Ponieważ ten rozdział miał na początku być dwoma osobnymi rozdziałami i w konsekwencji powstał jeden, ale okropańsko długi, rozdział siódmy pojawi się nie wiem kiedy. Prawdopodobnie za jakiś miesiąc.
Miłego!
VI
– Komandorze!
Udina był wyjątkowo miły. Zmienił wreszcie kolor garnituru – zamiast białego, nosił dziś granatowy, w kolorze mundurów Przymierza.
– Ambasadorze.
– Ufam, że dziennikarze was mocno nie wymęczyli. – Anderson uśmiechnął się do blado do Sheparda.
– Szczerze mówiąc, uciekłem im, sir – przyznał John. – Trochę pomogła mi w tym moja siostra.
– Udziel jakiegoś wywiadu. Uznaj to za rozkaz. A teraz… – Udina rozejrzał się, podniósł z biurka datapad. – A, tak. Kapitan Anderson rezygnuje ze swojego stanowiska i oddaje Normandię w wasze ręce.
John spojrzał zaskoczony na Andersona, który uśmiechał się, jakby połknął cytrynę.
– Kapitanie… dlaczego?
– Widmo potrzebuje szybkiego i cichego statku, a Normandia to nasz najlepszy okręt. Przyda się wam.
– Mam wrażenie, że to nie jedyny powód.
– Wy potrzebowaliście statku, a ja muszę w końcu odejść. To cała historia.
Nieszczery uśmiech zniknął z twarzy Andersona. Mężczyzna potarł twarz, zaciskając usta.
– Kapitanie, chyba zasługuję na prawdę. – Shepard nie ustępował, wpatrywał się w byłego dowódcę z mało grzecznym uporem.
– A, Shepard… Co tu dużo mówić. Saren zniknął i nie będzie łatwo go wytropić. Normandia jest najlepszym wyborem, a ja i tak powinienem odsunąć się od tej sprawy. Za dużo było między mną a Sarenem, żebym mógł podchodzić do tego spokojnie.
– Co dokładnie się wydarzyło?
– Do diabła, Shepard, czemu pytasz? – zirytował się kapitan, wychodząc nagle na balkon.
Chcąc, nie chcąc John ruszył za nim.
– Radna wspominała cos o drugiej szansie. Jane zastanawia się…
– Ach, twoja siostra. – Anderson skrzywił się. – Za dużo myśli o rzeczach, o których nie powinna.
– Zgadzam się. Uważam też, że za często dzieli się tymi przemyśleniami, ale co poradzić na babską gadaninę.
– Anderson, powiedz komandorowi wreszcie to, co chce wiedzieć, żebyśmy mogli przejść dalej – mruknął Udina znad datapadu. Jego głos był na balkonie nieco cichszy, ale brzmiał tak samo irytująco.
Kapitan spojrzał przez szybę na ambasadora, wyraźnie wściekły. Jeśli Udina to zauważył, nic po sobie nie pokazał.
– Ja byłem kiedyś kandydatem na Widmo – powiedział. – Saren miał mnie ocenić, tak jak ciebie Nihlus. W dużym skrócie doprowadził do śmierci cywilów, a winą za to obarczył mnie. Saren znów został ogłoszony bohaterem, na ludzkość patrzono jak na porywczych idiotów… Nasza ambasada na Cytadeli była zagrożona. Niby sprawę zatuszowano, ale nadzieje na dostanie się kogoś do Widm… – Machnął ręką. – Najważniejsze, że sprawa nie trafiła do mediów.
John słuchał Andersona z coraz bardziej poważnym wyrazem twarzy.
– Przykro mi – mruknął, kiedy kapitan odwrócił się tyłem i oparł o barierkę. – Nie wiedziałem.
– Bo i nikt nie miał wiedzieć. Nie ma co wam być przykro, Shepard, nie wasza wina. Wy macie okazję naprawić to co spieprzyłem. – Uśmiechnął się nagle. – Jestem z was dumny, synu.
– Dziękuję. – John pochylił głowę, nieco zakłopotany.
– Świetnie, skoro wyjaśniliśmy sobie te sprawy, przejdźmy do konkretów. – Udina stanął przed Shepardem. – Przesłałem wam już informacje otrzymane od Radnej. W pierwszej kolejności sugeruję, abyś udał się na Therum. Córka Benezji, doktor… – zajrzał w notatki – Liara T'Soni prowadzi tam wykopaliska. Radna sugeruje, aby udać po nią jak najszybciej. Oficjalnie nie rozmawia z matką od kilku lat, ale Radna podejrzewa, że może mieć istotne informacje.
Shepard skinął głową.
– Coś wiadomo o Sarenie?
– Zniknął w Trawersie Attykańskim – mruknął Anderson. – Ale śledzimy ślady aktywności gethów. Mamy kilka trafień i damy ci znać, jeśli pojawi się coś większego.
– Tak jest, sir. – John uśmiechnął się lekko. Zanim zdążył coś więcej powiedzieć, do pomieszczenia powabnym krokiem weszła asystentka Udiny. Jej miękkie, rude włosy opadały na ramiona piękną falą, a zielona sukienka podkreślała niesamowicie długie nogi. Spojrzała na ambasadora z olśniewającym uśmiechem.
– Przepraszam, ambasadorze, ale na zewnątrz czeka quarianka. To chyba ta, co poprzednio, mówi, że nazywa się Tali'Zorah narr cośtam. Prosi o spotkanie z panem i nie chce odejść.
– Tali? – Udina zmarszczy brwi. – Czego ona chce?
Asystentka pokręciła głową, jej ciemne oczy spoczęły na Shepardzie.
– Nie powiedziała, ambasadorze.
– No dobrze… Wprowadź ją. – Udina odłożył datapad, rozdrażniony zacisnął usta.
Tali weszła do pomieszczenia. Z całej jej postaci biło podenerwowanie ale też determinacja. Świetliste oczy błyszczały pod maską jaśniej niż zwykle.
– Ambasadorze, dziękuję, że zechciał pan ze mną porozmawiać! Chciałam… Och… Komandor Shepard… – Umilkła, znów splatając przed sobą dłonie.
– Jestem zajęty, panno Zorah, więc proszę się śpieszyć – rzucił sucho Udina, siadając z biurkiem.
Quarianka spojrzała na niego.
– Tak… Ja właśnie chciałam przyjść i prosić o kontakt do komandora, bo wczoraj nie było jak porozmawiać, ale widzę, że tutaj jest… – Błyszczące oczy znikły na chwilę, jakby Tali zamknęła powieki, próbując się uspokoić. – No i cała przemowa wyleciała mi z głowy…
– O co chodzi, Tali? – Shepard przyglądał się quariance, próbując dostrzec pod hełmem coś więcej niż tylko oczy. Przez chwilę wydawało mu się, że dostrzega zarys jej profilu, wrażenie jednak szybko znikło.
– Tak, komandorze. – Tali odetchnęła głębiej, światełko na jej filtrze powietrza zamigało. – Chciałam prosić cię o zabranie mnie ze sobą.
John uniósł brwi, mocno zdziwiony. Spojrzał na Andersona, szukając rady, ale kapitan tylko wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – Podszedł do quarianki, zaintrygowany. Udina przyglądał się im z boku, marszcząc gniewnie brwi.
– Jestem na mojej Pielgrzymce – odpowiedziała takim tonem, jakby to wszystko miało wyjaśnić.
John podrapał się po karku, zerknął pytająco najpierw na Andersona, potem na Udinę. Żaden nic nie powiedział.
– Och, przepraszam! – jęknęła Tali. – Przepraszam. Ciągle zapominam, że większość ludzi nie słyszała o naszych zwyczajach.
– No więc wyjaśnij – westchnął Shepard, wskazując Tali ostatnie wolne krzesło.
Quarianka zawahała się, najwyraźniej nie do końca rozumiejąc ten gest. Usiadła jednak w końcu, ostrożnie i na skraju, gotowa w każdej chwili się zerwać.
– Kiedy quarianin osiąga odpowiedni wiek, jest żegnany przez Flotę i wyrusza w kosmos – zaczęła, gdy Shepard usiadł naprzeciwko niej. – Poznajemy wtedy inne gatunki, inne miejsca, uczymy się tego, czego nie możemy się nauczyć w domu. Ale jest jeszcze inny cel. – Umilkła, jej oczy zniknęły na chwilę pod maską. – Musimy zdobyć dar, który ofiarujemy kapitanowi statku, którego chcemy być załogą. Darem może być w zasadzie wszystko, pieniądze, jedzenie, surowce, czasem wiedza… – Jej głos przybrał nieco tęskny ton. – Wszystko to, co może się przydać, a czego nie ma Flota. Kiedy wyruszałam, nie byłam pewna, jaki dar mogę przywieźć, ale teraz już wiem! – Nachyliła się gwałtownie ku Johnowi, zaciskając dłonie na krawędzi krzesła. – Komandorze, wiem, że będziesz teraz ścigał Sarena. Saren natomiast współpracuje z gethami, więc wiem, że będziesz z nimi walczył. Moim darem dla Floty mogłyby być części gethów. Mój ojciec… Nasi naukowcy – poprawiła się prędko – mogliby dzięki nim opracować skuteczniejszą broń i zwiększyć nasze szanse na odzyskanie rodzinnej planety! Komandorze, to dla mojego ludu niepowtarzalna szansa! – Wyprostowała się, jakby zdając sobie sprawę, że za chwilę może spaść z krzesła.
Shepard słuchał jej z obojętnym wyrazem twarzy. Kiedy skończyła, pochylił się do przodu, potarł szczękę.
– Rozumiem twoje motywy, ale nie sądzisz…
– Nie będę ciężarem – przerwała mu gwałtownie. – Całe życie spędziłam na statkach, wiem, jak się zachować, mogę też pomagać w naprawach. Mogę też pomóc w walce, umiem o siebie zadbać. Znam się na gethach lepiej niż większość quarian. Lepiej niż jakikolwiek człowiek. Wiem, gdzie należy celować, jaki rodzaj amunicji najlepiej je niszczy, wiem, jak hakować ich oprogramowanie. Mogę się przydać, komandorze i obiecuję pomóc w zamian za możliwość pozyskiwania ich technologii czy części! – Umilkła na chwilę. – Proszę.
John wyprostował się, spoglądając w jakiś wysoko położony punkt. Wiedza quarianki faktycznie mogła się przydać, a na jej badaniach mogło skorzystać również Przymierze, ale z drugiej strony... Normandia była najnowocześniejszym statkiem Przymierza i John nie był pewny, czy wpuszczenie tam obcej było dobrym pomysłem.
Ale ta młoda quarianka nie dość, że sama zabiła przynajmniej jednego getha, to jeszcze wydobyła z niego garść informacji. Shepard westchnął, spojrzał na Andersona.
– To wasz statek, komandorze. Możecie kompletować załogę według własnego uznania.
– Nie, nie może. – Udina mówił cicho, jakby dopadło go nagle wielkie zmęczenie. Oparł łokcie na stole, ukrył twarz w dłoniach na kilka sekund. – Komandorze, macie już pełną załogę na Normandii. Nie możecie jeszcze jej przyjąć.
– A niby dlaczego? Bo jest quarianką? – John sam był zdziwiony, że wypowiedział to na głos.
Udina zgarbił się i nagle postarzał o dobre dziesięć lat. Komandor pomyślał, że wygląda tak, jakby właśnie w tej chwili dopadły go wszystkie lata spędzone w polityce.
– To chyba najpoważniejszy powód. Nie możemy wpuszczać obcych na nasz najlepszy statek. – Spojrzał na Tali. – Doceniam pani chęci i dziękuje za nie, ale nie możemy przyjąć pani pomocy.
– Możemy – odezwał się Anderson. – Shepard jest Widmem, nie musi więc stosować się do przepisów Przymierza. Może przyjmować taką pomoc, jaką uzna za stosowną. My możemy co najwyżej zasugerować rozwiązanie, ale nie możemy rozkazywać.
Udina zacisnął wargi, ale nie odpowiedział. Tali wciąż siedziała na swoi miejscu. Opuściła głowę, a jej maska była jednolicie ciemna – musiała zamknąć oczy.
– Tali – mruknął John, pocierając nieogolone policzki. – Zabierz swoje rzeczy i udaj się do doku numer 36.
Quarianka uniosła gwałtownie głowę, dwa świetliste punkciki rozbłysły tak jasno, jak jeszcze nigdy wcześniej. Zerwała się na równe nogi.
– Tak jest! Dziękuję, komandorze. Obiecuję, że tego nie pożałujesz!
W jej głosie było tyle radości i entuzjazmu, że John nie był w stanie się nie uśmiechnąć.
– Na to właśnie liczę. Zamelduj się na Normandii najpóźniej pojutrze rano. Uprzedzę żołnierzy, że będziemy mieli nowych członów załogi.
Tali tylko kiwnęła głową, niezdolna do wydania z siebie dźwięku i wyszła z ambasady niemal tanecznym krokiem. John potarł bliznę na policzku, westchnął.
– Zgaduję, że muszę zadzwonić do kwatermistrza, uprzedzić go, że będzie na pokładzie quarianin. Przecież nie ma tam żadnego jedzenia ani leków dla dextro…
– To nie była najmądrzejsza decyzja, komandorze. – Udina przybrał swoją zwykłą, profesjonalną minę.
– W jednym ma rację – mruknął John, uruchamiając omni–klucz. – Jako quarianka wie o gethach więcej, niż jakikolwiek naukowiec Przymierza. Kapitanie, czy będę panu jeszcze potrzebny?
Anderson uśmiechnął się, pokręcił głową.
– Nie, komandorze. Idźcie i zajmij się swoim statkiem.
Tłum płynął nieprzerwanie jasnymi korytarzami. Gwar unosił się nad nim, głośny, jednostajny i w jakim stopniu znajomy. Jane stała poziom wyżej, opierała się o barierkę, trzymając w ręce rożek z lodami. Lody były duże, waniliowo–wiśniowo i cudownie zimne. Ktoś ją nagle potrącił, omal nie wytrącając jej przysmaku z rąk. Obejrzała się, zła, ale nic nie powiedziała – wdawanie się w pyskówki z batarianami w tym momencie nie miało sensu.
W żadnym momencie nie miało sensu, gdyby się nad tym zastanowić.
Nieśpiesznie dokończyła lody, oblizała się. Ruszyła dalej, do sklepu położonego trzy przecznice dalej. „Biotyka" była sklepem, dla biotyków i oferowała szeroki wachlarz towarów – od wzmacniaczy, przez broń aż po żywność. To właśnie było potrzebne Jane – nie miała już żadnych energetycznych batonów, nie wspominając o zwykłej, wysokokalorycznej żywności. Westchnęła smętnie, rozmyślając o wydatkach. W takich chwilach Przymierze, które płaciło jej za biotyczne przekąski, nie wydawało się takie złe.
Wokół posterunku SOC było trochę luźniej. Dwie asari stały pod ścianą, kłócąc się o coś. Jedna miała na sobie biało–czerwoną suknię, druga mundur SOC.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i wyszedł przez nie Garrus – Jane poznała go głównie dzięki charakterystycznemu panelowi optycznemu. Turianin stanął przed budynkiem, rozejrzał się wkoło, a potem wykonał gest, jakby chciał kopnąć najbliższy radiowóz. Odsunął się od niego, uderzył pięścią w otwartą dłoń na rozładowanie napięcia i potarł kark. Wyglądał na wyjątkowo zdenerwowanego.
Zobaczył ją. Początkowo myślała, że jej nie poznał, ale skinął jej głową.
– Dzień dobry – mruknął.
– Hej, Garrus. – Uśmiechnęła się lekko. – Nie jestem moim bratem, nie musisz być tak oficjalny w stosunku do mnie.
– Dobrze wiedzieć. – Jego okrągłe oczy wpatrywał się gdzieś w przestrzeń. Jak na turianina był wyjątkowo niespokojny.
– Wszystko w porządku? –spytała Jane. Wzburzony turianin nigdy nie zwiastował niczego dobrego.
– Tak, tak… – Spojrzał na nią nagle, jakby uświadamiając sobie, że stoi obok. – Chyba właśnie rzuciłem pracę.
Jane otworzyła szeroko oczy, cofnęła się o krok z wrażenia.
– Wow. Znaczy… – Przeczesała włosy palcami. – Turianie nieczęsto rezygnują z tej pracy.
– Taaa, mnie to mówisz. – Garrus westchnął ciężko.
Jane przejrzała mu się uważniej. Jego niebieski pancerz pozbawiony był białych emblematów SOC, zniknęła również służbowa broń przy pasku. Szczęki drgały mu nerwowo, obejrzał się nagle na budynek i, zupełnie nieprofesjonalnie, pogroził pięścią w stronę jednego z okien.
Jane zakołysała się na piętach, próbując ukryć śmiech.
– Mogę jakoś pomóc?
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Pomóc?
– Wiesz, ty pomogłeś mnie i mojemu bratu, to może ja mogę jakoś tobie? Nie wiem jak, ale jakbyś chciał pogadać, to mam chwilę czasu.
Garrus poruszył dłońmi, ale zamarł nagle. Jego idealnie okrągłe oczy błysnęły.
– Wiesz co? Pieprzyć to wszystko. Jeśli faktycznie chcesz, to chętnie się wygadam.
– Proszę bardzo. Chcesz tu stać, pójść w jakieś ładne miejsce, na kawę, na piwo?
– Piwo brzmi dobrze. Jest tu bar niedaleko… Chodzą tam głównie gliny, ale pal to licho, nie wyrzucą nas.
– Brzmi nieźle. – Jane skinęła głową, uśmiechnęła się. – Prowadź!
Bar był nieduży, utrzymany w stonowanych, niebieskich i szarych barwach. Za kontuarem stał salarianin, leniwie przecierający blat. Za nim stały butelki z alkoholami, ułożonymi według kolorów. Razem tworzyły uroczą mozaikę. O tej porze było całkowicie pusto, zajęli więc stolik w kącie, złożyli zamówienie.
– Urocze miejsce. – Jane rozglądała się z zaciekawieniem. – Nigdy tu nie byłam.
– Przychodzą tu głównie policjanci po służbie. Inni mają lepsze rozrywki.
– Eee, nie jest tu aż tak źle.
Salarianin przyniósł ich zamówienia: piwo z sokiem dla Jane i turiańskie piwo dla Garrusa. Siedzieli przez chwilę w milczeniu, wpatrując się w różne punkty na ścianach. Jane w końcu westchnęła, odgarnęła niesforny kosmyk włosów z czoła.
– No więc? O co chodzi z tym odejście z SOC?
Garrus pokręcił głową.
– Od razu do sedna, co? W ogóle to teraz aż mi niezręcznie, ciągam cię po marnych knajpach i zwierzam się z zawodowych problemów.
– Hej, sama zaproponowałam, nie? – Uśmiechnęła się, oparła łokcie o blat stołu. – To co się stało?
Turianin dopił resztę piwa, odstawił kufel z głośnym stukiem.
– Poszedłem do Egzekutora, żeby zdać mu raport. Nie był zadowolony.
– Że wziąłeś udział w śledztwie?
Machnął ręką.
– Żeby tylko za to… Wiesz, złamałem kilka zasad. Co z tego, że zdemaskowaliśmy zdrajcę. – Garrus postukał palcem w blat stołu. – Sprzeciwiłem się przełożonemu i wziąłem aktywny udział w śledztwie. Ale wiesz, co jest gorsze? – Nachylił się w stronę kobiety. – Że pomogłem człowiekowi zdemaskować Sarena. Turiańskie, kurwa, Widmo!
Jane uniosła brwi, pokiwała głową.
– Pomogłeś człowiekowi udowodnić, że nie wszyscy turianie są honorowi i robią co do nich należy. – Zachichotała, nagle rozbawiona. – To dlatego wasz radny był taki wkurwiony.
– Wiesz, Hierarchia dość jasno mówi o tym, co wolno, a czego nie wolno ujawniać. Pomoc człowiekowi w zdemaskowaniu turiańskiego bohatera to prawie jak zdrada! – Wyprostował się gwałtownie. – Gdybym był w wojsku, moja kariera zostałaby natychmiast zatrzymana po czymś takim. Oczywiście, dostałbym pochwałę, a potem zostałbym wysłany na jakąś małą placówkę gdzie extranet zawraca.
– Rozumiem. – Pokiwała głową. – Niezbyt przyjemna sytuacja.
Dwie batarianki weszły do baru, zamówiły jakieś drinki. Ich niski śmiech wypełnił całe pomieszczenie. Garrus napił się piwa, wymamrotał jakieś przekleństwo, zanim podjął wątek.
– W każdym razie miałem nadzieję, że Egzekutor podejdzie do tego spokojniej i bardziej rzeczowo. Dostałem od niego naganę, potem powiedział, że rozważa przeniesienie mnie na ulicę. Więc powiedziałem, że w takim razie wolę odejść. – Potarł kark, najwyraźniej zakłopotany. – No i wyszedłem, zdałem broń i odznakę i zanim się opamiętałem, stałem już przed posterunkiem jako pieprzony cywil.
– Przykro mi – mruknęła Jane, unosząc szklankę do ust. – Nie da się tego jakoś odkręcić?
Garrus milczał przez chwilę, bawiąc się butelką.
– Minie chwila, zanim pójdzie to oficjalnie, ale wiesz co? Chyba nawet nie chcę tego odkręcać. Znaczy… Cholera, nie chciałem tracić tej pracy, ale ty wiesz, ile jest papierologii w SOC? Wypisz to, zanotuj tamto, odnotuj, że świadek to kretyn. – Sapnął, zdenerwowany. – Tymczasem z tobą i twoim bratem było całkiem inaczej. Mieliśmy trop, więc po prostu szliśmy za nim i zrobiliśmy dzięki temu coś dobrego. Zero raportów, zero czytania praw oskarżonym…
– No tak, ci kroganie przed Norą na pewno chcieli wiedzieć, jakie są ich prawa. – Jane uśmiechnęła się lekko.
Garrus kiwną jej głową, sam się zaśmiał.
– Chyba ciężko byłoby po tym wrócić do pracy w SOC. – Westchnął. Spojrzał na Jane z wdzięcznością. – Wiesz, dzięki za rozmowę. Sam potrzebowałbym trochę więcej czasu, żeby do tego wszystkiego dojść.
– Co teraz zamierzasz zrobić?
– Nie wiem. Może zaciągnę się do jakiejś ochrony. Może wrócę na Palaven. Bo nie sądzę… – Urwał, zerknął na Jane.
– Hmm? – Uniosła na niego oczy.
– Myślisz, że twojemu bratu przydałaby się pomoc byłego funkcjonariusza SOC?
Jane odchyliła się na krześle, przygryzła wargę.
– Nie mam pojęcia. Jako Widmo chyba może sam sobie dobierać załogę. Ale myślałam, że SOC nie lubią Widm.
Roześmiał się, odchylając do tyłu, wyraźnie już rozluźniony.
– Bo nie obchodzą ich przepisy i papiery. Co innego sprzątać pod Widmie, a co innego pomagać mu zrobić coś słusznego.
Kobieta wlepiła zamyślone spojrzenie w ścianę naprzeciwko, powoli napiła się piwa.
– Wiesz co? – powiedziała wolno. – Dam ci kontakt do Johna. Sam do niego napisz, już moja w tym głowa, żeby Ci odpisał. Co odpisze, tego nie wiem. Ale może…
Garrus kiwnął głową, najpierw ostrożnie potem z entuzjazmem.
– Tak, to chyba dobre rozwiązanie. Nie odstrzeli mnie chyba za pytanie.
– Nie, raczej nie. – Jane uśmiechnęła się szeroko. – Życzę Ci powodzenia, serio. Mój brat ma dziwną umiejętność robienia heroicznych rzeczy, a trochę sławy zawsze spływa na innych. Zaraz ci prześlę jego adres.
Pożegnali się przed barem, podając sobie dłonie.
– Dziękuję za rozmowę, Jane. – Garrus skinął kobiecie głową. – Mam nadzieję, że to jeszcze powtórzymy.
– No ba. – Puściła do niego oko i odeszła, wkładając ręce do kieszenie spodni i pogwizdując cicho.
Jane.
Wpadnę do Ciebie wieczorem, okej? Weź coś ugotuj. Twoje żarcie jest znacznie lepsze niż wojskowe.
John
Jane pokręciła głową, krzywiąc się. Też coś, prosi ją o gotowanie!
– Znalazłby se babę do gotowania, a nie, tylko lata jak kometa – mruknęła zrzędliwie, ale zajrzała do lodówki, oceniając zapasy. Były jajka, cebula i boczek, Johnowi powinno to starczyć. W końcu wojskowe żarcie było zawsze paskudne.
John bezceremonialnie wpakował się do mieszkania. W ręce trzymał czteropak piwa i uśmiechał się szeroko mimo podkrążonych oczu i wyraźnego zmęczenia.
– Hej, siostrzyczko. Co tak ładnie pachnie? Kaczka w miodzie z zapiekanymi ziemniaczkami?
Jane wytrzeszczyła oczy, biorąc piwo od brata.
– Co z czym? Czy ty chyba za dużo ode mnie oczekujesz, to cebula się smaży, na jajecznicę.
– Może być i jajecznica.
John rozsiadł się na kanapie, odchylił głowę do tyłu, przymykając oczy. Jane zajęła się przyrządzaniem kolacji.
– W ogóle mam nadzieję, że to plebejskie jedzenie będzie dla ciebie odpowiednie? – odezwała się wesoło. – Czy teraz już jesteś za ważny?
– Mam chociaż nadzieję, że ta cebula jest prawdziwa a jajka pochodzą od ziemskich kur. Innych tolerował nie będę!
– Możesz głodować. Albo iść do jakiejś widmowej stołówki.
– A istnieje coś takiego?
– A ja mam wiedzieć?
John parsknął, wyprostował się. Chwycił kubek stojący na stole. Zajrzał do środka, przyjrzał się zdjęciu Ziemi i śladom szminki na krawędzi..
– Ty czasem myjesz ten kubek z kawy? – spytał, patrząc na nią wesoło.
Jane biotyką wyrwała mu kubek.
– Jak robię sobie nową. – Wycelowała w niego widelcem. – I zanim zaczniesz gadać, przypomnę ci, że ty, wyjeżdżając na dwa lata, zostawiłeś w lodówce kotlety.
Mężczyzna roześmiał się głośno.
– No dobra, już nic nie mówię. Dzięki za kolację, tak w ogóle.
Siedli w końcu na kanapie z talerzami w ręce. John rzucił się na jedzenie, jakby nie jadł od kilku dni.
– O jakie to dobre… – wymruczał. – Wojskowe żarcie się nie umywa.
– Wiem o tym. Myślisz, że czemu odeszłam z Przymierza? – Jane uśmiechnęła się. – Odpisałeś Garrusowi?
– Aha. Przyjąłem go. Diabli, mam już na pokładzie quariankę, mogę mieć i turianina.
– Mam wrażenie, że Udina nie był zadowolony. – Jane wstała po sól i pieprz. Zaproponowała bratu, ale ten pokręcił głową z pełnymi ustami.
– Był wkurwiony jak nigdy. – Sięgnął po piwo. – Ale nie podlegam Przymierzu, więc mógł mnie cmoknąć.
Jane zmarszczyła brwi, wydęła wargi w zamyśleniu.
– Nie podlegasz Przymierzu? Co, wywalili cię, czy jak?
– Nie, skąd taki pomysł w ogóle? – Spojrzał zniesmaczony na siostrę. – Podlegam Radzie, ale jestem też członkiem Przymierza i chuj. Udina mówił coś o godnym reprezentowaniu rasy ludzkiej, ale…
– Cóż, pierwszy człowiek wśród Widm. – Zamyśliła się na chwilę. – Taki człowiek–widmo z ciebie. Człowiek–widmo. Kupię ci taką koszulkę na najbliższe święta.
Wzrok John mógł zabijać.
– To było…
– Suche, wiem – przyznała jego siostra, wpychając sobie do ust kawałek jajecznicy i przybierając niewinny wyraz twarzy.
Mężczyzna pokręcił głową, westchnął ciężko.
– Więc? – spytała Jane po dłuższej chwili.
– Co więc?
– Przyszedłeś chyba po coś? Czy po prostu miałeś nadzieję, że cię nakarmię?
– Od razu do interesów, co? – westchnął John.
Jane uśmiechnęła się przepraszająco, otworzyła piwo dla siebie.
– Wybacz. Po prostu… Nagle zostałeś Widmem, teraz przychodzisz do mnie na kolację… – Podciągnęła nogi pod siebie, dziabnęła niechętnie kawałek boczku. – Myślałam, że przychodzisz się pożegnać.
John odłożył talerz, przesunął dłonią po włosach, mierzwiąc je.
– Nie chciałem od razu tak do tego przechodzić…
– Mm. Wybacz – mruknęła.
– Hej, daj spokój. – Klepnął ją w ramię. – Chciałem o tym porozmawiać. Zostałem dowódcą Normandii, tak w ogóle.
Jane otworzyła szeroko oczy.
– O kurwa… Znaczy ten, gratuluję. – Kiwnęła głową z uznaniem. – Cholera, należało ci się. Ten statek mi się nawet podoba, zasługuje na dobrego dowódcę. Awansu ci nie dadzą?
– Podoba ci się? – John zignorował pytanie. – Myślałem, że nie znosisz statków wojskowych.
– Bo nie znoszę, – kiwnęła głową – ale ten jest wyjątkiem. Może dlatego, że nie byłam tam jako żołnierz. – Zachichotała.
– A gdybyś była tam jako żołnierz?
Jane spojrzała przeciągle na brata, mrużąc podejrzliwie oczy.
– Zaraz, moment… John, co ty chcesz odpierdolić?
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.
– Zastanawiałem się, czy nie chciałabyś do mnie dołączyć.
Jane zakrztusiła się piwem. Machnęła gwałtownie ręką, omal nie wylała reszty piwa z butelki, uspokoiła się dopiero wtedy, gdy zniecierpliwiony John uderzył ją w plecy.
– Ooo, weź mnie tak nie bierz więcej z zaskoczenia… – wyjęczała, ocierając łzy. – Co ty pierdzielisz, gdzie mam dołączać? Do twojego widmowania, na Normandię?
Przewrócił oczami.
– Tak, dokładnie. Jak widmować, to tylko z siostrą . – Poprawił się na kanapie. – Słuchaj, naprawdę przydałaby mi się twoja pomoc. Mam ścigać inne Widmo, które zawarło sojusz z gethami! Serio, dobry biotyk na pokładzie naprawdę mi się przyda.
– Masz Kaidana. – Jane wzruszyła ramionami. – Pamiętam go jeszcze z BWiA. Był naprawdę dobry.
– Tak myślałem, że się znacie. – Skrzywił się nagle, jakby przełknął cytrynę. – Ale i tak bym chciał, żebyś była na Normandii. To duża sprawa, Jane. Sama zresztą o tym wiesz.
Wzruszyła ramionami.
– Nie jestem żołnierzem ani tym bardziej Widmem.
– Ale chcesz dorwać Sarena.
Jane zacisnęła usta, wbiła wzrok w holo–zdjęcie kwiatów, wiszące na ścianie.
– Niewiele to zmieni.
Nachylił się ku niej, szturchnął ją butelką w ramię.
– Zemsta może bardzo dużo zmienić.
Jane przeczesała włosy, podrapała się po karku, niezdecydowana.
– Przecież Normandia jest okrętem Przymierza – powiedziała, zdając sobie sprawę, że mówi trochę od rzeczy.
– Na tymże okręcie mam już turianina i quariankę, ludzki biotyk nie będzie czymś dziwnym.
– Jestem twoją siostrą przecież. Chyba są na to jakieś przepisy.
– W byciu Widmem zajebiste jest to, że niektóre przepisy można spokojnie olać.
Jane parsknęła.
– TY chcesz ignorować przepisy?
– I powiem ci, że nawet się z tego cieszę.
– Czyli jednak jeszcze jest dla ciebie nadzieja!
Roześmiali się znowu.
– No dobra, mów, co ty ode mnie konkretne… Kim bym tam w ogóle miałabym być, kolejnym żołnierzem? Pod twoim dowództwem jeszcze? – Skrzywiła się teatralnie.
– Nie jako żołnierz, ale jako moja siostra. Daj spokój, naprawdę potrzebuję twojej pomocy. No i o pieniądze się nie martw, żołd od Przymierza dostaniesz i to całkiem niezły.
– Akurat o pieniądze jakoś nie muszę się martwić, wiesz. – Uśmiechnęła się krzywo. – Całkiem nieźle mi płacą. Czemu ci tak zależy na mnie? Możesz sobie ściągnąć na Normandię każdego żołnierze Przymierza.
– A chciałbym kogoś, komu mogę zaufać. Jane, przestań już wydziwiać, oboje wiemy, że pomysł ci się podoba.
Kobieta zmarszczyła nos, nadąsana.
– A jeśli mi się ten pomysł nie podoba?
– Trochę za długo cię znam.
Wymamrotała coś nieładnego, odstawiła butelkę na stół.
– To ten… ale nie będę musiała wykonywać rozkazów twoich oficerów?
– Nie.
– O, jak fajnie. – Ucieszyła się wyraźnie. – Może się zgodzę. A nie będę musiała sobie kupować biotycznych racji?
– Nie, wszystkim się zajmie kwatermistrz. Tylko mu musisz zamówienie złożyć.
– O, jeszcze fajnej. – Uśmiechała się szeroko. – Dostanę własną kajutę?
John zmarszczył brwi.
– Kajutę własną chcesz?
– No ba. I adiutanta.
– Adiutanta?
– No! – przyznała z radosnym uśmiechem. Oczy błyszczały jej czystą złośliwością.
– Cofam co powiedziałem, nie chcę cię na Normandii – Brat klepnął ją w ramię, zrobił ruch, jakby chciał wstać.
Jane chwyciła go za rękę, pociągnęła do siebie.
– No już, już, adiutanta ci daruję. Kajuty własnej też nie dostanę? – Westchnęła ciężko. – Nie, nie musisz odpowiadać, wiem, że nie. Kiedy miałabym stawić się na pokładzie?
– Pojutrze rano. – John uśmiechnął się lekko. – Czyli jednak się zgadzasz?
– Bez jaj, za nic nie przegapiłabym takiej imprezy. – Wyszczerzyła się. – Tylko mi obiecaj, że nie będę musiała się więcej bić z kroganami, co? Nie chcę tego robić, naprawdę.
– Dobra, wszystkich krogan biorę na siebie.
Siedzieli obok siebie, wygodnie rozparci na kanapie. John ziewnął nagle, odłożył pustą już butelkę na stół.
– Lecimy na Therum – odezwał się. – Niejaka Liara T'Soni prowadzi tam wykopaliska. To specjalistka od protean i córka Benezji. Radna asari twierdzi, że może nam się przydać.
– Wie coś o matce?
– Raczej nie, nie rozmawiają podobno ze sobą już od dawna.
– No to po co nam ona? – Jane zerknęła na brata spod półprzymkniętych powiek.
– Pij mniej. To specjalistka od Protean. Może się przydać i może coś będzie wiedzieć o tym, co nadajnik z tobą zrobił.
Kobieta skrzywiła się. Nie–jej myśl znowu dała o sobie znać i przed oczami Jane po raz kolejny przeleciały nieprzyjemne wizje. Potrząsnęła głową, mrucząc przekleństwa.
– Jane? – Brat spojrzał na nią z niepokojem.
– To nic – mruknęła. – Ta wizja z nadajnika nie była miła. Ale spokojnie! – Uniosła ręce w obronnym geście. – Gdy zacznę wariować, będziesz pierwszym, który się o tym dowie.
– No tak, ulżyło mi. – John wyprostował się.
– No a co mam ci powiedzieć? Mam w głowie nie swoje wspomnienie. Nieprzyjemne. Nie chcę o nim myśleć, ale spróbuj o czymś nie myśleć, jak sobie pomyślisz, że masz o czymś nie myśleć, natychmiast zaczynasz o tym myśleć i… – Machnęła rękami wkoło głowy, jakby próbując odgonić natrętną muchę. – Ale nic mi nie jest.
Podrapał się po karku.
– Na pewno? Żadnych koszmarów, myśli?
Zawahała się na moment.
– Miałam koszmar, wiesz… Moi przyjaciele tam zginęli, wiesz. Dojdę w końcu do siebie, John, ty też doszedłeś do siebie po Elizjum.
Kiwnął głową, nie do końca przekonany.
– No, braciszku. – Szturchnęła go w ramię. – Pogadajmy o czymś fajnym.
Spojrzał na nią, wzruszył ramionami.
– Dostaniesz na Normandii nową broń.
– No tak, o czym innym moglibyśmy porozmawiać – burknęła, krzywiąc się potężnie.
John podrapał się po karku.
– Zawsze możemy iść do kina. Grają właśnie ,,Każdy odcień błękitu".
– Przecież to okropne romansidło!
– Ale gra tam Onerra T'Aerr. Nago.
Jane spojrzała zdegustowana na brata.
– Wiesz co, proponować siostrze, żeby obejrzeć razem z nią pseudo–porno! Szczyt wszystkiego, naprawdę. Znalazłbyś sobie kogoś.
– Znowu się zaczyna… – John skrzyżował ramiona na piersi, wyciągnął nogi przed siebie i przymknął oczy, szykując się na dłuższy wykład.
– Nie znowu. A nawet jeśli, to samą prawdę mówię. Przydałby ci się ktoś, kto by cię tulił na przepustkach i ci gotował. A nie, wpadasz do mnie i wyżerasz wszystkie jajka. Masz w ogóle gdzie tu spać? W sensie na Cytadeli?
– Przymierze ma tu swoje kwatery. Ale nie ma w nich jajek, tylko zwykłe, syntetyczne żarcie.
– Dlatego wpadasz do mnie i mi wyżerasz zapasy – mruknęła, nadąsana.
– No już, już, odkupię ci. – Poklepał żartobliwie siostrę po ramieniu. – Będę się zbierał. Muszę się przespać choć kilka godzin…
– Możesz spać tutaj. – Jane zerwała się na równe nogi. – Louil nie ma, kanapa się rozkłada, a rano mogę ci naleśniki zrobić.
– Naleśniki? – John zamarł na chwilę.
– Naleśniki. Z prawdziwego mleka, nie syntetyki.
John walczył ze sobą przez chwilę, w końcu skapitulował.
– Te naleśniki mnie przekonały. I po co mi inna baba, skoro własna siostra tak o mnie dba?
– Tylko się nie przyzwyczajaj. Na Normandii nie będę się tak wydurniać. – Pogroziła mu palcem.
– A szkoda.
John, ziewając, wyszedł z biura ambasadora. Kawa, wypita rano u Jane przestała działać i mężczyzna poczuł się nagle strasznie senny. Przez chwilę rozważał, czy zamawiać taksówkę, ale do kwater Przymierza nie było daleko. Spacer dobrze by mu zrobił, wsadził więc ręce w kieszenie czarnej bluzy i ruszył przed siebie.
McDonald, niedawno dopiero otwarty na Cytadeli, reklamował nowego burgera. John zatrzymał się, spojrzał na zdjęcie frytek. Przez chwilę walczył z pokusą, ale cudowny zapach zrobił swoje i mężczyzna w końcu wszedł do środka. Zamówił podwójną porcję i stanął z boku, wlepiając spojrzenie w sklep naprzeciwko. Na wystawie były buty, sądząc po rozmiarach i kształtach, dla wszystkich ras.
Przed witryną pojawił się Wrex.
Komandor zamrugał gwałtownie, zaskoczony. Kroganin usiadł ciężko na ławce, spojrzał na Sheparda. O ile można to było stwierdzić, uśmiechał się.
John odebrał zamówienie, wyszedł na ulicę. Wrex machnął ręką w jego stronę.
– Shepard. – Jego niski i donośny głos przetoczył się po ulicy, zwracając uwagę wszystkich wkoło.
John westchnął, ale podszedł do kroganina.
– Czego chcesz, Wrex?
– Oj, Shepard, nie cieszysz się na widok towarzysza broni? – Odsunął się na brzeg ławki, robiąc trochę miejsca obok siebie.
John zignorował to.
– Nie jesteś moim towarzyszem broni, a za zabicie Pięści SOC powinno cię aresztować.
– Możesz ich wezwać. – Kroganin wzruszył ramionami, co wyglądało dość kuriozalnie. – Pięść nie pożyłby długo. Zdradził Handlarza Cieni, Shepard. Szybka śmierć była aktem łaski.
– Była bezprawna – odezwał się sucho John. – Chciałeś mi tylko to powiedzieć?
– Oj, Shepard, wszyscy ludzie są tacy niecierpliwi?
– Do rzeczy, Wrex. – Frytki były zbyt dobre, aby marnować je na bezcelową rozmowę z krogańskim najemnikiem.
– Pogratulować Widma. Teraz można przejść do interesów.
John zmarszczył brwi.
– Interesów? To nie brzmi dobrze.
– A ten swoje. – Wrex rozejrzał się po ulicy, wyszczerzył zęby do przyglądającego się im podejrzliwie salariańskiego funkcjonariusza SOC. – Teraz ruszasz za Sarenem?
Shepard zacisnął usta.
– A skąd takie przypuszczenie?
– Nie trzeba być geniuszem. – Parsknął Wrex. – Co innego mogli ci dać? Mam propozycję, która może ci się spodobać.
John nie odpowiedział, rozejrzał się, jakby szukał wymówki, żeby stąd pójść. Zrezygnowany usiadł w końcu obok kroganina, zabierając się za frytki.
– Mów.
– Handlarz Cieni wyznaczył nagrodę nie tylko za Pięść. W zasadzie Pięść był tylko dodatkiem do głównego zlecenia.
– Aha… – Frytki były po prostu doskonałe. John przymknął oczy, żałując, że nie może ich jeść w spokoju.
– Moim głównym celem jest Saren.
Shepard zmarszczył brwi, spojrzał w końcu uważniej na kroganina. Siedział rozparty, najwyraźniej rozbawiony całą sytuacją.
– No i? Oczekujesz mojej pomocy, czy jak?
– Proponuję współpracę. – Kroganin rozparł się jeszcze bardziej. – Ty masz statek i informacje o tym gnoju, ja swoją strzelbę i kontrakt.
– Kontrakt?
– Od Handlarza Cieni. Płaci dziesięć milionów kredytów za jego głowę.
– Ile? – John wyprostował się gwałtownie.
– Dziesięć, kurwa, milionów – powtórzył Wrex, powoli, delektując się słowami.
– Przecież to astronomiczna kwota!
– Ja bym powiedział, że za niska jak na polowanie za Widmem. Ale nie ma co być wybrednym, nie?
John w milczeniu jadł frytki, próbując przetrawić wszystkie i formacje. Potem westchnął.
– Właśnie przyznałeś się do zamiaru popełnienia morderstwa.
– Za dziesięć milionów. – Wrex wzruszył ramionami. – Przyszedłem do ciebie jak zawodowiec do zawodowca, proponuję ci współpracę. Weź nie spierdol tego.
– Nie jestem najemnikiem!
– Widmo, najemnik, jak zwał tak zwał. – Kroganin machnął potężną łapą. – Rzecz w tym, że możemy sobie nawzajem pomóc. Nie za darmo, oczywiście.
John skinął głową – wbrew samemu sobie, cała ta rozmowa zaczynała go interesować.
– I tak się nie odczepisz, póki wszystkiego mi nie powiesz. Słucham więc.
– Zabierzesz mnie na swój statek. Będę walczył dla ciebie, a w zamian ty pozwolisz mi wpakować Sarenowi kulkę w łeb. Nagrodą dzielimy się po połowie.
Komandor zmiął puste już opakowanie, wychylił się i wrzucił je do pobliskiego kosza na śmieci. Otrzepał ręce i oparł się wygodniej, zanim znów zaczął mówić.
– Chcesz dołączyć do polowania na Sarena, mieszać się w tę naprawdę paskudną sprawę i jeszcze oferujesz mi za to pięć milionów?
– No, załapałeś wreszcie – ucieszył się Wrex.
John milczał, żałując, że nie kupił w McDonaldzie coli.
– Jaką mam pewność, że po wszystkim nie strzelisz mi w plecy? – spytał w końcu.
– Obrażasz mnie, Shepard. Nigdy nie wykiwałem wspólnika, chyba że mnie wystawił pierwszy. Jeśli ty będziesz ze mną uczciwy, ja będę z tobą. Jak chcesz to umowę możemy spisać.
– Ta, już spisuję umowę z kroganińskim najemnikiem – burknął Shepard.
– Znowu czuję się urażony.
John westchnął, potarł twarz.
– Nie miałem takiego zamiaru – burknął. Propozycja kroganina była dziwna i niecodzienna, ale komandor był zbyt zmęczony, żeby się jakoś mocno dziwić.
– Wykonywałbyś moje rozkazy?
– Zadajesz coraz głupsze pytania, Shepard. Oferuję ci moje usługi i pięć milionów kredytów w zamian za strzelenie Sarenowi w łeb. Drugiej takiej okazji nie znajdziesz.
– Czemu akurat ja? Nie masz żadnych kumpli?
– Mam, ale ty masz największe szanse na znalezienie Sarena. Wiesz, dlaczego? – Wrex nachylił się w jego stronę. – Bo on w końcu sam do ciebie przyjdzie. Nie będzie grał czysto i nie przyjdzie sam. Będziesz potrzebował wsparcia.
John potarł kark, oczy same mu się zamykały.
– Och, do diabła z tym. Udina i tak ma ochotę mnie zabić. Zgłoś się do doku 36 na Normandię, uprzedzę, że tam przyjdziesz. Wylatujemy jutro o ósmej czasu Cytadeli i nie będziemy czekać, jeśli się spóźnisz.
– Ha! – Kroganin roześmiał się głośno. – Nie pożałujesz tego, Shepard! – Wstał z ławki. – No, to trzeba się spakować. Mam nadzieję, że nie będę uderzał głową w sufit tego waszego stateczku?
John kiwnął mu tylko głową, kompletnie zrezygnowany. Nawet nie chciało mu się obserwować odchodzącego Wrexa, odchylił tylko głowę, klnąc w myślach.
No, miał już na pokładzie quariankę, turianina i kroganina. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko batariańskiej parki. Wstał i powlókł się wreszcie do kwater – był okropnie zmęczony.
08.01.2183, Illium
Jane.
Cieszę się, że nic ci nie jest. Kiedy dowiedziałam się o tym, co zdarzyło się na Eden Prime… Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz. My tutaj średnio, ale dajemy radę. Ktoś musi tę wystawę ochraniać, nie?
Z weselszych rzeczy – przekaż gratulację twojemu bratu. Pierwsze ludzkie Widmo to nie byle co. Nie zdziw się, jak będą o nim widy robić i mam nadzieję, że pojawi się w nich i moja postać. W każdym razie mam nadzieję, że oboje jesteście zadowoleni. A skoro lecisz z bratem, to nieprędko znów we dwie wylądujemy na jakimś zadupiu galaktyki, żeby ochraniać dziurę w skale. Trochę szkoda.
Ale jeśli Tobie to odpowiada, to mi też. Daj znać, kiedy będziesz miała czas wyrwać się na drinka albo do kina. Thun też Cię pozdrawia i pierdzieli coś o krogańskich dziwkach. O co mu chodzi?
Louil.
Jane wyłączył omni–klucz z ciężkim westchnieniem. Taksówka mknęła przez Cytadelę z cichym szumem silników więc kobieta rozparła się na fotelu, przymknęła oczy. Kiedy dostała pracę na Eden Prime, czuła irytację, że przydzieleni zostali tam sami ludzie. Teraz pojawiła się również nie do końca porządna radość, że jej najbliżsi przyjaciele nie zostali na to narażeni.
Taksówka zatrzymała się, drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Jane wyszła, chwyciła torbę i plecak, wyprostowała się. Wejście do doków było już niedaleko. Ruszyła z tłumem do wejścia, skręciła w stronę węższych i mniej obleganych schodów. Minęła jakiegoś poddenerwowanego volusa, omal nie wpadła na śpieszącego się salarianina. Przeprosiła go, kryjąc irytację – nie była nawet pewna, czy salarianin ją w ogóle zauważył.
Przed dokiem 36 stał młody żołnierz w mundurze Przymierza. Uważnie obserwował otoczenie, zaciskając usta. Zastąpił jej drogę z służbistym wyrazem twarzy, gdy podeszła bliżej.
– To teren zamknięty – odezwał się ostro. – Proszę się odsunąć.
Jane odstawiła torbę na podłogę.
– Tak, wiem, znajduje się tam Normandia. – Uśmiechnęła się lekko na widok miny żołnierza. – Oczekiwano mnie.
Mężczyzna spojrzał na nią nieufnie, z ociąganiem uruchomił komunikator.
– Pani imię?
– Jane Shepard – powiedziała, delektując się efektem, jakie wywołało jej nazwisko. – Mój brat na mnie czeka.
Żołnierz jakby spokorniał, rzucił jej nazwisko, wysłuchał odpowiedzi. Kiedy ponownie na nią spojrzał, miał znacznie przyjemniejszy wyraz twarzy. Otworzył drzwi, odsunął się i, ku zdumieniu Jane, zasalutował, kiedy przechodziła obok.
To było dziwne.
Kadłub Normandii błyszczał w świetle lamp. Żołnierze i technicy kręcili się po doku, część zajęta, część tylko udająca, że coś robi. Nikt jej już nie zatrzymywał ani nie zwracał na nią uwagi, szybko więc dotarła pod śluzę. Dopiero tam zauważył ją Kaidan Alenko, rozmawiający z jakąś kobietą o surowym wyglądzie. Kiwnął na nią ręką, uśmiechając się, więc Jane, już bez przeszkód, weszła na pokład Normandii.
John wyszedł z kokpitu, uśmiechnął się na jej widok. Jane, z jakiegoś powodu była pewna, że jej brat będzie w pancerzu i z niejakim zaskoczeniem przyjęła jego ubiór – ciemne, wojskowe spodnie nieśmiertelniki na piersi oraz oliwkową koszulkę, opinającą umięśnione ramiona. Dzień wcześniej obciął włosy, co Jane przyjęła z żalem. Według niej z takimi krótkimi włosami John wyglądał jak oskubany jeż.
– Jesteś, to możemy ruszać. Joker, kurs na Therum.
– Tak jest, komandorze. – Joker uruchomił panele sterowania, nucąc coś pod nosem.
– Chodź. – John wziął torbę od siostry. – Pokażę ci kajutę.
– Gdybyś miał adiutanta, to on by nosił za mną torbę.
– Może po prostu chcę spędzić czas z siostrą? – Zerknął na nią. – Coś strasznie dużo mówisz o adiutancie. Chcesz, żebym ci kogoś przydzielił, czy jak?
– Tylko wtedy, jeśli będzie przynosił mi jedzenie i masował stopy.
Mężczyzna westchnął ciężko. Zeszli na drugi pokład, kiedy podłoga lekko zawibrowała. Jane uniosła głowę, rozejrzała się, trochę niepewnie, nawet nie wiedząc, czemu. Normandia startowała gładko, bez żadnego szarpnięcia. John uniósł brwi w niemym pytaniu, ale jego siostra pokręciła tylko głową.
Drzwi do wspólnej kajuty rozsunęły się. John położył torbę siostry na piętrowym łóżku po prawej stronie, zaraz za drzwiami. Trzech żołnierzy, dwóch mężczyzn i kobieta, zerwali się na widok dowódcy i stanęli na baczność.
– Spocznij. No, to twoje miejsce. – Odwrócił się do siostry. Tu masz szafkę na rzeczy osobiste, w ładowni czeka już miejsce na pancerz i broń. Wiesz, gdzie jest mesa, po drugiej stronie korytarza jest pomieszczenie rekreacyjne… A resztę poznasz sama. Rozpakuj się, zapoznaj z Normandią… Zajrzyj potem do mnie, dam ci wszystkie dane od Rady.
– Jasne, braciszku – powiedziała z westchnieniem, odłożyła plecak. – Jeść dostanę o każdej porze, czy mam pilnować zegara?
– Jako biotyk jesz kiedy chcesz. Tylko bez przesady. – Skrzywił się. – Budżet mam duży, ale nie chcę go poświęcać tylko na twoje żarcie.
– Ranisz mnie, braciszku.
– I nie mów do mnie ,,braciszku" – mruknął, spoglądając ciężko na żołnierzy.
Wyszedł z kajuty, zostawiając Jane ze złośliwym uśmiechem na ustach.
Kobieta westchnęła ciężko, sięgnęła do plecaka. Trójka żołnierzy wróciła do swoich zajęć, rozmawiając między sobą. Jane rozpakowała się, ignorując ich zaciekawione spojrzenia – na zapoznawanie się przyjdzie czas później. Wąskie łóżko za bardzo przypominało jej Przymierze. Tyle dobrego, że nikt teraz nie będzie jej rozkazywał, a za nazwanie jej „płaską szmatą" będzie mogła dać po mordzie.
Uśmiechnęła się złośliwie.
Wyszła na korytarz. John zniknął, pewno w swojej kajucie, Normandia sunęła przez przestrzeń, zadziwiająco cicha. Kobieta ruszyła przed siebie, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić.
– O, cześć. – Kaidan podszedł do niej, uśmiechając się. Wydawał się znacznie bardziej rozluźniony. – Cieszę się, że tu jesteś. Komandor wspominał, że zamierza cię w to wciągnąć, ale nie sądziłem, że się zgodzisz.
– Cóż, ja też nie. – Jane potarła kark. – Gdyby mi ktoś dwa miesiąc temu powiedział, że będę znowu na wojskowym statku, dostałby po pysku. No ale skoro brat prosi…
– Dobrze będzie mieć kolejnego biotyka na pokładzie. – Kaidan skinął jej głową. – Zwłaszcza twojego pokroju.
– Mojego pokroju, ha? – Rozejrzała się wkoło, jakby oczekując, że zobaczy kogoś przysłuchującego się ich rozmowie. – Jestem zwykłym biotykiem, jak ty.
– Jesteś świetnym biotykiem. Nie wiem, czemu tak się wypierasz. – Kaidan stanął przy jednej konsoli, uruchomił ją. – Szkoda, że odeszłaś z Przymierza. Mogłabyś zrobić karierę.
– Taką jak ty? – Jane oparła się o ścianę, skrzyżowała ramiona.
Milczeli przez chwilę. Kaidan sprawdzał stan statku, Jane uważnie obserwowała otoczenie i każdego mijającego ich żołnierza.
– Poprzednio nie miałaś okazji obejrzeć dokładniej Normandii – powiedział w końcu Kaidan, wyłączając konsolę. – Komandor będzie zajęty jeszcze przez jakiś czas, więc może ja cię oprowadzę?
Jane spojrzała na niego z namysłem, powoli skinęła głową.
– Chętnie.
Normandia była duża i mimo wojskowego charakteru, zadziwiająco przestronna. Konstruktorzy zadbali też o komfort załogi – oprócz obszernej mesy zapewniona była siłownia, połączona z pokojem relaksacyjnym oraz porządne łazienki z ciepłą wodą – jak na standardy wojskowe – istny luksus.
Zeszli do ładowni.
– Hej, Garrus! – Podeszła do turianina z szerokim uśmiechem.
– Cześć, Jane. Zastanawiałem się, czy dasz się w to wpakować. – Turianin odłożył broń na skrzynię służącą mu za stół i wstał. Wyglądał całkowicie inaczej w zwykłym, cywilnym ubraniu.
– Ja do ostatniej chwili nie sądziłam, że dam się w to wpakować. – Podeszła do Mako. –Szlag, ale to wielkie. Ciężko się tym jeździ?
– To wielka krowa na kołach, ale taranuje wszystko na swojej drodze. – Kaidan klepnął niewiele od niego mniejsze koło. – Wspomaga się silniczkami z polem efektu masy, bez tego nie mógłby skręcać.
– Mako jeszcze nie jeździłem. – Garrus stanął obok nich. – Szkoda, że nie pływa w lawie.
– Ostatni raz jechałam jakimś czołgiem na ćwiczeniach w wojsku. – Jane wzdrygnęła się. – Ciemno, ciasno i śmierdzi.
Kaidan roześmiał się
– No, tu nie będzie inaczej.
– Czemu nie ma tu promu? – westchnęła smętnie kobieta. – Tam zazwyczaj jest trochę więcej miejsca. I nie trzęsie.
– Będzie zabawa, jak wejdzie tam Wrex.
Jane rozejrzała się niepewnie.
– Czyli jednak John się nie naćpał, kiedy mi o tym pisał? – Potarła bliznę na czole. – Kiedy on tam wejdzie, ja zostanę na zewnątrz.
– Nie zamierzam się tam pakować. – Rozległ się za nimi ciężki głos kroganina. – Ludzka technika. Mała i słaba, zupełnie jak salariańska.
– No nie, teraz to już jesteś złośliwy – mruknęła Jane, odsuwając się i robiąc mu miejsce.
Garrus roześmiał się.
– Kiedy wejdę tam ja i Wrex, nie będzie tam miejsca dla Sheparda.
– Może jak się wyjmie fotele, to się gdzieś ta człeczyna zmieści. – Kroganin wyszczerzył nagle zęby. – Może go wtedy nie pogniotę.
Jane obejrzała się na niego, uśmiechnęła się lekko.
– Nie jestem pewna, czy chcę tego słuchać. I na pewno nie będę próbowała tam wchodzić przy waszej dwójce.
– I dobrze. – Wrex spojrzał na nią. – Ludzie są miękcy. Jak wy w ogóle tak możecie, chodzić z narządami na wierzchu?
– Narządy na wierzchu? – Jane spojrzała zdumiona na kroganina, potem na Kaidana. – Kiedy ty niby widziałeś narządy na wierzchu u człowieka? Znaczy no – dodała szybko – poza tymi momentami, kiedy rozpłatasz człowiekowi brzuch.
– A to wy nie macie jelit pod pancerzem?
Garrus roześmiał się, odsłaniając ostre zęby.
– To było dobre.
Jane uniosła brwi, spojrzała na Kaidana, szukając u niego pomocy. Ten tylko wzruszył ramionami.
– Na mnie nie patrz, ja nic na wierzchu nie mam.
– Żadne z nas nie ma. – Kobieta podrapała się po karku. – Nasze narządy są wewnątrz, no bo… No bo są i już. Nawet nazywają się wewnętrzne i serio? To takie śmieszne? – Zmarszczyła z niesmakiem nos, gdy Wrex pochylił się do przodu z głośnym śmiechem.
– Oj, zdecydowanie tak – przyznał Garrus. – Sami tak nabieraliśmy ludzi w SOC. Przyznaj się, Wrex, chciałeś, żeby ci pokazała, że nie ma narządów na wierzchu.
– Co mogę powiedzieć, nabieranie ludzi to wciąż nowa rozrywka. – Kroganin wzruszył ramionami i odszedł, zostawiając oszołomionych Jane i Kaidana oraz wciąż rozbawionego Garrusa.
– Czy byli tacy, którzy zdejmowali ubrania i demonstrowali swoje wewnętrzne narządy? – Kobieta odwróciła się do turianina.
Wzruszył ramionami.
– Zazwyczaj po prostu podciągali koszule i pokazywali brzuchy. Nigdy cię nikt tak nie nabrał?
– Nie. – Jane pokręciła głową, marszcząc nos. – Komiczni zboczeńcy…
Kaidan kiwnął głową, trochę ponuro, zmarszczył nagle czoło, dotykając komunikatora.
– Wybacz, Jane, komandor mnie wzywa. – Uśmiechnął się przepraszająco.
– W porządku, nie zgubię się przecież. – Skinęła głową.
Kaidan odszedł szybkim krokiem, zostawiając Jane i Garrusa. Turianin usiadł z powrotem na skrzyni, klepnął skrzynię obok.
– Siadaj. I tak będzie tu niewiele do roboty.
Pokręciła głową.
– Dzięki, ale może później. Pójdę zobaczę, co u Ash.
Zamrugał gwałtownie.
– Tej kobiety z Eden Prime?
– Tak, a co?
– Nic. – Garrus wykonał coś w rodzaju wzruszenia ramionami. – Zajęła się przeglądem uzbrojenia i chyba ma ochotę zastrzelić każdego, kto do niej podejdzie. Dlatego ja zostanę tutaj.
Jane parsknęła śmiechem, skinęła mu głowa i odeszła. Minęła Wrexa, starannie go ignorując – co było ciężkie do zrealizowania, bo kroganim sprawiał wrażenie, jakby zajmował całą ładownię.
Ashley stała przy stole, sprawnie rozkładając karabin. Jej dłonie poruszały się szybko, pewnie i w całkiem przyjemnym rytmie.
– Hej. – Jane stanęła obok. – Tym nie powinien się zajmować ktoś z logistyki?
– O, cześć. – Ash wyprostowała się, odłożyła lufę. – Łatwiej mi się myśli jak mam zajęte ręce.
– Jestem to w stanie zrozumieć. – Jane rozejrzała się, oparła się w końcu o ścianę, wsuwając dłonie w szerokie kieszenie spodni.
– Wszystko w porządku?
Ashley chwyciła magazynek, niemal nienaruszony, wsadziła go w gniazdo. Kilka kosmyków ciemnych włosów wymknęło się jej z ciasnego koka.
– Jak ci się podoba na Normandii? – spytała się, odsuwając od stołu.
– Cóż, jest dziwna. – Jane wzruszyła ramionami. – Inna. Nie zmieniaj tematu. Jak się czujesz?
– Dobrze. – Krótka i rzeczowa odpowiedz zabrzmiała wyjątkowo sucho.
Jane zaszurała nogami.
– Nie chcesz rozmawiać o Eden Prime.
– Nie ma o czym rozmawiać. Obie skończyłyśmy lepiej niż nasze oddziały i to powinno wystarczyć za komentarz.
Jane westchnęła ciężko, markotnie. Wrzask nabijanego na pal żołnierza znów rozbrzmiał jej w uszach, a nie–jej myśli i słowo „nadchodzą" wbiły się na powierzchnię myśli jak irytująca ryba. Potarła gwałtownie oczy, próbując pozbyć się obrazów. Nie pomogło.
Szczęk broni powiadomił ją, że Ash złożyła karabin do końca. Jane otworzyła oczy, potrząsnęła głową. Potrzebowała zajęcia, tak samo jak Ashley.
– Szkoda, że nie zdążyłyśmy wyskoczyć na drinka na Cytadeli. Następnym razem jak zadokujemy w jakimś cywilizowanym miejscu, musimy gdzieś się wybrać.
Na twarzy Ashley pojawił się lekki uśmiech.
– Jasne. – Chwyciła kolejny karabin. – Poszłabym też do teatru. Ostatni raz byłam chyba z rok temu, z moimi siostrami.
– O, lubisz teatr? – zdziwiła się Jane. – Nie wyglądasz na taką.
– Tak? – Ash uniosła na nią wzrok, machnęła lufą. – Dlaczego?
Roześmiały się obie nagle głośno. Jane pokiwała głową z zadumą.
– To pójdziemy do teatru, a potem, kulturalnie, na drinka.
– Dystyngowanie.
– Elegancko. W sukienkach.
– Z bronią u pasa.
– Mówiłam, elegancko. Długo zamierzasz się tym bawić?
Ash wzruszyła ramionami.
– Ile będzie broni.
Jane pokiwała głową w zadumie.
– Czyli bardzo długo. – Wyprostowała się, wsunęła dłonie w kieszenie. – Idę coś zjeść. Ty nie jesteś głodna?
Ash pokręciła tylko głową, znowu całkowicie skupiając się na rozłożonej broni. Jane wzruszyła ramionami i ruszyła do mesy. Nie było tam zresztą nikogo poza kucharzem o sympatycznym uśmiechu i różnobarwnych oczach. Wysokokaloryczny posiłek nie był taki zły, a skoro mogła jeść ile tylko chciała…
Poprosiła o dwa dodatkowe batony z błyskiem w oku. Niech Przymierzenie płaci.
John siedział przy swoim biurku, czytał coś, co prawdopodobnie było diablo nudnym raportem. Jane usiadła bezceremonialnie na łóżku, podskoczyła kilkukrotnie z błazeńskim uśmiechem na twarzy.
– Kurna, czemu ty masz takie zajebiste łózko a ja więzienną pryczę?
Mężczyzna zerknął na siostrę.
– Więzienna prycza? Nie chciałabyś widzieć prawdziwej więziennej pryczy.
Jane położyła się na łóżko, podłożyła dłonie pod głowę.
– A ty wiesz? Musisz mi o tym koniecznie opowiedzieć!
Mruknął coś niewyraźnie, przeskoczył do następnego pliku. Kobieta przymknęła oczy, ciesząc się wygodnym łóżkiem i szumem silników Normandii.
– Nie przeszkadzam ci w ogóle? – wymruczała w końcu.
– Nie. Jak będę chciał spać, to cię zrzucę.
– Mnie to pasuje. – Uśmiechnęła się lekko, uniosła się na łokciach. – Robisz coś ciekawego czy czytasz, żeby mądrze wyglądać.
– Ja zawsze mądrze wyglądam.
– Nie, to ja zawsze mądrze wyglądam. Ty przeważnie wyglądasz jak zakapior.
Wyłączył komputer, odwrócił się do siostry.
– Uzupełniamy się.
– Tak w ogóle to ile będziemy lecieć?
– Sześć dni.
– Podróże międzysystemowe ssą. – Jane westchnęła, wstała z łóżka. – Choć to i tak krótko, kurs rejsowy trwałby…
– Prawie trzy tygodnie. Normandia osiąga prędkość piętnastu prędkości światła, nie narzekaj więc na długość lotu.
Gwizdnęła radośnie.
– Łoo, wiedziałam, że polubię ten stateczek!
– Stateczek… – Spojrzał na nią z niesmakiem.
Zaśmiała się tylko, podeszła do ekranu. Nie zwracając uwagi na brata, uruchomiła go.
– Wiesz, że za przeglądanie niektórych plików grozi kara? – John uniósł brwi.
Zerknęła na niego, uśmiechnęła się radośnie.
– Rodzina na pokładzie zawsze stwarza problemy.
John wzruszył ramionami, odsunął się, robiąc jej miejsce prze biurkiem. Włączyła raport z Eden Prime i czytała go teraz, ze zmarszczonymi brwiami. John przyglądał się siostrze – w czarnym podkoszulku i obszernych spodniach z mnóstwem kieszeni wyglądała na niższą, niż była w rzeczywistości. Ciemne włosy spięła w ciasny węzeł, jednak kilka kosmyków wymknęło się i łaskotały ją w kark. Wyprostowała się z westchnieniem, potarła bliznę na czole.
– W oficjalnym raporcie to wszystko wygląda jeszcze… dziwniej.
– Ale nie masz już tych… – Wykonał nieokreślony ruch wkoło czoło. – Wizji? Głosów?
– Mówiłam ci, miałam tylko przy nadajniku – rzuciła tylko sucho. – Ale spoko, jak zacznę wariować do cna, to ci powiem. Znaczy – na pewno coś powiem. Może coś w rodzaju „unga–bunga, jestem kałamarnicą", ale coś powiem.
– Czemu kałamarnicą? – John uniósł brwi,
Jane zawahała się przez chwilę, wzruszyła w końcu ramionami.
– Nie mam pojęcia. Śniły mi się raz, od czasu tego nadajnika. Takie wielkie.
John spoglądał na nią z troską. Jane poruszyła niepewnie pod wpływem tego spojrzenia, zmiękła.
– Nie musisz się o mnie martwić, wiesz? Nadajnik może i wypalił mi wizję w mózgu, ale poza tym nic mi nie jest. No dobra, dobrze! – przyznała szybko. – Nie brzmi to najlepiej. Ale może ta T'Soni będzie miała jakieś odpowiedzi.
– Oby dobre – mruknął John, odwracając wzrok. – Bo jeśli jest po stronie Sarena, to marnie to widzę.
– Zobaczymy, nie? – Kobieta wyłączyła komputer, znowu się uśmiechnęła szeroko. – Daj spokój i przestań się martwić o stan mojej głowy. Mogę iść nawet na badania do doktor Chakwas, jeśli chcesz.
– Idź. – Kiwnął głową. – I tak martwiła się o twój implant, a ty nie poszłaś do szpitala na Cytadeli.
– A kiedy miałam iść? – Nadąsała się. – Biegałam po Cytadeli i pomagałam ci łapać złoczyńców. Poza tym badania biotyków nie są refundowane poza Przymierzem, musiałabym sporo zapłacić za ten zestaw badań
– Teraz masz darmowy. Marsz do ambulatorium. – Wskazał jej ręką drzwi.
Wsunęła obie ręce do kieszeni, prychnęła pogardliwie.
– O, a teraz mi rozkazujesz.
– Jeśli będzie trzeba, to tak.
Westchnęła, wzruszyła ramionami.
– Dobra, już dobra, idę. Mam tylko nadzieję, że Przymierze nie wystawi mi koszmarnego rachunku za badania. Bo i tak nie zapłacę.
