Wybaczcie obsuwę, nie miałam kiedy skończyć poprawiania tego rozdziału.
A tak w ogóle, ponieważ jestem gatunkiem studenta, który więcej roboty ma w wakacje niż przez cały rok akademicki, jestem zmuszona wstrzymać opcio. Dlatego kolejny rozdział pojawi się 1 października. Na pocieszenie powiem, że potem rozdziały znów powinny pojawiać się względnie regularnie.
Żeby nie było zbyt nudno, zamierzam poprawić te części, które się już pojawiły. Literówki, przecinki, drobnostki, które mam zebrane (i dziękuję Wam za to, ludziska!), poprawione zostaną też niektóre sceny (na pewno w trzecim i szóstym rozdziale). Jak skończę, to napiszę co dokładniej, o.
Także ten… zapraszam do czytania, komciania i zajrzenia na dwa inne opcia, które są na moim profilu. Tymczasem miłych wakacji Wam wszystkim!
Miłego!
VII
Jane zakołysała się, zaklęła przez zęby. Mako przechyliło się gwałtownie w bok, siedząca naprzeciwko Tali zacisnęła mocniej dłonie na pasach. Bez nich już leżałaby na przeciwległym siedzeniu, na Jane.
– John, do jasnej cholery, musisz wybierać takie wyboje?! – ryknęła przez radio do brata, gdy pojazd wyprostował się z gwałtownym szarpnięciem.
– Nic nie poradzę, siostrzyczko, to nie niebostrada na Thessi. – Głos Johna był zadziwiająco wesoły, co doprowadzało ją do szału.
– Ale czy to oznacza, że musisz jechać po największych wertepach?
– Za dużą miałaś przerwę od żołnierskiego życia. – Jane nie widziała twarzy brata, ale była święcie przekonana, że śmiał się jak głupi.
Wymruczała coś tylko ze złością.
Dwa rzędy siedzeń bokiem do kierunku jazdy mogły pomieścić normalnie ośmioro ludzi, ale Wrex znacznie zmniejszał ilość dostępnego miejsca. Skulony niemal w pół, zajmował dwa siedzenia i wydzielał z siebie dziwny, drażniący zapach, od którego Jane kręciło w nosie. Tyle dobrego, że Garrus, siedzący obok, nie był tak kanciasty, jak się obawiała. Zerknęła na Ashley – ta przymknęła oczy i mimo wstrząsów wyglądała jakby spała.
Tył pojazdy podskoczył. Kobieta zaklęła, mało nie odgryzła sobie języka, wcisnęła się głębiej w fotel. No bo nie mogło być tak, żeby mogli podjechać kolejką, normalnie, jak ludzie. Nawet nie poczuła wielkiego zaskoczenia, gdy po wejściu w atmosferę Therum odebrali sygnał alarmowy, z którego wynikało, że pięć godzin wcześniej kolonia została zaatakowana, cała łączność i transport odcięte, a jedynym dostępnym transportem stało się to cholerne Mako.
– Wykopaliska T'Soni znajdują się półtora kilometra przed wami, komandorze – rozległ się lekko zniekształcony głos Jokera. – Wykrywam też sygnatury gethów, zmierzają w waszą stronę.
– Przyjąłem. Alenko, bierz się za działko.
– Tak jest.
Jane nie widziała ani Kaidana ani swojego brata, usłyszała jednak ruch i charakterystyczny dźwięk konsoli działa. Zacisnęła zęby. Nie miała ochoty zostać pogrzebana w tak paskudnej i ciasnej puszcze i na dodatek na jakiejś małej, zapomnianej górniczej planetce.
Tali sięgnęła do swojego omni–klucza, zalewając wnętrze Mako pomarańczowym blaskiem.
– Komandorze, przesłałam panu dane dotyczące strategii gethów – odezwała się po minucie. – Mam nadzieję, że będą przydatne.
– Wszystko jest przydatne dla bojowej WI – mruknął John. – Poruczniku, widzicie coś?
– Zbliżają się do nas pojedyncze jednostki.
– Strzelaj do wszystkiego co się rusza.
– Byleby nie strzelił do T'Soni – mruknęła Ash, otwierając w końcu oczy. – Zaczyna się coś dziać?
– Jak możesz być tak spokojna? – odezwała się nagle Tali.
– Bo to prawdziwa wojowniczka. – Głos Wrexa wypełnił Mako. – Zbiera siły teraz aby wpaść w szał podczas bitwy.
W Mako zapanowała cisza.
– Tak. Dokładnie. – Ashley w końcu skinęła głową, znów przymknęła oczy. – Powiedzcie mi, kiedy zacznie się bitwa.
W tym momencie usłyszeli huk, pojazd podskoczył nagle, a potem ruszył gwałtownie do przodu.
– Oho… Chyba się zaczyna. – Garrus poruszył się gwałtownie.
– Uwaga! – krzyknął John, skręcając gwałtownie. Poczuli lekki wstrząs – to Kaidan uruchomił działo.
– Ha! Przestańcie się cackać i po prostu mnie stąd wypuśćcie! – Wrex poruszył się gwałtownie, unosząc swoją strzelbę.
– Nic nam to nie da jak cię gethy rozstrzelają – odezwał się spokojnie Garrus. Karabin leżał na jego kolanach, wciąż złożony.
– Ha. Tak się dzieje z turianami.
– Tak? – Garrus wyprostował się. – Wydawało mi się, że dzieje się tak z każdym durniem, który pakuje się pod lufę.
– Ty… – Wrex szarpnął, uderzył głową o sufit.
– Uspokójcie się, obaj! – warknęła ostro Jane.
Kroganin spojrzał na nią, jego wargi uniosły się, odsłaniając pokaźne zęby, nie powiedział jednak nic więcej. Jane spojrzała ciężko na Ash, która przyglądała się całej sytuacji tylko jednym okiem.
Obie wzruszyły ramionami.
– Ha, żryj to, skurwielu! Dobry strzał, Alenko! – Głos Johna znów był idiotycznie radosny jakby znajdował się w symulatorze bojowym i zbierał punkty w rankingu.
– Co to, kurwa, jest?
Jane uniosła głowę, słysząc zaniepokojony głos Kaidana.
– Co tam się dzieje? – rzuciła, ale nie zwrócili na nią uwagi.
Mako szarpnęło, podskoczyło nagle, John zaklął paskudnie.
– Gethy wysłały coś większego.
Tali uniosła głowę, jej świetliste oczy zamigotały.
– Jak dużego, komandorze?
– Bardzo. Rzucam obraz.
Na ekranie nad nimi pojawił się obraz z kamery. Wielki kształt na czterech, szeroko rozstawionych nogach zwrócił się w stronę Mako. Głowa, będąca większą wersją głowy getha poruszała się w górę i w dół.
– To kolos, komandorze – odezwałam się Tali. – Nigdy go na żywo nie widziałam… Gethy rzadko ich używają, wymagają dużej ilości programów.
– Mają jakieś słabe punkty?
– Nie wiem, komandorze. To maszyny bojowe wysyłane do najcięższych walk. – Zawahała się na moment. – Gdybym miała obstawiać jakiś punkt, to nogi i głowę.
– Alenko, celuj temu czemuś w łeb.
– Tak jest, komandorze.
Jane była pewna, że teraz obaj się uśmiechają. Wariaci – przemknęło jej przez głowę. Kolejny huk zagłuszył jej myśli – kolos czymś strzelał i to coś najwyraźniej trafiło tuż obok nich.
– Tarcze spadają! – krzyknął Kaidan.
– Widzę – wycedził przez zęby John. Skręcił gwałtownie, Mako znów szarpnęło, słuchawka od komunikatora zatrzeszczała okropnie.
– No pięknie, umrę przed czterdziestką w pierdolonej puszcze – warknęła Jane, głównie dla samego narzekania. Nikt zresztą nie zwrócił na nią uwagi. Rozległ się kolejny huk, tym razem pojazdem mocno zatrzęsło. Najwyraźniej dostali.
– Tarcze przeciążone! – wrzasnął Kaidan.
– Widzę – warknął John. Skręcił Mako tak gwałtownie jak tylko się dało. Alenko krzyknął coś niezrozumiale, Mako zatrzymało się nagle z nieprzyjemnym szarpnięciem.
– Zdjęty, komandorze. – Głos Kaidana był zadziwiająco spokojny.
– I bardzo dobrze. Z tyłu wszyscy cali?
– Nikt się nie zrzygał, jeśli o to pytasz. – Jane potarła kark, przymknęła oczy. – To wszyscy na razie?
– Joker? – Mako ruszyło znów do przodu, znacznie wolniej niż normalnie.
– W okolicy to tyle, ale mamy sygnatury krążownika gethów.
– No, to trzeba się pośpieszyć. Nie jesteśmy daleko.
Ashley znów przymknęła oczy, Wrex wyszczerzył zęby prosto na Garrusa.
Wysiedli przed wąską drogą nad przepaścią. Na suchej i spękanej ziemi leżały tory kolejki naziemnej, ale nigdzie nie było widać wagoników. Samo Mako było za ciężkie i za szerokie, aby przejechać po ścieżce.
Wrex przeciągnął się mocno, ziewnął, wystawiając długi i wąski jęzor.
– No, wreszcie trochę ruchu – mruknął Garrus. – Nie chcę wyjść na marudę, ale macie strasznie niewygodne pojazdy.
Kroganin spojrzał na niego ciężko, ale nie odezwał się. Jane uśmiechnęła się krzywo.
– Nikt nie przewidział, że tą puszką będzie jechał jakiś obcy. To poważne niedopatrzenie. John, postaraj się, żeby następne Mako było większe co?
– Następne? I co jeszcze, może zachciało ci się nowej Normandii?
Jane wzruszyła ramionami. Wyjęła pistolet, na próbę uniosła biotyką pobliski kamień. Zadowolona, wyszczerzyła się do brata. Kolejny kamulec śmignął obok niej i trzasnął w pobliską ścianę skalną – to Wrex poczuł potrzebę aby się rozruszać. Garrus pokręcił tylko głową.
– Czy absolutnie wszyscy biotycy muszą się popisywać? – Ash zeskoczyła na ziemię. Ciemna przesłona hełmu nie pozwalała dojrzeć wyrazu jej twarzy.
– To nie popisywanie się. To jak… o, jak strzelanie palcami. Takie coś na rozruszanie stawów.
Ostry głos Johna przerwał tę dyskusję.
– Idziemy. Joker, co jest przed nami?
– Baraki mieszkalne, komandorze. Żadnych oznak życia.
– Przyjąłem.
Plac przed wejściem do kopalni był zryty śladami kół, ciała naukowców leżały w różnych pozach, nie zawsze w całości. Garrus ominął czyjąś głowę z wytrzeszczonymi oczami. Mruknął coś pod nosem.
– Sami ludzie – warknął Wrex. – Nie widzę żadnej asari.
– Mogło jej tu nie być podczas ataku – odezwała się Jane. – Może jeszcze żyje.
– Może być w zmowie z gethami i odpowiedzialna za to – zauważyła Ash. – A to może być pułapka.
Jakby na potwierdzenie jej słów pocisk odbił się od tarcz Garrusa.
– Kontakt! – wrzasnął John, rzucając się na ziemię.
Jane zrobiła to samo, otaczając się niemal odruchowo błękitną poświatą. Obok niech upadła Tali, kurczowo ściskając w jednej ręce swoją strzelbę, w drugiej gotowy do rzutu granat magnetyczny. Jane nie widziała Ash ani Garrusa – musieli schować się za ścianą jednego z baraków. Tylko Wrex nie wykazywał chęci do ucieczki, stał na środku placu z szeroko rozłożonymi rękami.
– No dalej, wy blaszane skurwysyny! – Pociski odbiły się od bariery biotycznej. – No dalej!
Ruszył w stronę najbliższego getha. Jane ze zdumieniem patrzyła na krogańską szarżę. Poruszał się szybko jak na swoje rozmiary, otaczając się energią i rycząc coś niezrozumiale. Pierwszy geth dostał strzał w głowę z odległości metra. Tali rzuciła granat w stronę kolejnego – magnetyczny wybuch usmażył jego procesor i geth upadł jak szmaciana lalka. John strzelił w stronę najbliższych, klnąc pod nosem. Gdzieś z boku rozległ się mrożące krew w żyłach krzyk. Jane odwróciła się, zacisnęła pięść. Kilka bezwłosych ciał biegło niezgrabnie w ich stronę, wyjąc potępieńczo i wyciągając przed siebie ręce jak zombie ze starych horrorów. Biotyczny pocisk rozerwał niemal na pół biegnące ciało, gdzieś z boku rozległ się kolejny huk.
– Uwaga!
Geth, znacznie większy od poprzednich, pojawił się na placu. Strzał z potężnej strzelby trafił Kaidana, niemal całkowicie zdejmując mu tarcze i przewracając go na plecy. Upuszczony karabin szczęknął cicho, szurając po kamieniach. Tali podczołgała się do porucznika, wyraźnie przestraszona.
John strzelił do behemota, ale pociski odbiły się od tarcz, rykoszetując w bok. Coś, co mogło być omni―kluczem, błysnęło na ręce getha błękitnym światłem.
― Komandorze, on może na bieżąco wzmacniać swoje tarcze, nie możemy go trafić! – krzyknęła Tali. – Mogę to wyłączyć, ale potrzebuję czasu!
Kaidan podniósł się, stękając i klnąc na przemian. Błękitna poświata zamigotała w jego rękach, potem rozszerzyła się w półokrągłą sferę, obejmującą jego i quariankę.
― Pośpiesz się. Nie wiem, ile to wytrzyma.
Tali kiwnęła głową, omni―klucz błysnął na pomarańczowo, odbijając się w jej ciemnej masce.
John sięgnął po strzelbę z maniakalnym uśmiechem na twarzy.
– Ty, skurwysynu! – wrzasnął w stronę getha, unosząc broń.
Gdzieś z boku rozległ się mrożący krew w żyłach ryk. Wrex, pochylony do przodu, szarżował na behemota z otwartą paszczą i szeroko rozstawionymi ramionami. Wpadł na getha, powalił go z głośnym brzdękiem. Zwarli się w uścisku, tarzając po ziemi.
Jane odepchnęła biotyką jedno ciało, zaklęła, kiedy kolejne, pozbawione nóg i czołgające się po ziemi, złapało ją za łydkę i próbowało gryźć. Zgniotła głowę butem, strzeliła w nos następnemu. Zombie, jak zaczęła nazywać je w myślach, były stosunkowo słabe i niezgrabne, ale wyjątkowo żywotne i upierdliwe. Następny trup, tym razem kobiety, skoczył na nią z potępieńczym wyciem. Zaskoczona, cofnęła się, potknęła o wciąż drgającą rękę. Złapała truposza za ramiona i z całej siły wyrżnęła go głową w nos. Rozległo się chrupnięcie, na zombie nie zrobiło to jednak większego wrażenia. Kula w głowie już tak. Jane krzyknęła, zaskoczona, zdążyła jeszcze zastrzelić kolejne ciało, zanim w komunikatorze rozległ się triumfalny śmiech.
– Następnym razem poproś, Jane!
– Garrus?! Mogłeś mnie trafić, cholera!
– Ja nigdy nie pudłuję.
Jane zaklęła, kopnęła jeszcze ze złością ruszającą się rękę i podbiegła do Tali. Quarianka, dalej pochylona nad omni–kluczem, nie zwróciła na to uwagi.
– Ja to zrobię – mruknęła Jane do Kaidana, uwalniając biotykę. Mężczyzna kiwnął jej tylko głową, zgarbił się, oddychając ciężko. Krew odpłynęła mu z twarzy.
Wrex przygniótł behemota do ziemi i naparzał go właśnie kolbą własnej broni. Jane wreszcie zrozumiała, czemu krogańskie strzelby były tak niezgrabne – idealnie sprawdzały się w formie maczug. Behemot nie zwracał jednak no to uwagę, zacisnął przydługie ramiona wkoło Wrexa i próbował go z siebie zrzucić.
W odpowiedzi Wrex, wciąż dziko rycząc, zacisnął szczęki na obłej głowie getha.
– Tali, długo jeszcze?! – krzyknął John.
– Kolejni z północy – odezwała się Ash.
– Bosh'tet… On się aktualizuje na bieżąco, za dużo tu programów! Nie jestem w stanie się przez to przedrzeć! – jęknęła quarianka. – Och, do diabła z tym, Wrex, odsuń się!
Jeśli kroganin usłyszał komunikator, nie dał po sobie tego poznać. Oderwał szczęki od głowy getha, uderzył go potężną pięścią, zaryczał coś niezrozumiale. John zaklął.
– Wrex, to był rozkaz!
Kroganin uniósł łeb.
– No rusz się, durniu! – ryknął w komunikatorze Garrus.
Wrex odskoczył, zadziwiająco szybko, strzelił do wciąż leżącego behemota. Geth w tym momencie wyprężył się, wydał z siebie mechaniczny dźwięk, a potem po prostu wybuchł.
– Ło kurna… – Jane zdjęła barierę. – Nie mogłaś tak od razu?
Tali podniosła się z ziemi, zakłopotana.
– Przepraszam. Zazwyczaj unikałam wykrycia i…
– Komandorze, wycofali się – odezwała się znów Ashley.
– I jest ich o dwóch mniej. – W głosie turianina dało się słyszeć satysfakcję. – Byłoby o trzech, ale krogański szał bojowy rozprasza na odległość.
– Ha. Mięczak – mruknął Wrex.
John odetchnął głęboko.
– Trzeba się rozejrzeć. Może T'Soni udało się uciec.
Zza położonych wyżej skał wyszli Garrus i Ashley. Turianin złożył swoją snajperkę, w tym momencie nieprzydatną i trzymał zamiast niej znacznie poręczniejszy karabin.
– Nigdzie nie ma ciała T'Soni. – Williams podeszła do komandora. – Możliwe, że gethy ją zabrały. Albo że z nimi poszła. Dobrowolnie.
– Nie wiadomo. – Jane wzruszyła ramionami.
– To gdzie jest?
– Może się ukryła? – zaproponowała Tali. – Ja bym tak zrobiła.
Komunikator zatrzeszczał.
– Komandorze?
– Co jest, Joker?
– To dziwne. – Głos pilota był nieco zniekształcony. – Szukam jakichkolwiek odczytów i zauważyłem coś dziwnego w kopalni.
– Co?
– W zasadzie to nic… ― Głos pilota brzmiał zadziwiająco niewinnie. John zaklął przez zęby.
– Joker, przestań pieprzyć.
– Kiedy o to chodzi, że nic, komandorze. Odbieram sygnały z całej okolicy z wyjątkiem kopalni. Jest całkiem ciemna, jakby nic tam nie było.
– Zakłócacze? – John zmarszczył brwi, zerknął na siostrę.
– To możliwe. Może gethy. – Przygryzła wargę. – W kopalni powinien być sprzęt górniczy, komputery osobiste, a to wszystko wysyła sygnały.
– Więc T'Soni może tam być? – warknął Wrex.
– Och, świetnie. Pierwsza misja z ludzkim Widmem polegająca na przeczesywaniu kopalni. Jestem pewien, że widziałem coś takiego w jakiejś grze wideo. – Garrus roześmiał się nagle.
Jane spojrzała na niego z zainteresowaniem.
– Grasz w gry komputerowe?
– Zamknąć się – warknął John i Jane, niemal instynktownie, stanęła na baczność. Jej brat potrafił mówić w wyjątkowo władczy sposób.
– Tak jest, komandorze. – Garrus zasalutował.
– Alenko i Williams wracacie do Mako. Strzelacie do wszystkiego co może się zbliżyć.
Kaidan skinął głową, trzymając się za bok.
– Tak jest. – Ash zasalutowała i zerknęła z niepokojem na Alenko. – Wszystko w porządku, poruczniku?
― Nic mi nie jest, wystarczy trochę medi―żelu – mruknął.
John spojrzał na niego nadawcze, ale odwrócił się w stronę wejścia do kopalni.
– Reszta za mną.
Korytarz był wąski, trochę zagracony, ale przynajmniej dobrze oświetlony. Interfejs hełmu pokazał gwałtowne obniżenie temperatury, potem zamigotał ikonka sygnału. Zakłócacze już ich łapały.
– Vakarian, zabezpieczasz drzwi.
Garrus skinął głową, stanął przy wejściu jak ochroniarz, trzymając swój karabin. John ruszył przodem, unosząc broń. Jane miała ochotę zakląć, zamiast tego wymamrotała niemądrą rymowankę. Tali ruszyła za nimi, oglądając się nieco niepewnie. Pochód zamykał Wrex, mocno pochylony, wypełniający sobą niemal cały korytarz.
Tali uruchomiła omni–klucz.
– Kolejne ciała – mruknęła, wskazując niewyraźną stertę pod ścianą. – Wytwarzają jeszcze ciepło.
John kiwnął głową. Posuwali się powoli naprzód, w milczeniu. Interfejs na hełmie Jane pokazywał brak sygnału – weszli w obszar całkowitego zakłócenia. Irytująca myśl pojawiła się w głowie kobiety – jeśli tu zginął, to pies z kulawa nogą się o tym nie dowie.
Nie–jej myśl zawyła gdzieś w środku.
– Cicho! – syknęła wściekle, potrząsnęła głową.
– Co jest? – John uniósł broń, rozejrzał się. – Wszystko gra?
Spojrzała na niego z irytacją, odetchnęła głębiej, uświadamiając sobie, że przecież nie widzi jej twarzy, w końcu wzruszyła ramionami.
– Chyba tak. Tak. Pośpieszmy się.
Nie–jej myśl umilkła, ale nie pozwalała o sobie zapomnieć. Coś ją pobudzało, wynurzała się na powierzchnię świadomości, ciągle i ciągle. Jane znów przygryzła wargę do krwi. Ból przynajmniej odpychał te nieprzyjemne wizje.
Nad drzwiami windy paliły się światła. Tali uruchomiła konsoletę. Rozstawili się tak, aby mieć ewentualnych przeciwników jak na widelcu i tylko Wrex ustawił się przed drzwiami, rozkładając zachęcająco ręce.
Winda, ku jego rozczarowaniu, okazała się pusta.
– Pewno czekają na nas na dole. Jane?
– Dam radę – mruknęła, pakując się do windy.
– No i dobrze. Mnie zostawcie rozpierdziel. – Głos Wrexa był chrapliwy i trochę przerażający.
– Tali, na jakie piętra ostatnio stąd zjeżdżano?
Quarianka błysnęła omni–kluczem.
– Najwięcej było zjazdów na poziom minus osiem. Może tam są prace?
– Może. – John wcisnął przycisk, drzwi windy zasunęły się z sykiem.
Jane wcisnęła się w róg, próbując uciec przed napierającym na nią Wrexem. Jego ogon sterczał i dygotał lekko. Irytująca muzyczka w windzie… cóż… irytowała.
Nie–jej głos płakał.
Chyba zaczynała wariować.
– Bariery – mruknął John.
Błękitna poświata zamigotała, bariera stanęła przed nimi, gotowa do ochrony.
– Długo nie wytrzyma, braciszku.
Winda zatrzymała się, drzwi rozsunęły się ze zgrzytem. Wrex napiął się, gotowy do ataku, ale w korytarzu nikogo nie było.
– To dziwne – mruknął John. – Gdzie są gethy?
– Może były tylko te na zewnątrz?
– No, nie sądzę. – Tali pochyliła się nad porzuconym gethem. Jego pancerz był rozdarty, ręka leżała oddarta metr dalej. – Pocisk biotyczny. Rozerwał procesor i uszkodzi… O, mam. – Wyjęła rdzeń pamięci. – Usmażony. Ale może uda się coś z niego wyciągnąć.
Włożyła rdzeń do jednej z kieszeń w kombinezonie.
– Biotyka? Może T'Soni? – zainteresowała się Jane.
– Tam coś jest – mruknął nagle John, unosząc broń. Reszta zrobiła to samo.
W korytarzu pojawił się geth. Szedł powoli, jakby ociężale, trzymając niewprawnie broń. Na ich widok uniósł karabin, ale nawet nie zdążył strzelić. Biotyczny pocisk Wrexa oderwał mu głowę.
Kolejnych nie było.
– Okej, to było dziwne. – Jane przestąpiła z nogi na nogę. – Co mu było? Chodził jak ślimak.
– A czy to ważne? – parsknął kroganin.
– To ciekawe. – Oczy Tali błysnęły intensywniej. Podbiegła do getha, uruchomiła omni–klucz. – Nie wiem, czy to możliwe, ale… Wygląda na to, że gethy nie spowodowały zakłóceń. Same są przez nie osłabione.
– Jak to? – John podszedł do niej.
– Ich sieć neuronowa jest osłabiona, na platformie działają tylko podstawowe programy. Pamiętasz, komandorze, mówiłam ci o sieci neuronowej.
Błyszczące oczy uniosły się na niego. Jane westchnęła ciężko, markotnie. Pamiętała wykład quarianki na temat inteligencji gethów i niewiele z niego zrozumiała. Z miny Johna wnioskowała, że on zapamiętał nieco więcej. Pewno dlatego, że miało to znaczenie bojowe. Zapamiętałby na pamięć układ cętek na varrenie, gdyby to miało zastosowanie bojowe.
Tali kontynuowała.
– Te zakłócenia wpływają nie tylko na nasze nadajniki, na gethy też! Muszę zbadać źródło tych zakłóceń, do tej pory nikt nie umiał zakłócić ich sieci neuronowej!
– Jeśli będzie czas. Najważniejsza jest T'Soni.
– Tak, komandorze. – Tali wstała z ciężkim westchnieniem. Światło przy jej filtrze powietrza zamigotało mocniej.
Ruszyli dalej wąskim i nierównym korytarzem. Na podłodze leżał porzucony sprzęt górniczy, znaleźli tez kolejnego getha.
– Krew – mruknął Wrex.
Na ścianie widać było rozmazaną smugę.
– Fioletowa. Niedobrze…
– To tylko draśnięcie. Nic…
– Sza! – Jane uniosła rękę. – Tam co jest.
Za załomem korytarza zapulsowało nagle jaśniejsze światlo. Ruszyli w tamtą stronę coraz szerszym i coraz bardziej zagraconym korytarzem. Rozszerzał się on, przechodząc w nieprawdopodobnie wielką i przestronną jaskinię. Była doskonale oświetlona, widać wszędzie było porzucony sprzęt, komputery czy broń. Na podłodze leżało też kilka ciał.
– Sami ludzie – rzuciła Jane.
Tali badała kolejnego getha, omni–klucz błyskał w półmroku.
– Ten też zginął od biotyki.
John skinął głową z czymś na kształt uznania.
– Musiała zwiać w głąb kopalni.
Jane znów ugryzła się w język. Ból spychał nie–jej wspomnienia daleko w głąb umysłu.
– No dobra, ale którędy? – mruknęła, rozglądając się. Coś nie pasowało jej w tej jaskini. Była duża. Skalista. Miała stalaktyty i stalagmity.
Ale im dłużej patrzyła na ściany, na równą podłogę, na ślady na suficie, tym większą miała pewność. Jaskinia nie była tylko jaskinią – jej ściany były zbyt gładkie, podłoga zbyt równa. Pozostałość po mieście – uświadomiła sobie. Prawdopodobnie przedproteańskim.
– Winda. – Wrex podszedł do ciemnego szybu, znajdującego się za jednym z baraków mieszkalnych. Ciągnął się w dół, nieoświetlony. Konsola migała łagodnie diodami.
– I chyba działa. – John wcisnął przycisk, w zgłębi szybu dało się słyszeć szum. – Kryć się.
Rozproszyli się po jaskini, czekając na to, co mogło przyjechać razem z windą. Jane zacisnęła dłoń, biotyka zawirowała wkoło jej dłoni. John przyklęknął obok niej, za przewróconą koparką, uniósł karabin. Była pewna, że uśmiechał się szeroko.
Platforma windy znów okazałą się pusta.
– No kurwa, no… – Wrec wydawał się autentycznie rozczarowany. – Gdzie się podziały te wszystkie gethy?!
Jane wyprostowała się, uwalniając biotyczny ładunek gdzieś w bok. Głowa rozwalonego getha podskoczyła z brzdękiem.
– Pochowały się?
– Zamknąć się. Jane, bariery.
Kobiet westchnęła markotnie, ale stanęła na platformie, łapiąc się barierki. Biotyka zamigotała, otaczając ich błękitną poświatą. Ruszyli w dół wraz z niepokojącym skrzypieniem windy.
Na dole panowała już całkowita ciemność. W świetle latarek widać było zniszczone lampy oraz kolejne rozwalone gethy.
– Biotyka – mruknęła Tali. – Ten zastrzelony, ten… wyłączony? Dziwne. Może próbowały przenieść programy.
– Ten zakłócacz zmusił getha do samobójstwa? – Jane uśmiechnęła się wbrew sobie.
– Gethy nie żyją, nie mogą popełnić samobójstwa. – Quarianka wzruszyła ramionami. – Mam nadzieję dostać to urządzenie. Naprawdę pomogłoby w walce z gethami…
– Priorytetem jest T'Soni – mruknął John.
– Wiemy, wiemy, braciszku…
Ściany korytarza coraz częściej pokrywały freski i fragmenty stałych płyt. Światło odbijało się od przeźroczystych zabezpieczeń, tych, które nie zostały zniszczone przez pociski. Pod nogami Johna zagrzechotał datapad z pękniętym wyświetlaczem.
Coś zawyło w głowie Jane.
W dali zaczęło pojawiać się delikatne światło. Początkowo niewyraźne, ledwie poświata, z każdym krokiem nabierało jednak intensywności. W końcu korytarz przeszedł w kolejną jaskinię o obłym, zdecydowanie nienaturalnym kształcie. Nie to jednak było najdziwniejsze – najdziwniejsza była niebieska sfera pod przeciwległą ścianą, utrzymująca w środku nieruchome, zwiotczałe ciało.
– Co to jest? – Tali opuściła strzelbę.
John nie odpowiedział, razem z Wrexem, niemal jednocześnie, ruszyli do przodu, wciąż z uniesioną bronią. Jane i Tali ruszyły z nimi.
Postać w sferze okazała się być młodą asari, ubraną w biały, lekko przybrudzony strój. Uwięziona w niewygodnej pozycji z szeroko rozrzuconymi ramionami i swobodnie zwisającą głową wydawała się martwa. Dopiero po chwili dostrzegli niemal niezauważalny ruch jej klatki piersiowej. Na boku miała nieopatrzoną, paskudną z wyglądu ranę.
– T'Soni? – mruknął John.
– Była tu tylko jedna asari – odezwała się Tali.
Jane rozglądała się, zdenerwowana. Znowu słyszała szepty, coraz bardziej głośne i coraz bardziej natarczywe. Potrząsnęła głową, próbując je odgonić, ale nic to nie dało. Dziwne słowa wypełniały jej głowę i ledwo usłyszała, że brat zadał jej jakieś pytanie.
– No co? – warknęła gwałtowniej niż zamierzała.
– Pytałem, czy wszystko w porządku.
– No tak, tak – odpowiedziała rozdrażniona, wyprostowała się. – Co z tą tutaj?
John uniósł omni–klucz.
– Skaner nic nie wykrywa. Pole zastojowe?
– Nie tylko. Również zakłócacz i coś w rodzaju… izolatora? – Quarianka uniosła głowę. – Ciężko to określić. Nie wiem też jak to wyłączyć.
– Rozwalając to. – Wrex wzruszył ramionami.
– Potrzebujemy jej żywej.
– Zaraz to rozgryzę. Tak myślę. I…
Asari we wnętrzu sfery poruszyła się. Uniosła powoli głowę, gwałtownie mrugając oczami. Potem otworzyła usta i krzyknęła głośno.
– Heeej, spokojnie! – John opuścił broń, stanął przed asari. –Słyszysz mnie?
Krzyk asari przeszedł w zduszony szloch i minęło kilka sekund, zanim była w stanie kiwnąć głową.
– Wy… wy nie jesteście gethami! – Jej głos był nienaturalnie przytłumiony. – Ludzie! Jesteście z Przymierza?
– No kurwa, ja to na pewno – parsknął Wrex.
– Tak, jesteśmy z Przymierza. – John spojrzał ostrzegawczo na kroganina, schował karabin. – Komandor Shepard, marynarka Przymierza. Ty jesteś Liara T'Soni?
Szarpnęła się w sferze.
– Tak, to ja. Możecie mi pomóc? Zostałam tu uwięziona!
– To widzimy – mruknęła Jane, trochę zbyt złośliwie. Nikt tego nie usłyszał.
John rozejrzał się.
– Jak się tutaj dostałaś?
– Chciałam się ochronić, więc uruchomiłam to urządzenie. Napisy na nim mówiły o ochronie, więc pomyślałam… ― odetchnęła głęboko. ― Ale konsola jest na zewnątrz. Nie mam jak się stąd wydostać.
– Głupia asari, to po co się tu pakowałaś? – Wrex pokręcił głową.
– To proteańskie urządzenie ochronne, myślałam, że mnie ochroni przed gethami! – jęknęła. – Uruchomiłam je, ale to jakieś pole zastojowe i… Słuchajcie, wszystko wam wyjaśnię, ale wyjmijcie mnie stąd!
John westchnął, skinął na Tali.
– Poszukaj sposobu na wyłączenie tego pola. Na pewno nie jest z Sarenem.
– Chyba że to podstęp. – Jane podeszła do konsoli za quarianką.
– Z kim? – Liara spróbowała się obrócić w sferze. – Z nikim nie jestem, po prostu chcę się stąd wydostać! – Zamarła na chwilę. – Co z innymi? Widzieliście doktora Paula?
John zerknął na siostrę. Wzruszyła ramionami.
– Nie znaleźliśmy nikogo innego. Przykro mi – dodał trochę sztywno.
Asari zamarła, opuściła głowę.
– Bogini… Nikt?
– Nikt.
Milczała przez chwilę.
– Czego gethy chciały? Bo to były gethy, tak?
John skinął głową. Tali próbowała uruchomić konsolę, mrucząc coś pod nosem.
– Prawdopodobnie ciebie.
– Ja… Mnie? – Otworzyła szeroko niebieskie oczy. – Ale czemu?
Wrex obszedł całą jaskinię, węsząc podejrzliwie w powietrzu. Stanął w końcu za Johnem, wykrzywił się dziwacznie do T'Soni, ukazując pełen garnitur zębów.
– Porozmawiamy, kiedy cię stąd wydostaniemy. Tali, jak ci idzie?
– Nie wiem czy dam radę, komandorze – mruknęła. – Jestem technikiem, nie archeologiem, nawet nie rozumiem języka, w jakim to jest zaprogramowane!
Wrex podszedł do niej, zaskakująco cicho.
– Odsuń się – mruknął, unosząc strzelbę.
– Wrex, nie! – wrzasnął John, ale było już za późno.
Huk wstrząsnął całą jaskinią, kilka kamieni posypało się ze sklepienia. Jeden uderzył w hełm Jane. Konsola strzeliła iskrami, w środku pojawił się płomień. Sfera zgasła nagle, a T'Soni upadła ciężko na podłogę, jęcząc cicho. Rana na boku znów zaczęła krwawić.
– Nie ruszaj się – mruknęła Jane, klękając przy asari. Wyjęła ampułkę z medi–żelem, wbiła go w jej ramię. – Zaraz poczujesz się lepiej.
– …ndia. Komandorze, odezwijcie się do kurwy nędzy!
– Joker?
– O, cholera, komandorze, dobrze, że was słyszę. Mamy mały problem – krążownik wszedł na orbitę i wypuścił desantowiec! Leci prosto w waszą stronę.
― Nie wykryli was?
― Maskowanie włączone, ale zostało nam pół godziny. Pośpieszcie się, bo będę stąd musiał zwiewać sam.
– Przyjąłem, Joker. Co z nią? – Odwrócił się do siostry.
Odrzuciła pustą ampułkę, potrząsnęła głową.
– Medi–żel potrzebuje kilku minut, nie przeskoczymy tego.
– Mogę… mogę iść. – Twarz T'Soni przybrała niezdrowy, jasnoniebieski odcień. Uniosła się na nogi, niepewnie, Jane musiała ją przytrzymać.
– To dobrze. – John skinął głową, podszedł szybko do kroganina. – Wrex, następnym razem, gdy wydam rozkaz, to masz go do kurwy nędzy wypełnić, rozumiemy się?
Wrex nachylił się, wyszczerzył zęby.
– Nie mam ochoty słuchać twoich rozkazów, człowieku.
– Ale będziesz to robił, bo mieliśmy umowę. – Głos komandora był cichy i pozornie bardzo spokojny.
Wrex cofnął łeb, schował zęby.
– Tak. Umowa.
– Skończcie porównywać swoje penisy i chodźmy stąd! – syknęła Jane, podtrzymując asari. – Doktor T'Soni, na pewno dasz radę iść?
– Wystarczy… Wystarczy Liara. – Asari skrzywiła się mocno. – Już jest lepiej. Mogę iść, postaram się za bardzo nie opóźniać.
Tali grzebała w szczątkach konsoli, mrucząc coś do siebie. Uniosła głowę, światło przy jej filtrze powietrza mrugało gwałtownie.
– Ty… ty rozwaliłeś to! – krzyknęła w końcu, zrywając się na nogi. – To była szansa mojego ludu! To coś zakłócało gethy, czy ty masz pojęcie, jak ważne to było?! – Machnęła rękami w wyrazie bezsilności. – To twoja zemsta!? Skoro twój lud nie może być zdrowy to mój nie może odzyskać domu?! Ty…
– Tali!
– No co?! – Quarianka kopnęła resztki konsoli. Ogień w jej wnętrzu zasyczał. – Nie dał mi nawet czasu, tylko…
– Ja działam, nie pierdolę się ze wszystkim. – Wrex wzruszył ramionami.
– Musimy iść! – krzyknęła Jane z frustracją. – Czy ktoś pamięta jeszcze o tym krążowniku nad nami?!
John spojrzał na siostrę, potem na Tali
– Idziemy. Zostaw te resztki. Może znajdziemy jeszcze coś podobnego.
Quarianka zaklęła nagle, bardzo ordynarnie, kopnęła jeszcze raz resztki konsolety. John już stał przy windzie. Razem z Liarą ledwo zmieścili się na platformie.
– Nikt… – szepnęła nagle asari, gdy szli opuszczonym korytarzem. – Tyle śmierci i ten smród… Ta krew…. – Zatrzymała się przy jednym z ciał. – Myślałam, że mimo wszystko znaleźliście kogoś.
– Gdyby tak było, powiedziałbym – mruknął John
– Wiem, komandorze. Po prostu miałam nadzieję. Pracowałam z tymi ludźmi prawie rok, a teraz patrzę na ich ciała i… – Potarła twarz dłońmi. – Powinnam była się wrócić, nie uciekać. Może udałoby mi się kogoś uratować…
– Oskarżanie się teraz nic nie da – rzuciła Jane. – Uwierz mi.
Garrus czekał na nich przy wejściu do kopalni. Zasalutował Johnowi, obrzucił szybkim spojrzeniem Liarę.
– Na zewnątrz spokój, choć Alenko zameldował jakiś ruch zaraz po odzyskaniu łączności.
– Ten krążownik? – Jane uniosła głowę.
– Nie wspominali nic o krążowniku. – Garrus wyglądał na zaskoczonego. – To chyba mniejsze jednostki, może zwiad.
– Liara, trzymaj się z tyłu. Jane, osłaniaj ją.
– Robi się – mruknęła.
Wyszli z kopalni na ciemny, obcy świat. Nie wszystkie lampy zostały zniszczone i zalewały teraz plac ostrym, nieprzyjemnym światłem. John i Wrex ruszyli przodem, w stronę Mako. Z boku szedł Garrus, jego niebieski panel optyczny błyskał co jakiś czas. Jane zerknęła w górę na sekundę – niemal spodziewała się desantowca gethów, przelatującego im nad głowami. Przez chwilę wydawało się jej, że coś słyszy.
– Hej, mięczaki!
Z prawej strony zbliżało się do nich trzech krogan. Wrex wyszczerzył zęby w ich stronę, jego ogon zadrżał.
– Młode durnie – mruknął.
– Co tu do kurwy nędzy robią kroganie? – mruknęła Jane. – Nie za dużo ich w tej sprawie?
John uniósł tylko broń i czekał.
– Dajcie asari i spierdalajcie. – Jeden krogan na przedzie uśmiechnął się dziwnie. – Albo i nie spierdalajcie. Będzie śmieszniej.
John wydał z siebie dziwnie radosne westchnienie.
– Nie mamy na to czasu.
Liara za jego plecami wydała z siebie przeciągły jęk
– Nie spierdalają. Czyli ich zajebiemy. – Najmniejszy kroganin uderzył pięściami o siebie. Nie miał żadnej broni, ale najwyraźniej nie był to dla niego żaden problem.
Wrex wydał z siebie dziwne, przeciągłe westchnienie.
– Mogliście, młodziki, zostać w domu i polować na pyjaki.
Odpowiedział mu tylko ryk.
Jane uniosła rękę, biotyczny pocisk przewrócił jednego z krogan. Poczuła w ustach charakterystyczny smak krwi. Liara za nią krzyknęła rozdzierająco, ziemia zatrząsała się, gdy dwóch krogan zwarło się w uścisku.
– Zabierz ją do Mako! – ryknął w radiu John, biegnąc w bok i wciąż strzelając do krogan. Jego tarcza padła dokładnie w momencie, gdy dopadł do jednej z górniczych koparek i schował się za nią.
– Chodź! – syknęła Jane do asari. – Głowa nisko, postaw bariery. Umiesz strzelać?
Liara najpierw pokręciła głową, potem jęknęła.
– No umiem, ale…
– To masz. – Kobieta wcisnęła jej do ręki swój pistolet, sama sięgnęła karabin. – Tylko nie postrzel nas.
Asari odetchnęła, próbując się uspokoić, błękitna poświata otoczyła jej sylwetkę. Trzeci kroganin ruszył w ich stronę, wrzeszcząc coś niezrozumiałego. Jane wrzasnęła w odpowiedzi, wystrzeliła w jego stronę cała serię pamiętając o starej radzie Thuna, aby celować w głowę.
Ku jej zdumieniu, kroganin padł.
Nie opuściła broni, zbyt zdumiona, aby wykonać jakikolwiek ruch. Nie walczyła do tej pory z wieloma kroganami, ale żaden nie powinien paść tak szybko.
– Co do kurwy? – wyszeptała tylko.
Wrex wyprostował się znad zmasakrowanego ciała, krew na jego twarzy zabarwiła ją na identyczny kolor jak pancerz. John wychylił się zza osłony, tarcze naładowały się znów. Ostatni z krogan ruszył na niego z rozwartą paszczą. Uchylił się przed jednym strzale drugi strzaskał mu naramiennik.
– Kurwa! – zaklął, znów skacząc za maszynę. Nie do końca celując wychylił się i strzelił do przeciwnika. Kroganin, tak jak spora część krogańskich najemników, nie nosił żadnych tarcz, pociski odłupały mu tylko kawałki pancerza. Wrex rzucił się na niego, John musiał odskoczyć gwałtownie. W głowie zaświtała mu tylko myśl, że Jane i Liara i powinny być już w Mako.
– Wchodź!
Drzwi Mako opuściły się, Jane niemal siłą wepchnęła Liarę do środka.
– Kaidan, Ash, pilnujcie jej i bądźcie gotowi do drogi! – wrzasnęła, zupełnie niepotrzebnie, bo radio działało naprawdę dobrze. – Ja wracam do reszty.
– Idę z tobą.
– Siedź, Alenko, masz chronić Liarę.
– Czekaj, ja... – Asari próbowała jeszcze coś powiedzieć, ale drzwi zamknęły się za nią.
Jane ruszyła biegiem z powrotem, słysząc dziwne porykiwania i strzały. W radiu dało się słyszeć jakieś dziwne głosy i przekleństwa. Kiedy dobiegła do pierwszych baraków, w radiu zapanowała cisza.
– John! – krzyknęła, czując irracjonalną panikę. – John!
– Co tu robisz, gdzie Liara? – Komandor podbiegł do niej. Nóż w jego ręce pokryty był ciemną posoką, podobnie jak jego pancerz.
– Uch, braciszku, wyglądasz, jakbyś zaszlachtował świnię – jęknęła na jego widok. – Biłeś się z nim na noże?!
– Padł, skurwysyn. – Głos Johna był idiotycznie spokojny.
Jane jęknęła z frustracji. Wrex przeszedł obok niej z mordą pokrytą krwią, za nim pojawił się Garrus z opaską od omni–klucza w szponiastej dłoni.
– Młodzi nie mieli nic przy sobie, największy tylko omni–klucz. Jakiś stary model.
– Komandorze, naprawdę musimy ruszać! – Joker wydawał się wyjątkowo zaniepokojony. – Krążownik wypuścił kolejne kolosy, zbliżają się w waszą stronę!
– Ruchy! – krzyknął John.
Mako czekało na nich z już opuszczonymi drzwiami. Wbiegli do środka, Wrex na końcu, w zasadzie wtaczając się do wnętrza. Ash ruszyła gwałtownie, nie czekając nawet, aż drzwi zatrzasnął się do końca.
– Joker, będziemy w punkcie zbornym za dziewięć minut!
– Aye, aye, komandorze!
Liara zaciskała dłonie na pasach, rzucała co jakiś czas szybkie i przerażone spojrzenia na Johna.
– Wszystko w porządku? – zapytał John, ścierając krew z przesłony hełmu. W zakrwawionym pancerzu nie wyglądał na członka ekipy ratunkowej, a jego ton nie poprawiał sytuacji – pod wpływem adrenaliny brzmiał jak typowy zakapior.
Skinęła głową, niepewnie.
– Mam twój pistolet – mruknęła nagle, zerkając na Jane.
– Cieszę się. Lubię tę broń.
Mako podskoczyło niemiłosiernie.
– He, ta ludzka kobieta prowadzi lepiej niż ty, Shepard. – Wrex wyszczerzył się.
– Zamknij się – burknął John.
Wjechali na pokład Normandii bez większych problemów. Wrex wytoczył się pierwszy, klnąc głośno i powtarzając coś o durnej, małej technologii ludzików. Liara wyszła z Mako, rozglądając wkoło z mieszaniną strachu i zachwytu.
– Joker, zabierz nas z tego układu, szybko i po cichu – rzucił John, wysiadając z pojazdu. – Jane, w porządku?
– Taa – mruknęła, zdejmując hełm. Na twarzy i szyi miała zaschniętą krew z nosa, była też znacznie bledsza niż zwykle. – Ty też dostałeś parę razy.
– Nic mi nie będzie. – Komandor sam zdjął wreszcie swój hełm. Uśmiechnął się szorstko do Liary. – Witamy na pokładzie Normandii, doktor T'Soni.
Asari skinęła tylko głową, otwierając szerzej oczy. W normalnym świetle widać było, że jej tęczówki mają ten sam błękitny odcień co skóra.
– Dziękuję – odpowiedziała. – Wszystkim wam. Zginęłabym tam. Albo w tym urządzeniu albo gethy… – Odetchnęła głębiej, najwyraźniej powstrzymując płacz.
John poklepał ją niezdarnie po ramieniu, zostawiając na białym uniformie ślady ziemi i krwi.
– Hmm, wybacz – mruknął, odsuwając się na krok. – Dostaniesz jakieś nowe ubrania.
– To nic takiego, komandorze. – Asari pokręciła głową. – Czemu w ogóle te gethy mnie ścigały?
– Mamy teorię. – Jane uśmiechnęła się krzywo, wycierając krew z twarzy.
– Ale to za chwilę. – John zdjął rękawice. – Doktor T'Soni, Alenko, idźcie do ambulatorium. Mamy sporo czasu na rozmowę.
– Tędy. – Kaidan wskazał windę. Asari ruszyła posłusznie za nim, rzucając jeszcze tylko ostatnie spojrzenie na bliźnięta.
Przez chwilę panowało milczenie, przerywane tylko szczękiem zdejmowanego sprzętu.
– Ostatecznie nie poszło źle – powiedział John, odkładając napierśnik. – Choć gdybyśmy byli wcześniej, może udałoby się ocalić kogoś z zespołu badawczego.
– Gdybać to sobie możemy do usranej śmierci. – Jane wzruszyła ramionami. Jej jaskrawoczerwony kombinezon zakładany pod pancerz lepił się do całego ciała, mokry od potu.
John spojrzał ciężko na siostrę.
– Na pewno nic ci nie jest? Wyglądasz okropnie.
Spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
– Przyzwyczajaj się. Biotyka ma swoją cenę.
Kiwnął głową, niezbyt jednak przekonany.
– Doktor Chakwas ma cię potem zbadać – rzucił w jej stronę i ruszył w stronę windy.
Parsknęła.
– Taa, a ciebie nie musi. – Nie zareagował. – Ej, braciszku! – dodała głośniej.
Odwrócił się, unosząc zniecierpliwiony brwi.
– Ostatni raz rzucałeś się na kroganina z nożem, jasne?
Roześmiał się tylko, pokręcił głową.
– Chyba żartujesz. Sama powinnaś spróbować.
Mrugnął do niej i wszedł do windy, zostawiając za sobą zdegustowaną siostrę.
