Dziękuję Dracorian za pomoc z betą. Wiedz, że jesteś nieoceniona!
VIII
– Więc? – Liara potarła skronie. – Moja matka pracuje dla Sarena, a wy chcecie żebym wam powiedziała, gdzie ona jest?
– Dokładnie. – John uśmiechnął się do niej, całkiem miło.
Znajdowali się w sali komunikacyjnej. Duże, okrągłe pomieszczenie z niewygodnymi krzesłami było całkiem przestronne, ale ze względu na obecność kroganina, wydawało się zatłoczone. Wrex stał pod ścianą, ale jakimś cudem zajmował połowę wolnej przestrzeni.
Liara uniosła oczy.
– Ale ja nie wiem, gdzie ona jest! Nie rozmawiamy ze sobą.
Garrus, stojący naprzeciwko Wrexa, pokręcił głową.
– W ogóle? Z własną matką?
Spojrzała na niego z gniewem, tak bardzo nie pasującym do jej łagodnej twarzy.
– Nie rozmawiałyśmy od szesnastu lat, kiedy powiedziałam, że wolę poświęcić się badaniu Protean, a nie polityce! Obraziła się wtedy na mnie, potem przestała się pokazywać, a potem w ogóle zniknęła z życia publicznego. Mogłaby umrzeć, a nikt by na to nie zwrócił uwagi! – Urwała, gniewnie zaciskając wargi. – Przykro mi, komandorze. Chciałabym ci pomóc, ale nie wiem, gdzie jest moja matka.
– Więc w ogóle jesteś nam do czegoś potrzebna? – mruknął nieprzyjemnie Kaidan. Był blady i mrużył oczy, mimo iż w pomieszczeniu nie było przesadnie jasno. Najwyraźniej dopadła go migrena, co nie było niczym dziwnym po Therum. Jane doskonale go rozumiała, sama czuła nieprzyjemne osłabienie mięśni i smak krwi w ustach.
John najwyraźniej nie podzielał jej odczuć.
– Poruczniku, ja decyduję, do czego ktoś może nam się przydać.
Kaidan zamknął na chwilę oczy, najwyraźniej coraz bardziej zirytowany.
– Przepraszam, komandorze – powiedział tylko przez zaciśnięte zęby.
Tali rozglądała się niepewnie, jej jasne oczy błyszczały pod maską. Siedząca obok niej Ash, tylko pokręciła głową, zdegustowana.
– Za pozwoleniem, komandorze – odezwała się cicho Liara. – Jestem ekspertem od Protean, Poświęciłam pół mojego życia na ich badanie i może będę w stanie pomóc z informacjami wydobytym z nadajnika.
– Pół życia? – John uniósł brwi. – Imponujące.
– Dziękuję, komandorze. – Asari splotła nerwowo dłonie. – Niestety jestem zbyt młoda i moje teorie nie są brane na poważnie. Niemniej jednak – chętnie pomogę.
– Młoda? Ile dokładnie masz lat? – Jane spojrzała na nią uważniej.
– Zaledwie sto sześć – mruknęła Liara. – Proszę jednak o to, byście nie sugerowali się moim wiekiem i …
– Spokojnie, spokojnie. – John uniósł ręce, nagle rozbawiony. – Jesteś starsza od wszystkich na pokładzie.
– No kurwa, nie od wszystkich. – Wrex wyprostował się.
– Z wyjątkiem Wrexa. – Jane parsknęła śmiechem. – Więc będziemy traktować cię poważnie. O jakich teoriach mówiłaś?
Liara rozejrzała się trochę podejrzliwie, najwyraźniej upewniając się, że nikt z niej nie kpi. Rozluźniła się w końcu.
– Mam teorię dotyczącą zniknięcia Protean. Oficjalna wersja głosi, że nastąpiła zaraza połączona z wojną domową i że to dlatego około pięćdziesięciu tysięcy lat temu zniknęli z galaktyki. – Wychyliła się do przodu, jej niebieskie oczy błyszczały jasno. – Ale ja wiem, że to nieprawda. Po zarazie, po wojnie domowej zostają ślady! Niemożliwe też jest, żeby objęło to wszystkie ich kolonie, stacje kosmiczne, daleko położone światy, a nawet jeśli, zagłada nie mogła nastąpić tak szybko!
– Brzmi jak jedna z wielu teorii spiskowych. – Szczęki Garrusa odchyliły się, ukazując szpiczaste zęby. – Jakiś czas temu SOC miało trochę kłopotów z grupą wariatów, która atakowała ambasadę hanarów, aby uświadomić im, że Proteanie nie byli bogami. – Umilkł pod ciężkim spojrzeniem Johna. – Co nie oznacza, że to zła teoria – dodał, znacznie szybciej i ciszej.
– Wszyscy wiedzą, że Proteanie nie byli bogami – prychnęła Liara. – Mieli kontakt z hanarami i był on na tyle wyraźny, że przeszedł do ich wierzeń i kultury, to zupełnie naturalne, ja mówię o czymś całkiem innym! – Zerwała się nagle z krzesła, obróciła się wkoło własnej osi. – Proteanie, cała rasa, cywilizacja o podobnym zasięgu jak nasza, została zlikwidowana w ciągu stulecia. Stulecia! Nawet dla was do niedużo, nawet dla salarian i to niemożliwe, żeby cała rasa została tak po prostu unicestwiona! – Odetchnęła głęboko. – Moje badania wskazują, że ktoś zatarł ślady. Że ktoś, lub coś przyśpieszyło tę zagładę i zrobiło co mogło, żebyśmy teraz nic nie odkryli! – Przesunęła dłonią po swoich mackach, usiadła z powrotem, opuszczając głowę.
Nie–jej głos w głowie Jane wrzeszczał głośno i niezrozumiale.
– Pewno myślicie, że oszalałam. – Gorycz w głosie Liary bardzo nie pasowała do jego delikatnego brzmienia. – Moje badania są lekceważone i wyśmiewane i w sumie nie dziwię się innym. Ciągle szukam dowodu na to, ale… – Wzruszyła ramionami.
John spojrzał na siostrę, Kaidan otworzył w końcu oczy, choć potrzebował chwili, aby zogniskować wzrok na Jane.
– No co, ja nie będę dowodem – mruknęła. – Nadajnik by był, ale…
– Mamy własną teorię – przerwał jej John. – Co stało się ze Żniwiarzami.
Liara zawahała się, zanim odpowiedziała.
– Z całym szacunkiem, komandorze, ale zajmuję się Proteanami przez ponad pięćdziesiąt lat i…
– Jane miała kontakt z jednym z przekaźników. – John wskazał na siostrę. – I według danych z niego, to masz całkowitą rację.
– No, to będzie dobre – mruknął Wrex.
Asari wychyliła się do przody, wbijając chciwe spojrzenie w kobietę.
– Zrozumiałaś dane z przekaźnika?
– „Zrozumiałaś" to za dużo słowo. – Jane skrzywiła się, zerkając gniewnie na brata. – Trochę obrazów, uczuć… Myśli, ale nie dla nas, jeśli rozumiesz, o co chodzi. Obce.
Liara skinęła głową.
– Były przystosowane do Protean, nie do nas. Jak mogłaś zrozumieć cokolwiek i nie wypalić sobie mózgu?
– Wypalenie mózgu? – mruknęła niechętnie, wzruszając ramionami. – Nie wiem. Chcesz w ogóle dowiedzieć się, co było w tym przekaźniku?
– Oczywiście, że chcę! – Asari znów zerwała się z krzesła, stanęła naprzeciwko Jane z wielkimi oczami pełnymi nadziei. – Tam mogło być tyle, historia, wiedza, może literatura, klucz do zrozumienia ich mowy! Mogło…
– To było ostrzeżenie przed wielką, paskudną zagładą. – Jane zgasiła jej entuzjazm. Musiała przełknąć ślinę, aby pokonać nagłą suchość w gardle. – Przed czymś wielkim. Mechanicznym, ale nie mechanicznym, czymś, co wybiło Protean.
– Czym?
– Żniwiarzami – mruknęła Tali.
– Taa, miałem rację. To jest śmieszne. – Wrex roześmiał się nagle. John spojrzał na niego niechętnie. Garrus pokiwał głową, wydając z siebie ciche, rozbawione parsknięcie.
– Przed Radą to było po prostu dziwne, ale kiedy tak się o tym po prostu mówi… – Wzruszył ramionami. – Przepraszam. Już nie przeszkadzam.
– Żniwiarze? – Liara zmarszczyła brwi. – Przecież to tylko mało znane legendy.
– Prześlę ci wszystkie informacje uzyskane z banków danych gethów. – Omni-klucz Tali błysnął. – Te informacje trochę się różnią od legend.
– I sądzicie, że… – Asari wbiła wzrok w komandora.
– Hej, widziałam to! – Jane uniosła głowę. – Znaczy… widziałam coś, ale to coś było właśnie zagładą. Tam było ostrzeżenie przed Żniwiarzami. Przed śmiercią. Rozsyłali ostrzeżenia, ale… I tak im się nie udało.
– Było tam coś jeszcze? W tej wizji?
– Nie wiem. Może. – Jane wzruszyła ramionami. – Wizja nie była jasna i były to bardziej odczucia niż obrazy i… – Zawahała się. – Po prostu to było coś nieprzystosowanego do naszego mózgu.
Liara kiwnęła głową, zaczęła krążyć po pomieszczeniu.
– Wizja proteańska. Przekaźnik normalnie wypaliłby mózg, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobił. Masz jakieś objawy psychiczne? – Spojrzała z zainteresowaniem na Jane.
Kobieta wbiła się mocniej w oparcie krzesła, spojrzała błagalnie na brata.
– Nawet jeśli mam, nie będę o tym opowiadać przy wszystkich.
– Będziesz. – Glos Johna był wyjątkowo nieprzyjemny. – Skoro nie chcesz opowiadać o tym lekarzom, to opowiesz o tym tu i teraz.
– Przecież byłam u doktor Chakwas! – zdenerwowała się. – Obejrzała mnie i…
– Nie jest psychiatrą.
– Liara też nie jest psychiatrą, ty też nie jesteś, po co mam mówić?
– No ja pierdolę, co ci lekarze zrobili. – John podszedł do siostry. – Gówno mnie obchodzi, że nie chcesz mówić, rozumiesz? Powiesz wszystko co trzeba, żebyśmy mogli wyciągnąć jak najwięcej z tego przekaźnika!
– A co, to jakaś różnica czy będę miała schizofrenię czy nerwicę? – prychnęła. – Odpieprz się od mojej głowy, braciszku, albo…
– Albo co? – wysyczał, pochylając się nad nią.
Jane spojrzała na brata i po raz pierwszy poczuła na niego naprawdę silną złość. Zielone oczy Johna błyszczały intensywnie, miał zaciśniętą szczękę i wyglądał, jakby szykował się do ataku.
Jane miała ochotę przypieprzyć mu, tak od serca. John uśmiechnął się nagle, samymi ustami, jakby zachęcał ją do tego.
– Mów – powiedział cicho i wyprostował się.
W pomieszczeniu zapanowała całkowita cisza. Kaidan wyprostował się, zaskoczony tym, że przez cały czas trzymał zaciśniętą pięść, gotową do biotycznego ataku. Szybko ją rozluźnił. Pulsowanie w głowie pogorszyło się i miał tylko nadzieję, że nikt niczego nie zauważył.
– Jesteś kompletnym dupkiem, wiesz? – warknęła Jane, śledząc wzrokiem brata.
Wzruszył ramionami.
– To przynajmniej działa.
Potoczyła rozjuszonym wzrokiem dookoła, biotyczny ładunek strzelił jej między palcami.
– Niech was wszystkich szlag trafi – warknęła. – Chcesz wiedzieć, to proszę. Mam koszmary! Prawie w ogóle nie śpię, bo zawsze śni mi się ten sam koszmar i mam te same krzyki w głowie. A, tak, krzyki. Słyszę głosy, braciszku, wiesz? – Popukała się palcem w czoło. – O, tu. Takie wkurwiające, trochę moje, a trochę nie moje. Wrzeszczą, czasem same z siebie, czasem w jakichś konkretnych sytuacjach. Wrzeszczały na przykład w tej kopalni. Nie, nie wiem co wrzeszczały, nie mówię w ich języku! – Krzyknęła histerycznie, łapiąc się za głowę. – Jest tylko jedno słowo które rozumiem, brzmi ono „nadchodzą" i mam nadzieję, że podoba ci się taka odpowiedź, bo lepszej nie dostaniesz!
Odetchnęła głębiej, ugryzła się w język. Przez chwilę panowała cisza, a potem poczuła wielką, szorstką dłoń Johna na swoim ramieniu.
– No tak, oczywiście! – Liara rozejrzała się. – Wizja nie jest przeznaczona dla innych, jest dla Proteanina! Potrzebuje wiedzy, kontekstu! – Dopadła do Jane, stanęła nad nią z rozgorączkowanym wzrokiem. – Pozwól mi ja zobaczyć! Chcę się z tobą połączyć i zobaczyć tę wizję!
– Co?! – Jane zerwała się, przysunęła gwałtownie do brata. – Przecież wy się rozmnażacie w ten sposób!
Ash roześmiała się głośno, zupełnie nieprofesjonalnie. Na twarzy Liary pojawił się wyraz autentycznego przerażenia.
– Nie! To znaczy – podobnie, ale nie w ten sposób! Chcę tylko odczytać twoją wizję, nie łączyć się z tobą w ścisłym sensie!
Jane pokręciła głową.
– Nie przekonuje mnie to.
― Nie dasz rady zrozumieć wizji bez kontekstu. Na Boginię, sam kontakt z nadajnikiem powinien usmażyć ci mózg!
― No, ale nie usmażył – burknęła.
― To prawda. – Liara skinęła głową. – Jestem ciekawa, dlaczego. Co było w tym nadajniku i jak to odebrałaś? A zobaczę tylko to, co mi sama pokażesz.
― Nie chcę wpuszczać nikogo do głowy! – jęknęła Jane.
― No, ja bym tam nie pogardził. – Wrex wydał z siebie dźwięk, który chyba był lubieżnym śmiechem.
Jane spojrzała na niego z mieszaniną nienawiści i rozpaczy, potarła bliznę na czole.
― Nie mam wyjścia, prawda? Nawet jak odmówię, to mój brat―sadysta mnie przywiąże i zmusi.
Spojrzał ciężko na siostrę.
― Jak masz inny pomysł, to mów.
― Nie wiem, może zgram wspomnienia na greyboxa?!
― Udam, że nie słyszałem. – John pochylił głowę. – Róbcie, co macie robić.
― Nie chcę! – jęknęła dla zasady. Doskonale zdawała sobie sprawę z konieczności takiego rozwiązania, ale ten ostatni akt buntu był jej bardzo potrzebny.
― Rozluźnij się – szepnęła Liara, podchodząc do Jane. – Spójrz mi w oczy, pozwól swoim myślom..
― No nie, kurwa, nie będziemy tutaj tego robić! – Kobieta odskoczyła do tyłu. – Może dla ciebie to nie jest jak seks, ale nie będzie mi nikt na widoku grzebał w mózgu!
― Jane! – warknął John.
Spojrzała na niego wściekle, ale w końcu usiadła na krześle, sztywno wyprostowana. Dłonie, zwinięte w pięści, położyła na kolanach. Usta zacisnęła w cienką kreskę, przez co wyglądała bardzo ostro, nieładnie.
― Rób, co masz robić – syknęła, wkładając w to tyle złości, ile tylko mogła.
Zamknęła oczy.
Serce galaktyki unosiło się przed nią, tak piękne i tak kruche zarazem.
Potem pojawiło się niebezpieczeństwo. Śmierć i zagłada, idące razem krok w krok. Niepokój, znów obcy, a jednak obezwładniający, jakby należał do niej.
Rozpacz, brak nadziei, świadomość. Wróg niemożliwy do pokonania. Wielki. Niepokojący. Mnogi.
Ciało i nie―ciało, maszyna skąpana we krwi.
Coś monumentalnego przykryło najpierw cały świat, a potem galaktykę. Groźne, wielkie, potężne, a jej i nie―jej głos mówił, że oni nadejdą i błagał, aby się przygotowali.
Potem znów była ciemność i tylko śmierć, zniszczenie i ból.
I rozpaczliwie krzyczane słowo: nadchodzą.
― Jane?
John kucał przed siostrą, trzymając ją za ręce. Oczy błyszczały mu niepokojem.
― Spierdalaj – wychrypiała, czując okropną suchość w ustach.
Uśmiechnął się szeroko.
― Nic jej nie jest – roześmiał się Garrus. – Coś nowego?
Kobieta rozejrzała się, łypnęła podejrzliwie na Liarę, która opadła na swój fotel z zamkniętymi oczami. Miała rozszerzone usta i przyśpieszony oddech. Ręce opuściła swobodnie wzdłuż ciała, długie, szczupłe palce drgały rytmicznie w błyskach błękitnego światła.
Jeśli tak wyglądał seks asari, Jane nie chciała nigdy więcej tego próbować.
― To było… ― Liara otworzyła oczy – niesamowite! – Zerwała się, zachwiała lekko. Jej rozgorączkowane spojrzenie omiotło całe pomieszczenie. – O Bogini…
― Naprawdę nie wiem jak to skomentować. – Ashley skrzywiła się z niesmakiem. – Przecież to prawie jak mentalny gwałt!
― Popieram Ash – jęknęła Jane, nikt jednak jej nie słuchał.
― Nie to! – Asari machnęła ręką. – Ta wizja! Tak głęboka, tak proteańska, ta cudowna! Och, to było niesamowite, Jane! Masz niezwykły umysł, na tyle elastyczny, aby przyswoić wizję i na tyle silny, aby jej nie zmieniać! Tak cudowne, trzeba to powtórzyć i…
― Nie! – ryknęła na cały głos kobieta. – Zgodziłam się na zgwałcenie mi mózgu, wystarczy! John, zabroń jej, albo zwieję stąd w najbliższym porcie!
― Dobrze, już dość! – Komandor wyprostował się gwałtownie, niezgrabnie poklepał siostrę po ramieniu. – Liara, podaj jakieś konkrety. Co wyciągnęłaś z tej wizji?
― Och, to takie niezwykłe! Ja…
― To wiemy – warknął, zniecierpliwiony. – Konkrety, proszę!
Spojrzała na niego spłoszona, opuściła oczy.
― Niestety… ― Przygryzła wargę. – Niestety nie wyciągnęłam z niej nic. To ciąg wizji, uczuć… Zbyt proteańskie, abym mogła coś z tego zrozumieć. Na dodatek nadajnik musiał być uszkodzony, bo wizja jest zbyt niekompletna. Widać tylko śmierć… ― Umilkła na chwilę. – Ale musiało być tam coś jeszcze. Wizja jest zbyt urwana, zbyt nielogiczna...
― No tak, bo starożytna wizja musi być w chuj logiczna – warknęła Jane.
Liara nie zwróciła na nią uwagi.
― Zbyt nielogiczna… Proteanie wykorzystywali takie nadajniki do przesyłu informacji. Przekazanie tylko emocji związanych ze zniszczeniem nie miałoby sensu.
― Może Saren uszkodził nadajnik? – Garrus wyprostował się. – Mógł w ogóle to zrobić?
Liara pokręciła głową wolno, z namysłem.
― Wątpię. Nadajnik miał pięćdziesiąt tysięcy lat, to cud, że tyle informacji jest nienaruszonych! – W głosie asari znów dało się słyszeć entuzjazm. – To niesamowite!
― Więc Saren też wie tyle co my – czyli nic. – John potarł podbródek. – Nie było tam nic o tym całym kanale z nagrania Tali?
Jane ukryła twarz w dłoniach, wydała z siebie dziwny syk.
― Nie. Powiedziałabym ci. Nic nie robiłam z tym wspomnieniem.
― Ale Saren szuka tego kanału. – Garrus spojrzał na Liarę. – Czy mógł zrozumieć z tego nadajnika coś więcej?
― Nie. – Oczy Liary błysnęły stanowczo. – To niemożliwe. Wizja była przeznaczona dla Proteanina. Miała w sobie coś, co rozpoznałby każdy Proteanin i to sprawiło, że dla innych jest bezużyteczna. To trochę jak szyfr. Póki nie znajdzie się klucza, wiadomość jest bezużyteczna.
― Czyli co, Saren będzie szukał teraz Protean? – parsknął Wrex. – To byłoby coś.
― Wątpię, aby to było możliwe. – Asari pochyliła głowę. – To stara wiadomość, a my mamy za mało danych. Potrzebowalibyśmy istoty Protean, zrozumienia ich kultury, istoty… Może pamięci genowej. Nie przychodzi mi do głowy żaden sposób, aby to uzyskać.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała nieprzyjemna cisza.
― Więc co nam to wszystko mówi? – mruknął Kaidan. Oczy miał wciąż przymknięte, ale najwyraźniej przysłuchiwał się całej dyskusji.
― Bardzo dużo, poruczniku. – Garrus roześmiał się nagle. – Wiemy, że Saren wierzy w powrót Żniwiarzy. Jeśli faktycznie istnieją, to może nawet dla nich pracuje, choć ta opcja nie bardzo mi się podoba. Mamy te same informacje z przekaźnika co Saren i wiemy, że będzie on szukał sposobów na zrozumienie lub uzupełnienie informacji. Być może szuka informacji o broni, o tym kanale. – Stanął na środku pomieszczenia, rozejrzał się po zebranych. – Na pewno wiemy, że współpracuje z gethami, a ich aktywność można śledzić. Łatwiej ściga się skurwysynów, kiedy się wie, czego szukają.
― Te informacje wcale mnie nie pocieszają – mruknął John, pocierając bliznę na policzku. – Spojrzał na siostrę. – Koniec spotkania. Jane, w porządku?
Nie odpowiedziała mu, wyjęła tylko batona z jednej z kieszeni spodni i opuściła pomieszczenie w całkowitym milczeniu. Za nią wyszedł Kaidan, zgarbiony i jakby lekko powłóczący nogami. Reszta również wyszła, mniej lub bardziej śpiesznie, aż został tylko komandor i Liara
― Tak? – Spojrzał na asari, która stała przed nim ze spłoszoną miną.
― Zostaję tu?
― Jeśli tego chcesz. Dużo w te sprawie kręci się wkoło Protean, ktoś z twoją wiedzą na pewno się przyda.
Liara kiwnęła głową, pociągnęła nagle nosem.
― Zrobię co w mojej mocy, komandorze. Jeśli… jeśli otrzymacie jakieś informacje o mojej matce, proszę, powiedzcie mi.
Spojrzał na nią zdziwiony.
― Myślałem, że nie chcecie ze sobą rozmawiać.
Wyruszyła ramionami.
― Nawet jeśli to chciałabym wiedzieć, co się z nią dzieje. – Umilkła na chwilę. – I naprawdę mam nadzieję, że nie dołączyła do Sarena dobrowolnie. Jeśli tak, to… to jakieś szaleństwo.
― Zobaczymy. Obiecuję ci, że jeśli dowiemy się czegoś o Benezji, dowiesz się pierwsza.
Pokiwała głową, spojrzała na komandora wielkimi, niebieskimi oczami, w których wprost lśniła wdzięczność.
― Chodź. Pokażę ci, gdzie będziesz mogła się zakwaterować.
Kucharz z dwukolorowymi oczami nazywał się Bjorn. Miał krótko ścięte, czarne włosy i śniadą cerę. Często uśmiechał się szeroko, błyskając białymi zębami.
― Głodni? – spytał wesoło, podsuwając Jane i Kaidanowi kopiaste porcje. – Macie, tylko nie jedzcie za szybko.
Jane parsknęła dziwnie, odebrała pierwszą tacę i ruszyła do stolika. Obok niej usiadł Kaidan, ciężko i nieco niezgrabnie. Jego taca wydała nieprzyjemny dźwięk, gdy zbyt mocno odłożył ją na blat.
― Wybacz – mruknął cicho.
Jedli powoli, w milczeniu, zbyt zmęczeni i pochłonięci nowymi informacjami, aby rozmawiać. Jane co chwila marszczyła brwi, obracając w myślach wspomnienie. Dalej było niezrozumiałe, ale podzielenie się nim z Liarą sprawiło, że przestało być też tak przerażające i nachalne. Nie―jej głos również siedział cicho, być może uspokojony tym, że ona wie.
Zamarła na chwilę i poczuła potrzebę, aby pomyśleć o czymś innym. Głos w jej głowie, który miałby coś wiedzieć… To brzmiało niepokojąco.
― Jak się czujesz? – spytała, zerkając na Kaidana.
Uniósł głowę, spojrzał na nią nie do końca przytomnie. Prawie w ogóle nie ruszył jedzenia.
― Jak po walce – mruknął cicho. – Prześpię się, to i poczuję się lepiej. A ty się trzymasz?
Kiwnęła głową, popiła ziemniaki sokiem. Cholera, kiedy ostatni raz jadła zwykłe ziemniaki?
― Już nie potrzebujesz transfuzji?
Wzdrygnęła się, rozejrzała z popłochem, jakby spodziewała się wyskakujących na nią lekarzy z igłami.
― Nie. Przestały mi być potrzebne po terapii genowej Przymierza. – Dziabnęła widelcem kawałek kurczaka. – Jedyny plus wojska, choć gdyby nie wojsko, nie miałabym tylu krwotoków.
Kaidan odsunął niedokończony posiłek.
― Dalej masz krwotoki. Niby z nosa, ale nie wyglądałaś dobrze po Therum. – Spojrzał na nią podkrążonymi oczami, a na jego twarzy obok zmęczenia malowała się troska.
― No, dzięki za przypomnienie – nadąsała się.
Kaidan uśmiechnął się lekko, najwyraźniej zakłopotany.
― Przepraszam. Pamiętam po prostu w jak złym stanie potrafiłaś być na stacji. Nie chciałbym, żebyś kiedyś zemdlała, bo zaczniesz krwawić.
― Nie zacznę – odpowiedziała sucho. – Krwawię tylko z nosa, czasem z ust i do licha, czy możemy o tym nie rozmawiać przy jedzeniu?
Pokiwał głową, ziewną nagle szeroko.
― I nie mów nic Johnowi! – syknęła nagle, nachylając się w jego stronę. – On nic nie wie i nie mam ochoty, żeby wiedział. Zaraz zacznie szukać szczegółów i pewno się dowie o wszystkim, bo to taki nachalny typ człowieka.
― Nie zamierzam nic mówić. Ostatecznie to nie moja sprawa. – Przymknął oczy, jego wargi zacisnęły się nagle.
― Może się połóż? – rzuciła Jane.
― Tak chyba zrobię. – Przetarł twarz dłońmi. – Ten cholerny implant daje w kość.
― To prawda – mruknęła, czując, jak ogania ją nagłe zmęczenie.
Kaidan wstał, odłożył tacę, ignorując gderanie Bjorna o marnowaniu jedzenia. Wyszedł z mesy, pochylając umięśnione ramionami, co postarzyło go nagle o dobre dziesięć lat.
Duży stwór z nie―ciała górował nad nią, tak samo straszny jak obojętny. Zbliżał się w jej stronę, coraz większy, większy, przysłaniając galaktykę, rozciągającą się za nim. Powoli zaczęły wynurzać się z mroku kolejne sylwetki – coraz więcej i więcej, aż było ich tak wielu, że zasłonili nawet ciemność.
Spoglądała na nie, spanikowana i niezdolna do ruchu, słysząc tylko gwałtowne bicie własnego serca. Stwory zbliżały się do niej powoli, nieśpiesznie, obojętne i przez to tak straszne.
A potem czerwone oko otworzyło się i spojrzało na nią.
Zginęła natychmiast, ale nawet po tym krzyk „nadchodzą" obijał się w jej czaszce.
― Hej, obudź się!
Zerwała się gwałtownie, machnęła rękami. Trafiła w coś miękkiego, ktoś zaklął i nagle światło uderzyło ją w twarz.
― Osz, kurwa – jęknęła, zakrywając oczy.
― Krzyczałaś.
Olayinka Bererko, drugi pilot Normandii, odsunęła się od łóżka Jane, usiadła na swoim ulubionym krześle.
― Coś konkretnego?
― Nie. Jakiś bełkot. Inni chcą spać.
Jane kiwnęła głową i zasunęła kotarę, odcinając się od reszty kajuty. Usiadła, podciągając nogi pod brodę i próbując przypomnieć sobie, o czym w ogóle był sen. Pamiętała tylko czerwony błysk i to irytujące „nadchodzą". Niedługo znienawidzi do końca sam dźwięk tego słowa.
Odsunęła zasłonę, wygrzebała się z łóżka. Normanda była w trybie nocnym, światła były więc przygaszone i łagodne, nadające chromowanym meblom wrażenie niespotykanej miękkości. Większość załogi spała i dominującym dźwiękiem na pokładzie był cichy szum silników. Przeciągnęła się, próbując przegonić resztki senności.
Olayinka siedziała przy stole, wyciągając przed siebie długie nogi. Czytała coś na datapadzie, najwyraźniej zirytowana, bo mrużyła swoje piękne, ciemne oczy o kształcie migdałów.
― Nie masz czasem wachty? – wychrypiała Jane, sięgając po koszulkę.
― Mam. Joker mnie nie dopuszcza do kokpitu. Nie będę tam iść, skoro nie chce.
― Ha – mruknęła tylko Jane. Nowa koszulka pachniała czymś dziwnym po praniu, ale była czysta, więc nałożyła ją na siebie. Wygrzebała też swoje ulubione spodnie z sześcioma kieszeniami.
Olayinka nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi. Była śliczną, wysoką Murzynką o łysej głowie, która paradoksalnie, tylko podkreślała jej urodę. Miała pociągła twarz o szlachetnych, poważnych rysach i miękką linię karku. Zawsze była wyprostowana i w jakiś sposób dumna, jak królowa jakiejś egzotycznej kolonii, nie pilot Przymierza.
Kotara naprzeciwko odsunęła się i zza niej wychyliła się Alice. Ziewnęła szeroko, potargała swoje jasne jak słoma włosy.
― Która godzina? – spytała, trochę niewyraźnie.
― Czwarta rano. – Jane związała włosy w niechlujny węzeł.
― Co? – wyjęczała Alice. – Mam wachtę za cztery godziny, czemu ja już nie śpię?
Wsunęła się z powrotem za swoją kotarę. Jane pokręciła głową, usiadła obok Olayinki z zamiarem napisania maila do Louil. Murzynka przesunęła się, robiąc jej miejsce przy stole.
― Ile to już czasu Joker nie dopuszcza cię do kokpitu? – spytała cicho, uruchamiając datapad.
― Drugą dobę – mruknęła Murzynka. Jej pełne usta prawie się nie poruszały, kiedy mówiła. – Pije kawę i łyka stimy. Nie chce mnie dopuścić do sterów. Bo czemu ma dopuścić czarną laskę? – Zmarszczyła prosty, szlachetny nos. – Niech tam siedzi. Ja mam dzięki temu czas.
Jane pokiwała głową ze zrozumieniem. W podróżach międzysystemowych rola pilota ograniczała się do siedzenia i monitorowania czujników ― mało fascynujące zajęcie. Podobało się tylko Jokerowi, który z kokpitu urządził swojego rodzaju królestwo i nie miał ochoty oddawać sterów komukolwiek innemu. Zasłaniał się swoją chorobą i argumentował, że dłużej by szedł do mesy niż trwałaby druga wachta. Siedział więc przy sterach tyle ile tylko mógł, a Olayinka korzystała z czasu wolnego, głównie ćwicząc, czytając i pisząc tony maili do swojej dziewczyny.
Louil.
Życie na Normandii jest dziwne. Za długo już nie byłam na statku wojskowym i ciężko mi jest się przyzwyczaić do długich lotów. Niby to to samo, co siedzieć na opuszczonych światach, ale jednak nie to samo. Tam było niebo, a tutaj jest tylko pustka.
John to kocha, widzę to po nim. Czasem zastanawiałam się, dlaczego jeszcze nie znalazł sobie miłej dziewczyny, ale to, jak on traktuje Normandię… Czasem mam wrażenie, że kocha tylko statki.
Cała ta sprawa zaczyna coraz bardziej śmierdzieć. Nie mogę napisać Ci żadnych szczegółów, ale uważajcie na siebie – Rada i Przymierze obserwują coraz więcej aktywności gethów, a ja nie chcę, żeby się cokolwiek stało Tobie czy innym. Gdybyś ktoś z Was zauważył cokolwiek, proszę, dajcie znać.
Pozdrów Thuna.
Jane
Wysłała maila, przeciągnęła się. Olayinka nie zwróciła na nią najmniejszej uwagi, pochłonięta jakąś prostą, zręcznościową gierką, zainstalowaną na datapadzie. Sądząc po jej znudzonej minie, nie należała do najlepszych. Jane wstała, wyszła na korytarz, czując coraz większy głód.
W mesie nie było nikogo. Niezadowolona, zapukała do kuchni, mając nadzieję, że jednak ktoś tam siedzi. Dostała na odczepnego paczkę ciastek, usiadła więc przy stole, żeby je zjeść. Ciastka nie były zbyt smaczne, ale przynajmniej zniknęło ssanie w żołądku. Kończyła już, kiedy do mesy weszła Tali.
― Och, cześć, Jane. – Usiadła przy stole, kładąc na blacie opaskę omni―klucza.
― Nie śpisz? – Jane uniosła brwi.
Quarianka pokręciła głową.
― Nie mogę spać. Normandia jest bardzo cicha.
― Cicha? W życiu bym nie pomyślała. Herbaty? – spytała, podchodząc do automatu.
― Tak, poproszę. – Tali chyba się uśmiechnęła. – Nasze statki mają czasem po kilkadziesiąt lat. Najstarsze pochodzą jeszcze z Rannoha.
― Jakim cudem one jeszcze latają? – Jane spojrzała na nią z zainteresowaniem. Kawa pachniała całkiem przyjemnie, przymknęła więc oczy, delektując się zapachem. Herbata quarianki była w dziwnym kubku ze słomką, którą Tali szybko wprowadziła w otwór w swojej masce. Jej oczy zniknęły na chwilę pod przesłoną.
― Dbamy o nie – odpowiedziała w końcu. – Niektóre były tak często naprawiane i wymieniane, że z oryginalnego statku została tylko nazwa. Komandor Shepard jeszcze śpi?
― Nie ma jeszcze piątej rano. – Jane uśmiechnęła się krzywo. – Czyj to omni―klucz?
Quarianka machnęła ręką, wskazując na kubek. Wyjęła po chwili słomkę z cichym, mlaszczącym dźwiękiem.
― Tego kroganina. Chciałam znaleźć jakieś informacje o Sarenie, ale… ― Pokręciła głową. – Kilka prostych aplikacji, jakaś gra, z całkiem wysokim rankingiem zresztą, trochę maili do jakiegoś doktora Droyasa, historia w extranecie to głównie sklepy z uzbrojeniem i… mmmm… międzygatunkowe porno – zakończyła, najwyraźniej zakłopotana. – Jest też kilka lokalizacji, ale nic przydatnego.
― Szkoda. – Jane zajrzała smętnie do kubka z kawą, napiła się wreszcie.
― Zaczekam na komandora w maszynowni. – Tali wstała, wyrzuciła pusty już kubek. Opaska omni―klucza zniknęła w jednej z licznych kieszeni kombinezonu. – Choć nie wiem, może powinnam sporządzić raport?
Kobieta roześmiała się, pokręciła głową.
― Mój brat na szczęście nie jest służbistą. Raport nie zaszkodzi, bo będzie chciało go dowództwo
Przymierza, ale John będzie wolał usłyszeć to od ciebie.
― Rozumiem.
Quarianka wyszła z mesy, zostawiając Jane nad smętnymi resztkami ciastek i kawy.
Garrus otworzył oczy.
Zawsze budził się i przytomniał szybko, w kilka sekund. To był jeden z pierwszych odruchów, jakie wyrabiano młodym turianom na szkoleniu – wstawać szybko, tak, aby nie dać się zaskoczyć.
Nie inaczej było na Normandii.
Wstał, odrzucając koc, ziewnął potężnie. Coś stuknęło kilka metrów od niego – prawdopodobnie któryś z mechaników wynosił jakąś część z ładowni. Zdążyły się już do tego przyzwyczaić. Nie żeby sprawiało mu to jakąś trudność, i tak miał o wiele więcej miejsca niż na turiańskim statku przed misją. Kilka skrzyń, głównie ze sprzętem do Mako, stało pod ścianą i otaczało polowe łóżko oraz prowizoryczny stół z kolejnej skrzyni. Razem tworzyło to całkiem przyjemną norę, zapewniającą przynajmniej minimum prywatności. Sięgnął po spodnie, kiedy rozległ się irytujący dźwięk.
No tak. To był minus.
Wrex ostrzył swój nóż. Ostrze, wykonane z prostego żelaza, wymagało regularnego ostrzenia przy pomocy dziwnego, szarego kamienia. Wydawał przy tym irytujący, świdrujący w uszach dźwięk, który roznosił się po ładowni o różnych porach, podnosząc wszystkim ciśnienie. Kilka osób próbowało zwrócić kroganinowi uwagę, ale ten tylko odsłaniał swoje pokaźne zęby i jeszcze szybciej przesuwał osełką po ostrzu. W efekcie, kto tylko mógł zwiewał z ładowni, zostawiając tam tylko Wrexa, Garrusa i kwatermistrza z miną tak obojętną, jakby obchodziła go tylko ilość jedzenia i sztuk broni.
Garrus ubrał się w końcu, wyszedł zza swoich skrzyń. Wrex siedział niedaleko, ostentacyjnie na widoku z tym swoim starożytnym i idiotycznym nożem. Nie zwrócił uwagi na turianina, podobnie jak kwatermistrz, zbyt pochłonięty swoją pracą, aby zauważać cokolwiek wkoło niego.
Do ładowni wszedł porucznik Nelson, główny mechanik Mako. Łypnął na kroganina, ale nic nie powiedział, sięgnął tylko po narzędzia. Garrus przyglądał mu się z zainteresowaniem, jak podnosi klapę, odsłaniając silnik.
― Potrzebujecie pomocy?
Nelson drgnął, spojrzał podejrzliwie na turianina.
― Dam sobie radę – burknął gniewnie.
Garrus wzruszył ramionami. Nie miał żalu do Nelsona – jak większość załogi podejrzewał, że jest turiańskim szpiegiem, mającym za zadanie prześledzenie całej załogi i zdanie raportu Radzie. Podobno też już powstawały plotki o tym, że może być i szpiegiem Sarena.
Nie był głodny, skierował się wiec na siłownię. Zamierzał skorzystać z symulatora bojowego – o tak wczesnej porze nie powinno tam nikogo być. Czasem miał ochotę po prostu poćwiczyć, ale większość urządzeń, poza symulatorem i bieżnią, nie była przystosowana do turian. Nie miał nawet partnera do sparringu, bo mimo szacunku do komandora, nie do końca wierzył, aby którykolwiek z ludzkich żołnierzy był odpowiednim przeciwnikiem. W zasadzie jedyną istotą, zdolną dotrzymać mu kroku na Normandii, był Wrex, a jego na pewno nie miał ochoty prosić o sparring.
Ku zdumieniu Garrusa, jeden z symulatorów był zajęty przez Kaidana. Garrus wszedł do drugiego, uruchomił trening snajperski w losowych warunkach. Niemal natychmiast poczuł ciężar karabinu w ręce, z boku rozległ się dźwięk wystrzału, pęd powietrza uderzył go w oczy. Znajdował się na szczycie zrujnowanej wieży, z której rozciągał się widok na zniszczone miasto. Część budynków płonęła, po prawej stronie tkwiła wielka wyrwa, częściowo wypełniona wodą. U góry pojawił się licznik trafień, aktualnie wskazujący zero. Garrus odetchnął, przygotował broń. Na dole coś się poruszyło.
Niespodziewanie w słuchawce odezwał się Alenko.
― Ćwiczenia przed siódmą?
Garrus oddał czysty strzał, zanim udzielił odpowiedzi.
― Żadna godzina nie jest za wczesna na dobry trening.
Kaidan zaklął gwałtownie, najwyraźniej zirytowany jakąś porażką.
― No co za… Co powiesz na zawody? – rzucił od niechcenia.
Kolejny strzał, tym razem prosto między oczy. Turianin uśmiechnął się.
― Zawody? – Garrus nawet nie drgnął, czekając, aż kolejny przeciwnik wychyli głowę zza muru.
― Zawody. Przejęcie punktu.
Garrus skrzywił się.
― No nie wiem.
Komunikator zatrzeszczał.
― Nie daj się prosić, przestanie być tak nudno! – Joker najwyraźniej postanowił się wtrącić. – Puszczę sobie nagranie i przestanę mieć wrażenie, że utknąłem w tym fotelu na wieczność.
― Wiesz, że możesz spać we własnym łóżku? – parsknął Kaidan. – Wtedy byś się nie nudził.
― Ja się nie nudzę – zaprotestował bezczelnie pilot. – Ja chcę tylko trochę rozrywki.
― To nie pierdol tylko schodź tutaj – mruknął Garrus, zerkając na licznik trafień.
Było ich zdecydowanie na mało.
― Co, potrzebujesz kaleki, żeby wygrać? – rzucił złośliwie Kaidan.
Przez chwilę w komunikatorze panowała cisza.
― Przejęcie punktu? – Turianin wyłączył trening snajperski. – Jakaś konkretna mapa?
― Łoho, będzie śmiesznie! – Joker chyba zatarł ręce z radości. – Rzucę was sobie na ekran. Żeby mi jeszcze ktoś tak popcorn przyniósł…
― Bjorn ma popcorn? – zainteresował się Kaidan.
― Co to jest popcorn? – zdziwił się Garrus.
― Wybieracie tę mapę czy nie? – zniecierpliwił się Joker.
Garrus przeleciał wzrokiem dostępne mapy.
― Skaliste równiny?
― Żebyś strzelał do mnie z daleka?
― To w końcu przejęcie punktu czy pojedynek?
― Jedno i drugie! – zaproponował entuzjastycznie Joker.
― A może się do nas przyłączysz? – mruknął z przekąsem Kaidan. – Może opuszczony transportowiec?
― Może być. – Garrus wyłączył trening snajperski. – Tylko się nie zdziw, gdy wygram.
― Ha. Wszyscy turianie są tacy mocni w gębie, czy tylko ty?
― Jestem chlubnym wyjątkiem. Zaczynamy?
Ciemne wnętrze statku pojawiło się przed ich oczami, chłodne powietrze uderzyło ich w twarze. Garrus zważył w rękach wirtualną broń, ciesząc się jej ciężarem. Doceniał żołnierzy Przymierza, ale wątpił, żeby ten blady człowiek z wieczną migreną go pokonał. Nawet w symulatorze.
― Proszę państwa, proszę państwa, zaczynamy zawody! – rozległ się głos Jokera. – Nasi zawodnicy są już podpięci i gotowi do wirtualnego napierdalania się! Ich zadanie to dotarcie do mostka i powstrzymanie zagłady, jaka czeka ten statek i…
― Zamknij się i daj oglądać. – W radiu dało się teraz słyszeć Jane.
― No właśnie. A ty nie powinieneś być we własnym łóżku? – odezwała się Ashley.
― Dacie nam ćwiczyć czy nie? – zirytował się Garrus.
― Co, nie umiesz strzelać, gdy ktoś mówi? – Kaidan z jakiegoś powodu był wyjątkowo złośliwy.
Turianin prychnął tylko i ruszył przed siebie, unosząc wirtualną broń.
Jane usiadła na ławie, obserwując wyświetlany obraz z dwóch symulatorów.
― To może być ciekawe – mruknęła Ash, siadając obok niej i częstując się herbatnikami w kształcie zwierzątek, które Jane wyciągnęła z jednej z kieszeni.
― Nieźle sobie radzi.
― Kto?
― Kaidan.
― Tak? – Ash zerknęła na nią katem oka, odgryzając głowę psu. – Według mnie, lepiej idzie turianinowi.
― Bo wysadziło go w lepszej części mapy. Nie miałam tu gdzieś czekoladek? – Poklepała się po kieszeni na prawej łydce. ― Chyba jednak nie.
― Czy ty nosisz ze sobą tylko jedzenie?
Jane potarła bliznę na czole, obmacała kieszenie.
― Jasne, że nie. Mam jeszcze nóż, chusteczki, papierki po cukierkach i… O, batony orzechowe! – ucieszyła się. – Chcesz jednego?
Kaidan na ekranie odwrócił się nagle i pobiegł w inną stronę. Garrus natomiast wydawał się całkowicie pewny swojego kierunku.
― Przegra? – Ash zmarszczyła brwi. – W ogóle to nie powinni byli wybierać tej mapy.
― Dlaczego? – zdziwiła się Jane. – Mapa jak każda inna.
― Turianin kręci się po odwzorowanym ludzkim statku. Nie powinno tak być.
― Dalej mówimy o symulatorze?
Ash nie odpowiedziała, wzruszyła tylko ramionami, obserwując, jak Garrus nokautuje wirtualnego strażnika. Dostał premię za brak zabójstwa. Z kolei Kaidan przemknął się obok kolejnego patrolu, całkowicie niezauważony.
― Może powinniście sobie podkręcić poziom trudności? – odezwał się Joker przesadnie znudzonym głosem. – Nic ciekawego nie robicie.
― To zapraszam tutaj na dół – mruknął Kaidan.
― Mnie dobrze tutaj. Mogę was podziwiać i nie narażać się na połamanie nóg. Hej, Jane, chcesz się założyć, kto wygra?
Przyjrzała się krytycznie ekranowi.
― Nie. Zakładam się tylko wtedy, gdy jestem pewna wyniku.
― To jaki sens zakładania się?
― Brak przegranej. – Uśmiechnęła się dumnie.
Ash wstała nagle, spoglądając nachmurzona na ekran.
― Idę na strzelnicę.
Jane uniosła brwi zdziwiona, ale tylko kiwnęła głową.
John przeciągnął się, czując ból w ramieniu, które postrzelił mu jeden z gethów na Therum. Ubrał się szybko i uruchomił komunikator.
― No biegnij, no! Ja bym to lepiej zrobił, a podobno jestem kaleką!
― Joker? – John zmarszczył brwi, ubierając but. – Co ty wyprawiasz?
― Eee, nic, komandorze!
John nie widział twarzy Jokera, ale był niemal pewny, że ten gwałtownie się wyprostował.
― O czym ty w ogóle mówisz?
― Porucznik Alenko i Vakarian urządzili sobie zawody w symulatorach, komandorze. Dopinguję naszego zawodnika.
John parsknął.
― Joker, schodzisz z mostka i przekazujesz stery porucznik Bererko. To rozkaz – dodał, ucinając protesty Jokera. – Odetnę cię od stimów i kawy, jeśli dalej będziesz robił takie numery. To statek, do cholery, nie kamper!
― Tak jest, komandorze – odpowiedział Joker. – Ale spóźnię się na śniadanie, a to nieelegancko. Ale wie komandor, te wszystkie paski, rzepy, uprzęże… A, i ktoś zabrał mi moje kule spod fotela.
― Wyślę ci pomoc – uciął John. – I przestań pierdolić, dobrze wiesz, co doktor Chakwas o tym myśli.
– O moich kulach czy o pierdoleniu? – rzucił jeszcze niewinnie Joker, ale rozłączył się.
John podrapał się po nieogolonym policzku, coraz bardziej zirytowany. Co ten połamaniec sobie myślał, po to były ustawione wachty, aby nikt nie musiał ciągle siedzieć za sterami. Tego mu tylko brakowało, żeby był wyczerpany po drugiej dobie wachty kiedy akurat będzie potrzebny.
Już ogolony wszedł do mesy. Zgarnął jedzenie na tacę i usiadł obok Jane, która odsunęła się lekko, wyniośle odwracając głowę.
― Dalej się na mnie boczysz? – spytał, krzywiąc się.
Nie odpowiedziała, wzruszyła tylko ramionami, pochłaniając jajka na twardo.
– Nie zamierzasz mi odpowiadać?
– Jem – warknęła niewyraźnie. – Jestem głodna.
– I na pewno nie masz poupychanych w kieszeniach papierków po batonach.
– Nie. – Pokręciła głową. – Wszystkie wyrzuciłam.
Oboje parsknęli nieco wymuszonym śmiechem.
– Jak się czujesz?
Skrzywiła się potężnie, jakby połknęła cytrynę.
– Nie najgorzej. Dalej jestem ciągle głodna… – Pacnęła się w czoło. – A, zostałam mentalnie zgwałcona na twoje polecenie. Dzień jak co dzień.
Spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami.
– Wiesz, że nie było innego wyjścia.
– Mogłeś poprosić! – syknęła, nachylając się ku niemu i ściągając na nich zaciekawione spojrzenia. – Poprosić, nie rozkazywać! Tak ciężko ci to zrobić?
– Jestem twoim dowódcą, do cholery!
– Tak? Ja myślałam, że przede wszystkim jesteś moim bratem! – Rzuciła gwałtownie łyżeczkę na tacę. – A bracia najpierw proszą, a potem rozkazują!
John był irytująco spokojny. Napił się kawy, zanim odpowiedział.
– Nie wypełniłaś mojej prośby, to wydałem ci rozkaz. Skoro nie chciałaś słuchać brata, to posłuchałaś dowódcy i na przyszłość zrobię to samo, jeśli będzie trzeba.
Jane nabrała powietrza w płuca, szykując się do karczemnej awantury, ale zamknęła usta, gdy dłoń brata spoczęła na jej ramieniu.
– Nie jestem z tego dumny, Jane – wysyczał cicho. – Ale mamy do wykonania zadanie i zrobię co trzeba, żeby je wykonać. A ty jesteś na moim statku, gdzie obowiązuje łańcuch dowodzenia i, do cholery, masz mnie słuchać, zwłaszcza wtedy, gdy chodzi rzeczy związane z misją, rozumiesz!? – Zacisnął mocniej dłoń. – Wiec proszę, przestań się boczyć i rób, co do ciebie należy.
Wyprostował się i wrócił do jedzenia, jakby nic się nie stało. Jane, czerwona z wściekłości na twarzy, wstała gwałtownie i wyszła, głośno tupiąc. W przejściu o mało co nie zderzyła się z Liarą, ale nie zwróciła na to uwagi, szybko tylko zeszła schodami do ładowni.
John westchnął ciężko, wrócił do śniadania. Wiedział, że rodzina na pokładzie zwiastuje kłopoty, nie przewidział tylko jakie. Sądził, że mimo wszystko uda im się porozumieć bez przeszkód, ale upór Jane go przerastał. Gdyby nie to, że jej... wizja… mogła być groźna i John chciał mieć siostrę na oku, zastanowiłby się nad odesłaniem jej dla ich wspólnego dobra.
Liara usiadła obok, spoglądając na niego niepewnie. Na jej tacy był tylko srebrzysty sok, który tak lubiła Jane i kanapka z pomidorami.
– Czy wszystko w porządku? – spytała nieśmiało. – Wydawała się wzburzona.
John wrócił do swojej kawy.
– Jest gwałtowna i ma pretensję o wczorajszą rozmowę
– Och… – Asari złożyła ręce na stole. – Przykro mi, komandorze.
John uśmiechnął się lekko.
– A ty jak się czujesz?
Liara spojrzała na niego dziwnie zmęczonym spojrzeniem.
– Nie mogę w to wszystko uwierzyć – powiedziała cicho. – Dwa dni temu rozstawialiśmy sprzęt na poziomie minus dziesiątym, a Karl zajmował się tym urządzeniem ochronnym. Był archeologiem ze specjalizacją informatyczną. – Na jej wargach ukazał się leciutki uśmiech. – Rozszyfrowywał to urządzenie i pokazał mi, jak je uruchomić. Mówił, że nic się nie przebije przez to pole, choć nie udało się nam rozgryźć jego budowy. Śmiał się, że… że zamknie tam swojego brata, kiedy go zdenerwuje… – Pochyliła się nagle, kryjąc twarz w dłoniach. Jej ramiona zadygotały, łzy popłynęły jej między palcami.
– Hej… – Chwycił ja niepewnie za ramię. – Wszystko w porządku? – spytał, nie do końca mądrze. – Może wyjdziemy?
– Przepraszam – siąknęła Liara. – Nie chcę robić kłopotu, po prostu… To trochę za dużo i za szybko.
– Chodźmy stad. – John wstał, ignorując spojrzenia załogi. – Śniadanie zawsze możesz zjeść później.
Kiwnęła głową, również podniosła się z krzesła. Wyszli z mesy, kierując się do kwatery Liary.
Małe pomieszczenie za ambulatorium pierwotnie miało służyć jako skład leków i podręczne laboratorium. Wystarczyło tylko przesunąć kilka skrzyń i wstawić łózko polowe, aby zamienić je w coś na kształt kajuty mieszkalnej. Asari, już znacznie spokojniejsza, przysiadła na skraju łóżka.
– Dziękuję, komandorze – szepnęła i spojrzała na niego wdzięcznie.
John skinął jej głową, przypatrując się jej twarzy. Jak wszystkie asari miała wielkie oczy, niemal płonące w drobnej twarzy, ale nie mógł sobie przypomnieć, kiedy widział ostatni raz u którejś z nich niebieski kolor tęczówek. Zielone, brązowe, żółte, fioletowe, czerwone tak, ale niebieskie? Ale nie to było powodem, dla którego twarz Liary wyróżniała się na tle jej rodaczek. Inne asari miały niemal zawsze tatuaże lub ozdoby wkoło oczu, nadające im w pewien sposób znajomy wygląd. Liara, najwyraźniej pochłonięta swoją pracą, nie miała nic na twarzy, w efekcie czego wyglądała obco, nienaturalnie.
– Masz tu wszystko, czego ci potrzeba? – spytał, rozglądając się po kajucie. – Gdy dolecimy do Cytadeli, zadbamy o lepsze wyposażenie.
– Jest w porządku. – Asari otarła ostatnie łzy, odetchnęła głęboko – Będę potrzebowała ubrań, bo nie będę przecież pożyczać od wszystkich, ale uzupełnię to sobie sama na Cytadeli.
John skinął głową.
– Gdybyś czegoś…
Interkom zatrzeszczał.
– Komandorze?
Kobiecy głos w interkomie był tak niecodziennym zjawiskiem, że John potrzebował chwili, aby zareagować.
– Porucznik Bererko?
– Znajdujemy się w pobliżu kom–boi. To jedyna okazja na rozmowę z Radą przed wyjściem z przestrzeni międzysystemowej.
– Przyjąłem. – John podrapał się po policzku. – Liara, jeśli czegoś potrzebujesz, powiedz o tym kwatermistrzowi, załatwi ci wszystko o co poprosisz. Ja muszę iść.
Kiwnęła głową i pożegnała go wdzięcznym spojrzeniem olbrzymich oczu.
– Co z doktor T'Soni? – Radna oparła się o swoją konsolę, przez co jej hologram stał się mniej wyraźny. – Nie ucierpiała podczas ataku?
John wzruszył ramionami.
– Została postrzelona w bok, ale to nic poważnego i za kilka dni powinna dojść całkowicie do siebie.
Radna kiwnęła głową, otworzyła usta, ale turiański radny wbił się jej w zdanie.
– A co z jej matką?
Komandor potarł czoło.
– Wątpię, aby wiedziała cokolwiek o planach swojej matki. Twierdzi, że nie rozmawiała z nią od długiego czasu i sadzę, że mówi prawdę. Ostatecznie gethy próbowały ją zabić.
– Benezja nie pozwoliłaby na skrzywdzenie swojej córki. – Radna pokręciła głową. – To nie ma sensu.
– Może nie wiedziała. – Salariański radny spojrzał na nią. – To ciekawe. Może nie znają nawzajem swoich planów.
– Proszę ją obserwować, komandorze – burknął turiański radny. – Wszystko mogło zostać z góry zaplanowane. Ostatecznie doktor T'Soni przeżyła atak jako jedyna i na dodatek z tylko drobną raną. To nieco podejrzane.
– Jej rozpacz wydaje się szczera – powiedział John, wciąż mając w pamięci olbrzymie, błękitne oczy wypełnione łzami. – Straciła wszystkich współpracowników. Niemniej będzie pod obserwacją, jak każdy obcy.
Turianin chyba wykonał turiański odpowiednik zmarszczenia brwi.
– Jak każdy obcy? Sugerujesz, komandorze, że Vakarian jest śledzony?
– Obserwowany – warknął John. – Jak każdy obcy na statku Przymierza. Standardowa procedura. Czy mam przyprowadzić doktor T'Soni na spotkanie z Radą? – spytał, znów zwracając się do radnej.
Asari pokręciła głową.
– Nie, komandorze. Jak szybko możecie dotrzeć do przekaźnika?
– Cztery i pól ziemskiej doby – odpowiedział, kryjąc zaskoczenie.
Radna sprawdziła coś na swojej konsoli, na jej twarzy ukazała się głęboka troska.
– Nie możecie przyśpieszyć?
Wzruszył ramionami.
– Być może uda nam się zyskać do ośmiu godzin. Mamy dobrego pilota.
– To wciąż za długo. – Salariański radny odwrócił się nagle, jakby ktoś w głębi pomieszczenia zawołał coś do niego.
– Przed godziną dostaliśmy informację od jednego z naszych informatorów. – Asari splotła dłonie przed sobą. – Matka Benezja, po dwóch latach ukrycia, pokazała się publicznie. Wraz ze strażą przyboczną.
John pokiwał powoli głową.
– W takim razie wystarczy ją aresztować.
Turianin wydał z siebie dziwny dźwięk.
– I ktoś taki jest Widmem! Zero znajomości prawa!
John zmrużył oczy, ostentacyjnie wbił wzrok z radną, ignorując turianina.
– Nie możemy, komandorze. – Asari miała w sobie nieskończone pokłady cierpliwości. – Po pierwsze, możemy co najwyżej zażądać od matki, aby stawiła się na spotkaniu z Radą. Po drugie – Benezja pojawiła się tylko na chwilę i znów zniknęła. Wiemy gdzie, ale nie mamy jak się tam dostać. Dlatego zostawiamy to w twoich rękach. Wszystkie potrzebne informacje otrzymasz zaszyfrowanym kanałem. – Sięgnęła do konsoli, aby się rozłączyć.
– Chwila! Gdzie w ogóle mamy się udać?
Asari spojrzała na niego spokojnie.
– Na Noverię.
