XI
Liara weszła powoli do swojej kajuty, mechanicznie zamknęła za sobą drzwi, mechanicznie odłożyła pistolet do szafki i równie mechanicznie usiadła na łóżku. Oczy piekły ją po długim płaczu, a teraz, choć, zmęczona, bała się pójść spać.
Wspomnienie pustego wzroku jej matki wbiło się zbyt mocno w pamięć, aby mogła teraz po prostu zamknąć oczy i pójść spać. Chciała jeszcze chwilę popłakać, ale łzy nie płynęły. Zresztą – płacz wydawał się nie na miejscu. Jej matka w chwili śmierci nie płakała. John powiedział, że była uśmiechnięta.
John.
Liara zacisnęła dłonie w pięści. Ten cały… John. Na misji był taki spokojny. Rzeczowy. Zimny. Domagał się słuchania rozkazów. Zabił tamtą szaloną komandoskę. Zabił królową. Zabij jej matkę.
Pochyliła głowę, nie do końca w to wszystko wierząc. Do tej pory myślała, że komandor będzie ją chronił. Że jest odważny i szlachetny. Że jest trochę jak sprawiedliwy i romantyczny Egzekutor. Przybył, uratował ją i mówił, że niczego nie chce w zamian.
Jaka była głupia…
Jest żołnierzem. Tylko i wyłącznie żołnierzem. Zimnym, wyrachowanym, okrutnym żołnierzem. Do tej pory myślała, że to czyjś gniew może być groźny i niepokojący. Teraz wiedziała, że prawdziwie groźna i niepokojąca jest obojętność obecna podczas zabijania.
I co z tego, że jej matka chciała śmierci? „Nie pozwól im zabrać mnie" – tak mówiła, ale wciąż... Wciąż to on ją zabił. Obojętnie i z zimną krwią.
Normandia, kilka dni temu wydająca się ciepła i bezpieczna, nagle stała się obca i nieprzyjazna. Zimne ściany, chłodne światło, metalowe krawędzie i ludzie, wszędzie ludzie, okrutni, bo szkoleni do obojętnego zabijania.
Spełniła swoje zadanie. Doprowadziła ich do Benezji. Nie była już więcej przydatna… I mogła spokojnie odejść. Jutro będą na Cytadeli. Nie będzie nawet musiała się pakować – z Therum uciekła mając tylko swój strój i omni-klucz, więc po prostu zejdzie z pokładu, spotka się z Radą i odejdzie, zostawiając komandorowi… Johnowi wykonywanie tych wszystkich bohaterskich zadań. Takich jak zabicie jej matki.
Odchyliła się do tyłu, czując pewną ulgę. Właśnie ułożyła coś, co można było nazwać planem i zamierzała się go trzymać. Świadomość tego przyniosła ukojenie, przymknęła więc oczy i poczuła obezwładniające zmęczenie. Resztkami sił zdjęła buty i ułożyła się na łóżku. Zasnęła szybko, snem niespokojnym, płytkim i niepozbawionym koszmarów.
– Nie radzę.
John odwrócił się, spojrzał ciężko na siostrę. Jane stała pod ścianą, unosząc za pomocą biotyki dwa kubki z herbatą. Jeden posłała w jego stronę.
– Czego mi nie radzisz? – spytał niechętnie, łapiąc kubek w dłonie. Gorąca herbata poparzyła mu palce.
– Nie radzę ci do niej iść. Liara potrzebuje teraz spokoju.
– Wcale nie szedłem do Liary – zaprotestował odruchowo.
Zmrużyła zielone oczy, przejechała kciukiem po bliźnie na czole.
– Oczywiście, że wcale nie szedłeś do niej. Bo normalnie to zawsze stoisz trzy minuty przed drzwiami ambulatorium. To standardowa procedura.
Westchnął, przymknął oczy.
– Muszę z nią porozmawiać – mruknął, zdziwiony faktem, że w ogóle się tłumaczy. – Ma prawo być na mnie zła…
– Albo się bać… – wtrąciła się jego siostra, mało taktownie.
Zignorował ją.
– Ale wolę wyjaśnić wszystko. Może myśli, że byłem zadowolony z zabicia jej matki. Że ludzie generalnie lubią zabijać obcych.
– Bo wcale nie zna historii i nie wie, że w zabijaniu obcych ras to przodują turianie. – Jane siorbnęła głośno, pokręciła głową. – Nie idź tam teraz. To nie jest dobry czas.
– A skąd ty to niby wiesz? – John spojrzał na nią ponuro, napiął mięśnie. – Wyobraź sobie, że twoja matka zostaje zabita. Nie wolałabyś dostać jakiegoś wsparcia?
Przez chwilę panowało milczenie. Jane odwróciła wzrok, pochyliła głowę.
– Ja nie muszę sobie tego wyobrażać – odpowiedziała chłodno. – Ja doskonale wiem, ja się wtedy czułam. Ona potrzebuje teraz samotności. Musi poukładać sobie wszystko w głowie. Jak chcesz z nią porozmawiać, to złap ją na Cytadeli. – Odwróciła się i odeszła sztywno.
John zaklął, uderzył pięścią w ścianę, spojrzał zaskoczony na doktor Chakwas, która wyszła z ambulatorium z uprzejmym uśmiechem na ustach.
– Czy potrzebujecie czegoś, komandorze?
– Nie. – Uśmiechnął się do niej krzywo. – Wszystko w porządku.
Wrex ziewnął potężnie, wystawiając długi i szeroki jęzor. Ashley, siedząca naprzeciwko niego, spojrzała na to z fascynacją.
– Co, ludzka samico? – spytał całkiem przyjaźnie i wrócił do jedzenia.
– Nic – potrząsnęła głową. – Masz po prostu… strasznie wielkie zęby,
– Ja? Wielkie? – zdziwił się. – A myślałem, że to wy macie po prostu strasznie małe.
– Kwestia perspektywy. – Kaidan położył swoją tacę obok tacy Ashley, wrócił się, aby pomóc Jokerowi. Pilot, ze względu na swoje kule, nie był w stanie sam sobie przynieść jedzenia.
Wrex przesunął się trochę, robiąc mu miejsce. Joker opadł niezgrabnie na ławkę, oparł kule o stół.
– Proszę, proszę! Połamaniec wylazł z nory! – Kroganin wykonał ruch, jakby chciał poklepać Jokera po plecach, w ostatniej chwili jednak zreflektował się i uderzył pięścią w stół. – Co cię tu przywiało?
– Cóż… Głównie to żarcie.
– Ranisz mnie, Joker. – Kaidan usiadł wreszcie, rzucił się na jedzenie. – Myślałem, że się za mną stęskniłeś.
– Aha, jasne – burknął pilot, zabierając się o wiele ostrożniej za posiłek. – Bo nie mam nic innego do roboty jak tyko tęsknić za przemądrzałym Mózgowcem.
– Hej, wciąż się boczysz o tamto? – Kaidan spojrzał na niego wesoło. – Przecież to był tylko żart… No i nie upadłeś.
– O czym wy mówicie? – Ash zmarszczyła brwi, obserwując obu mężczyzn.
– Ten tutaj poniżył kalekę dla żartu! – Joker wycelował oskarżycielsko widelcem w Kaidana. – I jeszcze się śmiał! Czy to jest sprawiedliwe, ja się pytam?! Nie dość, że nie mam kibla na mostku i muszę za potrzebą latać pokład niżej, to jeszcze ten troglodyta się ze mnie naśmiewa!
Ashley parsknęła śmiechem.
– Troglodyta? Alenko, co ty mu zrobiłeś?
– Kto komu i co zrobił? – spytał pogodnie Garrus, siadając obok nich. Na jego tacy była tylko turiańska kawa wydzielająca dziwny, owocowy zapach i szczelnie zapakowane ciastko.
– Połamaniec mówi, że jest molestowany – wyjaśnił Wrex, posyłając turianinowi szeroki uśmiech. – Panienko z okienka.
– Wiedziałem, że nie powinienem był opowiadać tej historii… – Westchnął ciężko, spojrzał na resztę. Ash i Kaidan przepatrywali mu się z zainteresowaniem, Joker szczerzył się radosne.
– Panienka? Muszę usłyszeć tę historię!
– No dalej, turianinie! Podziel się swą mądrością!
– Mam na imię „Garrus". Myślałem, że przedstawiciel tak inteligentnej rasy jak wasza, będzie w stanie zapamiętać to jedno, proste słowo.
Wrex wzruszył ramionami, wsadził sobie do ust potężny kawał mięsa i zaczął go ostentacyjnie przeżuwać, wbijając nieruchome spojrzenie w twarz Garrusa.
– No dobra, po kolei. – Ashley pochyliła się nad stołem. – Joker, co ci zrobił Alenko.
– Wyrwał mi kule, jak szedłem do kibla! – Pilot pogroził Kaidanowi pięścią. – A potem powiedział, że sam mnie zaniesie, i wiecie co? Zrobił to! – wrzasnął, ściągając na nich spojrzenia wszystkich w mesie. – Odniósł mnie do kibla!
Rozległy się śmiechy, niemal całkowicie zagłuszone przez ryk Wrexa.
– Sam mnie o to prosiłeś! – krzyknął Kaidan, uśmiechając się szeroko.
– Że ja niby?
– No a nie? Ciągle było „Ej, Alenko, ale byś mnie nie podniósł" i „Ej, Alenko, w życiu byś nie uniósł człowieka". No więc kiedy byłeś w potrzebie, to ci udowodniłem, że nie miałeś racji!
– A żeby tobie kiedyś ktoś kule podpierdolił. – Joker skrzywił się przekomicznie. – Dla mnie każda wyprawa do kibla to bieg z przeszkodami, a ty… ty…
– A ja ci pozwoliłem go uniknąć. – Alenko uśmiechnął się przyjaźnie. – Przestań się wściekać i przyznaj, że fajnie ci się leciało.
Joker wymamrotał coś wściekle, Ash parsknęła jeszcze raz śmiechem. Kaidan, wciąż uśmiechnięty, rozejrzał się po mesie, machnął w stronę Jane, która pojawiła się nagle w drzwiach.
– Hej, tutaj! – Machnął w jej stronę, ale ona tylko spojrzała w jego stronę ze zmarszczonymi brwiami, pokręciła głową i wyszła.
– Ludzkie samice… – Wrex pokręcił głową. – Strasznie zmienne. W jednej chwili strzelają do przeciwnika, potem do ciebie, potem chcą się pieprzyć, a potem mówią, że cię nie znają.
Ashley zakrztusiła się, Joker odsunął się od kroganina tak daleko, jak tylko pozwalały mu na to jego bolące kości.
– Mówisz z doświadczenia, Wrex? – mruknął Garrus, siląc się na obojętność.
– Mało o mnie wiesz, turianinie.
– Garrus – powiedział z łagodnym westchnieniem. – Nazywam się Garrus. Kiedy się tego nauczysz, będziemy mogli przejść na wyższy stopień wtajemniczenia i nauczymy się trudniejszych słówek. Takich jak Vakarian.
Jane weszła do symulatora, uruchomiła program i wskoczyła w sam środek akcji, prosto, obok brata. Skuliła się za murkiem, spoglądając na broń.
– Kurwa, dało mi strzelbę… – mruknęła z irytacją.
– Co ty tu robisz? – John pojrzał na nią zdumiony. – Sam wychylił się, strzelił do wirtualnego przeciwnika.
– Pomyślałam, że sobie porozmawiamy. I potrenujemy. Ty swoje umiejętności interpersonalne, ja moje bariery…
– Przestań pierniczyć. Czego chcesz?
Spojrzała na niego z wyrzutem
– Czy muszę mieć konkretny powód, aby chcieć porozmawiać z bratem?
Pociągnął ją za sobą za kolejną osłonę, tym razem antyczny samochód. Jane skrzywiła się, ale przeszła za nim, osłaniając ich flankę.
– Nie musisz, ale ciężko mi uwierzyć, że przyszłaś wymieniać ploty.
– O, jeśli o plotach mowa – wiesz, że nasz mechanik Nelson zbiera zakłady o to, czy kwatermistrz jest gejem?
– Aha – mruknął obojętnie, rzucając granat i kuląc się. – Zajmij się tamtym na drugiej.
Westchnęła ciężko, ale zacisnęła pięść. Wirtualny geth poleciał w górę, aby zaraz potem grzmotnąć o grunt. John strzelił do kolejnego, szczerząc się maniakalnie.
– No, do czegoś się jednak przydajesz.
– Dziękuję, braciszku – mruknęła kąśliwie.
Walczyli przez chwilę z nieustającą falą gethów, ciesząc się samą walką. Kolejny geth poszybował w górę, John odstrzelił go w powietrzu.
– Szybciej! Za długo stoisz w bezruchu, łatwo cię namierzyć – krzyknął w jej stronę, przekrzykując serię wybuchów w innej części mapy.
Przewróciła oczami.
– To mnie osłaniaj, ośle! Po to mam drugą osobę, żebym nie musiała się takimi rzeczami martwić!
– Nie zawsze będziesz mieć drugą osobę obok!
Pochylili głowy, gdy pocisk przeleciał nad nimi ze świstem.
– Snajper na czwartej! – krzyknęła, stawiając barierę.
Rzucili się za kolejny zrujnowany murek, już na skraju mapy.
– Musimy się stąd wyrwać – mruknął.
– Taaa? – Siostra spojrzała na niego rozbawiona. – Ja uważam, że wcale nie musimy.
– No nie, ty chyba nie chcesz…
Wstała nagle z radosnym uśmiechem, odrzuciła strzelbę, pozwoliła, aby biotyka, całkowicie ją otoczyła i ruszyła do przodu, rozkładając szeroko ręce. John pokręcił głową, ale wyskoczył z kryjówki, strzelając do najbliższego przeciwnika.
Wyszli z symulatora pół minuty później. Jane, chichocząc i macając się po brzuchu, w który zarobiła cała serię, John poruszając barkiem i upewniając się, że faktycznie ma jeszcze głowę na szyi.
– Niech to, jesteś totalną wariatką. Pasowałabyś do N7.
Roześmiała się.
– Nie lubię rozkazów, wiesz o tym. Byłabym beznadziejnym N7.
Oboje wyszli z siłowni, weseli i głodni. Usiedli w mesie, każde ze swoją tacą.
– No. Żarcie! – ucieszyła się Jane, pochylając nad makaronem. – Umieram z głodu.
– Ty zawsze umierasz z głodu – powtórzył po raz kolejny John. Sam chwycił nóż i zaczął agresywnie kroić parówki. – Przez twój apetyt będziemy musieli zwiększyć zapasy.
– No, będziemy lepiej przygotowani. To chyba dobrze.
W mesie pojawiła się Liara. Bardzo blada, ubrana w pożyczone spodnie i za duży na nią sweter, wyglądała jak kupka nieszczęść. John spojrzał na nią z troską, podniósł dłoń, chcąc ją zawołać, ale ona gwałtownie odwróciła wzrok i wycofała się, rezygnując z obiadu.
Jane spojrzała na niego ze współczuciem.
– Nie martw się. Przejdzie jej. Może nawet uda ci się zaprosić ją na drinka.
– Nie wiem, o czym mówisz – powiedział mechanicznie.
Uśmiechnęła się miękko.
– Niech ci będzie, że nie wiem. Za trzy godziny będziemy na Cytadeli. Potrzebujesz pomocy z raportami?
Pokiwał głową.
– Tak. Choć, jakby się nad tym zastanowić, to nielegalne.
– Hej, Garrus!
Turianin wyprostował się, obejrzał z niedowierzeniem na Wrexa.
– Na przodków, czy ty właśnie nauczyłeś się wymawiać moje imię? To niesamowite! Daj mi chwilę, skombinuję ci jakiś medal! Jeszcze tylko słowo „Vakarian" i będziesz mógł udawać cywilizowanego!
Kroganin skrzywił się.
– A jeszcze przez chwilę miałem nawet ochotę przekazać ci zaproszenie, ale teraz to mnie po prostu wkurzasz.
Wyminął Garrusa i zaczął ciężko schodzić w dół.
– Hej, jakie zaproszenie? – Ruszył za nim. We dwóch ledwo mieścili się na schodach.
– Alenko chce wyjść do baru. Zaprosił mnie. Powiedział, żebym przekazał też tobie.
– I ty posłuchałeś polecenia od człowieka, który nie jest Shepardem? – Garrus potrząsnął głową rozbawiony.
Wrex skrzywił się, blizna dzieliła teraz jego twarz na dwie części.
– Uznałem, że to dobra okazja na nauczenie się twojego imienia.
Garrus zamrugał gwałtownie, zaskoczony, potem roześmiał się głośno.
– No i brawo, udało ci się.
Milczeli przez chwilę, spoglądając na siebie spode łba. Potem Wrex zmarszczył twarz w czymś, co chyba było pogodną miną.
– Idziemy porzucać raknii?
– No jasne.
Cytadela!
Jane wciągnęła głęboko powietrze, uśmiechając się szeroko i rozglądając błyszczącymi z radości oczami. Była w domu, miała szansę wyspać się we własnych łóżku, zadzwonić do Louil, pójść do kina, do baru, uzupełnić sobie zapasy, być może przejść się nocą po Prezydium…
– No i co się tak cieszysz, nie było cię tu zaledwie dwa tygodnie. – John stanął obok niej, znacznie bardziej ponury. – Spędź w przestrzeni osiem miesięcy, to dopiero wtedy się będziesz cieszysz z powrotu na stały ląd.
– Wiem, że jesteś zły z powodu Rady, więc wyjątkowo nie nazwę cię pacanem. – Spojrzała na niego z godnością. – Potrzebujesz mojego towarzystwa?
Pokręcił głową.
– Udina wyraźnie mi powiedział, że Rada chce zobaczyć tylko mnie i Liarę.
– A, właśnie. – Jane obejrzała się za siebie. – Gdzie ona jest?
Zmarszczył brwi, wyraźnie zirytowany.
– Opuściła Normandię dwie godziny temu. Powiedziała, że sama dotrze do Wieży.
– To ciekawe. Wiesz, czego konkretniej chce od Ciebie Rada?
– Będą się pytać o Noverię, o Benezję, o raknii… Byli wściekli, jak się dowiedzieli, że zabiłem królową. – W jego głosie zabrzmiała złość. – Gdybym ją wypuścił, byłby raban, że niebezpieczne zwierzę chodzi na wolności, a gdybym ją przetransportował na Cytadelę, oskarżyliby mnie o kradzież albo porwanie. Skurwysyny – dodał, już nieco ciszej.
Siostra spojrzała na niego współczująco, poklepała go po ramieniu.
– Będziesz kozłem ofiarnym, ktoś musi. Wieczorem idziemy do baru, to pójdziesz z nami, napijesz się, to i Rada przestanie być wrzodem na dupie.
– Przestanie być wrzodem na dupie, jak ktoś im rozpierdoli tę piękną wieżę. – Potargał ciemne włosy, spojrzał na siostrę. – Ty masz jakieś plany na przepustkę?
– Poza napiciem się z wami w barze? Nie. A ty nie żartuj tak nawet o wieży, bo jeszcze inne Widma uznają cię za terrorystę i aresztują. – Wyszli z doku na szeroki korytarz, prowadzący prosto do Okręgów. Rozdzielili się przy postoju taksówek – John przywołał pojazd, a Jane ruszyła dalej, wkładając ręce do kieszeni i pogwizdując.
John naprawdę nie przepadał za Prezydium. Było za jasne, pełne sztucznej roślinności, bogatych snobów, a szum wody, słyszalny niemal non stop powodował, że zawsze chciało mu się iść do łazienki. Sądząc po zachwytach Jane na temat tego miejsca, był jedyną osobą reagującą w ten sposób i wcale nie poprawiało mu to humoru.
Wysiadł z taksówki, skierował się sztywno w stronę ludzkiej ambasady. Poluzował kołnierz koszuli, przeklinając w myślach siostrę. Jego strój też był jej sprawką. Stwierdziła, że nie może iść na spotkanie z Radą w starym podkoszulku i spodniach mundurowych, wymusiła więc na nim ciemne jeansy i elegancką, oliwkową koszulę. Jej tekst, że ten kolor pasuje mu do oczu wywołał u niego tylko poirytowane westchnienie.
Choć z drugiej strony mijał już kolejną asari, która oglądała się za nim z zainteresowaniem na twarzy. Nieco pokrzepiony uśmiechnął się lekko, choć wszystkie te myśli wyparowały, kiedy ujrzał Liarę, siedzącą na ławce pod powykręcanym drzewem, zaraz naprzeciwko schodów do ambasad.
John zatrzymał się na chwilę, uważnie obserwując asari. Zmieniła strój – teraz miała na sobie długą do ziemi, wąską sukienkę w kolorze ciemnego fioletu. Szeroki pas materiału na przedzie, biegnący od szyi do stóp był czarny i całość Johnowi mocno skojarzyła się z ziemskim strojem noszonym podczas żałoby.
Liara uniosła nagle głowę, zaczęła się rozglądać. John ruszył w jej stronę, nie chcąc zostać przyłapanym na podglądaniu.
– Gotowa? – spytał, starając uśmiechać się łagodnie i przyjaźnie.
Liara wstawała sztywno, nerwowo potarła dłonie o siebie. Jej spojrzenie umknęło gdzieś w bok, ale odpowiedziała całkiem spokojnie.
– Tak, komandorze.
– To dobrze. – Kiwnął głową i wskazał jej schody. – Byłaś kiedyś już w ambasadach?
– Nie, komandorze.
Zdusił ciężkie westchnienie w zarodku.
– A w samym Prezydium?
– Tak, komandorze. Wielokrotnie. Głównie z moją matką.
Zamilkł, wyczuwając ledwo hamowaną złość w jej głosie. W milczeniu przeszli schody i wkroczyli do Ambasady.
– Komandorze! – Udina wstał zza biurka, potarł nasadę nosa. – Sprawia mi pan chyba najwięcej kłopotów, a proszę pamiętać, że odpowiadam też za kapitana Andersona. – Spojrzał zmęczonym wzrokiem na Liarę. – Panna T'Soni. Miło panią wreszcie poznać.
Kiwnęła mu głową, wbijając spojrzenie w okno, wychodzące na Prezydium. Udina nie wyglądał na urażonego.
– Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. Gdyby zależało to tylko ode mnie, pani obecność na tym zebraniu nie byłaby wymagana.
– Dziękuję – powiedziała cicho, na zmianę splatając i rozplatając dłonie.
– Spotkanie powinno zacząć się za kilka minut… – Zerknął w stronę komunikatora. – Może napije się pani wody albo herbaty?
– Ja… – Liara spojrzała na niego bezradnie, jakby nie do końca rozumiejąc pytanie. – Woda będzie w porządku.
Udina podszedł do barku, całkowicie ignorując Johna. Ten uśmiechnął się cierpko, ale nie odezwał się – i tak by nic nie wypił z obawy przed zarażeniem się jakąś chorobą urzędasów.
Asari usiadła ostrożnie na krześle, zaciskając dłoń na szklance z wodą. Nie uniosła jej nawet do ust, siedziała tylko wpatrując się nieprzytomnie w okno. John zerkał na nią co jakiś czas, żałując, że nie wie, jak mógłby poprawić jej humor. Choć sądząc z tego, jak wytrwale unikała jego spojrzenia, mógłby ją uszczęśliwić po prostu znikając jej z oczu.
Komunikator zapiszczał, a potem na podestach pojawiły się trzy, holograficzne sylwetki. Liara wstała gwałtownie, o mało co nie wylewając nietkniętej wody, John stanął obok niej. Udina wyszedł przed nich, uśmiechając się formalnie.
– Dzień dobry. Czy…
– Proszę darować sobie uprzejmości. – Turiański radny pochylił się lekko do przodu. – Komandorze, czy teraz wyjaśnisz nam, dlaczego zabiłaś ostatnią płodną przedstawicielkę całej inteligentnej rasy?
John wypuścił powietrze z płuc, licząc do dziesięciu. Doszedł do siedmiu, zanim uspokoił się na tyle, aby odpowiedzieć bez przeklinania.
– Była zagrożeniem. Jej „dzieci" wymordowały połowę załogi Szczytu 15 i nie ruszyły na Port Hanshan tylko ze względu na złe warunki pogodowe.
– W raporcie było napisane, że raknii zostały oddzielone od matki i to było powodem ich szaleństwa – odezwała się radna, spoglądając łagodnie na komandora i Liarę.
– A ten, zamiast ją… – zaczął turianin, ale asari uniosła rękę, powstrzymując jego wypowiedź.
– Nie oskarżamy pana, komandorze – powiedziała spokojnie. – Przynajmniej nie wszyscy z nas. Pana decyzja z pewnością wydawała się w tamtym momencie rzeczowa i racjonalna, ale my chcemy wiedzieć, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej.
Salariański radny obserwował tylko Johna, co jakiś czas dotykając swojej konsoli, zupełnie jakby robił notatki ze spotkania.
– Królowa raknii powiedziała, że poprzednie królowe zostały zindoktrynowane. Uznałem…
– Ach tak, indoktrynacja! – Turański radny zrobił cudzysłów w powietrzu, sapnął ciężko. – Tajemnicza umiejętność tajemniczego kontrolowania umysłów przez tajemniczych Żniwiarzy. To pana wymówka na zabicie królowej raknii i matki Benezji?
– Wszystko jest w moim raporcie – warknął John. – Proszę pytać o coś, czego pan nie wie, inaczej tracimy tylko czas.
– Ty… – Turianin wychylił się do przodu, powstrzymał się od jakiegoś wyjątkowo brzydkiego słowa.
– Proszę nas zrozumieć, komandorze, to niecodzienne wytłumaczenie – odezwał się salarianin. – Zazwyczaj nikt się nie zasłania magią, kiedy mówi o zabójstwie.
John potarł twarz, czując, że ma ochotę potrząsnąć Radnymi, a potem zabrać ich na Szczyt 15 i zamknąć ze wszystkimi raknii w jednym pomieszczeniu. Zerknął na nich i ku jego zdumieniu, dojrzał w oczach radnej pełną zrozumienia troskę. Najwyraźniej dopuszczała do siebie myśl, że jednak nie oszalał.
– Matka Benezja nas zaatakowała, potem wyrzuciła z siebie garść informacji, a na końcu poprosiła o śmierć. Nie mogłem ryzykować, że znowu nas zaatakuje, spełniłem więc jej prośbę. Królowa raknii wyraźnie powiedziała, że jej rasa oszalała i została zmuszona do wojny. Gdybym ją wypuścił, też bym dostał naganę. Czy możemy więc pominąć ten punkt i przejść do następnego?
– Nie, nie możemy! – Turianin zaczął tracić nad sobą panowanie. – I proszę okazać trochę szacunku, nie rozmawia pan ze swoimi żołnierzami! Nie wiem też, po co przyprowadził pan tu tę biedną dziewczynę, zaraz po tym, jak sam jej pan zabił matkę!
– Co? – John zmarszczył brwi. – Przecież sami kazaliście tu jej przyjść.
– Ja poprosiłam o jej obecność. – Radna wyprostowała się, spojrzała na Liarę. – Podejdź bliżej.
Liara zbliżała się o dwa kroki, spoglądając niepewne na holografy przed nią. Ukłoniła się.
– Powiedz mi. Czy twoja matka naprawdę chciała śmierci? – Oczy radnej, duże i współczujące, wpatrywały się w Liarę miękko, choć intensywnie.
– Ja… – Asari oblizała nerwowo wargi. – Tak. Chciała tego. Uważała, że jej umysł nie należy już do niej.
Radna milczała dłuższą chwilę, w końcu pochyliła głowę.
– W takim razie muszę ci podziękować za ten czyn, komandorze, nawet jeśli panna T'Soni będzie mieć na ten temat inne zdanie.
John zamrugał gwałtownie, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje. Sądząc po minach pozostałych radnych, nie był jedyny.
– Ty mu za to dziękujesz?! – syknął turianin. – Co tu się dzieje?
– Nasza rasa zna przypadki kontroli umysłów – odpowiedziała spokojnie radna.
Salarianin pokręcił głową.
– Ale nie może chodzić o ten przypadek!
– Nie – przyznała. – Ale nie wyklucza to innych sposobów. Znałam matkę Benezję jeszcze kiedy sama byłam panną. Była potężna i przede wszystkim zawsze świadoma swoich słabości. Jeśli prosiła o śmierć, to wiedziała, że nie ma innego wyjścia. Komandor spełnił tylko jej prośbę z należytym szacunkiem.
Turianin machnął dłonią w bezsilnym geście.
– Wy i to wasze mistyczne pierdolenie…
– Panno T'Soni, proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje i przeprosiny, że poprosiłam o pani obecność. – Radna znowu spojrzała na Liarę. – Musiałam jednak usłyszeć odpowiedź z pani ust.
Liara kiwnęła tylko głową, najwyraźniej niezdolna do jakiegokolwiek więcej ruchu. John, niemal odruchowo, położył jej dłoń na ramieniu. Szarpnęła się gwałtownie i odsunęła na krok, zostawiając go ze zdumioną miną i idiotycznie wyciągniętą ręką.
Nikt tego nie skomentował.
– Komandorze, z tego co wiem, masz kilka dni przepustki. – Asari spojrzała teraz na niego.
– To prawda – przyznał, kiwając głowa.
– Doskonale. Być może jeszcze zaproszę pana na rozmowę. – Jej oczy błysnęły dziwnie. – Tymczasem z naszej strony to wszystko. Posiedzenie Rady uznaję za zakończone.
Jej hologram zniknął. Turiański radny spojrzał ciężko na Johna i również się wycofał. Ostatni zniknął radny salarian.
Udina westchnął i usiadł na swoim fotelu.
– Komandorze, zgłosi się pan jutro o dziewiątej tutaj, do mnie. Już za długo zwlekał pan z wywiadami.
– Słucham? – John spojrzał osłupiały na ambasadora. – Przecież to absurd!
– To nie absurd, to rozkaz. Dostanie go pan też drogą oficjalną, od admirała Hacketta. Proszę się przygotować i stosownie ubrać. Może być tak, jak dzisiaj – dodał po uważnym otaksowaniu jego sylwetki. – I nawet proszę nie próbować tego unikać. Pierwsze ludzkie Widmo musi być osobą publiczną, proszę się z tym pogodzić.
– Jestem żołnierzem, nie osobą publiczną! – odpowiedział zbulwersowany.
– To proszę być pionierem i połączyć te dwie osoby w jedno. – Posłał mu cierpki uśmiech. – Dobrego dnia.
John zaklął, ale wyszedł z ambasady. Za nim wyszła Liara, tak samo blada jak przez całą rozmowę.
– W porządku? – spytał, czując się trochę głupio. – Nie chcesz pogadać, ani nic?
– Nie, nie chcę – odpowiedziała sztywno, schodzą po schodach.
– Masz się gdzie zatrzymać?
– Wynajęłam pokój w hotelu.
– Hm. No to dobrze – mruknął. – Reszta idzie do baru. Wspominali ci o tym?
– Tak.
– Nie chcesz na pewno się wybrać? Może…
Zatrzymała się nagle, odwróciła do niego gwałtownie.
– Z całym szacunkiem, komandorze, wypad do baru nie jest czymś, na co mam ochotę. Nie w obecnych okolicznościach!
Podrapał się po karku, westchnął ciężko.
– Masz rację. Przepraszam. Gdybyś chciała porozmawiać, czy coś…
– To wtedy się odezwę – odpowiedziała gniewnie. – Teraz muszę iść.
I odeszła szybkim krokiem, zostawiając go na czystym chodniku wśród sztucznej zieleni.
– Jak poszła rozmowa z Radą? – Jane otworzyła drzwi bratu, poprowadziła go do kuchni. – Po twojej minie mordercy wnoszę, że nie najlepiej.
Otworzył drzwi lodówki, przyjrzał się krytycznie jej zawartości.
– To Rada. Nie przepadają za mną.
– Jakbyś się tym przejmował. – Posłała mu melancholijny uśmiech. – Nie zabrali nam przepustki?
– Nie. Choć ja mam jutro udzielić wywiadu.
Jane odchyliła głowę do tyłu, roześmiała się gardłowo.
– Poważnie? Zmusili cię do tego?
– Oficjalny rozkaz. – Wyjął w końcu butelkę mleka i złapał przelatujący obok, świecący na niebiesko kubek. – Umówili już dziennikarzy, a ja mam się podobno przygotować. Nie mam pojęcia, jak to zrobić.
Uśmiechnęła się złośliwie.
– Oj, biedny ty, zmuszony do wywiadów, do sławy, do miłości tłumów. Weź tylko wspomnij, że wszystkie twoje sukcesy osiągnąłeś dzięki mnie, co?
– Spierdalaj – powiedział całkiem pogodnie. – Na którą idziemy do tego baru?
– Na dwudziestą. Chcesz coś zjeść przed tym?
Parsknął.
– To miłe mieć kogoś, kto chce mnie ciągle karmić.
– Muszę dbać o mojego malutkiego braciszka. – Poklepała go żartobliwie po policzku. – Co z tego, że jesteś ode mnie dwa razy szerszy i wyższy o głowę.
Wzruszył ramionami.
– Możemy zamówić jakąś pizzę, skoro już o tym wspomniałaś.
Usiadła na rozłożonej kanapie, rozpuściła swoje ciemne włosy i przeczesała je palcami.
– To zamów. Skoro już chcesz korzystać z mojej gościnności, dołóż coś siebie. – Milczała przez chwilę. – Co z Liarą w ogóle?
– A co ma być? – mruknął. – Chce być sama, tak jak mówiłaś. Wątpię, aby wróciła na Normandię.
Jane pokiwała powoli głową.
– Nie dziwię się jej. Znaleźliśmy jej matkę, nie ma w sumie już po co tkwić na statku wojskowym. – Obdarzyła brata zatroskanym spojrzeniem. – Wydajesz się zmartwiony z tego powodu.
Usiadł obok niej, wyciągnął długie nogi przed siebie i oparł je o krzesło.
– Dlaczego miałbym być zmartwiony?
– Udawać możesz przed sobą, nie przede mną – wymruczała. – Ale widzę, że nie chcesz o tym rozmawiać, ty twardy, nieczuły żołnierzyku.
– Och, zamknij się.
