że mogę was aresztować za utrudnianie śledztwa funkcjonariuszowi na służbie?

Kroganin zawahał się, ale drugi wydał z siebie ryk, wysuwając długi jęzor.

– Nie będzie mi rozkazywał turianin!

– To funkcjonariusz SOC cię prosi, żebyś zszedł mu z drogi. – Garrus nawet nie drgnął.

Jane miała ochotę stąd zwiać. Nie pisała się na walkę z kroganinem, a wszystko zmierzało właśnie w tę stronę. Spojrzała z rozpaczą na brata. Ku jej zdumieniu uśmiechał się szeroko, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś ciekawego. Idiota – uznała w myślach i odetchnęła głęboko. Potrzeba będzie naprawdę dużej siły aby powstrzymać dwóch atakujących krogan.

– Po prostu ich zabijmy i tyle.

– Pięść nie chce zamieszania.

– Gówno mnie obchodzi, co chce Pięść – warknął kroganin, odbezpieczając broń. – Chce spokoju, niech sam się pofatyguje.

– To typek z SOC. Może mieć tu innych.

– Świetnie, rozpierdolimy więcej turian i ludzi. Co to za problem.

– A może rozpierdoli was inny kroganin?

John i Jane odwrócili się gwałtownie, unosząc broń. Korytarzem zbliżał się do nich kolejny kroganin – znacznie większy niż dwaj ochroniarze. Miał czerwony pancerz i jedną z krogańskich, niezgrabnie wyglądających strzelb o odrzucie zdolnym urwać ramię jakiejkolwiek innej rasie. Jego szeroką, płaska twarz przecinała paskudna blizna.

– Ha. To chyba Wrex. – Garrus spojrzał z zainteresowaniem na kroganina.

– A ty musisz być strasznie mądrym szpiclem. – Wrex minął rodzeństwo, stanął obok turianina, przyglądając mu się uważnie.

Garrus pokręcił głową, założył ręce na piersi.

– Nie. Tylko funkcjonariuszem SOC, który co nieco o tobie słyszał. Chcesz zabić Pięść?

– No przecież nie powiem glinie.

John westchnął.

– Ale możesz powiedzieć mnie, a on na chwilę zatka uszy.

Kroganin parsknął.

– A czemu niby miałbym zechcieć mówić cokolwiek jednemu człowiekowi? Kim ty w ogóle jesteś?

Jane czuła pot spływający jej po karku za koszulę. Od minuty trzymała za plecami dłoń zaciśniętą w pięść z zebranym ładunkiem biotycznym, czekającym tylko na uwolnienie.

– Komandor Shepard, Przymierze. Też szukam Pięści.

Wrex odwrócił się w jego stronę, najwyraźniej zaintrygowany.

– Shepard, ha? Słyszałem twoje nazwisko. W sumie nic dziwnego, że szukasz tego pyjaka.

– Zgaduję, że ty też. – John opuścił broń, co Jane w myślach skomentowała jako idiotyzm.

– Chodzą słuchy, że masz z jednym Widmem na pieńku. Może moglibyśmy sobie pomóc. Ale najpierw… – Odbezpieczył broń, odwrócił się do strażników. – Trzeba trochę posprzątać.

Strzał ze strzelby odbił się od bariery i nawet nie zachwiał Wrexem. Kroganin wydał z siebie bojowy wrzask i sam strzelił. Rozległ się dźwięk eksplozji i krzyk Jane – uwolniła wreszcie zbyt długo trzymany ładunek, unosząc obu ochroniarzy w powietrze, sama jednak musiała oprzeć się o ścianę, powstrzymując krwotok z nosa.

– Ha, to się nazywa zabawa. – Wrex spojrzał na kobietę uradowany. – Tylko niech ci mózg przez uszy nie wypłynie, człowieku. Choć to też by była zabawa.

– Nic mi nie jest – burknęła kobieta, odpychając rękę Johna. – Kurwa, kolejna koszulka do prania.

– Coś ty zrobiła? – zirytował się mężczyzna.

– Co, co, uniosłam dwóch krogan w powietrze. Daj mi minutę.

Bar był opustoszały. Klienci najwyraźniej zostali wyproszeni w pośpiechu, bo kilka krzeseł było poprzewracanych, na stolikach wciąż stały butelki i kieliszki. Nikt też nie pofatygował się, żeby wyłączyć radio i nadawało teraz dziwną, turiańską piosenkę.

– Ej, Dorn, co tam się stało? – Z zaplecza wyszedł batarianin w czarnym pancerzu. W jednej ręce trzymał papierosa, w drugiej butelkę, natychmiast jednak upuścił jedno i drugie i wyjął broń. – Intruzi!

– Noooo, to mi się podoba! – Wrex ryknął, a potem strzelił w ścianę, dla zasady. Jane zanurkowała za bar, zła jak osa. Nie mogła już używać biotyki, chyba że dopuszczała możliwość wypłynięcia jej mózgu uszami, został jej więc tylko pistolet. Gdzieś z boku usłyszała, jak John śmieje się triumfalnie, jakiś pocisk przeszył powietrze tuż nad jej głową. Wychyliła się, strzeliła kilkukrotnie. Strzelający do niej batarianin stoczył się pod stół. Odwróciła się nagle i wyszarpnęła nóż z pochwy na biodrze. Kobieta, zbliżająca się do niej z uniesioną bronią otworzyła szerzej oczy i charknęła, gdy ostrze, z lekką pomocą biotyki wbiło się między żebra. Jane zerknęła najpierw na brata, potem na Garrusa, a na końcu na Wrexa, który właśnie rzucił salarianinem o ścianę jak szmacianą lalką. Najwyraźniej świetnie się przy tym bawił. Ostatni ochroniarz najzwyczajniej w świecie uciekł. Dopadł drzwi dwoma susami i wybiegł przez nie, pokrzykując coś nieskładnie. Jane posłała za nim kulkę, bardziej z obowiązku niż z konieczności i podeszła do brata.

– Kiedy już znajdziemy tę quariankę, masz mnie zabrać na naprawdę przyzwoity posiłek – wysyczała, zła.

Klepnął ją w ramię, rozbawiony.

– Zabiorę cię nawet na dwa.

Pięść siedział w swoim gabinecie, ściskając w dłoniach karabin. Strzelił, kiedy drzwi się otworzyły, trafiając we Wrexa. Pocisk odbił się od tarczy, zrykoszetował i wbił się w ścianę.. Wrex westchnął, uniósł łapę. Potężny ładunek biotyczny przygwoździł mężczyznę do ściany i uniemożliwił mu poruszanie. John z uznaniem pokiwał głową.

– Gdzie quarianka?

– Nie wiem, o czym mówicie – wysapał Pięść, szamocząc się na tyle, na ile pozwalała mu sytuacja.

– Zła odpowiedz – warknął Wrex.

Oczy Pięści powiększyły się, zacharczał okropnie.

– Nie wiem! Nie wiem! Nie ma jej tutaj! – zawył przeraźliwie. – Puśćcie mnieee…

Jane skrzywiła się okropnie na ten widok. Wrex zbliżył się swoją paskudną mordę do Pięści, wyszczerzył zęby.

– Musisz się bardziej postarać.

– Wiem, gdzie może być – wyrzucił na wydechu. – Wiem! Powiem wam! Tylko mnie puśćcie!

– Gadaj co wiesz! – John założył ręce na piersi, wyraźnie zniecierpliwiony.

– Ona chciała rozmawiać z samym Handlarzem! Nie chciała nawet słyszeć o pośrednikach, więc ją umówiłem z takim jednym… Myśli, że to sam Handlarz, ale to ludzie Sarena.

– Szlag – mruknął Garrus. – Gdzie to spotkanie?

– W zaułku za barem, niedaleko wejść do szybów wentylacyjnych – wydyszał. – Umówiłem ich na wpół do jedenastej, ale pewno wszyscy będą znacznie wcześniej. Jak się pośpieszycie, to może ją złapiecie.

John zerknął na zegarek.

– Mamy dwadzieścia minut, idziemy!

– Jedną chwilę – warknął Wrex.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, strzelił Pięści prosto w twarz. Bezwładne ciało, nagle uwolnione od biotyki, opadło na podłogę.

– Co to do kurwy nędzy było! – wrzasnął John.

– Miałem na niego kontrakt. Ty masz informacje, a ja pieniądze. To chyba uczciwe. – Kroganin schował broń, ani trochę nie zakłopotany. – Miło było poznać, Shepard.

Wyszedł, mrucząc do siebie coś, co chyba miało być piosenką. Jane zaklęła po turiańsku, zignorowała zaskoczone spojrzenie Garrusa.

– Skurwysyn. – John pokręcił głową. – Pośpieszmy się.

Wybiegli przez drzwi kuchenne w wąski, zaśmiecony zaułek. Z prawej dało się słyszeć szum potężnych wentylatorów. John zaklął, gdy pyjak wyskoczył nagle zza śmietnika i skoczył mu prosto pod nogi.

– Co za…

– Tam chyba ktoś jest. – Jane odkaszlnęła. – Jezu, ale tu wali…

Na czymś w rodzaju niedużego placu, zastawionego po bokach śmietnikami, stało kilka postaci. Jedną z nich na pewno był quarianin. Jeden turianin podchodził właśnie do niego z wyciągniętą bronią.

Quarianin odsunął się dwa kroki, pokręcił głową. Odwrócił się nagle, zobaczył ich i ruszył biegiem w ich stronę. Pociski odbiły się od jego tarczy.

Jane zaklęła w myślach, pochylając głowę. Że też w ogóle się na to zgodziła! W wąskim zaułku nie było się za bardzo gdzie ukryć i kobieta, wiedząc, że tego bardzo pożałuje, postawiła barierę. Jakiś pocisk odbił się od niej ze stuknięciem i Jane poczuła smak krwi w ustach. Uniosła pistolet, strzeliła do najbliższego salarianina – zielona krew obryzgała ścianę. Garrus najwyraźniej się wkurzył – jego omni–klucz błysnął, wysyłając impuls w stronę turiańskiego najemnika. Jego własny omni–klucz eksplodował mu na ręce i najemnik osunął się na ziemię. Jego ciało drgało jeszcze przez kilka sekund.

Quarianin rzucił nagle granat. Rozległ się huk, fala uderzeniowa zmiotła pozostałych trzech napastników. Jane odetchnęła z ulgą, wypluła krew z ust. Zamarzyła nagle o srebrzystym soku, który zmyłby ten nieprzyjemny, metalowy posmak.

– Keelah, wiedziałam, że ten człowiek chciał mnie oszukać! – Quarianin okazał się quarianką, co w zasadzie nikogo nie zdziwiło. Głos miała miły, lekko przytłumiony i zmieniony przez filtry. Jej fioletowy kombinezon był przybrudzony, ale poza tym w dobrym stanie.

– Wszystko w porządku? – John podszedł do quarianki, chowając broń.

Splotła nerwowo dłonie przed sobą, kiwnęła głową.

– Tak. Nie, żebym sobie nie dała z nimi rady. Ale dziękuję za pomoc. To naprawdę miłe. Ale skąd wiedzieliście, że tu jestem? Nie chcecie mnie chyba zabić? – dodała nagle z lekkim przestrachem w głosie.

– Nie, skąd taki pomysł? – Garrus podszedł do niej. – Jestem funkcjonariuszem SOC, a to jest komandor Shepard z Przymierza. Szukaliśmy cię.

– Mnie? – Quarianka wyglądała na autentycznie zdziwioną. – Czemu?

– Bo jesteś bardzo niemądra – warknął John. – Chciałaś się spotkać z Handlarzem osobiście? Nikt nigdy go nie widział, myślałaś, że tobie się uda!?

Quarianka skuliła się, cofnęła o krok najwyraźniej przestraszona. Migotliwe punkty jej oczu przygasły.

– Ja… ja spytałam się Pięści o taką możliwość, a on mi powiedział, że tak się da… Myślałam, że moje informacje były na tyle ważne i…

– No już, spokojnie – odezwała się Jane, spoglądając z naganą na brata. Krew z nosa, rozmazana na pół twarzy, nadawała jej upiornego wyglądu.. – Nam właśnie o te dowody chodzi. Naprawdę je masz?

Quarianka kiwnęła głową. Dalej obserwowała Jane, która oparła się o ścianę i splunęła znowu krwią.

– Tak. Mam na to dowód. Chciałam sprzedać je Handlarzowi Cieni w zamian za ochronę. Myślałam, że to dobry pomysł.

– Czemu nie poszłaś od razu na posterunek SOC? – westchnął Garrus. – Oszczędziłabyś wielu ludziom wielu kłopotów.

– Quarianie nie są chętnie widziani na Cytadeli. Nie wiedziałam, czy mi uwierzą. – Quarianka spuściła głowę, zawstydzona. – Bałam się. Że mnie wyrzucą albo że będą tam ludzie Sarena. Przepraszam – dodała szybko.

– Jak ci w ogóle na imię? – odezwała się Jane. – Wyprostowała się wreszcie, najwyraźniej dochodząc do siebie. No nosa przyciskała pomiętą chusteczkę.

– Och, tak. Ludzie się sobie przedstawiają, tak? Tali'Zorah nar Rayya.

– Zabieramy cię do ludzkiej ambasady. Musimy te dowody jak najszybciej przedstawić Radzie. Masz je przy sobie? – zaniepokoił się nagle John.

Tali kiwnęła głową.

– Tak, mam. I chętnie się podzielę. Tyle mogę zrobić, żeby podziękować za ratunek.


– Czego tu chcesz, Shepard? – Udina podniósł na nich zmęczone oczy znad komputera. – Mało mi kłopotów narobiłeś? I kogo tu przyprowadziłeś? – Zmarszczył brwi na widok wchodzących turianina i quarianki. Pochód zamykała Jane z grobową minął i jasną koszulką zachlapaną krwią.

– Panno Shepard? – Kapitan Anderson wstał.

– Ta quarianka, Tali'Zorah, ma potrzebny nam dowód.

Udina nagle wyprostował się, jego oczy błysnęły.

– Mówicie poważnie?

– Tak, to prawda. – Tali kiwnęła głową, najpierw nieśmiało, potem pewniej. Jej omni–klucz błysnął. – Osiem dni temu mój statek miał awarię i byłam zmuszona lądować na Zanethu, w Mgławicy Klepsydry i układzie Ploitari. Naprawiłam usterkę, ale skanery wykryły statek gethów. Zdziwiłam się, bo były daleko poza Mgławicą Perseusza. Udało mi się jedno złapać i dobrać do jego rdzenia pamięci.

Anderson spoglądał na Tali z coraz większym zaciekawieniem.

– A czy one nie mają zabezpieczeń przed czymś takim?

– Oczywiście, że mają. Ich rdzenie pamięci dokonują samozniszczenia w takich sytuacjach. Ale… Jak się ma umiejętności i sporo szczęścia, można ocalić szczątki informacji.

Z głośnika najpierw wydobył się okropny trzask, a potem głos, lekko zniekształcony, ale wyraźny

– Nadajnik na Eden Prime przybliży nas o krok do znalezienia kanału.

– To Saren! – Kapitan dopadł do Tali z miną, jakby chciał ją uściskać. Quarianka potrząsnęła głową, wskazała na omni–klucz.

Rozległ się stukot, jakby ktoś odłożył ciężki przedmiot na stół lub podłogę.

– I o krok bliżej do powrotu Żniwiarzy. – Ten głos był wyraźnie kobiecy, nieco tęskny i rozmarzony, jakby jego właścicielka mówiła o dawno niewidzianym kochanku.

Tali wyłączyła omni klucz, przestąpiła z nogi na nogę.

– Nie udało mi się uzyskać nic więcej, gethy mnie wytropiły w międzyczasie. Mój statek dostał, po skoku przez przekaźnik nadał się już tylko na złom. – W jej głosie dało się słyszeć prawdziwy żal. – Ale tyle wam chyba wystarczy…

Anderson nie odpowiedział, krążył po pomieszczeniu, gwałtownie gestykulujący. John jeszcze nigdy wcześniej nie widział go tak rozgorączkowanego.

– Kapitanie, wszystko w porządku?

– To dowód, którego Rada nie będzie mogła zignorować. Dowód na to, że Saren ma połączenie z gethami i że był na Eden Prime. Ale czym jest ten kanał? – Spojrzał najpierw na Udinę, a potem na Tali, jakby oczekiwał, że ona będzie wiedzieć.

– Może to nowa broń? – zasugerował Garrus, najwyraźniej żywo tym wszystkim zainteresowany. – Albo inna technologia. Ale o co chodziło z tymi Żniwiarzami?

– Cóż, według różnych banków danych, byli zaawansowaną rasą syntetyków, która istniała jakieś pięćdziesiąt tysięcy lat temu. Całkowicie wytępili Protean, a potem zniknęli. Tak przynajmniej sądzą gethy. – Wzruszyła ramionami.

Udina skrzywił się.

– Naciągana bajeczka.

– O diabli… – jęknęła natomiast Jane, łapiąc się za głowę. Nie–jej szepty narastały znowu z tym jednym, okropnym słowem na czele. Nagle całe nie–jej wspomnienie nabrało sensu: olbrzymie maszyny i nie–maszyny zarazem mordowały bezlitośnie wszystko na swojej drodze.

Chłodna dłoń Johna na jej czole przyniosła błyskawiczne ukojenie.

– Jane? W porządku?

– To… to chyba prawda – wychrypiała kobieta. – A przynajmniej tak wynika z tego nadajnika. To, co mi on wypalił w mózgu. – Wykonała dziwny ruch dłonią wkoło swojej głowy, ignorując spojrzenia Garrua i Tali. – Proteanie zamknęli właśnie taką wiadomość w dobrze ukrytym nadajniku. Oni więc wierzyli, że to prawda. A że jakoś ostatnio nigdzie nie widziałam Proteanina…

– Cóż… – Quarianka splotła nerwowo dłonie. – Gethy czczą Żniwiarzy jako bogów, szczyt nieorganicznego życia. Wierzą, że Saren jest kluczem do sprowadzenia ich z powrotem.

– No tak, już widzę, jak przedstawiamy Radzie takie rewelacje – zirytował się Udina.

Jane otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale powstrzymała się. Sensu nie miało to żadnego, a nawet dla niej całość wyglądała jak sen szaleńca.

Nie–jej wspomnienia rozbłysły, zanim się w końcu się uspokoiły.

– Nieważne co pomyślą o Żniwiarzach – zniecierpliwił się Anderson. – Ważne jest, że mamy potrzebny nam dowód.

– Który bardzo łatwo będzie zakwestionować – mruknął Udina. – Nagranie, wątpliwej jakości i z wątpliwego źródła. Mogą to uznać za prowokację.

– Mają zeznania naocznego świadka i nagranie, które powstało co najmniej tydzień przed atakiem na Eden Prime! – Anderson kręcił się po pomieszczeniu niczym tygrys w klatce. – Nie mogą ignorować wszystkiego co mówimy!

– Ja nie kłamię, ambasadorze – odezwała się cicho Tali. – Nie wiem, czy moje słowo będzie coś znaczyło dla Rady, ale chcę pomóc.

Udina spojrzał na quariankę, marszcząc brwi. Musiałaby stanąć przed Radą – niewielu quiarian dostąpiło tego zaszczytu – i opowiadać niestworzone historie o łapaniu gethów. Ponadto przed Radą miałby stanąć komandor z twarzą zakapiora i miną mordercy oraz jego zakrwawiona siostra. Tylko funkcjonariusz SOC budził jakiekolwiek zaufanie.

Podszedł do konsoli.

– Radna asari prosiła, aby informować ją o wszystkich postępach. Niech ona zadecyduje.

Hologram radnej pojawił się, migocząc lekko.

– Ambasadorze?

– W naszym posiadaniu znalazło się nagranie z fragmentem rozmowy Sarena i nieznanej nam kobiety. Wydobyte z pamięci getha przez pewną utalentowaną quariankę. – Jeśli ambasador sam nie wierzył w to, co mówi, doskonale to ukrywał. – Ze względu na nowe dowody, chcielibyśmy zwołać posiedzenie Rady.

Radna przyjrzała się Udinie z zainteresowaniem, na jej białych wargach pojawił się lekki uśmiech.

– Nagranie wydobyte z getha? To bardzo interesujące. Podejmujesz duże ryzyko, ambasadorze.

– Wołanie o sprawiedliwość zawsze jest ryzykowne.

Asari kiwnęła głową z uznaniem.

– Podziwiam waszą pewność, ale to chyba cecha charakterystyczna da wielu z waszej rasy. Posiedzenie odbędzie się za godzinę. Proszę przynieść wszystkie dowody.

– No. – Udina odwrócił się do reszty, potarł czoło. – Poszło lepiej niż myślałam, radna jest nam w tej sprawie przychylna. Pozostała dwójka nie będzie nas mogła tak łatwo zbyć. Pójdzie pani z nami, panno Tali – zwrócił się quarianki. – Dokładnie pani opowie, skąd pani to ma, co pani powiedział Pięść, co się stało w zaułkach. Rozumie pani?

– Tak, naturalnie. – Tali skinęła głową, znów bawiąc się palcami. Najwyraźniej fakt, że wystąpi przed Radą, mocno ją zdenerwował.

– Czyli nie będę miała czasu, żeby się przebrać? – mruknęła markotnie Jane, zezując na brudną koszulkę. – Pójdę chociaż do łazienki, twarz umyję, nie chcę wyglądać jak cholerny zbir.


Tali skończyła mówić i nagranie leciało właśnie po sali obrad. Radna asari uśmiechała się lekko, radny turian stał sztywno wyprostowany, radny salarian mrugał tylko szybciej niż zwykle.

– To ma być dowód? – odezwał się cicho radny turian. – Nagranie dostarczone przez quarianina, rzekomo wydobyte z getha?

– Ja nie kłamię! – Tali uniosła głowę, jej oczy pod hełmem rozbłysły intensywniej. – I umiem obchodzić się z gethami. Miałam z nimi dużo do czynienia podczas mojej Pielgrzymki.

– Takie nagranie można z łatwością sfałszować! – Turianin uderzył dłonią w barierkę. – Mieli dostatecznie dużo próbek głosowych Sarena!

– Ale nie tej drugiej osoby. – Radna skinęła mu głową. – To Matka Benezja. Potężna matrona, która ma potężnych i licznych sprzymierzeńców. Co ciekawe, od dwóch lat nikt jej nie widział. Tak samo jak od dwunastu godzin nikt nie widział Sarena.

Radny warknął coś pod nosem.

– Nie wiemy gdzie jest, prawda? Bo Saren, mimo naszego zakazu, opuścił Cytadelę zaraz po procesie i nie tylko zgubił śledzących go innych agentów, ale i zabił jednego z nich! Myślę, że w świetle wszystkich zeznań i dowodów możemy uznać Sarena winnym zdrady i zabójstwa Nihlusa Kryika.

Radny salarian od razu skinął głową, szepcząc coś, czego nikt poza Radnymi nie usłyszał. Radny turian potarł czoło, zanim też się zgodził.

– Czy wiemy coś o tych Żniwiarzach? – po raz pierwszy salariański radny odezwał się głośno.

– To, co jest w bankach danych. Nic więcej.

– To nieistotne. – Turiański radny odzyskał chyba rezon. – Nie interesują mnie wierzenia gethów.

Jane westchnęła ciężko, ale nie odezwała się. Nie miało to sensu. Co prawda nie–jej myśl nie zgadzała się z tym, znów wybijając się na wierzch świadomości, ale Jane po prostu ugryzła się w język, mocno, do krwi. To podziałało.

– W takim razie, skoro nasze oskarżenia okazały się słuszne, co z kandydaturą Komandora Sheparda na Widmo? – Udina oparł się o barierkę, spojrzał prosto na Radnych.

– Komandorze Shepard, proszę wystąpić.

Udina cofnął się, robiąc miejsce Johnowi. Komandor stał przez sekundę zupełnie bez ruchu, zanim opanował się i posłuchał rozkazu. Jane uśmiechnęła się szeroko, ignorując ból w ustach, z jednej strony nie mogąc uwierzyć w to co widzi, z drugiej rozparta tak wielką dumą, że mogłaby latać. Żałowała tylko, że ma na sobie czegoś czystszego. Za nią Garrus mruczał coś z uznaniem. Obejrzała się na chwilę na resztę. Tali próbowała zniknąć, Anderson miał łzy w oczach. Ten widok wstrząsnął kobietą – nieczęsto widywało się tak potężnego mężczyznę w tak wielkim wzruszeniu.

John stanął na baczność.

– Co? Ludzkość nie jest jeszcze gotowa na tę odpowiedzialność! – Radny turiań uniósł dłoń w geście rozpaczy.

– Armia nie wytropi Sarena. Ale Widmo… – Radna uśmiechała się dziwnie i Jane nagle zrozumiała, że polityka jest jeszcze dziwniejsza, niż zawsze się jej wydawało.

Turiański radny pochylił głowę, akceptując słowa asari.

– W takim razie… Niech się dzieje to, co ma się dziać.

– Keelah se'lai. – Głos Tali był pełen podziwu i szacunku.

Jane natychmiast poczuła do niej lekki przypływ sympatii.

– Komandorze Shepard, decyzją Rady przydzielamy wam wszelką władzę i przywileje wydział Wywiadu i Działań Militarno–Obronnych Cytadeli. – Radna asari wystukała coś na swojej konsoli.

Radny salarian mrugnął kilkukrotnie zanim sięgnął do swojej.

– Gratuluję, komandorze – powiedział tylko szybko.

Radny turian stał przez chwilę bez ruchu Przyglądał się uważnie Johnowi, jakby próbując oszacować go, odczytać jego myśli. Komandor odpowiedział mu twardym spojrzeniem. Jane uśmiechnęła się szeroko.

– Obyśmy tego nie pożałowali – mruknął cicho, sięgając do swojej konsoli.

Radna asari wychyliła się lekko do przodu. Jej białe usta wyginały się w uśmiechu.

– Jesteście pierwszym człowiekiem na stanowisku Widma. To wielkie osiągnięcie, komandorze. Powinniście być z siebie dumni.

John zasalutował.

– Oczywiście. Dziękuję za tę możliwość.

– Waszym pierwszym zadaniem jest wyśledzenie Sarena i w miarę możliwości doprowadzenie przed oblicze Rady. Wszystkie istotne informacje zostaną przekazane ambasadorowi Udinie. Posiedzenie Rady jest zakończone. – Asari złożyła dłonie za plecami.

Radny turian odwrócił się i szybko zszedł z platformy. Radny salariam spojrzał na asari, zawahał się chyba, ale poszedł, szeleszcząc szatą. Radna odwróciła głowę za nim, znów spojrzała prosto na Sheparda.

– Wasza rasa dostała drugą szansę, komandorze. Dla dobra nas wszystkich, nie spieprzcie tego. – Skinęła mu przyjaźnie głową, wciąż z lekkim uśmiechem i zeszła, ostawiając ich samych.

Pierwszy odezwał się Udina.

– Udało się! – Uniósł zaciśniętą pięść, uśmiechając się szeroko jak jeszcze nigdy wcześniej.

Jane krzyknęła radośnie, rzuciła się na wciąż stojącego na baczność brata. Zachwiał się, objął ją i przytulił nagle, śmiejąc się w jej pachnące wanilią i krwią włosy.

– Komandorze, bycie świadkiem tego wydarzenia było prawdziwym zaszczytem. – Garrus zasalutował, jego szczęki poruszyły się. – To historyczny moment.

– Keelah se'lai… – Tali również wykonała nieskładny salut. – To naprawdę miłe, że mogłam w tym pomóc.

– Dziękuję, Tali. – John uśmiechnął się do niej szeroko.

– Mamy dużo roboty, Shepard. – Udina przybrał swój zwykły, poważny wyraz twarzy. – Potrzebujesz ludzi, statku, zapasów… Informacji.

– Ale teraz odpocznijcie. – Anderson klepnął Johna w ramię. – Trzeba rozgłosić to wydarzenie. Dziennikarze będą chcieli z wami porozmawiać.

– Umówię was na kilka spotkań, jeszcze przed odlotem. – Ambasador zmarszczył brwi. – Musicie się pokazać. Chcąc nie chcąc, zostaniecie osobą publiczną.

Jane szturchnęła brata.

– Widzisz? Będziesz sławny. Będziesz reklamował swoją gębą płatki śniadaniowe.

John pokręcił głową.

– Wolałbym reklamować broń. Ale nie dzisiaj. Obiecałem siostrze, że zabiorę ją na i obiad i do kurwy nędzy, zamierzam tej obietnicy dotrzymać.

Jane wydała z siebie radosny okrzyk.

– O Boże, zjem coś wreszcie? Ale wstąpmy po drodze do mojego domu, chcę się przebrać. Nigdzie mnie nie wpuszczą w takim stanie.