XII

Następny rozdział będzie… nie wiem kiedy. Mam ogromny problem z rozdziałem trzynastym, powoli dopiero go ogarniam (mam kłopot, jakbym pisała pracę magisterską o stanie splątanym, nie jakiśtam ficzek do gry, cała ja). Ale będzie za jakiś miesiąc, postaram się, aby tak było.

A teraz Szczęśliwego Nowego Roku, dużo fajnych rzeczy i czego tam chcecie. Dziękuję też Wam za bycie tu ze mną, za czytanie o Shepardach, za miłe słowa i za pomoc, jakiej mi udzielacie z literówkami i innymi durnotami. Straszne się cieszę, że tu jesteście i mam nadzieję, że zostaniecie i na przyszły rok.

Miłego!


John i Jane weszli do Fluxu śmiejąc się i żartując. Ubrani całkiem podobnie – w ciemne jeansy i oliwkowe koszulki wyglądali jeszcze bardziej podobnie do siebie niż zazwyczaj. Przy jednym, dużym stole siedzieli już Garrus i Tali. Turianin przytupywał nogą w rytm muzyki, quarianka siedziała wciśnięta w kąt i ściskała dwiema dłońmi dziwny kubek ze specjalną słomką, wprowadzoną prosto do maski. Jej świetliste oczy błyszczały jasno w półmroku, gdy rozglądała się ciekawie po klubie.

– Nigdy nie byłam w takim miejscu – powiedziała na przywitanie. – Quarianie nie są mile widziani na imprezach.

– To niesprawiedliwe – odezwała się Jane siadając obok niej i składając szybkie zamówienie na konsolecie wbudowanej w blat. – Ale nie martw się. Jak ktoś spróbuje ci coś powiedzieć, to będzie latał pod sufitem zanim zdąży powiedzieć „quarianin".

– To miłe, choć wolałabym, żeby nie było konieczne – westchnęła cicho. – No, ale nieważne, mieliśmy się tu dobrze bawić, tak?

– O ile to możliwe z tak słabą bandą. – Potężna sylwetka Wrexa na chwilę pogrążyła stół w mroku. Przysunął sobie z drugiego stolika krzesło dla siebie (dwa razy większe od tych dla ludzi) i usiadł ciężko. – Jakaś szansa, że dają tu rynkol?

– Podają, podają. – Kaidan pojawił się za nim, machną w stronę wejścia, z którego właśnie wolno kuśtykał Joker w towarzystwie Ash. – I kiedy ostatni raz sprawdzałem, mieli też świetne drinki.

Usadzili Jokera wśród śmiechów i żartów. Kelnerka przyniosła ich drinki i przekąski, dojść podejrzliwie patrząc na Wrexa, który szybko zabrał się za opowiadanie o zwyczajach krogan związanych ze świętem przesilenia.

– Nie mogę uwierzyć, że trafiłem na jedynego kroganina w galaktyce, który jest prawdziwą duszą towarzystwa – powiedział Garrus, kręcąc głową. – I na dodatek siedzę z nim w barze!

– Nie bój się, nie zamierzam wykorzystać cię w niecny sposób. – Wrex wyszczerzył się w jego stronę.

Jane wzdrygnęła się na tę myśl.

– Błagam, porozmawiajmy o czymś innym. Nie chcę myśleć o niecnym wykorzystywaniu przez krogan.

– Nie bój się, ludzka samico, jesteś za delikatna na takie ekscesy.

– Ona jest delikatna? – Joker pokręcił głową. – To ja tu muszę uważać, żeby sobie nie połamać ręki przy próbie napicia się.

Jane pochyliła się nad stołem z dziwnym uśmiechem na twarzy.

– Ostrzegasz, czy zachęcasz?

Wrex również pochylił się w jej stronę.

– Chcesz się przekonać?

– Rany boskie, Wrex, próbujesz podrywać moją siostrę?! – John odstawił gwałtownie piwo.

– Nie. Mówiłem, jest za delikatna.

Ashley skrzywiła się lekko, Tali chichotała niekontrolowanie, kiwając się do przodu i tyłu. Garrus ukrył twarz w dłoniach, wyjąc ze śmiechu, podobnie jak Jane. Kaidan obserwował całość z dziwnym wyrazem twarzy, John pokręcił głową.

– Wiedziałem, że ten wypad będzie dziwny, ale nie myślałem, że aż tak.

– A ja myślałem, że imprezy pilotów są dziwne – odezwał się Joker, ostrożnie nalewając sobie piwa do szklanki.

– Imprezy quarian są nudne – odezwała się Tali i czknęła zabawnie. – Siedzimy i mówimy o tym, że gethy zabrały nam dom.

– Poważnie? – Ashley spojrzała na nią z niedowierzeniem.

– Nie. – Quarianka pokręciła głową. – W zasadzie to nie. Może trochę. Ale dużo o tym mówimy. Dlatego potrzebuję tych części gethów. – Sięgnęła po kolejnego drinka w szczelnie zamkniętym kubku i wbudowaną słomką. – Żebyśmy mogli mieć fajniejsze imprezy. Bez tych kombinezonów.

– Jak wy w ogóle wyglądacie bez kombinezonów? – zaciekawił się John, spoglądając w jej stronę. – Znaczy… macie twarz?

– Nie, zamiast twarzy mamy łuski. Na całej głowie – odpowiedziała mu komicznie poważnym tonem. – A zamiast ust mamy tylko taką niezamykającą się, świecącą na zielono dziurę. Oczywiście, że mamy twarz, komandorze, jak miałabym mówić bez twarzy?

– Hanarzy mówią! – Jane uniosła szklankę z jadowicie zielonym płynem. – Tylko że w głupi sposób!

– My nie jesteśmy hanarami. – Tali wydała z siebie coś na kształt pociągnięcia nosem. – My mówimy normalnie. A jak chcesz zobaczyć, jak wyglądamy naprawdę, to sprawdź sobie w exstranecie. Wiesz, my to nie Ziemia, trzysta lat temu mieliśmy aparaty i extranet.

– No na pewno, ale nie wiem, może jakoś zmieniliście się?

– Przez trzysta lat?

– Ja widziałem porno z quarianami – wypalił nagle Joker.

Wszyscy zamilkli na chwilę, spoglądając na pilota.

– To obrzydliwe – oświadczyła z godnością Ashley.

– Wyślesz link? – zainteresował się Wrex.

– Pracuję ze zboczeńcami. – Kaidan pokręcił głową.

Przyniesiono kolejne drinki i kolejne przekąski. Garrus wyciągnął Tali na parkiet i tańczyli teraz coś dziwnego, najwyraźniej doskonale się przy tym bawiąc. Jakaś asari podeszła do Johna i próbowała wciągnąć go w rozmowę, ale spławił ją szybko, tylko po to, aby wdać się z Ash, Jokerem i Wrexem w głośną dyskusję na temat Mako. Jane i Kaidan nie słuchali ich. Nachyleniu ku sobie, rozmawiali o filmach.

– Nie, to nie tak! – Jane pokręciła gwałtownie głową. – Może i Khotu jest dobrym aktorem, ale co z tego, jak scenariusz był do dupy? Całość była pocięta, w sumie nie wiadomo było, o co chodziło głównemu bohaterowi…

– Wiadomo było, chciał się zemścić, To chyba proste? – Kaidan przysunął sobie paluszki sezamowe. – Czego tu nie rozumieć?

Machnęła niecierpliwie ręką.

– Za co się zemści, za zabicie kobiety, którą znał osiem dni? – prychnęła. – Też mi motywacja. Nawet nie byli zakochani, ani nic.

– To co, trzeba się mścić tylko za ukochanych? – Podsunął jej paluszki pod nos – Dobre. Spróbuj.

Wzięła paluszek i zaczęła nim wymachiwać na wszystkie strony.

– Nie chodzi o to, aby mścić się tylko za ukochanych. Ale do licha, oni byli dla siebie prawie obcy! Dlaczego wiec Richto miałby rzucać prawie wszystko i robić za jakieś szurniętego mściciela?

Kaidan zmarszczył brwi.

– Dla rozwałki?

Parsknęli śmiechem.

– No dobrze, rozwałka była w porządku – przyznała wesoło Jane. – Druga część wyszła trzy tygodnie temu. Trzeba będzie się wybrać.

– Możemy pójść jutro albo pojutrze. – Kaidan musnął dłonią jej palce, uśmiechnął się ciepło. – Ja stawiam!

Zaczerwieniła się, choć w ciemnym wnętrzu nie było tego widać, uśmiechnęła się, próbując ukryć zakłopotanie odchyliła się do tyłu i rozejrzała po klubie. Tali została porwana do tańca przez jakiegoś człowieka, Garrus rozmawiał przy barze z młodą asari. Joker, Ash i John opowiadali sobie nawzajem dowcipy, a Wrex popijał coś z wielkiego kufla. Kiedy zauważył jej spojrzenie, posłał w jej stronę całkiem przyjazny uśmiech.

– Być może – odpowiedziała w końcu. – Kino to w sumie dobry pomysł.

– No to ustalone – powiedział wesoło.

John trącił siostrę w ramię.

– Ja się muszę zbierać – powiedział, włączając omni-klucz i płacąc za drinki. – Mam jutro trochę wywiadów.

– Co, już? – Wyprostowała się, wykrzywiła komicznie. – Nawet się porządnie napić nie zdążyłeś!

– Co ja poradzę, muszę tam jakoś wyglądać.

– Ach, ciężkie życie celebryty… – westchnęła teatralnie. – Tylko niech ci woda sodowa do głowy nie uderzy.

– A ty się nie upij. Dobranoc. – Skinął im głową i wyszedł szybkim krokiem z klubu.

– Komandor już idzie? – Tali opadła na swoje miejsce. – Keelah, jutro mi chyba nogi odpadną! Nie widziałam, że ludzie tak lubią tańczyć!

– Widzę, że dobrze się bawisz. – Ashley uniosła w jej stronę szklankę. – A mówiłaś, że quarianie są nudni na imprezach.

– Tamten człowiek chciał się ze mną umówić! – wypaliła. – Nie mam pojęcia, dlaczego!

– Mogę sobie z nim porozmawiać. – Wrex odstawił kufel na blat stołu.

– Nie trzeba. – Tali zachichotała, całkiem uroczo. – Odmówiłam, ale i tak to było miłe. Poczuć się jak dziewczyna.

Jane pokręciła głową z szerokim uśmiechem.

– O, komandor już poszedł? – zdziwił się Garrus. W ręce trzymał kolejne piwo.

– I ja też już muszę. – Joker pochylił się, szukając swoich kul. – Jutro mam lekarza, nie mogę się spóźnić. Pieprzony konował znowu będzie we mnie wpakowywał tony igieł...

– Pójdę z tobą. – Ash wstała, dopiła drinka. – Dopilnuję, żebyś nie połamał sobie nóg na schodach.

Pomogła mu wstać i razem ruszyli przez zatłoczony klub, ostrożnie wymijając kręcących się bywalców. Wrex zamówił sobie kolejny kufel, przesunął się tak, aby usiąść obok Jane. Garrus usiadł obok Kaidana z głośnym westchnieniem.

– Skoro już siedzę z samymi biotykami, to powiedzcie: jakie ma ona inne zastosowanie, poza bojowym? – spytał wesoło i spojrzał na pozostałą trójkę.

– Komediowe – odpowiedziała bez chwili zastanowienia Jane. – Można komuś ściągnąć spodnie i patrzeć, jak się miota.

– To niemal okrutne. – Kaidan roześmiał się.

– Okrutne? Okrutne jest wyrwanie komuś flaków i uduszenie go nimi. – Wrex pokiwał głową z zadumą.

Jane skrzywiła się.

– Ale to można zrobić gołymi rękami, nie trzeba do tego biotyka. – Zamówiła na konsolecie kolejnego drinka. – Ale biotyka przydaje się też w kuchni. Naprawdę można sobie pomóc w gotowaniu, jak wszystkie składniki unoszą ci się wkoło.

– Albo wysypać sobie wszystko na głowę. – Turianin spojrzał na nią z zaciekawieniem.

Przyznała mu rację z zakłopotanym uśmiechem.

– Też się zdarza. Ciężko się usuwa mąkę z włosów.

– W seksie też jest dobra. – Wrex zajrzał do swoje kufla. – Ech, ile rzeczy można zrobić z biotyką…

– Ta rozmowa idzie w zdecydowanie złym kierunku. Chyba już czas, aby się zbierać do domu. – Jane odsunęła się od stołu i spojrzała na dopiero co przyniesionego drinka. – No dobra, zajmę się jeszcze tym.

– Odprowadzę cię. – Kaidan wstał, przeciągnął się potężnie

– Ech, ludzie. Słabi jak pyjaki, nawet do rana nie dotrwali.

– Wiesz, Wrex, nie wszyscy czują potrzebę picia całą noc. – Szczęki Garrusa zadygotały, gdy uniósł do ust piwo.

– No, mogę iść! – Jane z hukiem odstawiła kieliszek na stół. – I nie musisz mnie odprowadzać. – Spojrzała dumnie na Kaidana. – Nie mieszkam daleko, a spacer pomoże mi trochę przetrzeźwieć.

– Ehe. Komandor urwałby mi łeb, jakbym cię samą puścił po Cytadeli.

Wrex i Garrus parsknęli śmiechem.

– Komandor to może mnie cmoknąć w dupę! – Jane uniosła wojowniczo palec. – Jeśli chcesz mnie odprowadzać tylko ze względu na niego, to idź do diabła!

– Po prostu chodźmy. – Chwycił ją za ramię i skinął kroganinowi i turianinowi przy stole. – Dobranoc. To był ciekawy wieczór.

– To prawda. – Jane wyszczerzyła się do nich radośnie. – Nie zrobicie burdy, co? Byłoby szkoda.

– Nie zrobimy. – Garrus machnął jej ręką na pożegnanie.

– Mów dla siebie – wymruczał Wrex.

Wyszli na pusty korytarz przed klubem. Jane spojrzała buntowniczo na Kaidana.

– Nie potrzebuję stróża.

– Wiem.– Spojrzał na nią z uśmiechem i dziwnym wyrazem ciemnych oczu. – Chcę cię odprowadzić, bo po prostu lubię twoje towarzystwo.

– O – ucieszyła się. – To dobrze. Bo ja twoje też lubię. No to prowadź! – zawahała się na chwilę. – Choć nie, czekaj. To ja muszę prowadzić, nie? Bo ty nie wiesz, gdzie ja mieszkam.

– Nie wiem – przyznał całkiem wesoło.

– Ale jesteś trzeźwy? – zatroskała się nagle. – Chyba jesteś. Mam nadzieję. Piłeś mniej, niż ja.

Ruszyli alejką. Kaidan złapał Jane pod ramię, kiedy ta się potknęła i żadne z nich jakoś nie próbowało przerwać tego dotyku, zamiast tego dostosowując do siebie swoje rytmy kroków.

– Nie przesadzaj, ty też nie piłaś nie wiadomo ile. Nie wyglądasz na pijaną w trupa.

– Bo nie jestem. Ale cieszę się, że ty też nie jesteś. Nie wylądujemy w krogańskim burdelu.

Spojrzał na nią osłupiały.

– Krogańskim czym?!

Zignorowała go.

– O, tędy dojdziemy do Prezydium! Jest już wygaszone! Chodź. Nadrobimy drogi, ale ono teraz jest po prostu śliczne!

Zanim zdążył zaprotestować, pociągnęła go za sobą i dziesięć minut później spacerowali już jasnymi alejkami pomiędzy starannie przystrzyżoną roślinnością. Sztuczne niebo było przyciemnione i doskonale imitowało to nocne, z widoczną Mgławicą Wdowy.

– Czasem chodziłyśmy tu z Louil – mruknęła nagle Jane. Jej głos brzmiał już znacznie lepiej. – Dzisiaj jest tu wyjątkowo pusto. Czasem musiałyśmy się przeciskać przez tłumy, które przychodziły tutaj na romantyczne przechadzki.

– Romantyczne? – Zerknął na nią kątem oka.

– Tak. Znaczy nie! – Uniosła nagle głowę. – Inni mieli romantyczne przechadzki. Ja chciałam przyjść tylko dlatego, że jest ślicznie.

Szli przez chwilę wolno i w ciszy, podziwiając migoczącą wodę w łagodnym świetle wodę.

– Szkoda – odezwał się w końcu Kaidan.

– Co szkoda? – Jane zmarszczyła brwi.

Spojrzał na nią z uśmiechem. Zaczerwieniła się pod tym spojrzeniem wbrew samej sobie.

– Nie miałbym nic przeciwko romantycznej przechadzce z tobą.

Odwróciła głowę, i zaszurała niezgrabnie butami.

– Cóż, może w innej sytuacji miałoby to sens. Gdybym była lepiej ubrana, mniej pijana i…

Zamilkła, bo Kaidan stanął nagle, objął ją gwałtownie w pasie i pocałował.

Stała przez chwilę bez ruchu, nienaturalnie odchylona do tyłu i potrzebowała kilku sekund, aby w ogóle zrozumieć, co się dzieje. Przymknęła w końcu oczy, wydała z siebie cichutkie westchnienie i oddała pocałunek.

– No, tego się nie spodziewałam – mruknęła, uśmiechając się delikatnie.

– Cóż, ja też nie planowałem, ale skoro się zdarzyło, nie zamierzam narzekać. – Przesunął palcami po jej włosach, potem po szczęce, aby zatrzymać się wkoło jej czerwonych ust.

Zmrużyła oczy.

– Przyznaj, zrobiłeś to tylko ze względu na ładne otoczenie.

Roześmiał się, zacisnął dłoń na jej biodrze.

– Nieprawda. Zrobiłem to, bo jesteś absolutnie seksowna. – Jego oczy błyszczały wesoło. – I nie miałbym nic przeciwko powtórce.

– Taaak? – Jane spojrzała na niego spod rzęs. – Myślisz, że tak po prostu ci na to pozwolę?

Spojrzał w górę w udawanym zamyśleniu.

– Nie protestowałaś. Myślę, że dałbym radę pocałować cię jeszcze raz.

– No to spróbuj – rzuciła, znacznie mniej pewnie niż zamierzała.

Drugi pocałunek był o wiele bardziej przyjemniejszy i pewniejszy. Jakiś salarianin przechodzący obok, wydał z siebie zirytowane prychniecie, ale nie zwrócili na niego najmniejszej uwagi; dłoń Kaidana sunęła powoli w górę i w dół po linii kręgosłupa Jane, ona zaś wplotła dłonie w jego ciemne, gęste włosy, ciesząc się tym, że jak na wojskowe standardy są niemal nieprzyzwoicie długie.

Przerwała w końcu pocałunek tylko po to, aby wtulić nos w zagłębienie jego szyi.

– Wiesz co? – szepnęła. – Tam, za mostkiem, jest postój taksówek.

– Taaak? – musnął ustami jej ucho.

Zadrżała, przymykając oczy.

– Możemy być u mnie w domu za piętnaście minut.


Nie doszli do sypialni.

Kanapa w salonie, wciąż rozłożona, wydawała się właściwsza. Bliższa. Padli na nią, Kaidan na Jane, i z pasją zaczął całować ją po szyi. Szarpali się przez chwilę z jego koszulą, w końcu Jane oderwała jeden z guzików, który pomknął gdzieś w bok. Jej koszulki pozbyli się znacznie szybciej. Kiedy odwróciła się, aby rzucić ją na krzesło, Kaidan rozpiął jej stanik i zsunął go szybko.

– Chodź do mnie – wymruczał między jej drobne piersi i przesuwając palcami po linii spodni. Zachichotała, poruszała zachęcająco biodrami i przygryzła wargę.

– Nigdzie się przecież nie wybieram. – Chwyciła jego twarz w dłonie i pociągnęła w ku swojej. – A teraz nie gadaj, tylko rób swoje.

Uśmiechnął się szeroko.

– Z przyjemnością.

Znów zasypał ją pocałunkami. Najpierw usta, potem szyja, ramiona i dekolt. Sięgnął do jej spodni, ściągnął je wśród wspólnych chichotów, a potem otworzył szeroko oczy, wpatrując się rozbawiony między jej nogi.

– No co? – Jane uniosła się na łokciach, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi. – Nie gap się tak, bo się zawstydzę i nastrój szlag trafi!

– „Dziewczyna nie z tej ziemi"? – Przeczytał na głos czarny napis na jaskrawożółtym materiale i ryknął niepasującym do sytuacji śmiechem.

– Diabli – mruknęła smętnie. – Jakbym wiedziała, że będę uprawiać seks, założyłabym jakąś fajniejszą bieliznę.

Uspokoił się i pocałował ją w sterczący sutek.

– Mnie się podobają – powiedział wesoło, przesuwając dłonią po jej biodrach. – I całkowicie zgadzam się z napisem.

Parsknęła śmiechem, czując przyjemny dreszcz, idący wzdłuż jej kręgosłupa.

– Tak? No to dobrze. A teraz pokaż, co ty chowasz przed światem. – Wyślizgnęła się spod niego i sięgnęła do paska spodni. Odpięła go, patrząc Kaidanowi prosto w oczy. Przeczesał dłonią jej włosy, zdjął z nich frotkę i z zachwytem patrzył na ciemne pasma, opadające miękko na jej ramiona.

– Piękna – powiedział cicho, przyciągając Jane do siebie. Szybko pozbył się spodni i pochylił nad nią, całując ją w usta. Przesunął dłonią po jej szczupłym udzie, ciesząc się miękkością jej skóry i słodkim, waniliowym zapachem włosów.

– Och, Kaidan… – wyszeptała cichutko, odchylając głowę do tyłu i obejmując go nogami.

Przygryzł płatek jej ucha.

– Chcesz mi coś powiedzieć?

Zachichotała.

– A muszę?

Uśmiechnął się.

– Nie.

A potem świat zniknął w oślepiającym błysku błękitu.


Zegar wskazywał dziewiątą, kiedy Kaidan w końcu otworzył oczy. Leżał przez kilka sekund bez ruchu, nie do końca rozumiejąc, gdzie w ogóle się znajduje, ale wspomnienia z nocy powróciły do niego bardzo szybko. Uśmiechnął się leniwie i sięgną na lewo, gdzie powinna znajdować się Jane, z tego, co pamiętał, całkowicie naga, ale zamiast niej natrafił tylko na puste łóżko.

Uniósł się na łokciach, rozglądając po pokoju. W nocy nie poświęcił mu więcej uwagi, były w końcu znacznie ciekawsze rzeczy do roboty, ale teraz miał okazję przyjrzeć się jego wystrojowi. Niebieskie ściany i kremowe meble ładnie komponowały się ze sobą, przywodząc bardziej na myśl młoda studentkę niż najemniczkę. Z jakiegoś powodu był przekonany, że pokój Jane jest utrzymany w spartańskim, surowym stylu.

Jego spodnie i koszula wisiały na oparciu krzesła. Kaidan zmarszczył brwi – pamiętał, że zostały w salonie i na pewno nie przynosił ich ze sobą. Najwyraźniej Jane nie tylko wstała wcześniej od niego, ale też zabrała się za porządki. Na tym samym krześle leżała też pęknięta holo–rama – jeszcze wczoraj wisiała na ścianie i wyświetlała zdjęcie jakichś kwiatów. Na ten widok Kaidan poczuł wyrzuty sumienia. To jego wybuch biotyczny straciła ją w nocy na podłogę. Obiecał sobie, że jeszcze dzisiaj pójdzie i odkupi jej ten przedmiot.

Przyniosła też jego kaburę z pistoletem – położyła je na skraju biurka, niedbale odgarniając graty. Blat był zresztą niesamowicie zabałaganiony – komputer, papierki po słodyczach, zepsuty datapad, ozdobny uchwyt jakiego karabinu, blok nabojów, przykurzona figurka, przedstawiająca trzy odwrócone do siebie tyłem asari, najwyraźniej przedstawienie ich Bogini.

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Odwrócił się gwałtownie i zauważył kolejną holo–ramę, znacznie mniejszą i stojącą na parapecie. Własne zmienił się wyświetlany plik. Zaciekawiony podszedł i chwycił ją do ręki, przyglądając się uważniej zdjęciu.

Nie od razu rozpoznał Jane, miała na nim najwyżej dziesięć lat. Włosy, nieco jaśniejsze niż dzisiaj, były równo przycięte na wysokości szyi. Niesforna grzywka wpadała jej do zielonych, psotnych oczu. Siedziała na trawie pomiędzy dwójką dorosłych – najwyraźniej byli to jej przybrani rodzice. Kobieta miała ciemnorude włosy, zaplecione w gruby warkocz, opadający na jej ramię, szeroki uśmiech i bursztynowe, świetliste oczy. Drobny nos i krągłe policzki pokryte były mnóstwem uroczych piegów. Mężczyznę widać było z profilu – całował żonę w policzek i w zasadzie widać było tylko, że ma półdługie, jasne włosy i ostry nos. W tle widać było zielone krzewy wielkości drzew, obce i nienaturalne, na pewno nie ziemskie. Zdjęcie musiało więc być zrobione na Mindoir, ponad dwadzieścia lat temu. Kaidan uśmiechnął się mimowolnie – z całej sceny biła naprawdę ciepła atmosfera. Z ciekawości przesunął palcem po ramce, przełączając kolejne zdjęcie.

To było zdecydowanie nowsze i bez problemu rozpoznał na nim Jane. Stała obok jakiejś asari ze złotymi tatuażami na twarzy, obie roześmiane, z wyciągniętą bronią i na tle jakichś na wpół zrujnowanych ruin. Nie znał tej asari, ale sądząc po emblemacie Artefaktów na pancerzu, musiała to być Louil, o której Jane czasem wspominała. Przyglądnął im się uważniej. Tatuaże asari układały się w dwa pasy, biegnące od kącika oczu do ust, zaciskała też jedną pięść, otoczoną biotyką. Jane wyglądała o kilka lat młodziej, nie miała też swojej charakterystycznej blizny na czole.

Przełączył na kolejne zdjęcie.

Ona i John siedzieli w jakimś barze, roześmiani i rozluźnieni. Nie patrzyli w obiektyw, ktoś musiał im zrobić zdjęcie z zaskoczenia, jak siedzą razem i popijają piwo. Jane odchyliła głowę do tyłu, śmiejąc się z czegoś, co jej brat pokazywał w głębi. Miała już zwoją bliznę na czole, ale znacznie krótsze włosy – zdjęcie musiało mieć jakieś dwa lata.

– Dzień dobry.

Odwrócił się gwałtownie. Jane stała w drzwiach, ubrana tylko w sporo na nią za dużą, szarą koszulkę i puchate, jasnopomarańczowe skarpetki. Wilgotne włosy opadały jej na ramiona.

– Eee… Dzień dobry. – Odłożył holo–ramkę na parapet. – Przepraszam za tamto. – Wskazał na szczątki leżące na krześle.

Machnęła niedbale ręką.

– Cóż, mogło trafić w komputer. Cztery takie ramy leżą nam w szafie w przedpokoju, jeszcze nie odpadkowe. – Przywołała grzebień z biurka. – Dałabym ci całusa, ale nie myłeś jeszcze zębów, więc poczekam. W łazience masz ręcznik i szczoteczkę do zębów. Ja zrobię śniadanie.

Uśmiechnął się.

– Dziękuję.

Wzruszyła ramionami i wyszła, czesząc włosy i rozchlapując kropelki wody na podłogę.

Na śniadanie były naleśniki z serem.

Kaidan wciągnął głęboko słodki zapach i spojrzał wdzięcznie na Jane, która kończyła smażyć ciasto, nucąc coś pod nosem.

– Chcesz kawy, herbaty? – Obejrzała się przez ramię na lodówkę, marszcząc brwi. – Chyba nie mam żadnego soku, nie było czasu robić zakupy.

– Herbata będzie w porządku.

– To nastaw wody, co? W szafce są kubki, a herbata tam. – Wskazała brodą szafkę z wielkim, naklejonym napisem „Jestem seksowną panią domu". – I, uch… Udajmy, że tego nie widzisz.

– Ja tam się z nim zgadzam – rzucił wesoło, wyjmując kubki.

– Co, jesteś seksowną panią domu? – Zachichotała i wylała resztę ciasta na patelnię. – Cukier… Cholera, nie ma cukru, cały poszedł na naleśniki.

– Nic nie szkodzi, i tak piję bez.

Usiedli w końcu na kanapie w salonie, przy niskim stole. Jane podkuliła nogi pod siebie, przykryła stopy rozmemłaną poduszką podniesioną z podłogi.

– Smakuje ci? – spytała niewyraźnie.

– No ba. – Uśmiechnął się do niej. – Świetnie gotujesz.

Pokręciła głową, sięgnęła po herbatę.

– Nie. Tylko udaję. Umiem zrobić jajecznicę, naleśniki i zupę pomidorową. Gotuję głownie dla siebie i Louil, wic zupełnie wystarczy.

– To i tak lepiej niż ja. Ja umiem tylko przygotować steki.

– Tak? – Spojrzała na niego z zainteresowaniem. – To kiedyś mi zrobisz.

– Jasne.

Jedli już w ciszy, przerywanej tylko szczękiem sztućców. W końcu Jane westchnęła, odłożyła talerz i przeciągnęła się, strącając poduszkę.

– O rany, dobre mi wyszły.

– To prawda. – Kaidan posłał jej ciepły uśmiech. – Już dawno nie jadłem normalnych naleśników.

Roześmiała się głośno, wstała.

– No dobra, ja idę suszyć włosy, ubrać się, a potem muszę wyjść i zajść do „Biotyki". Ty się nie śpiesz, jak się zbierzesz, to wstaw po prostu naczynia do zmywarki. Zamek się czasem zacina, więc jak będziesz wychodzić, to upewnij się, że zaskoczył.

Kaidan spoglądał na nią z namysłem.

– I to wszystko? – spytał ostrożnie. – Mam stąd wyjść i spotkamy się dopiero na Normandii?

Zmrużyła oczy, skrzyżowała ręce na piersi.

– A co? Aż tak ci się spodobało.

Wstał i podszedł do niej z błyskiem w oku. Objął ją w pasie, drugą ręką pogładził ją po policzku.

– Chyba dostatecznie to pokazałem – wyszeptał, przygryzając jej płatek ucha.

Zachichotała, kiedy cofnęli się pod ścianę.

– No, nie czuję się przekonana – powiedziała filuternie, odchylając głowę do tyłu i przesuwając dłońmi po jego cudownie wyrzeźbionych ramionach.

– Udowodnić ci jeszcze raz?

– A proszę bardzo. Ale nie tutaj. – Wskazała na lampę, leżącą pod ścianą. – Następnym razem mogę trafić w telewizor.

– Jeden biotyk to problem…

– A dwóch to katastrofa.


John szedł jak na ścięcie.

Nie widział sensu w udzielaniu wywiadów. Był wojskowym, nie celebrytą. I zdecydowanie nie był w stanie połączyć tych dwóch rzeczy jak zrobił to kapitan Anderson. I nawet nie chciał tego próbować. Nie mógł jednak zignorować rozkazu.

Udina udostępnił na potrzeby wywiadu mniejszy gabinet i nawet oddelegował swoją rudowłosą sekretarkę, aby zrobiła herbaty.

– Tylko proszę, komandorze, postarać się o uśmiech. Udzielanie innych odpowiedzi niż "bez komentarza" też będzie mile widziane.

– Oczywiście – mruknął John, próbując brzmieć choć trochę optymistycznie. Miał przepustkę, a zamiast iść do kina albo po prosu spać, musiał odpowiadać na głupie pytania ludzi, którzy nawet nie mieli pojęcia, co się w ogóle dzieje. Teraz naprawdę zazdrościł siostrze, która pewno była jeszcze w łóżku, odsypiając wczorajszy wypad.

Pierwsza dziennikarka, Khalisa al cośtam–cośtam próbowała mu przez cały wywiad udowodnić, że zdradził ludzkość, przyjmując tytuł Widma. Argumenty, że dzięki temu tylko podniósł status ludzkości, nie wywołały większego wrażenia. Kobieta, zadająca agresywne pytania z szybkością karabinu maszynowego nie wydawała się w ogóle zwracać uwagi na jego odpowiedzi – robiła tylko jakieś zdawkowe notatki na datapadzie i kilkukrotnie nawet nie dała mu dokończyć odpowiedzi.

Druga dziennikarka, Rita Virter, zadawała pytania w całkiem innym stylu. Z rozmarzonym uśmiechem na różowych wargach ciągle pytała o to, czy ma partnerkę, jakie kobiety są w jego typie i czy żołnierskie życie przeszkadza mu w tym prywatnym. Spytał jej w końcu uprzejmie, czy przeprowadza wywiad do gazety, czy na portal randkowy. Dziennikarka zapowietrzyła się, zadała kilka pytań o jego dzieciństwo i siostrę, a potem wyszła, najwyraźniej obrażona.

Trzeci dziennikarz przedstawił się jako major Alan Renan i jako jedyny wzbudził jako–taką sympatię Johna. Może dlatego, że sam był kiedyś wojskowym, nie próbował mu niczego wmawiać, zadawał krótkie, sensowne pytania, a na koniec po prostu pogratulował mu Widma.

John wyszedł zadowolony i szczęśliwy, że cały ten cyrk się już skończył, w drzwiach gabinetu jednak zatrzymał go jeszcze Udina.

– Komandorze, proszę przyjść jutro. Zostali umówieni jeszcze dwaj dziennikarze.

John spojrzał na niego z irytacją, ale kiwnął tylko głową.


Liara przysiadła na krześle, obserwując bezmyślnie wiadomości. Prezenterka mówiła coś o niepokojach w Terminusie, o zamieszkach w jednej z turiańskich kolonii, o kolejnej odrzuconej prośbie o przywrócenie quariańskiej ambasady. To ostatnie wywołało u niej dziwne skrzywienie – quarianie nie mogli wybrać sobie gorszego momentu na ponawianie postulatu. Wyłączyła telewizor i sięgnęła po pudełko lodów. Miała kilka spraw do załatwienia, ale nie czuła się za bardzo na siłach. Tyle dobrego, że radna sama zaoferowała się zająć wszystkimi formalnościami związanymi z pogrzebem jej matki.

Waniliowe lody były dobre, ale Liara miała wrażenie, że je zimny wosk. Podciągnęła kolana pod brodę, siąknęła nosem, kiedy opróżniła całe pudełko. Spojrzała niechętnie na omni-klucz.

Od ich rozmowy w ambasadzie minęły dwa dni i zgodnie z jej prośbą, John nie odezwał się do niej ani razu. Dostała tylko po jednym krótkim mailu od Jane i Tali z zapytaniem, czy wszystko u niej w porządku. Odpisała na nie po jednym zdaniu i to był jej jedyny kontakt z załogą Normandii.

Myślała dużo przez ostatnie trzy dni. O różnych rzeczach. O swoim życiu, o swojej matce, o jej śmierci, przyjętej z radością i spokojem. Mogła dawać upust swoim emocjom i pogrążać się w żałobie, ale nie mogła zaprzeczać, że było to najlepsze wyjście. Że jej matka prosiło o to… i że to komandor, nie ona, był w stanie spełnić tę prośbę.

Naprawdę musiała do niego zadzwonić.

Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze ma trzy dni, zanim Normandia odleci w przestrzeń.


Tali szła powoli alejką, sprawdzając listę zakupów na omni-kluczu. Stanęła na chwilę pod ścianą, aby nie blokować przejścia i ledwo zauważyła mijających ją Jane i Kaidana.

– Hej! – Quarianka uśmiechnęła się w ich stronę, czego, rzecz jasna, nie mogli dostrzec pod jej maską.

– O, cześć. – Jane odwróciła się. – Wybacz, nie zauważyłam cię.

– No, ze mną też nie jest lepiej – przyznał Kaidan.

– Och, w porządku. – Tali machnęła lekceważąco ręką. – Przypuszczam, że wszyscy quarianie wyglądają dla was podobnie.

– A my wyglądamy dla was podobnie? – zaciekawił się Kaidan.

– Spokojnie, poruczniku. Ciebie nie mogłabym pomylić z nikim innym. Co tutaj w ogóle robicie?

Kaidan zamilkł, Jane spojrzała na niego szybko.

– Idziemy do „Biotyki". Musimy uzupełnić prywatne zapasy – odpowiedziała wesoło. – Nasz kwatermistrz ma okropny gust.

– Och… – mruknęła quarianka. – Miałam nadzieję…

– Tak? – Jane spojrzała na nią z sympatią.

– Grają nowego Blasto i myślałam, że moglibyśmy się wybrać. Czasem kina nie wpuszczają samotnych quarian, a ja nie mam ochoty przepychać się z ochroną i…

– Jasne, przejdziemy się. – Jane kiwnęła głową. – Tylko nie teraz, naprawdę musimy iść do Biotyki, ale wieczorem… czemu nie.

– Dziękuję. – Jej oczy błysnęły jaśniej. – To ja wam już nie przeszkadzam. Sprawdzę seanse, wyślę ci godziny i jakoś się umówimy.

– Do zobaczenia! – Jane pomachała jej i ruszyła z Kaidanem w dół alejki.

Tali przekrzywiła głowę, obejrzała się nagle gwałtownie.

– Ale… Do Biotyki idzie się w drugą stronę – mruknęła już sama do siebie


John przypatrywał się dwóm modelom rękawic, czując, że dokonuje przełomowego wyboru. Pierwsze wyposażone były w autonomiczny, zdalnie aktywowany generator pola efektu masy, który redukował niezamierzone ruchy broni podczas ruchu. Drugie, poza tym, że świetnie wyglądały, były chronione przez podwójną warstwę włókien fulerenowych, co zapewniało dodatkową izolację termiczną. Miały też kevlarowe panele, przez co możliwe było wywalenie dziury w ścianie samą pięścią. Oba modele wydawały mu się całkowicie niezbędne i już niemal podjął decyzję, kiedy jego omni-klucz zabłysnął. Z westchnieniem odebrał połączenie. Przez kilka sekund nikt się nie odzywał

– Komandorze?

– Och. Liara? – Spojrzał na swój omni-klucz, włączył wideo. – Wszystko w porządku?

– Tak, tak. – Kiwnęła głową i spojrzała gdzieś w bok. – Chciałam się spytać, czy miałby pan czas na spotkanie się. Chciałabym porozmawiać.

– Hm… Jasne. Kiedy?

– Najlepiej przed twoim odlotem.

– Czyli jeszcze dzisiaj. – Podrapał się po karku. – Dobra, wybierz jakieś miejsce i godzinę, ja się tam pojawię, dobrze?

– Tak. Dziękuję, komandorze. – Rozłączyła się szybko.

John podrapał się po karku, Z jednej strony ucieszył się, że asari się odezwała z drugiej... Ostatnim razem wyraźnie dała mu do zrozumienia, że nie życzy sobie z nim więcej rozmawiać. Co więc musiało się stać i John poczuł irracjonalny niepokój. Szybko skończył zakupy i ruszył w stronę mieszkań Przymierza, w których miał tymczasową kwaterę. Liara wysłała mu adres jakiejś kawiarni w sektorze Prezydium i poprosiła o spotkanie za godzinę. Miał więc jeszcze trochę czasu.

Przebrał się szybko w coś porządniejszego, podejrzewając, że nie będzie wyglądał zbyt na miejscu w wytartych spodniach i białej koszulce.

Kiedy przyszedł na miejsce, Liara już na niego czekała. W granatowej sukience z zielonymi wstawkami wyglądała poważniej niż zazwyczaj. John usiadł przy stoliku, rozglądając się po wnętrzu.

„Thessia", kawiarnia, w której właśnie się znajdowali, była utrzymana głownie w błękitnych i białych barwach. Nieduża, z zaledwie kilkunastoma stolikami, gościła głównie asari. Był tam jedynym człowiekiem, a poza nim z nie asari było tylko dwóch salarian w garniturach. Jedna ściana była otwarta i wychodziła na ogrody Prezydium, druga pokryta była fototapetą z panoramą jakiegoś miasta z Thessi. Na każdym stole stał wysoki wazon z pojedynczym kremowym kwiatem o niebieskawej łodydze i płatkach w kształcie serc.

Liara uniosła swoje wielkie, błękitne oczy i zawahała się.

– Dziękuję, że przyszedłeś, komandorze – powiedziała w końcu, obejmując dłońmi kubek z gorącą czekoladą. – Chciałam porozmawiać.

– O czymś konkretnym, czy tak ogólnie? – spytał, patrząc na menu i jęcząc w duchu na widok iście kosmicznych cen za kawę. – Stało się coś?

– Nie, nie. Myślałam tylko i chciałam o tym myśleniu z tobą porozmawiać.

Parsknął cicho, zamówił w końcu najtańszą herbatę. Napis głosił, że jest ona o smaku zmierzchu, cokolwiek miałoby to oznaczać.

– Jak się wiec czujesz? – spytał, aby potrzymać tę nieklejącą się rozmowę.

– Dobrze. Już całkiem dobrze. – Kiwnęła głową, jakby sama sobie chciała dodać odwagi. – Jutro wyruszacie, tak?

– Tak. – Spojrzał na nią i ucieszył się, bo tym razem nie odwróciła wzroku.

– Czy… Czy mogę polecieć z wami?

– Co? – Zmarszczył brwi, przyglądając się jej uważnie.

Pochyliła głowę.

– Zrozumiem, jeśli nie. Ostatecznie statek wojskowy to nie hotel. Powinnam była wcześniej o to poprosić.

– Nie zostałaś oficjalnie usunięta z Normandii, więc nie ma problemu z twoim powrotem. – John uśmiechnął się do niej lekko. – Zdziwiłem się po prostu. Wydawało mi się, że chcesz odejść.

Napiła się czekolady i spojrzała niezbyt przytomnie na ogrody.

– Bo chciałam. Byłam… zagubiona. Nie wiedziałam, co myśleć i wydawało mi się, że odejście będzie najlepszym wyjściem. Myliłam się.

– Cieszę się, że to słyszę, ale co się zmieniło? – Kelnerka przyniosła mu herbatę w fantazyjnym dzbanku i rozpaczliwie małą filiżankę.

– Myślałam – powtórzyła po raz kolejny takim tonem, jakby to wszystko miało wyjaśnić.

– No dobrze, ale o czym? – Uśmiechnął się krzywo. – Myśleć można o wielu rzeczach.

– Dużo o mojej matce. O dotychczasowym życiu. O Sarenie. O tobie. – Zarumieniła się przy ostatnim słowie.

– O mnie? – powtórzył niezbyt mądrze. – Coś konkretnego?

– Byłam na ciebie zła, komandorze – powiedziała cicho. – Bardzo zła. Nie chciałam cię widzieć na oczy. – Umilkła, zbierając myśli. – Chyba musiałam jakoś wyrzucić te wszystkie emocje.

– Dostało się mnie. – John pokiwał w zadumie głową, napił się wreszcie herbaty. Smakowała całkiem normalnie.

– Trochę tak. Przepraszam.

– Przecież nie masz za co – powiedział łagodnie, odstawiając filiżankę. – Liara, zabiłem twoją matkę. Miałaś pełne prawo być zła.

– Nie, nie miałam! – Uniosła nagle głowę. – Zrobiłeś to, co należało zrobić, na co ja nie miałam odwagi! Powinnam była ci podziękować, nie unikać cię i bezpodstawnie oskarżać! Dzięki tobie moja matka umarła, mając własną świadomość i… Ty nie wiesz, jak duża wagę my do tego przywiązujemy – powiedziała już spokojniej, patrząc na komandora.

John pokręcił powoli głową.

– Nie. Nie wiem. Nie jestem asari.

Parsknęła trochę wymuszonym śmiechem.

– Przepraszam. Wciąż zapominam, że rozmawiam z człowiekiem. Nie macie raczej dużej wiedzy o naszej kulturze.

– Ja nie mam – przyznał. – Możesz mi wiec wyjaśnić, o co ci chodzi?

Zbierała myśli przez kilka sekund.

– Czy słyszałeś kiedyś o Ardat–Yakshi?

– O czym? – zdziwił się.

Liara rozejrzała się niespokojnie.

– Nie powinnam o tym w sumie rozmawiać z człowiekiem, ale nie dbam już o to. Muszę ci to wyjaśnić, abyś zrozumiał, dlaczego moja matka modliła się o śmierć. Dlaczego ja nie powinnam mieć do ciebie żalu.

Milczeli przez chwilę. John nie poganiał jej, spoglądał tylko na nią z niepokojem.

– Może coś zjesz? – zaproponował w końcu.

Asari spojrzała na niego zdumiona, uśmiechnęła się w końcu.

– Może zjem. Mają tu pyszne tarty. Sam też powinieneś spróbować.

– Zostanę przy herbacie. – Wolał nawet nie sprawdzać ich cen.

Liara zamówiła coś na konsolecie, ponownie zacisnęła dłonie na kubku z czekoladą, najwyraźniej próbując się w ten sposób uspokoić lub zrelaksować.

– Ardat–Yakshi to stara nazwa – powiedziała w końcu. – Jeszcze z czasów pre–kosmicznych. Znaczy – zanim w ogóle nasza rasa zaczęła myśleć o podróży w kosmos.

– Domyśliłem się. – Posłał jej krzepiący uśmiech.

Ku jego uldze, odwzajemniła go niepewnie.

– To asari dotknięte chorobą genetyczną – wyjaśniła cicho. – Ich układ nerwowy jest spaczony. Po połączeniu, którego normalnie używamy do przesyła wspomnień lub rozmnażania się, nie spalają się delikatnie z umysłem partnera. Zamiast tego atakują go. – Znowu zamilkła na moment. – Zazwyczaj go zabijają, bardzo szybko, ale dość często zdarza się, że na krótką chwilę przejmują nad nim kontrolę.

John słuchał jej uważnie, powoli rozumiejąc, do czego zmierza.

– W dawnych czasach, zanim nasza nauka rozwinęła się na tyle mocno, aby poznać przyczyny tej choroby, nasze społeczeństwo uważało, że Ardat–Yakshi są demonami, które samą siłą woli potrafią kontrolować umysły – kontynuowała Liara. – Mocno ukształtowały naszą kulturę, tak jak waszą Pismo Święte czy Koran.

John uniósł brwi.

– Wiesz o nich?

– Czytałam trochę o waszej kulturze. – Uśmiechnęła się lekko. – Niedużo, ale widzę, że te dwie księgi miały nas was duży wpływ. Chodzi o to, że Ardat–Yakshi wzbudzały duży strach. Dalej wzbudzają. Fakt, że wiemy, ze naprawdę mogą kontrolować umysły, nie zmniejszył naszego lęku przed nimi.

– Porównujesz indoktrynację do nich? – zapytał John, nalewając resztki herbaty do filiżanki.

– Trochę. – Znowu spojrzała na ogrody. – Wiesz, dla twojej rasy pojęcie terminu „indoktrynacja" może być trudne, ale dla nas to pewna rzeczywistość. Ardat–Yakshi istnieją. Ich umiejętności są potwierdzone. Mogą kontrolować umysły, odbierać wolą wolę. – Westchnęła cicho. – W dawnych czasach powstała modlitwa, którą odmawiali ci, którzy wierzyli, że ich umysły został opętane przez Ardat–Yakshi. Jej tytuł można przetłumaczyć jako… „Wezwanie do świadomości". Mówi o tym, że umysł został przejęty i że ostatnim aktem wolnej woli jest śmierć na własnych warunkach.

– Brzmi znajomo – mruknął John.

– Moja matka modliła się tam, Shepard – powiedziała w końcu Liara. – Ciężko mi przyznać to przed samą sobą, ale ona chciała tej śmierci. Modliła się o nią, jako o ostatni bunt, ostatnie świadectwo, że jej umysł jest wolny. Ja… To ja powinnam była wtedy pociągnąć za spust. – Głos nagle jej się załamał, ale nie rozpłakała się. Zacisnęła tylko zęby i odwróciła gwałtownie głowę.

John siedział w ciszy. No bo i co miał powiedzieć? Młoda asari właśnie przeprosiła za to, że miała do niego pretensje o zabicie jej matki i jeszcze mu podziękowała za ten czyn ze względu na jakąś starożytną modlitwę. Było to naprawdę absurdalne i poczuł złość na samego siebie, że wplątał ją w to całe zamieszanie.

– Dotarło do mnie coś. – Liara uśmiechnęła się smutno. – Że winę za jej śmierć ponosisz nie ty, ale Saren. Że on jakoś opętał jej umysł i zmusił do tych wszystkich rzeczy. I dlatego chcę wrócić na Normandię.

– Mogłaś po prostu powiedzieć, że chcesz zemścić się na Sarenie – zauważył John.

Skinęła głowa.

– Mogłam. Ale chciałam, abyś zrozumiał moje motywacje. To dla mnie ważne. Wiem, że nie jestem najbardziej przydatnym członkiem załogi, ale Sarena interesują Proteanie. Będę więc mogła zanalizować wszystkie informacje. Mam własne oszczędności, nie potrzebuję więc żadnego żołdu, będę teraz też miała własny bagaż, więc oddam te pożyczone od kobiet na Normandii ubrania i…

– Hej, spokojnie! – Uniósł ręce w obronnym geście. – Już mówiłem, możesz w każdej chwili wrócić na Normandię, nie musisz się tłumaczyć. Zamiast tego możemy wiec posiedzieć i cieszyć się ciastem. Bo herbatą nie warto – dodał, patrząc wymownie na pusty dzbanek.

Liara roześmiała się cicho, uśmiechnęła się w końcu.

– Dziękuję. – Jej wzrok złagodniał. – Za danie mi szansy. Postaram się być przydatna, tak bardzo, jak to tylko możliwe. Zacznę nawet ćwiczyć na strzelnicy.

Spojrzał na nią ciekawie.

– Wydawało mi się, że każda asari przechodzi szkolenie bojowe.

– Tak, przeszłam takie. Pięćdziesiąt pięć lat temu. – Uśmiechnęła się melancholijnie. – Wiesz, my żyjemy naprawdę długo. Nawet my uważamy, że nasze życie jest w pewien sposób nienaturalnie długie. – Westchnęła ciężko. – Nigdy nie przykładałam się do tych ćwiczeń, byle tylko zaliczyć.

– Nie jesteś typem wojskowej.

– Nie – przyznała. – Nigdy za tym nie przepadałam. I nie rozumiałam. Ale ty… jesteś inny. Wydajesz się pasować do wojska.

Odchylił się do tyłu.

– Gdyby tak nie było, nie byłaby to moja jedyna praca od osiemnastego roku życia.

Patrzyła na niego z mieszaniną zaciekawiania i łagodności.

– Naprawdę nie robiłeś nic innego?

Pokręcił głową, rozejrzał się po kawiarni z lekkim uśmiechem.

– Zawsze chciałem być żołnierzem. Wiesz, oglądać gwiazdy, zabijać złych gości, ratować piękne panny… Rzeczywistość wygląda inaczej, ale przynajmniej mogę strzelać z wielkich spluw.

– I tylko tyle? – Uniosła sceptycznie brwi.

– Nie miałem wielu wyborów ścieżki zawodowej, wiesz.

– A co twoi rodzice na to? – spytała z autentycznym zainteresowaniem. – Większość rodziców nie lubi, kiedy ich dziecko uczy się zabijać.

Uśmiech Johna stężał i Liara nagle spoważniała.

– Powiedziałam coś nie tak…?

– Nie, wszystko w porządku. – Mechanicznie uniósł pustą filiżankę do ust, odłożył ją gwałtownie. – Nie wiem, co sądziliby moi rodzice. Nigdy ich nie poznałem.

– Ale Jane mówiła, że jest z Mindoir i że miała tam rodzinę. – Asari zmarszczyła brwi.

– Zostaliśmy oddani do adopcji zaraz po urodzeniu i rozdzieleni. Ją adoptowano, ja byłem w kilku rodzinach zastępczych.

Odchyliła się do tyłu, opuściła głowę.

– Zawsze palnę coś nie tak… Przepraszam, komandorze. Nie wiedziałam.

– Nie rozpowiadam tego.

– To takie… budujące! – odezwał się nagle ktoś z sąsiedniego stolika. John i Liara drgnęli, spojrzeli w tamtą stronę. Mówca nie wyglądał na zmieszanego. Zerwał się ze swojego krzesła i podszedł do nich. – Ta historia była po prostu inspirująca! Nic dziwnego, że jesteś takim bohaterem! – Bez krępacji przystawił sobie krzesło i usiadł, wpatrując się w Johna z uwielbieniem.

– Przepraszam, ale to prywatna rozmowa – odezwał się zimno komandor, czując, jak narasta w nim złość.

Mężczyzna przytaknął radośnie.

– No! Czy to nie cudownie? Prywatna rozmowa z samym komandorem Shepardem!

– Kim ty w ogóle jesteś? – warknął John.

– Oj, zapomniałem się przedstawić! To przez to podekscytowanie! Conrad Verner, twój największy fan. Widziałem wszystkie wywiady z tobą i przeczytałem wszystkie wywiady o tobie! Wiem o tobie absolutnie wszystko! To prawda, że masz na plecach tatuaż z panoramą Vancouver?

John milczał, trochę zbyt oszołomiony, żeby w ogóle reagować. Mężczyzna miał jasne włosy, kwadratową szczękę i totalnie niepasującą do niego bródkę. Ubrany w prosty, pomięty strój wyglądał w tej eleganckiej kawiarni całkiem nie na miejscu. Oparł się łokciami o stół, wsparł głowę na dłoniach i wpatrywał się w komandora z tak intensywnym uwielbieniem w niebieskich oczach, że John w końcu odchylił się do tyłu, czując pewien nieokreślony niepokój.

– Ja to pani zazdroszczę – powiedział w końcu, spoglądając na Liarę. – Być sam na sam z komandorem Shepardem! To takie niezwykłe!

– Kim ty u diabła jesteś? – powtórzył John. – I co tu robisz?

– Jestem twoim największym fanem, ale to już wiesz! – Conrad wyszczerzył się do niego radośnie. – Nie jestem nikim ważnym, zwykły ze mnie robotnik. Ale szedłem do banku, zobaczyłem cię przez ono i po prostu nie mogłem pozwolić przepuścić taką okazję! Sam komandor Shepard! Rozmawiający ze mną! To jak spełnienie marzeń! Moja żona w życiu w to nie uwierzy! Czy mogę sobie zrobić z tobą zdjęcie? – Jeszcze bardziej pochylił się w jego stronę. – I widziałem zdjęcie twojej siostry w extranecie! Wygląda jak prawdziwy zbir, ale ty wyglądasz lepiej! Mogę to zdjęcie?

– O kurwa… – sapnął John. – Możesz. Byle szybko.

Conrad wydał z siebie dziwny, radosny pisk, ściągając na nich uwagę wszystkich w kawiarni i ustawił się za krzesłem komandora, pochylając się i uruchamiając omni-klucz.

– Szeroki uśmiech, komandorze!

Zdjęcie zostało zrobione i Conrad Verner niemal wybiegł z kawiarni, krzycząc coś o tym, że koniecznie musi to zdjęcie pokazać żonie.

– Chodźmy stąd – mruknął w końcu John, czując na sobie pełne zainteresowania i dezaprobaty spojrzenia innych gości. – Zanim nas stąd wyproszą. I co to w ogóle było?

– Twój fan, komandorze. – Liara chichotała dziwnie. – Chyba musisz się zacząć do tego przyzwyczajać.


Normandia, piękna i cicha, mknęła przez przestrzeń, zostawiając za sobą zatłoczoną Cytadelę. Tali uśmiechnęła się sama do siebie. Nie żeby statek był miejscem pełnym przestrzeni, ale w Normandii było coś takiego, że czuła się tam jak w domu. Teraz siedziała na ławce i razem ze śliczną i rudowłosą kapral o imieniu Wanda obserwowały osobliwe zawody, rozgrywające się na środku siłowni. Jane i Olayinka, pokłóciwszy się wcześniej o to, czy biotyka jest lepsza od mięśni, robiły teraz w zgodnym tempie pompki, otoczone przez kilku innych żołnierzy. Alice przejęła na siebie obowiązek liczenia i teraz jej donośny głos roznosił się po całym pomieszczeniu.

Do siłowni wszedł Kaidan i zatrzymał się zaskoczony w progu. Tali machnęła do niego ręką.

– Co tu się dzieje? – spytał, siadając obok niej.

– Dzień dobry, poruczniku – odezwała się cicho Wanda, rumieniąc się uroczo.

Spojrzał na nią szybko.

– Dzień dobry, kapral Cerner.

– Jane i porucznik Bererko sprawdzają, która jest bardziej uparta – wyjaśniła uprzejmie Tali.

– Taa? I kogo obstawiasz?

– Nie wiem. – Quarianka wzruszyła ramionami. – Obstawiałabym Jane, ale porucznik Bererko jest taka… wielka…!

Kaidan parsknął śmiechem, nie odrywając wzroku od Jane i Olayianki. Obie były już mokre od potu – włosy Jane lepiły się jej do karku, łysa głowa Olayianki błyszczała w świetle lamp.

– Porucznik Bererko jest znacznie silniejsza – oznajmiła Wanda, zerkając dyskretnie na Kaidana. – To na pewno ona wygra.

– Być może. – Wzruszył ramionami. Biotyką przywołał hantle ze stojaka obok i zaczął ćwiczyć, wciąż wpatrując się w tłumek przed nim.

Wanda westchnęła cicho i wstała. Przeszła przed nim i weszła na bieżnię, bardzo starannie omijając wzrokiem Kaidana. Tali pociągnęła mocniej nosem, a potem przekrzywiła zaciekawiona głowę, spoglądając na siedzącego obok niej mężczyznę. Nie do końca dbając o pozory, pochyliła się nad nim i powąchała jego ramię.

– Co? Coś nie tak? – Popatrzył na nią i odsunął się o kilka centymetrów.

Tali wyprostowała się natychmiast, mrugając gwałtownie. Jej oczy błyszczały pod maską.

– Nie. Wszystko w porządku. Wydawało mi się… Nieważne. – Wyprostowała się, nie odrywała jednak dyskretnego wzroku od Kaidana. Teraz widziała, że wcale nie obserwował zawodów, a tylko samą Jane. Na jego wargach błąkał się dziwny uśmiech, którego nie umiała nazwać. Znów mocniej pociągnęła nosem.

– Tali, ty na pewno nie jesteś chora? – spytał, nie odwracając się w jej stronę.

– Na pewno. Czasem mam tylko ogólny katar – skłamała gładko i również spojrzała na środek siłowni. W tym momencie rozległy się krzyki i oklaski, bo Jane opadła na podłogę i już się nie uniosła.

– Niech to diabli! – krzyknęła głośno i z rozbawieniem spojrzała na Olayinkę, która najwyraźniej ani myślała przerwać.

– Uuu, biotyką to nie wszystko! – krzyknął ktoś.

– Trzeba też ćwiczyć, nie lenić się!

– Ale ona może, bo jej brat dowodzi…

Rozległy się kolejne śmiechy i gwizdy.

– Uważajcie, bo wyrwę wam wszystkim kręgosłupy przez tyłek! – zagroziła i przetoczyła się na plecy, oddychając gwałtownie. – Ktoś pomoże mi wstać?

Kaidan zerwał się z ławki i trzech dużych krokach był już przy niej, wyciągając rękę. Przyjęła ją z uśmiechem i dała się postawić na nogi, przytrzymując jego dłoń trochę dłużej niż było to konieczne.

– Interesujące – mruknęła Tali, wychodząc z siłowni.


Jane odgarnęła niesforny kosmyk z czoła, zbiegła po schodach, o mało co nie zderzając się na dole z doktor Chakwas. Przeprosiła ją szybko i ruszyła ku kolejnym schodom, prowadzącym tym razem do ładowni. Tam minęła Wrexa i wbiegła do maszynowni, tym razem o mało co nie taranując inżyniera Adamsa. Posłał jej zdzwione spojrzenie, ale nie zwróciła na niego uwagi. Szybko skierowała się do małego zakamarka w najdalszej części maszynowni, gdzie prowizoryczny parawan osłaniał łóżko polowe i skrzynię, służącą jako stolik.

– Tali! – jęknęła głośno, stając przed parawanem. – Ratuj! Omni-klucz mi padł!

Quarianka wyszła zza parawanu, przeciągnęła się.

– Mówiłam ci, że sterowniki wymagają aktualizacji.

– Zrobiłam to! Pół godziny temu i zaraz po tym mi padł.

– Daj. Zobaczę co da się zrobić. – Tali chwyciła opaskę omni-klucza i usiadła na skrzyni, krzyżując nogi. Jane zakołysała się na piętach, a potem usiadła na podłodze, opierając się o ścianę.

– Dziękuję ci – powiedziała z wdzięcznością w głosie. – Ciężko dzisiaj żyć bez omni-klucza.

– Cóż, cena technologii. Zepsuje się omni-klucz, zepsuje się wszystko inne – mruknęła quarianka, uruchamiając diagnostykę. – Za chwilę zobaczymy, w czym problem. Ale to twoja winna, nie powinnaś była czekać z tym tak długo.

Jane wzruszyła ramionami, zrobiła zakłopotana minę.

– Zapomniałam. Byłam zajęta.

– Miałaś tydzień.

– Byłam zajęta! – powtórzyła z wesołym uśmiechem i przymknęła oczy.

– Jak podejrzewam, porucznik Alenko był zajęty razem z tobą?

Jane otworzyła gwałtownie oczy, na jej policzki wypełzł ciemny rumieniec.

– Słucham?

Tali oparła się o ścianę, wciąż spoglądając na omni-klucz i przesuwające się rzędy liter.

– Zauważyłam dzisiaj ciekawą rzecz. Właściwie to wywąchałam. Wiesz, filtry w maskach. – Popukała się po swojej. – Ja mam zamontowany wzmacniacz aromatów. Większość quarian ma.

– To fascynujące – powiedziała Jane głucho.

– Och, to prawda. – Tali posłała jej pod maską promienny uśmiech. – Z tego powodu mam silne skojarzenia zapachowe związane z większością osób na Normandii. Na przykład komandor pachnie metalem i cytrusowym szamponem.

– To cudownie. Powiem mu przy następnej okazji.

– Ashley pachnie tymi perfumami, mówi, że to jaśmin. Wrex śmierdzi pancerzem i potem, Garrus nie ma żadnego specyficznego zapachu. Porucznik Alenko zawsze pachniał mydłem i tymi dziwnymi perfumami. Ale dzisiaj…

Jane pochyliła zrezygnowana głowę.

– Chcę to słyszeć?

– Dzisiaj pachniał bardzo ładnym żelem pod prysznic. Waniliowym. Takim samym, jakim zawsze pachniesz ty.

Jane milczała przez chwilę, wpatrując się pusto w ścianę przed sobą.

– No to, kurwa, pięknie – powiedziała w końcu cicho. – I tyle z zachowania tajemnicy.

– Ja nikomu nic nie powiem. – Tali zaznaczyła coś na omni-kluczu. – Przerwałaś aktualizację, dlatego się wszystko sypło. Sterownik dotyku się nie zainstalował poprawnie. Za chwilę przeinstaluję ci wszystko i będzie dobrze. – Odłożyła opaskę i odwróciła się w stronę Jane. – W sumie to nie moja sprawa. Ostatecznie nie ma nic złego w tym, że pożyczyłaś porucznikowi żel pod prysznic.

– Taa – przyznała z krzywym uśmieszkiem. – Nic złego.

– No, chyba że sama go myłaś tym żelem. Wtedy mogłoby to być dziwne.

Jane parsknęła śmiechem, pokręciła głową.

– Tali, wbrew pozorom nie jesteś aż tak niewinna, jaką udajesz.

– Ja? Udaję? Proszę cię! – Jej oczy błyszczały wesoło. – Ja chcę tylko poznać okoliczności.

Jane odwróciła głowę, znowu się rumieniąc. Owszem, używali rano, przed powrotem na Normandię tego samego żelu. Podczas tej samej kąpieli. I owszem, pomagała mu się myć. A on pomógł jej. Znacznie więcej razy, niż było to konieczne, ale finał był tego wart.

Tali roześmiała się nagle.

– Naprawdę? Ty i porucznik Alenko? Przecież…

– Tylko ze sobą sypiamy – mruknęła Jane, zdziwiona tym, że w ogóle o tym mówi. – I nawet ciężko o sypianiu mówić, bo trwa to od kilku dni.

– A będziecie kontynuować? – Tali oparła łokcie na kolanach, wsparła głowę na dłoniach. – Pytam z ciekawości, chcę wiedzieć których miejsc na statku mam unikać i kiedy.

– Mój Boże, Tali, nie spodziewałam się tego po tobie. – Jane roześmiała się, wyciągnęła nogi przed siebie. – Nie wiem. Za wcześnie, żeby o tym mówić. Na razie mamy inne sprawy na głowie, a ryzykować na statku na pewno nie będziemy. – Spojrzała na nią krzywo. – Zakładaliśmy zresztą, że nic nikomu nie będziemy mówić. Nie przewidzieliśmy quariańskiego wzmacniacza zapachów.

– Nikomu nic powiem. Byłam tylko ciekawa. – Quarianka spojrzała na omni-klucz. – No, jeszcze kilka minut i wszystko będzie w porządku. Ale chyba możecie mieć przez to kłopoty?

– Ja tam niewiele, ale Kaidan… – Westchnęła, potarła oczy. – Obcięcie pensji, dodatkowe obowiązki, areszt, nagana w aktach… Takie tam. Lepiej, żeby się nikt nie dowiedział.

– No to czemu się na zdecydowaliście?

– Poza tym, że byliśmy pijani? – Posłała jej blady uśmiech. – Wyszło jak wyszło, a seks był na tyle dobry, że mieliśmy ochotę jeszcze raz… i jeszcze raz, a potem kolejny raz.

Tali westchnęła nagle.

– Jej, czasem bym chciała spotkać jakiegoś przystojnego faceta i tak po prostu… – Westchnęła ponownie. Opuściła nogi na krawędź skrzyni, skrzyżowała je w kostkach i machała teraz nimi. – Tak po prostu olać wszystko i cieszyć się drugą osobą.

Jane zachichotała.

– Ma to swoje dobre strony. Na przykład jakiegoś mięśniaka obok.

– Albo nad…

– Albo pod.

Obie roześmiały się wesoło, spojrzały na siebie.

– Ech, dobrze sobie czasem tak dziewczęco porozmawiać – westchnęła w końcu Jane. – Co ma być z Kaidanem, to będzie. Miejmy nadzieję, że inni łatwiej dadzą się oszukać.

Tali znowu postukała się w maskę.

– Wasz sekret jest bezpieczny. Tylko ja mam wzmacniacz zapachów w filtrze.